Obime
Samotnik złapał Christophera za szczękę i siłą otworzył mu usta. Wlał do środka zawartość małego, skórzanego bukłaczka, z pływającymi wewnątrz ziołami przeciwbólowymi. Ale czy na coś one się tutaj zdadzą? Potem wsunął bokiem do środka drewnianą rączkę jednego z młotków, między zęby, stanowczo. Chwycił jedno z narzędzi, dziwny skalpel lekko zakrzywiony na końcu. Każde z tych ostrzy wyglądąło w sposób nieprzystający do tajemniczego mężczyzny. Jego wizerunek sugerowałby porośnięte rdzą i zaschniętą krwią, tępę noże. Tymczasem powierzchnia każdego z nich wprawiała w osłupienie swoją niesamowicie lustrzaną powierzchnią i blaskiem. Nie czekając na reakcję naciął ranę dalej, wydłużając ją, najprawdopodobniej wywołując silny ból. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Sięgnął po dziwne urządzenie. Coś będącego połączeniem klucza nastawnego i piły do metalu. Wsunął to w ranę i kręcąc małą, metalową korbką otworzył ją szeroko. Ze środka zaczęła się intensywnie sączyć krew. Podniósł z ziemi archaiczną strzykawkę o igle z gęsiego pióra, pokiwał jednak głową i odrzucił ją na bok, możliwe, że z braku czasu. Naciągnął kaptur na twarz, lekko podciągnął maskę. Czyżby nie chciał ukazywać swojego oblicza? Wsunął do ust dziwną, metalową rurkę, po czym pochylił się nad brzuchem rannego. Co kilka sekund wypluwał na ziemię obok czerwone strugi. Podniósł się. Rana była czysta, chociaż krwotok dalej trwał. Operować trzeba było szybko, żeby nie doprowadzić do infekcji, na którą uszkodzone jelita były bardzo podatne. Wyciągnął z torby zestaw igieł i nici oraz przygotowany uprzednio wywar dezynfekujący. Nasączył nim jedną ze szmatek i przetarł okolice rany i jej środek. To musiało być straszne przeżycie dla pacjenta, ale też konieczne. Serce przyspieszyło swoją pracę, krew popłynęła szerszym strumieniem. Nie czekając, człowiek w posępnej masce przystąpił do wycinania skalpelem martwych tkanek i szycia uszkodzonego jelita specjalną, organiczną nicią chirurgiczną z włókien egzotycznej rośliny. Ostatni raz spojrzał w twarz, głęboko w oczy Christopherowi. Chociaż jego lico było skryte w cieniu, tego spojrzenia nie dało się inaczej zinterpetować... Można je było wręcz wyczuć w powietrzu. Chwycił go za ramię. Ze współczuciem? Skarceniem? A może by uspokoić niekontrolowane ruchy spowodowane cierpieniem i przyspieszyć całą operację? Potem puścił, spojrzał w dół. I zaserwował swojemu pacjentowi podróż do świata bólu.