Oto nowe opowiadanie. Już nowa seria, koniec z realiami M&B.
Może napiszę kilka opowieści o Operacji Overlord, ale na razie pierwsza część (jeszcze trochę taka beta :P):
Lądowanie w Normandii.
Maj 1944
Jestem sierżant David Jones. Służę w 4 Dywizji Piechoty armii Stanów Zjednoczonych. Już trochę lat temu, porzuciłem farmę w Texasie i poszedłem do wojska. Teraz nie wiem czy słusznie, czekało nas wielkie wyzwanie.
Wraz z moim oddziałem zostałem wysłany do Wielkiej Brytanii. Na wojnę w Europie, podobno Brytyjczycy dostali niezłego łupnia od szkopów. Co niektórzy mniej rozgarnięci szeregowcy, zastanawiali się czy będziemy pomagać Niemcom, a może Anglikom.
- Widocznie olali odprawę. - Pomyślałem i olałem ich głupotę.
Nasza łódź wojskowa, powoli zmierzała ku Angielskiemu brzegowi. Udałem się do kajuty mojego przyjaciela, sierżanta Claya.
- Cześć! - Zawołałem do niego, wchodząc.
- Ach! Witaj. Wiesz, że mamy rozkazy na piśmie?? - Powiedział dając mi jakąś kartkę. Wziąłem ją i zacząłem czytać.
- "Żołnierze armii Stanów Zjednoczonych!! (,,,) Niemcy okopali się w Europie (...) W czerwcu przypuścicie desant, na brzegach Francji (...)". Widać lekko nie będzie. - Spojrzałem na Claya, on zrobił kwaśną minę.
- No cóż. Pozostaje liczyć, że nie pójdzie się na przód frontu. - Odpowiedział ironicznie.
W milczeniu i zdziwieniu się pożegnaliśmy. Brzeg był już tuż, tuż. A my mieliśmy służyć w zupełnie innych armiach. Jak się później okazało Clay lądował na Omaha.
4 czerwca 1944.
Już minęło trochę czasu, od naszego przybycia na wyspy. Mimo tego, iż większość czasu spędzaliśmy na szkoleniach, uznałem Anglię za piękny kraj. Miłe kobiety, wspaniałe morze i wyspiarski klimat. To wszystko mi odpowiadało. Lecz wiedziałem, że już jutro zaatakujemy Niemieckie pozycje obronne. Zabrałem broń z koszar i spotkałem się z moimi podkomendnymi. Byli to: szeregowy Ronald Taylor twardy gość, mógłby roznieść Szkopa gołymi rękoma. Następnie Aaron Brinks przyjaciel Ronalda, obsługiwał karabin maszynowy, mieliśmy nadzieję, że pomoże nam znacznie na równinach, już po desancie. No i ostatni starszy sierżant Edward Greenland który uwielbiał zwykłe karabiny, żadne maszynowe, czy samopowtarzalne, kochał Lee-Enfielda, ciekawiło mnie jak spisze się w boju.
- Witamy sierżancie! - Zasalutowali, ja odpowiedziałem tym samym.
- Witam żołnierze! Wiecie gdzie płyniemy? Skopać szwabskie dupy! Teraz już zostało podane do wiadomości wszystkich żołnierzy, gdzie lądujemy. My lądujemy na plaży oznaczonej kryptonimem "Utah". Jakieś pytanie
- Nie sierżancie! - Odrzekli szeregowcy i udali się na statek, wszyscy byli trochę przerażeni. Nikt nie wiedział czy przeżyje i czy desant się powiedzie.
Po dwóch godzinach oczekiwania, dowiedzieliśmy się czegoś, o czym nawet nie przyszło nam myśleć. Przyszedł do nas jakiś porucznik.
- Żołnierze! - Zasalutował. - Generał Eisenhower odwołuje jutrzejszy desant z powodu złej pogody, operacja odbędzie się dzień później. - Odkręcił się na jednej nodze i poszedł poinformować innych.
- Ku*wa! - Zakrzyknął Brinks rzucając hełmem w podłogę.
- Spokój szeregowy! - Zawołałem srogo, aby go uspokoić. - Jak tak chcecie bić Szwabów, to płyńcie wpław! Na pewno będą czekać.
- Przepraszam sierżancie. - Spuścił głowę w dół i przysiadł na jakimś stołku.
- Wyruszymy w końcu. Ale zachowajcie spokój do cholery!! - Znów zawołałem, tym razem do wszystkich.
5 czerwca 1944
Cały dzień się denerwowaliśmy. Co niektórzy grali w karty, inni spali, jeszcze inni próbowali zachować humor i opowiadali sobie żarty. Ja czyściłem broń. Dostałem nowiutkiego Thomsona, chciałem go wypróbować, lecz strzelanie było zabronione. Musiałem czekać na desant, położyłem się do łóżka i zasnąłem.......
22.00
Obudzono mnie, znów ten porucznik który informował nas o przesunięciu desantu.
- Sierżancie! Proszę wstawać! Wypływamy, twoi ludzie sa już na statku. - Znów tak jak poprzednio mówił cholernie służbowo. Szybko odszedł.
Zabrałem karabin, magazynki i hełm. Udałem się szybko na łódź, już mieliśmy wypływać, aby rankiem przypuścić desant.
- Sierżancie! Chodź za mną, będziemy płynąć tym statkiem, potem nas spuszczą na łodzi desantowej. - Powiedział Aaron jak tylko mnie zobaczył. Reszta oddziału czekała przy łodzi. Leżeli i próbowali się wyspać.
Położyłem się przy nich. Znów zasnąłem, nawet o niczym nie myślałem.
6 czerwca 1944
5.30
Obudzili nas znowu.
- Ku*wa! Co za huk?? - Pytał się Ronald.
- To te krążowniki i niszczyciele. Już ostrzał! Pewnie spotkaliśmy się z nimi w środku drogi. Wypływali ze wschodnich portów. - Odpowiedziałem na jego pytanie, prawie śpiąc.
- Zbierać się! Grupować i wsiadać do łodzi, śpiące królewny! - Łaził po pokładzie jakiś wstrętny dowódca z niestylowym wąsikiem, mówił z Angielskim akcentem. - Och! Jankesi! Do łodzi!! Nie tolerujemy tu leni!
Mieliśmy wrażenie jakby morze drgało, jak ci Niemcy mogli przeżyć po takim ostrzale. Ronald zaczął wymiotować. Wgramoliliśmy się do łodzi desantowej i zostaliśmy odłączeni od statku.
- Co tak szybko?? - Pytali się żołnierze.
Pewnie przespali większość czasu, tak jak my. Teraz nagle ze snu, chwiejąc się na nogach i wymiotując zmierzamy ku plaży Utah.
- Patrzcie czołg pływa?? - Wskazał palcem jedną z łodzi jakiś żołnierz. Ktoś odpowiedział.
- To te nowe, specjalne łodzie do czołgów.
Wtem nad głowami zaświstały nam kule.
- Ja pie*dole! W dół głowy!! - Krzyknął sternik łodzi.
Pochyliliśmy się, kule wciąż latały.
- To te kaemy!! Cholera! Jak przez plażę przejdziemy??? - Wrzeszczał Aaron.
Co chwila słychać było uderzenia kul o metalową łódź, rozbrzmiewała istna muzyka, kdgłos łodzi i co chwila te nieszczęsne kule. Całe szczęście, że łódź nas zasłaniała. Na horyzoncie pojawiła się plaża i niemieckie bunkry, na wzgórzu.
- To szwaby!! - Zerwał się Ronald.
Łodzią zaczęło trząść, nie byliśmy pewni tego czy się nie wywróci. Wszyscy starali się utrzymać, odruchy wymiotne. Pociski coraz bardziej dzwoniły o łódź. Zaryliśmy o brzeg.
- To koniec waszej jazdy!! Wyskakiwać! Opuszczam rampę! - Odezwał się sternik chowając za nadbudowę, opuścił rampę, pociski wleciały do środka.
- AAAAACHH!!! MOJA NOGA!!! - Zaczął wrzeszczeć szeregowy z innego oddziału. Krew rozpryskała się po łodzi, chwilę potem go poszatkowało.
- Wyskakiwać!! - Dałem rozkaz. Wiedziałem, że łódź to śmiertelna pułapka.
Wskoczyliśmy do wody. Ci co bardziej obrzydliwi, wyskoczyli bokiem, omijając to co zostało z poszatkowanych przez kaemy. Woda była krwisto czerwona, powoli przewalaliśmy się przez pływające zwłoki do brzegu.
- Kaemy nie odpuszczają!! Brnąć dalej!! - Krzyczałem do oddziału.
Aaron tworzył ogień, w stronę bunkrów. Spowił je kurz, jeden z kaemów na chwilę umilkł.
- Aaron uje*ałeś go!! Dalej! Teraz mamy chwilę, zanim następny szwab weźmie karabin!! - Rozkazałem aby iść dalej.
- Cholerka ile ciał! - Edward raczył się dopiero zauważyć.
Wyszliśmy z krwistej wody na plażę. Mieliśmy tam chwilę wytchnienia, ostrzał był kierowany głównie do łodzi i na wodę.
- Za mną!! - Padł kolejny rozkaz, oddział ruszył osłaniając mnie. - Do tego wybrzuszenia, schować się tam!
Biegliśmy co sił w nogach, żołnierze biegnący przed nami zostali skoszeni serią. Jednemu urwało nogę. Przykucnęliśmy za wybrzuszeniem, był tam medyk i inny oddział.
- Weźcie tego co mu nogę urwało!! Jeszcze żyje! - Zawołał sierżant oddziału z medykiem.
Medyk ruszył w stronę rannego, unikał ostrzału z broni powtarzalnej, w końcu dotarł do żołnierza-kaleki.
- Strzelają! Osłaniajcie mnie! - Krzyczał przerażony medyk, próbując utrzymać przy życiu, żołnierza wstrząsanego konwulsjami.
Wstaliśmy zza nasypu i zaczęliśmy strzelać. Jeden Niemiec dostał ode mnie, krew trysnęła mu z szyi i stoczył się ze zbocza.
- Straciłem go!! Wracam! - Zakrzyknął znów medyk.
Szeregowy drugiego oddziału oberwał w ramię.
- JAUU! Boli! Pomocy!! - Upadł na ziemię. Schowaliśmy się za osłoną.
Medyk szybko go obrócił i wykonał nożykiem, jakiś prosty zabieg.
- Trzymać go tu! Później go zabiorą, do szpitala polowego! - Wybiegł sierżant tamtego oddziału i pobiegli w stronę bunkrów. Zaczął się ostrzał z moździerzy.
- Przy nas strzelają!! - Ostrzegł Edward.
- Wynosimy się! Pod bunkry! - Po tym rozkazie pobiegliśmy dalej.
Kaemy zaczęły ostrzeliwać brzeg, uwziął się na nas jakiś Szkop.
- Za te graty! - Zawołałem i wskazałem zniszczony czołg.
Schowaliśmy się za rozerwanym Shermanem numer 243. Otworzyliśmy ogień, karabiny już mogły skutecznie razić Niemców.
- Rozwalić ten kaem, co się na nas uwziął!!
Aaron kucnął i wyczołgał się za wrak. Otworzył ogień w stronę bunkra. Wszędzie był kurz, całe szczęście moździerze strzelały z dala od nas.
- Aaron! Lufa się na ciebie obraca!! Wiej!! - Ostrzegał Ronald.
Aaron szybko rzucił nam karabin i sam wskoczył za wrak. Chwilę potem w miejsce, w którym był wbiły się setki kul. Ja wiedząc, ze ostrzał jest skupiony w innym miejscu, dałem rozkaz Edwardowi, który był po prawej stronie wraku.
- Weź go zdejmij!! Bo nas ten kaem tu rozwali!!
Edward bez słowa wstał i położył lufę na wraku. Potem się wcelował i strzelił. Niemiec dostał w głowę.
- Brawo stary!! - Powiedział Aaron.
- Teraz do kolejnej osłony! - Zawołałem i pobiegliśmy.
W biegu zobaczyliśmy inny oddział. Moździerz trafił ich sierżanta. rozerwało go na drobne strzępy, reszta dostała odłamkami. Potem dobiły ich kaemy.
- Uważajcie na ostrzał!!
- Do..... - Nie dokończył idący dalej Ronald i stanął na minę.
Okropny wybuch wstrząsnął okolicą, oddział biegnący za nami padł na ziemię. Ciało Ronalda wzbiło się wysoko w górę i odpadły mu nogi. Gdy upadł jęknął i skonał, zalała go krew.
- ROLAND!!! NIEEEE!!!! - Krzyczał Aaron. podbiegł do ciała i złapał go za głowę, próbując ocucić.
- Aaron wracaj!! On nie żyje! - Wołałem, choć sam byłem wstrząśnięty. Aaron cały czas w swojej głupocie, próbował ocucić martwego Rolanda. Popłakał się.
Opadła na nas krwawa mżawka, wraz z Edwardem odciągnęliśmy Aarona za osłonę.
- Młody! On nie żyje!! - Edward krzyczał Aaronowi prosto w twarz. Aaron płakał.
Próbowałem osłaniać oddziały, wchodzące na górę. Przez stratę Ronalda i przez rozpłakanego Aarona, nie mogliśmy iść dalej.
- Ku*wa uspokój się Aaron!! - Darł się Edward. - Patrz! Już wjeżdżają czołgi! A my zostaniemy z tyłu!!
- Ale mój brat! On żyje.... - Łkając jęczał Aaron.
- On nie żyje!! to zrobili Szkopy!!! Te świnie zabiły ci brata!! Rozumiesz?!?! Masz iść z nami!! Bez ciebie nie damy rady!
Aaron wstał powoli, kule świstały nam nad głowami. Czołgi otworzyły ogień do bunkrów. Aaron był gotów pomścić brata.
- Dalej chodźcie! - Pobiegliśmy między kolumną czołgów.
Huk był okropny, można było ogłuchnąć. W biegu strzelaliśmy w stronę okopu.
- Wskakiwać tam! - Na mój rozkaz wpadliśmy do okopu.
Z góry rozstrzelałem Niemca, upadł na plecy. Brzuch zalała mu krew. Aaron wbiegł do bunkru i rozstrzelał, znajdujących się w środku żołnierzy.
- Aaron! Uspokój się!! Nie zgrywaj bohatera!! - Darł się do niego Edward.
- Niemcy biegną!! Do bunkra! - Schowaliśmy się w środku.
Niemcy biegli w stronę czołgów z bombą. Jakiś oddział otworzył do nich ogień, słychać było karabiny maszynowe.
- Teraz! - Wyskoczyliśmy zza wejścia do bunkru. Niemcy zdziwieni, dostali w plecy. Krew tryskała, gdy kogoś trafiał karabin maszynowy Aarona. Jednemu rozpadła się czaszka. Krew zalała ciało, które upadło bezwładnie na ziemię.
Cały Niemiecki oddział leżał w kałuży krwi, która efektownie zaczęła spływać ze wzgórza.
- Idziemy dalej! - Pobiegliśmy w stronę domów, które znajdowały się za wzgórzem.
07.00
Cały czas napieraliśmy, nagle zza jakiegoś domu wyłonił się Tygrys.
- Ku*wa! To one takie duże! - Zawołał ze zdziwieniem Edward.
- Kryć się czekać na czołgi!!
Inne oddziały idące z nami też się schowały.
- Hej macie Bazookę?? - Zapytałem innego sierżanta.
- Tak! Mamy dwie! Z jednej możemy strzelić, ale nikt więcej u nas nie zna obsługi! - Oznajmił sierżant.
- Ja umiem! - Zarzekał się Edward.
- To łap! - Prędko przyniósł Edwardowi Bazookę. - Tylko uważaj, bo to łatwe nie jest, tak jak się zdaje.
- Przecież umiem! - Odparł Edward i pobiegł za dom.
- Gdzie idziesz Edward?? - Zapytałem go.
- W dupsko go trafię! - Edward pobiegł dalej.
Tygrys stał i czekał na nasze Shermany. Podobno to najcięższy czołg na świecie, całe szczęście nas nie widzieli. Edward przebiegł ukradkiem za czołg i wypalił. Rozległ się huk. Zza czołgu poleciały różne odłamki metalu.
O dziwo czołg dalej działał.
- Mam go! - Przybiegł Edward. - Patrzcie! Myślą, że dostali od czołgu, obraca wieżę.
- To jak obróci my go w tył wieży, bo już uszkodzony jest. - Powiedział sierżant.
- Jasne! Po wieży poszło też mocno. Patrz! Jak z tyłu wypaliło.
- Dobra wyłaź i wal! - Dał rozkaz sierżant.
Jeden żołnierz wyłonił się zza muru. Wtedy niespodziewanie pojazd otworzył ogień z przedniego karabinu. Krew naleciała wszystkim do oczu, żołnierz który chciał zniszczyć czołg leżał bez głowy.
- Ku*wa on ma to i z przodu!! - Sierżant rzucił się na Bazookę i nim czołg obrócił wieżę, trafił prosto w nią.
Wieża się oderwała i wpadła na jakiś dom, zawisła na wygiętej lufie. Ze środka czołgu buchnęły płomienie. Paląca się załoga wybiegła i krzyczała, skróciliśmy ich cierpienia zabijając ich.
Wrakiem wstrząsnęły jeszcze, dwa wybuchy amunicji.
Musieliśmy udać się dalej, oczyścić drogę czołgom, odsunęliśmy ciało poległego żołnierza i prędko go pochowaliśmy, przy pomocy saperek. Edward zrobił ładny krzyż z dużych gałęzi...........