Tymczasem, Vaegirski woj, "Rapo" jak zwykli go nazywać po tym, jak rozeszła się wieść o tym, co się stało podczas balangi w tej dziwnej karczmie, wyruszył ze swoimi 150 ludźmi, głównie strażnikami i rycerzami, na wojnę. Wojnę, w sensie nie kampanie, jeszcze 5 dni miał trwać rozejm, a w poszukiwaniu tego popaprańca.
Gdy wtem, w drodze do karczmy, gdzie miał się udać, spotkał jakiegoś giermka w kolczudze z powybijanymi kółkami. Miał przy sobie również mały, ale zacnego wyglądu miecz jednoręczny.
- Powitać cie giermku! Dokąd to tak pędzisz, że nawet koń zgubił podkowę?
- Cholera - odrzekł mu - ktoś mnie okradł podczas balangi w karczmie. Jestem bez grosza przy duszy. Nawet za tą kolczugę dostane nie więcej jak 30 denarów, bo mój skill w handlarstwie wynosi jedynie 2. Powiedz, nie wspomożesz biednego giermka czymkolwiek na drogę? Zmierzam ku Praven, słyszałem że kampania przeciwko Rhodokom się zbiera. Spieszno mi tam bardzo.
- Lorda tam na pewno spotkasz, ale - kontynuował - szczęścia tam nie znajdziesz. Niejaki kaktus, nająłem go by słuchał co opowiada jakaś łachudra, co jest zwykłym zwierzęciem. Ale ten idiota, nagi wyskoczył z grobu z kilkoma trupami. Domyślam się o co chodziło... ale przez to, złapał nas garnizon, i - niechętnie dodał - gdyby nie dał okupu za nas, jakiejś świni, to byśmy już wisieli na szubienicy za zniszczenie cmentarza.
- Co to ma jednak wspólnego z kampanią?
- Owy lord jest zajęty oglądaniem swojego prezentu, więc nie pomówisz z nim, to jest pewne. Tym bardziej, że wyglądasz jak bękart, którego ojciec mógł skraść te kolczugę.
Tak przebiegała ich rozmowa, aż w końcu Rapo zaproponował mu dołączenie do oddziału. Jako iż Aldred nie miał grosza przy duszy, zgodził się przez jakiś czas mu towarzyszyć. Jeśli lord miał go mieć w dupie, to bardzo dziękuje.
Wyruszyli spowrotem do brudnej karczmy, przy której już trochę było uprzątnięte. Ostatnio było przynajmniej 80 ciał, teraz było najwyżej kilkanaście.