Nie dawno zacząłem pisać powieść fantasy.Oto co udało mi się napisać.Proszę o ocenę i komentarz.
Rozdział I
Nad miastem Paevgar zaczęły gromadzić się czarne , zwiastujące burze chmury. Nie dziwiło to mieszkańców – w lipcu na wyspie Gloerie , co po Nulngardzku oznaczało Chwałę , burze w samo południe nie były rzadkim zjawiskiem . Mała ilość potworów w okolicznym lesie pozwalała na bezpieczne polowania. Metropolia zbudowana została na planie kwadratu z basztą w każdym rogu , oraz czterema bramami ustawionymi na osiach symetrii. Chorągwie i sztandary przedstawiające ciemnoniebieski ośmioramienny krzyż na białym polu , wskazywały iż miejscowość jest w rękach Zakonu Krzyża ( Zakonu Świętego Kamilusa Rycerzy Krzyża Chrystusowego Domu Gloerińskiego ), utworzonego w 902 roku przez króla Nulngaardu Revisa II . W centrum Paevgaru znajdował się rynek i ratusz , a w pobliżu otoczona murami forteca, będąca centrum administracyjnym regionu i katedra .Chronione grubymi , szarymi i trudnymi do zdobycia murami tętniło życiem. Gdzieniegdzie mieszczka goniła swojego męża z przyborami kuchennymi w rękach. Gdzie indziej pijak wywracał się o stragan kupca ,co kończyło się kłótniami i przepychankami. Zmęczeni strażnicy patrolowali ulice , lub strzegli bram i ważniejszych urzędów. Przy jednej z głównych ulic znajdowała się gospoda „Pod Martwym Nawardinem” . Wykonana z porządnej cegły górowała w tej dzielnicy, również dla tego, że posiadała parter i dwa piętra, oraz szyby w oknach. W środku , jak zawsze o tej porze panowało ożywienie .Oprócz miejscowych pijaków i złodziejaszków można było spotkać najemników i żołdaków pana Paevgaru – Konstabla Zygfryda Gedelberga , bliskiego przyjaciela Wielkiego Mistrza Dietricha Aerhoffa. Oprócz picia i tłumienia bijatyk strażnicy trudnili się tu grą w karty. Właśnie ogrywał ich pewien wojownik w kolczudze i czarnym płaszczu.
- Pouite * !!! Pouite mać !!! - zawołał czarnowłosy mężczyzna około trzydziestki– Ile razy można przegrywać! Chłopcze jesteś zatrzymany… - strażnik , widocznie będący sierżantem nakazał towarzyszom pochwycenie zakapturzonej postaci . Dopiero teraz spojrzał się jej bliżej. Siwiejące się szpakowate włosy i bujne wąsy wskazywały na około czterdziestu wiosen życia. Zielone, krągłe oczy wtopiły się w twarz sierżanta jakby to było żelazo. Milicjanci dopiero wstali od stołów lub dopijali piwo , szybko dobyli mieczy i podeszli do przełożonego.
- Yyy... Kogo Cael ? – ozwał się chroniony przetykaną skórzaną zbroją żołdak.
- Boże … Boże … Boże … Tego męża w kapturze kretyni! – sierżant wściekł się do czerwoności . Nic dziwnego – milicja werbowana z plebsu i mieszczaństwa do bystrych ludzi nie należała . Jego towarzysze otoczyli stół przy którym siedział Cael i wojownik którego mają aresztować.
- Widzę że zabawa się zaczyna !- na twarzy zakapturzonego mężczyzny pojawił się złowrogi uśmiech – No chodźcie . Ośmiu na jednego, ładnie to tak?
Wojownik chwycił kufel do ręki i rozbił go o łeb jednego ze strażników. Bezwładne ciało żołnierza osunęło się na ziemię . Wykorzystał oszołomienie reszty i wbiegł po schodach do pokojów gościnnych .
- Za nim idioci! -zawołał Cael wskazując schody.Podobnie jak jego podwładni miał skórzaną zbroje i krótki , prosty miecz.Krótkowłosy mężczyzna wbiegł po schodach za delikwentem.Gestem nakazał straży przeszukanie izb , a sam sprawdził najbliższe drzwi. Chwycił klamkę i ku jego zdziwieniu stał przed nim wojownik w niebieskiej zbroi krytej na kolczudze do kostek. Jego uzbrojenie stanowił przewieszony przez plecy dużym , ponad półtorametrowy miecz dwuręczny. Sierżant spojrzał na żelazne nagolenniki i hełm zamknięty ,będące na wygodnym , dębowym łóżku. To rycerz pomyślał. Delikwent rzucił się na sierżanta i uderzył go barkiem. Cios wymierzono z siłą młota – Cael padł na ziemię.
-Tu jest!!!- zawołał dowódca oddziału straży. Do pokoju wbiegło kilku milicjantów. Nieznajomy kopnął jednego z nich i zbiegł po schodach. Goniący go strażnicy powywracali się o kolegę. Wojownik wszedł na jeden ze stołów w karczmie.
- Zaczynamy zabawę ludzie!- zawołał donośnie biorąc do ręki kufel- Niech wszyscy wiedzą jak dobry jest Armand D’Aruliette!
Wszyscy znali to nazwisko – posługiwał się nim tylko ród władców Cessarli .Szynkarz wiedział o co chodzi więc schował się za ladą, choć sprawiło mu to problemy gdyż miał przysadzistą sylwetkę . Miejscowe łotrzyki i pijacy zrozumieli od razu o co chodzi i rzucili się z czym popadnie na milicjantów. Armand ozwał się do jednego z nich – widocznie się znali:
- Weźmiesz mój sprzęt i po południu spotkamy się przy północnej bramie.
Odziany w czarny płaszcz , przez którego twarz stała się niewidoczna, barczysty mężczyzna odpowiedział skinięciem głowy . Rycerz dumnym krokiem opuścił karczmę…
Nad okolicą zaczęła szaleć burza .Kupcy pochowali się w swoich domach a rynek pustoszał. Największego pecha mieli strażnicy miejscy , muszący patrolować błotniste drogi i ulice . Armand wybrał się do fortecy, by spotkać się z konstablem Zygfrydem . Strażnicy w gospodzie nie zdążyli wszcząć alarmu ,więc nie miał powodu do obaw. Na swoim potężnie zbudowanym rumaku bojowym , imieniem Fighter mijał drewniane domy, murowane kościoły, kramy kupców i bankierów. Krople wody spływały mu po policzkach oraz zmoczyły krótko przystrzyżone włosy. Będąc na rynku widział dokładnie zamek Praevgarcki. Mury trudne do zdobycia pomyślał. Monumentalne kilkunastometrowe o szarym kolorze, symbolizowały potęgę zakonu Krzyża. Tym razem nie ujrzał okrągłych baszt tylko kanciaste wieże. Gdy wjeżdżał po schodach na dziedziniec zatrzymał go jeden strażnik :
- Stój! Ktoś ty za jeden?
Armand ledwo dosłyszał piskliwy , wręcz dziecięcy głos. Tak to jest jak werbuje się kilkunastoletnich chłopców. Fighter chciał zignorować milicjanta lecz drugi z nich zablokował drogę rumakowi halabardą. Tym razem usłyszał dźwięczniejszy głos drugiego strażnika:
-Pytam się! Ktoś ty za jeden!
Obaj mieli kolczugi i kopaliny na głowach. Wojownik przypatrzył się starszemu wartownikowi. Pewnie ma z 30 lat pomyślał. Nie mógł milczeć dalej gdyż przybyłaby większa grupa straży.
-Armand D’Artuliette , jestem bratem Ludwiga III ,z Bożej łaski króla Cessarli- ozwał się dźwięcznie z akcentem Cessarliańskim. Starszy z milicjantów przypatrzył się rycerzowi . Podszedł bliżej i spojrzał na amulet na szyi. Nie musiał być wykształcony by rozpoznać czarnego niedźwiedzia nad koroną złotą , będącego herbem D ’ Artuliette’ów i Cessarli.
- Witaj Panie.-ozwał się i skłonił nisko. Spojrzeniem nakazał młodzieńcowi by uczynił to samo.Armand mógł wjechać do fortecy na swym koniu. Brukowany kostką kwadratową dziedziniec okazał się pusty . Zawsze można było tu kogoś spotkać ,lecz na czas burzy jedynie biedni milicjanci kręcili się po okolicy. Podjechał pod donżon, w którym mieszkał i przyjmował gości konstabl . Po prawej stronie od budowli stała monumentalna katedra , a obok niej siedziba biskupa . Na lewo od bramy postawiono drewniane stajnie. Gdy wojownik zbliżył się do drzwi donżonu zaczepił go halabardnik . Nim on zdołał spytać, Armand odpowiedział:
- Chce się widzieć z Konstablem Zygfrydem… Jam z królewskiego rodu władców Cessarli.
Straż konstabla była lepiej uzbrojona od milicji . Nosili kolczugi z tunikami , kopaliny lub hełmy z nosalem. Żołnierz ukłonił się i odezwał dźwięcznie :
-T ak jest! Niech pan poczeka.
Halabardnik otworzył drzwi i wszedł do donżonu . Armand musiał poczekać kilka minut. Gdy duże , dębowe wrota otworzyły się znowu wartownik oznajmił:
- Możesz wejść panie . Każę zająć się twym rumakiem.
Rycerz skinął głową i zsiadł z Fightera . Drzwi otworzyli dwaj wartownicy stojący obok . Dzięki dachu nie zmokną na warcie – pomyślał wojownik i wszedł do wielkiej sali . Naprzeciwko wchodzącego Armanda znajdowały się schody do komnat konstabla i braci zakonnych , po prawej zaś schody do pokojów gościnnych a drzwi z lewej do sali , w której niemal cały dzień spędzał Zygfryd. Płonące pochodnie rzucały cienie na idącą postać w kolczudze i strażników. Armand po chwili znalazł się w wielkim pomieszczeniu, wspartej na sześciu filarach, ozdobionej wieloma arrasami i godłem Zakonu. W pomieszczeniu znajdował się również dębowy stół jadalny, ławy, a na suficie miedziany żyrandol. Przy każdym filarze stał halabardnik , identycznie wyposażony jak ten przed donżonem.
-Kogo my tu mamy!- zawołał siwy mężczyzna około sześćdziesiątki , leniwie wstając z fotela na środku sali. Był wysoki, barczysty, przy kości ;u boku nosił skórzany pas , długi miecz w brązowej pochwie , mieszek ze złotem i sztylet . Cessarliańczyk spojrzał na niego. Rozpoznał go przez płaszcz i tunikę z niebieskim krzyżem. Obaj uścisnęli sobie prawice.
- Zygfrydzie , jak dawno was nie widziałem.-Armand ucieszył się na widok przyjaciela. Miłe spojrzenie piwnych oczu konstabla oznaczało że ma dobry humor. Gdy rycerz opowie mu po co tu przybył, uśmiech z jego śniadej twarzy zniknie tak szybko jak się pojawił.
- A więc co cię sprowadza do tego jakże spokojnego miasta ?-zapytał się zakonnik. Zaraz się dowie że to nic miłego. Co na to Król Nulngaardu Henryk II ? A bunt szlachty Republikańskiego Królestwa Flavony ? Armand musiał pozbierać myśli… W końcu rzekł do przyjaciela:
- Działalność Czarnego Zakonu rozszerza się na całą krainę. Oznacza to tylko jedno : chcą stworzyć bramę do Otchłani i przywołać…
-Armię zła… - na twarzy konstabla pojawiło się zdenerwowanie, lecz ciągnął dalej wysokim, rycerskim tonem – Na szczęście na mój dwór przybył Mag Darian. Sądzę że będzie wiedział jak zaradzić sprawie. Magu wejdź!
Cudzoziemiec odwrócił się w stronę drzwi, przez które wchodziła postać w białej szacie i spiczastym kapeluszu. Na pierwszy rzut oka mag Armand szacował jego wiek na dziewięćdziesiąt , lecz okazał się młodszy o jakieś 20 lat. Białowłosy mędrzec rzekł ochrypłym głosem trzymając w ręku drewniany kostur:
- Z jakiegoż powodu wzywałeś mnie konstablu?
Mag spojrzał na Armanda swymi piwnymi, krągłymi oczami i uśmiechnął lekko:
- Pochwalony młodzieńcze.
Rycerz zdziwiony podał mu swoja prawicę. Nie mówiono do niego „młodzieńcze” od bardzo dawna. Ocknął się dopiero po kolejnych słowach Dariana:
-Co was tutaj sprowadza szlachetny Księciu?
-Zapewne wiesz o Czarnym Zakonie? –odparł. Znano go w całej krainie. Dążył on do objęcia władzy nad całym światem. W Roku Pańskim 899 pierwszy przywódca sekty – Ilian osadził się na tronie Nulngaardu i podbił wszystkie ziemie wokół niego, tworząc Imperium Wschodu. Zachód opierał się Zakonowi, aż w 14 dniu marca 902 roku pokonał jego armię w bitwie morskiej o Wyspę Mgieł, która była celem Imperatora. Dzięki znajdującej się tam księdze przywołałby armię zła z czeluści Otchłani. Po ustaleniach traktatu Gloeriańskiego , państwa wschodnie wróciły do granic sprzed wojny. Czarodziej złapał się za długą brodę i zamyślony powiedział:
- Musiałbym być głupcem by nie wiedzieć o potędze i ideologii zakonu. Rzeczywiście ; ostatnio jego działalność zyskała na sile…
- Ale ostatnio spalili miasto na wschodzie mojego państwa. Leuvax ,jest ,a w związku z grabieżą było ważnym ośrodkiem handlowym.-oznajmił Armand. Konstabl zamarł z przerażenia. Doskonale wiedział jak owa miejscowość blisko Gloerie się znajduje. Jego oczy spoczęły na Darianie. Mag odczytując gest Zygfryda zapytał:
- I ciebie to nie dziwi Waść? Skąd Zakon przybył do miasta?
- Z północy. Ale co z tego?- odpowiedział Cessarliańczyk. Na jego twarzy pojawił się grymas zaskoczenia. Dla człowieka wykształconego, aczkolwiek do walki zbrojnej wyszkolonego takie pytania nie miały sensu, lecz magowie, zakonnicy i księża wiedzieli więcej niż rycerze. Mędrzec spojrzał się na niego żywo spod krzaczastych brwi i wyjaśnił:
- Skoro przybyli z północy oznacza to tylko jedno .
Armand chciał zapytać maga , ale starzec kontynuował donośnym , pełnym emocji tonem :
-Musimy im przeszkodzić ! Chcą zdobyć Księgę Przywołań. Gdybyśmy po bitwie w 902 roku ją zniszczyli . Musimy to uczynić teraz! Trzeba wyruszyć na wyspę mgieł. Zło podnosi swój plugawy pysk w kierunku naszej krainy. Bóg nam dopomoże!
Zygfryd przytaknął w wyrazie aprobaty, mimo, że sytuacja stała się napięta jak diabli. Usiadł w swym fotelu, wygodnym, wykonanym z dębu i doszytą czerwoną poduszką. Jak zwykle rozparty wygodnie przemówił dźwięcznie , cicho i z niepokojem:
- Mroczne czasy nastały. Musimy jak najszybciej powiadomić władców , kościół i Zgromadzenie Magów.
Armand przytaknął ,spojrzał na maga, który bawił się swą długą brodą i powiedział spokojnie jak na rycerza przestało :
- Mój przyjaciel Ehlan Des Aruax czeka na mnie przy północnej bramie miasta. Wyślę go z wieściami do hrabiego Montewara Ravrine – mojego przyjaciela. Do rana powinien dotrzeć na tereny jego lenna.
- Ja osobiście powiadomię Biskupa Dehnara i wyślę list do mistrza Dietricha . - dopowiedział konstabl.
- Nie możemy czekać! Jutro z rana ruszymy do portu Evar. Poczekamy tam na innych – sami tam nie damy rady - oznajmił czarodziej. Spojrzał władczo na Armanda i rzekł do niego poprawiając kapelusz-Jestem z akademii w Vaers. Znam się na bestiach i zwierzętach . Wyspa została spowita mgłą po bitwie przez magów. Waść zapolujesz na Taera. Potrzebuje jego skóry do stworzenia zaklęcia odsłaniającego mgłę. Chyba wiesz co to za bestia?
Taery były przerośniętymi gadami z podwójnym grzebieniem na plecach. Znane na świecie z tego ,że ich skóra rozpuszczała mgłę . Książę przytaknął i oznajmił:
- Owszem , wiem co to za bestie. Pójdę teraz do katedry pomodlić się o Boże błogosławieństwo.
- Broń Boże! Nie poluj sam. – ostrzegł Armanda Zygfryd . Wstał szybko i spojrzał się na dziwnie na przyjaciela . Amand rzekł spokojnie :
- Zawsze wyruszam sam . Tylko w czasie wojny potrzebna mi świta.
Mag dopowiedział lekceważąco :
- Wojna już wybuchła . Siły Zła gotują się do wymarszu na całą Tamessię .
Zygfryd wykpił przyjaciela:
- Dlatego nie zostałeś królem … - czekał na reakcję księcia – Przepraszam przyjacielu, poniosło mnie.
Armand tylko machnął ręką na znak , że nie trzeba było przepraszać. Złapał konstabla za lewe ramię nie chcąc zrobić mu krzywdy , można powiedzieć że po „ przyjacielsku ” i wydarł się zdenerwowany :
- Bycie królem nie jest dla mnie. Ile razy mam powtarzać? Pytam się? Na Boga! Ile? Zawsze od tych głupich ceremoniałów oraz bawienia się na dworze zawsze wybierałem przygodę i wolność . Dlatego tułam się po tym świecie…
Puścił towarzysza i rzekł z żalem:
- To ja przepraszam… Nie jestem godnym bycia członkiem rodu D’Artuliettów
Darian przyglądał się rozmowie , o ile tak można nazwać tę konwersację. W Vaers , stolicy Taulmenu – królestwa sąsiadującego na wschodzie z Cessarlią poznał rodziny królewskie z całej krainie . Znał również przypadek Armanda . Nazywał go ewenementem . W końcu mało kto nie marzy o byciu królem, jeszcze tak potężnego kraju jakim jest ojczyzna księcia . Mag po krótkim wahaniu odezwał się nader wyraźnie i spokojnie :
- Niech Waść przestanie . Nie powinieneś się tak zachowywać. Widocznie nie jesteś… - już było za późno , musiał dokończyć – Nie byłbyś dobrym królem.
Nerwowo przełknął ślinę oczekując na reakcję księcia. Armand nie wyglądał na obrażonego. Dobrze wiedział , że mag a rację
- Dobra, idę na polowanie – odezwał się zdeterminowanie . Spojrzał żywo na maga i zakonnika , po czym uśmiechnął się złowrogo i rzekł do siebie jak najciszej:
- No to sobie ubije parę Taerów.
Mimo starań obaj towarzysze to usłyszeli . Na ich twarzach pojawiło się zadowolenie. Armand stał się znowu sobą . Nieustraszony, dociekliwy, o dziwnym poczuciu humoru nie powinien użalać się nad sobą . Konstabl zgodził się, by Armand ruszył sam :
- Niech ci będzie . Tylko wróć cały i zdrowy.
Te słowa nie wyjawiły intencji Zygfryda . W rzeczywistości pośle kilku swych ludzi za Armandem . Chciał w końcu dobrze dla przyjaciela . Armand pożegnał się szczerze podając Darianowi prawicę . Zygfryda poklepał po ramieniu . Konstabl odezwał się do odchodzącego już towarzysza :
- Bestie powinieneś znaleźć w lesie na północy stąd. Jedź droga około godziny i skręć za miasteczkiem Crexuh na zachód.
Wojownik w niebieskiej zbroi przytaknął i wyszedł odprowadzony przez strażnika . Zygfryd tylko spojrzał się nerwowo na sufit sali . Słowa poety Heralda Wissa narzucały mu się same :
„ Rycerz sobie polował ,
Ciosy świetnie parował ,
Zaatakowały go Taerzy * ,
I martwy teraz leży ”
Pouite – po Cessarliańsku kobieta lekkich obyczajów (słowo używane w wielu państwach)
Taerzy – liczba mnoga od nazwy taer używana głównie na południu Tamessi