Sprawa z wiarą od strony katolików wygląda tak: "Bóg jest, ja wierzę, że on istnieje, Ty nie wierzysz, że on isnieje"... Albo inaczej: "...Ty nie wierzysz, mimo że on istnieje". I do tego z tamtej strony się to sprowadza.
Ja, można powiedzieć, jeszcze niedawno byłem przykładnym, wzorowym katolikiem, lektorem nawet. Zaszły jednak pewne sytuacje, w wyniku których poczułem się oszukany przez Kościół i się z nim "pokłóciłem". Jakiś czas jeszcze niby chodziłem do kościoła, chociaż sam nie wiem po co. Na mszy spałem, spóźniałem się dziesięć minut, a wychodziłem przed końcem. Pamiętam sytuację, ale to w sumie mało ważne jest w tym momencie, że stojąc zaraz przy wyjściu od "podwórza", na samym końcu korytarza (kiedyś była tam szkoła pijarska, więc jest sporo miejsca), a obok, z drzwi salki, w której odbywało się spotkanie jakiegoś kółka różańcowego (albo znowu radio), wyszedł ksiądz, który miał mój rocznik przygotowywać do bierzmowania. Wyszedł, i zamykając drzwi, odwrócił się w moją stronę. Spodziewał się zapewne, że powiem mu "Szczęść Boże" i wydawało się, jakby na to czekał. Nic nie powiedziałem, w końcu odwrócił się i poszedł. To właśnie mnie w tym wszystkim najbardziej bolało - nikt z księży, z których każdy znał mnie osobiście, nie zauważył, że "zniknąłem". Młodszy kolega, który nadal jest lektorem, powiedział mi kilka (kilka? prawie rok!) miesięcy później, że moje nazwisko nadal jest wpisane na grafik. Nazwisko było, ale chyba nikt nigdy nie zapytał, czemu mnie nie ma. Cóż, tak już jest - w każdym razie takie coś na pewno nie wpływało pozytywnie na moje stosunki z Kościołem.
Była też inna sytuacja - kilka miesięcy po tym, jak "pokłóciłem" się z Kościołem (ale nadal przez ten czas chodziłem co tydzień (no, prawie) na mszę, pojechałem z siostrą na rekolekcje do znanego (pewnie nawet w całej Polsce) egzorcysty. Nie żeby się "nawrócić", ale no... Można powiedzieć, że dla jaj. Dla satysfakcji. Na owych rekolekcjach większość czasu przesiedziałem, czytając Wiedźmina :D W każdym razie każdy miał w pewnym momencie możliwość porozmawiania w cztery oczy z owym egzorcystą - no, i powiedziałem mu, że do dupy te rekolekcje prowadzi. Albo niech je robi dla starych babć, i robi tam dwugodzinną mszę, godzinki, koronkę, albo niech robi dla ludzi, którzy naprawdę ich potrzebują, bo takiego "grzesznika" powtarzanie pięćdziesiąt razy tego samego na pewno do Kościoła nie przyciągnie. Pan egzorcysta był zaskoczony, ale przyznał mi rację. Zapewne byłem pierwszą osobą, która powiedziała mu wprost, że robi to do dupy. Powiedział mi jeszcze wtedy po rozmowie, żebym się nie zmuszał do chodzenia do kościoła, lepiej żebym sobie dał na jakiś czas spokój. No i zrobiłem jak powiedział, od tego czasu praktycznie nigdy nie byłem w kościele (jeśli nie liczyć pewnie paru razy na wycieczce, i raz poprzedniej zimy, jak myślałem że zamarznę :D).
Nieco później, na tych samych rekolekcjach, były spotkania w grupach, kilkunastoosobowych, w różnym przedziale wiekowym. Ze dwie panie wypowiedziały się, jak to bardzo nie wierzyły, i jak to nagle, na wskutek modlitwy, poczuły chęć do życia itp. W końcu i ja się odważyłem odezwać (chociaż nie było mi łatwo) i opowiedziałem całą historię, jak to ze mną było. Trwało to na pewno ponad godzinę, w każdym razie moja grupa skończyła sporo po reszcie, a wszyscy, co by nie powiedzieć - byli poruszeni. Cała sprawa mnie śmieszyła: dwie kobiety wręczyły mi swoje medaliki (znaczy w wypadku jednej to był cały pęk xD), mówiłem im: nie chcę tego, rzucę w kąt, wywalę do śmietnika, dla pań to może jest ważne więc niech sobie to panie wezmą. Mimo to dały mi je, a ja mimo to rzuciłem je w kąt. Może to gdzieś jeszcze leży, ale obchodzi mnie to najmniej w świecie. A one pewnie myślą, że mi tym pomogły.
Moja przygoda z Kościołem się jeszcze nie skończyła... Niestety. Około połowy tego roku szkolnego przestałem chodzić na religię (którą wcześniej i tak przesypiałem), przez co w gronie klasowym zostałem uznany... No, sam nie wiem za co mnie oni uznali: ateistę, odludka, innego, heretyka... W każdym razie dziesiątki razy spotkałem się z pytaniem: "Krzychu, ale dlaczego ty nie chodzisz na religię?" - zazwyczaj dokładnie w tej formie. Mówiłem, że nie wierzę, że wolę nie chodzić i być lepszym człowiekiem niż chodzić a być złym. Bo, przy okazji: co najmniej dwóch chłopaków z mojej klasy rok wcześniej - i w tym roku też - poszło na pielgrzymkę tylko po to, żeby pić. Ja nie piłem nigdy i nie zamierzam. Czy to znaczy, że jeśli oni chodzą do kościoła i byli na pielgrzymce, to są lepsi? Według mnie nie. Według katolików jak najbardziej.
No, a około maja tego roku miała miejsce jeszcze nieprzyjemna dyskusja z wujostwem. W każdym razie dotyczyła ona głównie (albo z początku) religii i wiary. Ich argumenty były super mocne - że nie będę mógł wziąć ślubu kościelnego, że nie będę mógł być ojcem chrzestnym, jak moja siostra urodzi dziecko... Mówiłem im: bez ślubu kościelnego mogę być lepszym człowiekiem, niż pijacy ze ślubem, że mogę być bez chrzcin lepszym wujkiem dla siostrzeńca, niż mój chrzestny jest dla mnie (no, bo z chrzestnym ostatnie, a może i jedyne pozytywne wspomnienie mam z komunii). Ostatecznie skończyło się na tym, że mam zakaz wstępu do ich domu, dopóki ich nie przeproszę, tyle, że uważam, że to bardziej ja powinienem być za to przeproszony. Wychodzi więc na to, że już nigdy tam nie pojadę, i dobrze.
To tyle z mojej "historii wiary". A odnośnie samej wiary (tu: katolicyzmu) to uważam, że najgorsze jest w tym wszystkim to, że ci co odeszli od Kościoła, wiedzą o nim zawsze więcej, niż ci, którzy uznają go za nieomylny. Pewnie prawie żaden "wspaniały katolik" nie wie, ilu ludzi zginęło z rąk Kościoła, w jaki sposób wymuszało się wiarę. Pewnie nikt nie wie, że były takie sytuacje, jak np. ta z Niemczech w bodajże XVII wieku, że w ciągu roku z rąk chrześcijan zginęło więcej żydów, niż w ciągu 200 lat chrześcijan z rąk pogan (głównie Rzymian). Pewnie nikt nie wie, że misjonarze w Meksyku w ciągu 150 lat nawrócili bodajże milion ludzi, jednocześni 30 milionów mordując - a mimo to uznaje się to za wielki sukces Kościoła. Pewnie nikt nie wie, że celibat został wprowadzony wyłącznie z chciwości wysokich władz kościelnych, które nie chcieli, by majątki kapłanów rozchodziły się po ich rodzinach, tylko wracały z powrotem do Kościoła. I mimo pomysłu sprzed tysiąca lat księża nadal nie mogą sobie legalnie poruchać, chociaż nic nie stoi temu na przeszkodzie. Co z tego, że jest celibat? I tak wielu księży ma kobietę na boku lub robi to między sobą na parafii. Pewnie nikt też nie wie, że Biblia została wpisana do Indeksu Ksiąg Zakazanych, żeby pospólstwo nie dowiedziało się prawdy o swojej wierze, a zdjął ją z niej dopiero Jan Paweł II. Pewnie także nikt nie wie, że papież rządzący podczas II WŚ popierał Hitlera, a nas, Polaków, publicznie uznał za podludzi, którzy powinni służyć Niemcom!
Bóg został wymyślony dawno temu przez mądrych i myślących jako coś wielkiego i strasznego, żeby bali się tego głupi i niedouczeni. Taki Mojżesz i inni świetnie to wykorzystywali - ludzie szli za nimi jak owce za baranem. Może dla ludzi 4-2 tysiące lat temu taka religia była w porządku, może dwa tysiące lat temu Jezus miał dobry pomysł na przebudowanie jej, może chciał pokazać, że można inaczej? Może chciał dobrze, ale się nie udało i poszedł wisieć? Może sam zwariował i specjalnie dał się zabić? Śmierć jako odkupienie to całkowita bujda. Nic tak naprawdę nam ona nie daje, nikogo to nie zbawi. Może jeszcze ludzie po nim chcieli dobrze, może też powoli wariowali, ale z czasem władzę przejęli ludzie, którzy chcieli zarobić na głupocie ludzi i cały pomysł Jezusa szlag trafił. Do dziś przetrwało z tego tylko to, co wcale nie powinno przetrwać. Znowu sprowadziło się to do wszechmogącego bóstwa, dostępu tylko dla wybranych, nakazów ustawionych na jak największe zyski, wielkich budowli, wspaniałości, bogactwa.
Problem w tym, że coraz więcej ludzi zauważało, że to wszystko to bujda. Z czasem ludzie otrzymywali coraz więcej informacji, pojawiało się coraz więcej szkół, coraz więcej osób było wykształcone. Teraz przeciętny gimnazjalista ma już pewnie taką wiedzę, co rektor średniowiecznego uniwersytetu. Wraz z rozwojem nauki pojawia się coraz więcej wątpliwości co do nauki Kościoła, a ten musi się bronić. I niestety - zabija się własną bronią.
Tak czy siak, Kościół uznaję za największy błąd historii. Tyle, że nadal powinniśmy o nim pamiętać, żeby go drugi raz nie popełnić.
No, nie będę się już rozpisywał na temat własnej życiowej filozofii, bo to temat na drugie tyle tekstu.
BTW. Alkhadias: z apostrofem jest błędnie. Apostrofu używa się wyłącznie, jeśli imię/nazwisko/nick kończy się na samogłoskę. A więc Soner jest co najmniej drugą osobą, która zwróciła się do Ciebie niepoprawnie ;)
@Eld:
Załóżmy, że masz żonę, która przysięgała ci na ślubie, pardon, jesteś ateistą więc nie masz ślubu, więc przysięgała i nieoficjalnie wierność małżeńską. Po pół roku przyłapujesz ją na zdradzie. Ciągle ją kochasz, ale czy jej wybaczasz? Ja osobiście bym nie wytrzymał. No ale powiedzmy, że wybaczyłeś jej, ale po miesiącu znowu przyłapujesz ją na zdradzie, to samo za 2 miesiące, potem jeszcze kilka razy. Czy teraz ciągle darujesz jej złamanie przysięgi? Nie? Więc o co pretensje do Boga? On jest w stanie wybaczyć znacznie więcej niż człowiek!
To kolejny bezsens chrześcijaństwa - każe przysięgać wierność, mimo, że za złamanie przysięgi tak naprawdę nie karze. Kiedy będę lepszy: gdy przysięgnę wierność "przed Bogiem" i zdradzę, czy gdy nie będę nic przysięgać i zdradzę? W drugim przypadku przynajmniej nikogo nie okłamię (no, kłamstwa dotyczące "wychodzenia na piwo z kolegami" pominę, bo wystąpią w obu przypadkach w równej ilości). Czy gdybym nie przysięgał, od razu oznaczałoby to, że zdradzę?