Oj, zagalopowałeś się. Po pierwsze, każdy powinien dostawać porządne żarcie itd. itp. Nie rozumiem, i nie zrozumiem argumentu dlaczego biedni mieliby dostawać prowiant gorszej jakości skoro zwykle pracują ciężej(chyba, że wynagrodzenie miałoby odzwierciedlać wysiłek włożony w pracę - nie wiadomo jak mierzony - a nie stanowisko, wtedy się zgadzam). Po drugie CDA nie jest do końca rzetelne.
Zdanie "każdy powinien dostawać dobre żarcie" jest w praktyce zdaniem "należy zapewnić każdemu dobre żarcie, nawet za cenę łamania prawa własności innych". Czy jest jakiś powód, dla którego pan A ma płacić na zapewnienie jakości jedzenia dla pana B? Jak dla mnie pan A powinien być wolnym od płacenia za błędy pana B. Cholernie nie podoba mi się wizja społeczeństwa, które, przy pomocy tzw. służb bierze ode mnie pieniądze, po pan B np. wsadził drut do kontaktu i trzeba go leczyć. Jeśli w tym przypadku normalnym wydaje się, że nie muszę płacić za błąd pana B, to czemu miałbym to robić w przypadku kupowania przez niego żywności?
Nikt nie zabrania biednym kupować gorszej jakości jedzenia. A, że nie potrafią sobie zapewnić takiej żywności? Czy to moja wina? Nie. Dlaczego więc miałbym płacić na biednych? Oczywiście, że cena za pracę nie jest i nie powinna być determinowana przez trudność tej pracy. Co to właściwie znaczy "trudność"? To co jednemu przychodzi łatwo, drugiemu już nie, jest to więc subiektywne odczucie i nie da się jej przełożyć na obiektywne wartości liczbowe. Jest to więc niemożliwa do zrealizowania wizja. Nie da się też stwierdzić, czy ciężej pracuje osoba A czy B.
Na wolnym rynku cenę determinuje popyt i podaż. Jeśli ktoś nie jest efektywnym pracownikiem (za mała podaż pracy) i/lub nie potrafi robić coś, za co inni chcą zapłacić, to jego płaca jest niska. Innymi słowy, im kto bogatszy, tym bardziej przysługuje się społeczeństwu. Czy przydatność dla społeczeństwa jest wystarczającym powodem, żeby mieć dostęp do lepszej żywności odpowiedz sobie sam.
Nie twierdzę, że CDA to jakaś wyrocznia. To , że recenzentowi podoba się jakaś gra nie znaczy, że będzie się podobać czytelnikom. Tego nie da się przewidzieć, dlatego recenzje to w dużym stopniu opis gry, a nie tylko opis uczuć w czasie grania. Ja tam nigdy nie kupiłem gry, która mi się nie spodobała, bo przy kupnie sugerowałem się przychylną recenzją. Po prostu z opisu wnioskowałem, że mi się nie spodoba. Takiego na przykład Diablo II ściągnąłem na próbę i zgodnie z oczekiwaniami kompletnie mi się nie spodobał.
Ale nie to jest sednem problemu. Sednem jest to, że również państwowe instytucje zajmujące się asymetrią informacji nie są nieomylne. Pracują tam niedoskonali ludzie, do tego mający inne bodźce niż dobrowolna, prywatna instytucja. Przede wszystkim instytucja państwowa nie jest nastawiona na zysk, nie ma więc obiektywnego miernika skuteczności danej instytucji. Rozwiązaniem tego defektu jest biurokracja, która określa co urzędnik może, a co nie. Nie ma jednak możliwości zweryfikowania, czy dane zasadny biurokratyczne są dobre i czy mogłyby być lepsze. W przypadku wolnego rynku rachunek ekonomiczny daje obiektywny miernik przydatności, a konkurencja eliminuje nieprzydatne firmy.
O jakim ty monopolu mówisz? Przecież CDA nie ma 100 % udziałów w rynku, ani państwo nie zabrania jeszcze tworzyć nowych czasopism. Zresztą co jest złego, że jedna firma dzięki najwyższej jakości świadczonych usług zdobywa cały rynek?
Obecnie związki po prostu się przeżarły, w sytuacji gdy rząd miał robotnika w przysłowiowej dupie(bo robotnik nie miał głosu) związki przydawały się do wywierania nacisku na pracodawców, obecnie jednak związki walczą tylko i wyłącznie o prawa dla swoich członków, co jest głupotą.
Naciski na pracodawców? To jest zwyczajna agresja, a do bandziorów się strzela. Kiedyś związki działały jak dobrowolne ubezpieczenia społeczna, były zwyczajną, dobrowolną organizacją. Jeśli jakiś robotnik miał problemy, to reszta mu pomagała, w zamian oczekując w razie czego tego samego. Zwykłe rozdzielanie ryzyka. Do tego pierwsze związki zawodowe miały charakter leseferystyczny. Chciały zniszczenia cechowego systemu przywilejów i monopoli. Dzisiejszy terroryzm związków zawodowych nie ma z działalnością tamtych związków nic wspólnego.
Bodziec ekonomiczny działa w jeszcze inny sposób. Koszty wychowania dziecka rosną. Wszędzie. Teraz już nie wystarcza zawodówka(dawniej zapewniająca całkiem niezłe obeznanie w zawodzie dzisiaj to tylko przechowywalnia dla fermentu), teraz przydałyby się studia, ale takie po którym mamy inżyniera. A one kosztują(nawet jeśli są państwowe). Nie mówię tutaj nawet o wiecznie drożejących ubraniach, żywności, książkach, czy choćby rachunkach za telefon, opłatach za prąd itd. itp.
Choćby ludzie mieli nie mieć żadnej pomocy na starość, to prędzej zdecydują się odłożyć sobie na zwyczajnym koncie w banku pieniądze na emeryturę niż zaczną płodzić po piątce dzieci na parę, żeby się nimi zajęli.
su) związki przydawały się do wywierania nacisku na pracodawców, obecnie jednak związki walczą tylko i wyłącznie o prawa dla swoich członków, co jest głupotą.
To, że ludzie nie mają pieniędzy to inna sprawa, jednak to państwo zabiera je, np. na ZUS. Że ludzie nie będą robić dzieci nawet bez ZUSu? Nie możemy tego nijak udowodnić bądź obalić, to tylko opinia. Na pewno jednak bez ZUSu bodziec do posiadania dzieci będzie większy. Czy wystarczająco? Tego, jak powiedziałem, wiedzieć nie możemy. Przypomina mi się jednak premier Pawlak, który stwierdził, że nie wierzy, iż dostanie emeryturę z ZUSu i z tego względu stara się zaoszczędzić samemu i zachować dobre relacje ze swoimi dziećmi (które trzeba najpierw mieć). Widać więc, że zdrowe bodźce po upadku ZUSu od razu wracają (bo polityk, nawet pokroju Pawlaka, doskonale wie, że pieniędzy od ZUSu nie dostanie, więc dla niego tak jakby ZUS nie istniał).
Piękna Maggie przeprowadziła niemal tak piękne reformy jak i ona sama, głównie w imię oszczędności(a co tam ci wszyscy bezrobotni, to nieroby, na pewno nie stracili pracy przez to, że zamknęliśmy mnóstwo zakładów i pokazaliśmy im środkowy palec na do widzenia)
Państwo nie jest od prowadzenia firm, dlatego, że ma tylko to, co komuś zabierze, więc dotowanie jednej fabryki to zniszczenie drugiej. Żeby było jaśniej – jeśli weźmiemy komuś 100 zł na dotowanie fabryki, to ta osoba wyda o 100 zł mniej na wolnym rynku, więc ktoś straci pracę (nie mylić z etatem). Jest to więc czysty, antyskuteczny idiotyzm, a do tego niemoralny. Jak chcesz pomagać biednym, to pomagaj, ale nie zmuszaj do tego innych.
„(to jest w ogóle paranoja, kraj [Chiny] który jest oficjalnie socjalistyczny nie robi NIC z potworną nierównością społeczną między wsiami i miasteczkami a dużymi miastami)”
To może ci ze wsi powinni przenieść się do miast? A nie, przecież lepiej zmusić kogoś, żeby doprowadzili prąd i gaz do babci mieszkającej na środku puszczy. „Puszcza prawem, nie towarem!”
Zresztą popatrzmy na to szerzej - po co np. urzędy patentowe? No odpowiedź jest prosta - po to, aby nikt nie kopiował czyichś pomysłów i nie zarabiał na tym.
Temat patentów i ogólnie własności intelektualnej odbiega od tematu, ale myślę, że warto go kontynuować. Coś takiego ja własność intelektualna nie istnieje. Własność powstała dlatego, że dobra we wszechświecie są najczęściej rzadkie, dlatego może nastąpić konflikt między dwoma osobami pragnącymi wykorzystać tą samą rzecz. Aby nie dochodziło do konfliktu ludzie wykształcili pojęcie własności, rozumianeej jako monopol na użytkowanie danego dobra. Informacja nie jest jednak dobrem rzadkim – pojedyncza informacja może być kopiowana bez żadnych strat dla jej pierwowzoru, może ją też wykorzystywać dowolna grupa osób bez przeszkadzania innym. Dopiero prawo patentowe jest naruszeniem własności – nie możesz na swoim komputerze posiadać kopi jakiejś informacji, której rzadkość została sztucznie wytworzona przez państwową reglamentację. Jeśli więc normalny człowiek pragnie bezkonfliktowego prawa (takiego, którego przestrzeganie wyklucza możliwość dokonywania agresji) to jedyną opcją jest absolutne respektowanie prawa własności, którego własność intelektualna jest zaprzeczeniem.
„Za pracę należy się wynagrodzenie” – zapewne to jest odpowiedź. Najpierw więc zdefiniujmy co jest pracą. Praca to taka czynność, której celem jest zdobycie dóbr materialny. Skoro tak, to pirat, kopiujący na sprzedaż pirackie oprogramowanie wykonuje pewną pracę, należy mu się więc wynagrodzenie. Widać więc sprzeczność w powyższym argumencie.