Tyle, że to nie działa na uczciwej drodze. Jeśli dochód byłby rozdzielany względem wysiłku włożonego w pracę - wtedy masz 100% racji.
Jednak jak dobrze wiesz tak nie jest. W efekcie pracownik fizyczny który potrzebuje dużych dawek energii jest zmuszony do jedzenia produktów o ch*jowej jakości.
Skąd pomysł, że uczciwy „podział” dóbr to ten według włożonego wysiłku? W ogóle podział dóbr jest nieuczciwy z definicji – zakłada agresję. Handel, czyli wymiana dóbr to właśnie WYMIANA.
Dalej piszesz coś o wyniszczaniu fizycznym robotnika etc. Nie do końca wiem o czym to ma świadczyć. Zapewne chodzi o to, że skoro robotnikowi dzieje się krzywda, to trzeba mu pomóc, nieważne jakimi sposobami. A ja powiem, że nie trzeba. Nie podam uzasadnienia, bo i ty go nie podajesz. Bijesz w strunę współczucia i humanitaryzmu, ale to dobre dla zlewaczałych antylogików. Zacznijmy dyskutować jak ludzie cywilizowani – na podstawie argumentów.
Jeszcze rzucasz utylitarystycznymi argumentami, że trzeba wprowadzić ochronę „praw” robotników, bo wtedy będzie żyć się lepiej każdemu. Jest to gwałcący ekonomię punkt widzenia merkantylistów i interwencjonistów. Lepiej poczytaj na ten temat, a nie powtarzaj durne hasełka autorytetów z TV.
Czyli dyrektor banku, który przyznaje sobie i swojemu zarządowi milionowe pensje w chwili gdy jego interes upada jest bardziej przydatny społeczeństwu niż taki pan Heniek z budowy, który stara się wykonać swoją robotę jak najlepiej i dzięki doświadczeniu wykonuje ją tak jak trzeba?
Coś tu jest nie tak.
Tu jest to nie tak, że nie mamy wolnego rynku, a już na pewno nie w bankowości. Na tym mógłbym poprzestać, bo rażąca niewiedza i ignorancja to powód do uznania dyskusję za zakończoną. Oświecę cię jednak.
Nie będę rozsądzał, czy dzisiejszy system bankowy to efekt wiary w paradygmaty keynesizmu, czy zwyczajne oszustwo. To co jest pewne to to, że banki mają nienaturalną władzę nad resztą społeczeństwa – dzierżą monopol na kreację pieniądza. I to nie zwykłego pieniądza, czyli jakiegoś towaru wygodnego w prowadzeniu wymiany handlowej. Dzisiejszy pieniądz to mało warty papier z nadrukiem. Jego wartość nadaje mu państwo, narzucając go jako prawny środek płatniczy. Ludzie chcąc nie chcąc muszą z niego korzystać. Skoro ludzie nie mogą uciec od pieniądza fiducjarnego, to można ich bezczelnie grabić przez dodrukowywanie pieniędzy = inflację. Do inflacji dorabia się ideologię – wspomaganie eksport, pobudzenie popytu, albo inny idiotyzm. Nie można jednak przesadzić, więc państwo kontroluje działania banków, które w zamian dostają gwarancję pomocy przez bank centralny w razie kłopotów finansowych (będących efektem stosowania systemu rezerwy cząstkowej, czy ogólnie prób oszukania rzeczywistości ekonomicznej). Nic więc nie stoi na przeszkodzie, oprócz sprzeciwu państwa, ale to jest permanentnie skorumpowane, żeby grabić ludzi. I tak się dzieje. Niedawny audyt FEDu wykazał, że bank rozdał bodaj 8 razy więcej, niż wszyscy myśleli, a rozdana suma wynosiła tyle, co roczne PKB USA. Chodzi o pomoc bankom, które rozdawały, oczywiście przy zgodzie, jeśli nie na rozkaz państwa, pieniądze, których nie było. Skoro rozdano 16 bln dolców, to nic dziwnego, że bankierzy wzięli sobie drobne kilka milionów dla siebie.
Cała sytuacja to efekt braku wolnego rynku. Gdyby takowy był, to pan Heniek miałby pracę, ciężką, ale pracę, a bankier straciłby wszystko na oszukańczej praktyce rezerwy cząstkowej.
To jest chyba zaleta konkurencji - są choćby 2 porządne opcje(nVidia i AMD przy kartach graficznych) to muszą ze sobą konkurować, aby stworzyć produkt najlepszy, najtańszy, lub najlepszy względem ceny. Korzystają na tym klienci, bo dostają coraz lepsze karty graficzne a stare coraz szybciej tanieją. Zastosuj analogię do czasopism.
Skoro pismo ma czytelników, bo jest dobre, to po co konkurencja? Jeśli zaś partoli sprawę, to kwestią czasu jest pojawienie się konkurencji. Państwowe korupcjogenne regulacje nie są rozwiązaniem, nawet przy całej niedoskonałości wolnego rynku.
Z tego co pamiętam, to większość zwolenników liberalnej ekonomii uznawała pojedynczych "hegemonów" danych rynków za zagrożenie dla wolnego rynku nr2(po ingerencjach państwa w rynek). Oświeć mnie jeśli coś się zmieniło.
Z tego co pamiętam liberalizm to niewpieprzanie się w dobrowolne działania i umowy ludzi. Walka z zbyt dobrą firmą jest antyliberalna. Oczywiście są osoby, które chciałyby być nazywane liberałami, a które popierają walkę z „monopolami”, ale są też tacy, którzy mówią, że w Polsce mamy kapitalizm. Prawo antymonopolowe to zaś wytwór sojuszu wielkiego państwa z wielkim biznesem, zaś sama walka z monopolem to walka z konkurencją. Pojawiło się pojęcie nieuczciwej konkurencji, czyli np. Rockefeller obniżył koszty wytworzenia benzyny czy czegoś tam, obniżył cenę produkty kilkukrotnie, więc trzeba go udupić, bo zdobędzie za dużo klientów.
Bo pracodawca to jest pan i władca, który może mną pomiatać jak chce, bo tak samo on, jak i ja wiem, że nie znajdę lepszej pracy niż u niego(bo już dawno bym się przeniósł). Nie wiem jak to się po naszemu określa, ale po angielsku na takie coś mówi się "wage slavery".
Może tobą pomiatać jeśli się na to zgodzisz. Może ci kazać pracować z kciukiem w tyłku, a ty możesz mu kazać zrobić to samo u siebie w domu. A jak nie to wypad – w obu przypadkach. Nikt ci nie każe pracować u danego gościa. Nawet jeśli każdy pracodawca kazałby ci pracować z kciukiem w zadku, a sam z jakichś powodów nie mógłbyś założyć firmy, to i tak nie masz żadnego prawa dokonywać agresji na kimkolwiek.
Zauważam fakt, że w państwie socjalistycznym powinno się jednak podjąć próby wyrównania tego poziomu, a Chiński rząd robi dokładnie na odwrót - to właśnie nazywam paranoiczną sytuacją.
A nie bulwersuje cię, że w państwie rzekomo kapitalistycznym, tj. w Polsce, w konstytucji wpisana jest potrzeba zaprowadzania sprawiedliwości społecznej, oraz ogólnie to, że w Polsce kapitalizmu nie ma? Zresztą skąd pomysł, że socjalizm prowadzi do równości? Na początku podawałem informację o New Hampshire, najrówniejszym stanie w USA.
Miło, że rozumiesz idiotyzm prawa tzw. Własności intelektualnej. Dla mnie oczywistym jest, że ten konstrukt to efekt sojuszu państwo – biznes. Dorobiono do tego ideologię robienia dobrze konsumentom (dygresja: czemu przeciw deregulacji zawodów protestują pracujący w deregulowanych zawodach, a nie ich klienci?), bo przecież cały postęp możliwy jest tylko dzięki patentom.
związki zawodowe miały sens w XIX wieku, kiedy musiały same zawalczyć o dni wolne od pracy i urlopy zdrowotne. Dzisiaj takie rzeczy definiuje kodeks pracy. Masz tam wpisane prawo do określonych zarobków, prawo do urlopu, prawo do zwolnienia lekarskiego i kupę innych praw i obowiązków. Jeżeli pracodawca ma kodeks gdzieś, pozostaje wkroczyć na drogę sądową. Związki zawodowe w Polsce to teraz wylęgarnia zadymiarzy.
Związki zawodowe miały sens, dopóki nie wywalczyły względnego zniesienia podziału na uprzywilejowanych kapitalistów i roboli. Czyli dopóki walczyły z terrorem, a nie same go stosowały. Teraz wystarczą zwykłe firmy ubezpieczeniowe.
Zadymy związkowców, którzy chcą siła wywalczyć nowe przywileje doskonale wpisuje się koncepcję Kodeksu Pracy. Skoro bowiem dokonuje się pewnej agresji na własności przedsiębiorcy, to czemu by nie mozna było dokonać jej ciut intensywniej? Nie wiem jak ktoś aspirujący do miana wolnorynkowca może akceptować KP. Pomijam, że jakoś za złotych lat USA kodeksu pracy nie było, a mimo to ludzie z całego świata przybywali tam, bo mogli tam zdobyć najlepsze warunki płacowe i ogólnie pod względem higieny pracy na świecie. Bez faszystowski kodeksów, po prostu na zasadzie dobrowolnej wymiany produktów i usług. Dziwne, nie?