Jeździec podróżował przez prawie pół godziny . Ostatnią osadę ludzką minął kilkanaście minut temu . W końcu , im dalej od większego miasta, tym niebezpieczniej. Przed wyprawą odprawił Ehlana oraz wyposażył się w miecz i tarczę. Oczywiście zabrał ze sobą swój miecz dwuręczny , który przewiesił przez prawe ramię . Nie wiedział że około kwadrans po nim , Zygfryd wysłał kilku rycerzy . Cały czas starał się nasłuchiwać puszczy. Być może kilku bandziorów zechce ograbić samotnego jeźdźca. Wielkie dęby, brzozy i buki przysłaniały leniwie wyglądające spod chmur słońce . Na Fighterze jechał szeroką na kilka metrów drogą . Mimo iż dosyć zabłocona i kamienista nie stanowiła problemu dla bojowego rumaka . Jakiś niedouczony plebejusz mógłby twierdzić że taki koń zapadłby się pod ziemię . Nie ma nic głupszego od wieśniaczych plotek i opowiadań . Okryty niebieską zbroją na kolczudze rycerz starał się , wiercąc w siodle znaleźć dogodną pozycję . Fighter spojrzał się na niego dziko spode łba . Książę zdjął hełm i przetarł swe zielonkawe oczy z niedowierzaniem . Czasami wydawało mu się , że koń go rozumie . Włożył hełm i starając się nie patrzeć na Fightera przebył na nim kilkaset metrów drogi . Pochylił się do ucha rumaka i rzekł cicho :
- Spokojnie malutki.
Jego kudłaty przyjaciel zarżał.
Z tym malutki , to jednak przesadziłeś.
Armand uśmiechnął się lekko . Teraz już wiedział , że omamy to prawda. Jego szlachetnej rasy , bojowy parzystokopytny porozumiewa się z nim. Wzruszył tylko ramionami i skupił się na nasłuchiwaniu puszczy. Koło drogi oprócz drzew ,rosły krzaki dzikiej róży, rzadziej cisy , łopiany i jeżyny. Teraz gościniec zaczął pnąc się ku niewielkim wzgórzu . Na dalekiej wyżynie , do której prowadził , nie widać było niczego prócz lasu. Wojownik po kilku minutach jazdy zsiadł z konia i zaczął przeszukiwać swoją torbę . Oprócz sakiewki z Koronami Nulngaardzkimi , będącymi środkiem płatniczym w całym państwie Henryka , znajdowała się w niej strawa oraz podręczne eliksiry magiczne . Po chwili wyciągnął kostkę cukru . Fighter spojrzał radośnie na prawą dłoń towarzysza . Rycerz podszedł do niego i poczęstował go małym łakociem. Wiedział , jak te zwierzęta lubiły słodkie kryształki . Pogłaskał konia po grzywie i wskoczył na siodło płynnym ruchem . Po około mili znaleźli się na szczycie pagórka . Teraz droga prowadziła w dół , gdzie zakręcała na zachód . Szum liści , spowodowany małym wichrem , nie dawał Armandowi spokoju. Początkowo wygwizdywał znane piosenki , lecz potem zaczął śpiewać donośnie i co najważniejsze radośnie piosnkę o bitwie pod Xuei :
„Roku tysiąc sto dziewiątego ,
Dnia dwudziestego piątego ,
Miesiąca siódmego ,
Pod wsią Xueio ,
W Dolinie Alleru ,
W Królestwie Roenu ,
Między Królem Ferhusem ,
Z władcą Fiverku Magnusem ,
Bitwa wielka była ,
Bitwa wielka była ,
Hej !
Gdy lewa flanka wojsk Fiverskich ,
Przeciwko rycerstwie Roeńskim ,
Ruszyła, lecz została pobita ,
A chorągiew Heralda zdobyta ,
Mądry Ferhus kazał atakować ,
I Roenu wierności dochować ,
Prawa flanka szarżowała ,
I włóczników rozjechała ”
Skończył śpiewać i zszedł z konia postanawiając napełnić bukłak wodą . Minął zakręt . Równolegle do gościńca płynęła rzeka . Szepnął do ucha fighterowi , by się uspokoił i poszedł w stronę strumyka , będącego kilkanaście metrów od drogi. Wszędzie było czuć zapach ściółki leśnej i rosnących wszędzie ziół . Przeszedł przez krzak jeżyny , urywając jeden owoc i chowając do torby przewieszonej przez ramię. Ujrzał przed sobą szeroki na kilka metrów potok , po którego obu stronach rozciągała się wielka puszcza. Niemal całość tej wyspy stanowiły lasy i bory. Rycerz zdjął hełm i położył go na trawie. Wykonał kilka kroków i przykucnął nabierając wodę do bukłaka. Zimna woda dała mu wytchnienie, gdy starannie obmywał twarz . Spoczynek przerwał diaboliczny krzyk dobiegający z przeciwnej strony rzeki . Mężczyzna odruch owo wydobył dwuręczne ostrze i oparł je na prawym ramieniu . Usłyszał też tupot Fightera , który wyskoczył z krzaków i stanął obok właściciela. Wojownik kazał mu wrócić na drogę . Koń posłusznie usłuchał i zniknął w gęstwinie za plecami księcia, który rozglądał się bacznie . Wreszcie dojrzał przebiegającą przez strumyk czarną jak smoła bestię. Potwór poruszał się na czterech kończynach uzbrojonych w długie , sierpowate szpony. Jego czerwone oczy płonęły rządzą krwi. Armand po garbatej sylwetce rozpoznał stwora. Był to vivix potocznie zwany topiryjem lub topielcem . Potwory te żyły w okolicach stawów, rzek i wybrzeży. Krzyk przypominający coś między rżeniem konia a szczekaniem wilka, strasznie przeszkadzał w skupieniu i myśleniu . Vivix zbliżał się. Nagle prąd rzeki zabrał ze sobą stwora , który poślizgnął się o śliskie kamienie na dnie i zajęczał z bólu, padając na udo. Dało to czas wojownikowi na założenie hełmu. Książę dobrze wiedział , co pazury tych „ zwierząt ” mogą uczynić twarzy. Po przepłynięciu kilkunastu metrów bestii udało się wyskoczyć z wody. Pędziła teraz w kierunku celu z jeszcze większym wrzaskiem .