Alexandros-
Kiedyś.. Gdy żył twój ojciec, na tych ziemiach panował pokój. Nikt nie słyszał o orkach, goblinach i innych wytworach natury. - Pociągnął po raz kolejny. Zapach tytoniu w końcu dym tytoniowy doleciał do twoich nozdrzy, delikatnie Cię rozluźniając. Postanowiłeś usiąść na jednym ze stołków przy oknie opierając się przy ścianie. Poczułeś ulgę i poczułeś jak trud podróży powoli Cię opuszcza. Coś trapiło burmistrza, nie da się tego ukryć... Kolejny grom rozdarł ciemne jak smoła niebo. Burza nabrała na sile.
-
Twój rodzinny dom powinien pójść na licytację, ale prawem dziedziczenia należy teraz do Ciebie. Zejdź na dół, przedstaw się, odbież klucze i wróć do mnie rano.Po tych słowach usiadł za biurkiem i wyciągnął małą flaszkę. -
Na co jeszcze czekasz? IdźTheodlingGerlanWeszliście do środka za strażą miejską. Pierwsze co w was uderzyło to bogactwo tego miejsca. Pomimo przeciwności jakie naszły tę krainę akurat ten przybytek nie podupadł, kwitnąc i witając każdego strudzonego wędrowca. Kilkadziesiąt ław z mniejszymi ławkami do siedzenia były praktycznie przeciążone od ilości gości. Weszliście do środka i zatrzasnęliście za sobą drzwi. Muzyka, która towarzyszyła temu miejscu ucichła. Wszyscy zaczęli patrzeć się na Ciebie Theodlingu, jakby zobaczyli ducha. Jedni ze strachem, drudzy z zadziwieniem(nie licząc straży oczywiście i pewnego
osobnika.
Staliście tak plecami do drzwi nie wiedząc czy wejść i narazić się na zarobienie w zęby, czy wyjść i szukać schronienia gdzieś indziej. Ten odkładając naczynia z strawą dla pewnego jegomościa wrócił za szynk i przerwał ciszę słowami.
-
Witajcie przyjaciele ze wschodu. - Zabrzmiało to co najmniej dziwne, gdyż wszystko co złe głównie kojarzyło wam się ze wschodem. -
Piwa?Miodu?Gulaszu?