Część I
Jechaliśmy do zamku. Już ze dwie godziny temu, Harlaus zniknął z horyzontu. Zamek już jawił się w promieniach słońca. Daliśmy znak, że jesteśmy Swadiańskimi żołnierzami, wpuszczono nas. Za bramą powiedziałem sierżantowi.
- Musimy rozmawiać z dowódcą! Straciliśmy Jelkalę i zabili lorda Devilana, jego syn pojechał z posłańcem do Yalen! Wielka armia rebeliantów Rhodockich zmierza tu!
- Jelkala?? Stracona?? Ale.... muszę być powściągliwy. W zamku jest król, on teraz nami dowodzi. Idź do niego.
Więc udałem się do króla Rolanda wraz z Fraincisem.
- Witamy wasza wysokość! Przybywamy z wiadomościami z Jelkali.
- Och tak! Spodziewałem się posłańców, ale żołnierzy nie. Cóż się stało? Widzę żeście nieźle poturbowani.
- My jesteśmy niedobitkami z armii Harlausa.....
Król zerwał się z tronu. Korona przekrzywiła się na prawą stronę.
- Przegraliście bitwę??? On żyje???
- Rebelianci przejęli Jelkalę i zabili lorda Devilana. My odzyskaliśmy miasto i uratowaliśmy jego syna, zabrano go do Yalen. Po pięciu godzinach przybyli Rhodocy i oddział Grunwaldera, ich przywódcy. Ledwie wyrwaliśmy się z okrążenia. Ostałem się ja, lord Harlaus i sześciu kawalerzystów. Nasz pan pojechał rekrutować żołnierzy na wieś, bo nadciąga tu wielka armia. Chcą zdobyć ten zamek. Po tym nic ich nie powstrzyma przed zajęciem Praven i budowy zamku Reindi. Proszę przeczytaj to wasza wysokość.
Dałem królowi to co zostało, z rozkazów pomiętych przez lorda.
- A któż to tak pogwałcił?
- Sam lord Harlaus. W gniewie.
- Hmmmm... rzeczywiście! Nie wygląda to ciekawie. Udajcie się na zasłużony odpoczynek, bardzo się zasłużyliście królestwu. Jeśli atak rzeczywiście ma nastąpić tak szybko, musicie mieć siły do walki. Ja tym czasem wyślę zwiadowców, aby zapoznali się z sytuacją.
Udaliśmy się do koszar. Położyliśmy się spać, ja wstałem dopiero rankiem następnego dnia.
Część II
Wstałem o świcie. Dowiedziałem się, że zwiadowcy już powrócili i zdali meldunek. Poszedłem do sierżanta.
- Panie sierżancie! Co z sytuacją? Kiedy przybędzie wróg?
On z niepokojem powiedział.
- Dziś o południu będą. Ponoć mają wieżę oblężniczą i wielu strzelców. Szacują ich na tysiąc dwustu wojów. Pozostaje nam tylko czekać.
Zdziwiłem się, że tak szybko dotrą. Postanowiłem poczekać na Harlausa, aż przedstawi królowi plan szarży przed polem zamkowym. O dziwo po gorzinie przybył. Bramy się otworzyły, pobiegliśmy sprawdzić co się stało. Był obity i miał rozprutą zbroję. Przysiadł pod murem w cieniu i nas zobaczył.
- Moi towarzysze! Jak zapewne widzicie, nie zabrałem ani rekruta.
- A cóż się stało, panie?
Zapytał Fraincis.
- Ano wieśniacy mnie obili. Przeklęte bękarty! Ach! Szlag by ich! Nikt nie chciał iść, zagroziłem tylko, ze obetnę łeb temu ich wrednemu sołtysowi, co kazał mi iść. Mi lordowi! Hańba! Oni się na mnie rzucili. Zamknęli mnie potem w stodole. Powiedzieli, że nazajutrz nabiją mnie na pal. Psy! W stodole była dziura, poszerzyłem ją i uciekłem. Ach! Ku*wa! Idę do króla, podobno tu jest.
Wszyscy lekko się zaśmialiśmy. Zaufany lord króla, pobity przez kilku chłopów. Jednak na prawdę mógł zginąć, gdyby go nabili na pal, wójt to poważana osoba we wsi, wieśniacy go obronią, a on mu zagroził. Przestaliśmy się śmiać, pewnie poniosły go emocje. Widać, że jeszcze nie ochłonął po Jelkali.
Część III
Harlaus wrócił do nas po dwóch godzinach.
- Możemy jeszcze wygrać! Albo wybić drogę do odwrotu. Mamy przeprowadzić szarżę. Za niedługo tu będą! Szykować się! Drzewiej!!
Zaczęliśmy się szykować. Przywdziałem nową zbroję, tym razem z królewskim herbem. Poszedłem do stajni, założyłem kolczugę na konia. Byłem już gotowy, tak jak i większość wojska w zamku. Nikt o nic nie pytał. Raz kozie śmierć. Król wyjechał na dziedziniec w asyście najlepszych rycerzy. Przemówił do nas.
- Żołnierze! Rycerze! Blisko już jest wróg! Wieść o rebelii zaskoczyła nas, ale jesteśmy gotowi. Ważne, ze dali nam czas na założenie zbroi i zabranie broni. Ich wódz zwie się Grunwalder, kto skróci go o głowę, dostanie dzban złota!! Uznałem przed chwilą, wraz z moją radą, że musimy się stąd wycofać! Konnica pod wodzą lorda Harlausa, ma zrobić wyłom w szeregu wroga. Piechota pod moim dowództwem, uderzy na lewą flankę i wszyscy wycofamy się do Praven. Moglibyśmy to zrobić już teraz, jednak chcemy zniszczyć ich morale! Zadać cios! I być może zabić im przywódcę!! Proszę postarajcie się żołnierze! Poczekamy na nich! Ustawić się przed bramą!!!
Po podnoszącej na duchu przemowie króla, ustawiliśmy się w szeregu. Tuż przed bramą. Były nas ze cztery setki. Wszyscy w jednym szeregu, długi był jak szlag.
Czekaliśmy sporo czasu. Z nudy i żeby zapomnieć na chwilę o bitwie, bawiłem się z Fraincisem w balansowanie mieczem, postawionym pionowo na dłoni.
- Wygrałem! Hahaha!
Zakrzyknął Fraincis. Ja odparłem.
- Popatrz w dal!
- Czekaj zdejmę ten głupi hełm bo przeszkadz........ ja pie*dole!
Długi chyba na dwie mile, szyk Rhodocki wyłonił się zza wzgórz. Wszyscy konni zamilkli. Na gest ręki Harlausa, schowaliśmy miecze i wzięliśmy lance. Harlaus gładził w ręce Rhodocki bełt, który obiecał wsadzić Grunwalderowi w miejsce, o którym szlachcicowi mówić nie wypada.
Część IV
- Za mną!
Krzyknął król, wyjeżdżając na przód, wraz ze swoją strażą. Zatrzymał nas, na sześćset metrów od Rhodockich włóczni.
- Zaraz się zacznie! Bądźcie w gotowości! Konnica jedźe za mną! Pamiętać!
Przestrzegł Harlaus. Pawęże Rhodockie się rozstąpiły, wyszli kusznicy.
- Jechać za mną! Nie pytać się co robimy!
Ruszyliśmy powoli, wzdłuż formacji Rhodockiej. Grunwalder to dostrzegł, zabrał swoich ludzi i szedł na równi z nami. Król wiedział co chce zrobić Harlaus, wydał więc rozkaz.
- Do boju piechota! Za mną!
Piechota rzuciła się za nim do ataku. Zaatakowali w lewe skrzydło Rhodockiej armii. Uderzyli w mur pawęży. Silni Rhodocy jednak ich nie puszczali, szybko unieśli tarcze. napierający się przewrócili i zostali przebici włóczniami.
nasza piechota znów natarła, wskoczyli na pawęże i górą zabili ich właścicieli, mur runął. Wszyscy się rozproszyli i zaczęli walczyć na miecze.
My tym czasem dalej szliśmy w bok. Grunwalder prostopadle z nami. Harlaus dojrzał wyłom, który Grunwalder wywołał swoim marszem za nami.
- Walić w ten cholerny wyłom!! Nauczymy ich prawdziwej walki!!
Obróciliśmy konie i zaszarżowaliśmy prosto w dziurę szyku Grunwaldera. Grunwalder zdezorientowany próbował wracać, jednak piechota nigdy nie prześcignie konnicy.
- Lance w dół!!
Padł ostatni rozkaz Harlausa. W ostatnich chwilach przed uderzeniem, Rhodoccy pawężnicy zorientowali się co się dzieje. Zdążyli zobaczyć tylko błysk grotów lanc w słońcu, nim zostali na nie nabici.
Krwista fala nas obmyła, niektórych też oślepiła, kilkanaście koni wywinęło salta, i wleciało głęboko w Rhodocki oddział, zgniatając wszystkich po kolei.
Zaczęliśmy dźgać na oślep. Dźgnąłem kogoś, jego poderwało i wyrwało mi lancę z rąk. Nabitego nieszczęśnika odrzuciło na kompanów, których zaraz stratowaliśmy. Pod końmi było czuć masę zgniatanych ciał. Musiałem bić mieczem. Uderzyłem kogoś koniem, jego obróciło przy tym tyłem i zupełnie niespodziewanie, na mój miecz nabił się Rhodok. Przeciągnęło go kilka metrów zanim miecz wyszedł. Z wierzchu jego brzucha wystawało moje ostrze, więc lecące ciało raniło wszystkich na których wpadało.
Harlaus sam parł w stronę Grunwaldera. Za jego koniem rozciągała się, krwawa rzeka ciał. W końcu dotarł do znienawidzonego wroga. Zadał mu z siodła cios. Grunwalder złapał lancę i prawie wysadził lorda z siodła. Harlaus odrzucił lancę, Grunwalderem zachwiało. Lord wyciągnął puginał i błyskawicznym ciosem, wbił się Rhodockiemu wodzowi w podbródek. Odrzuciło go, upadł na plecy, Harlaus dobił go długim mieczem. Potem straciłem go z oczu.
Ja i paru rycerzy, prawie się przebiliśmy. Wyskoczył na mnie pewien pawężnik. Uderzał spisą, wziąłem jego cios na miecz i przekręciłem. Ręce mu się wygięły, a jego samego obróciło. Cofnąłem miecz i przymierzyłem mu w bark. Krew wleciała koniu w oczy, spłoszył się. Nachyliłem miecz do poziomu kolana, co chwila ocierał się o Rhodoków. Spłoszony koń wszedł w cwał, tratował Rhodoków, zobaczyłem gotowego na mnie żołnierza z nastawioną włócznią, chciał nadziać konia. Jakimś cudem go wykręciłem, przechyliłem miecz, który trafił prosto w gardło włócznika. Przeszedł do połowy i się ześlizgnął po kości. Krew zalała mu klatkę piersiową i się przewrócił.
Koń się uspokoił, daliśmy radę się wybić. Rhodocy byli zdezorientowani, nie wiedzieli do końca jak znaleźliśmy się za nimi. Król nalej walczył razem z piechotą. Harlaus nagle wypadł z formacji wroga, na zakrwawionym koniu z pękniętą tarczą i wygiętym puginałem w ręce.
- Za mną! Trzeba pomóc królowi!!!
Prędko pojechaliśmy za nim, Rhococy z prawego skrzydła nas ścigali.
- Uderzamy w lewe skrzydło, łamiemy je i uciekamy!!
Część V
Pod ukosem szarżowaliśmy na tył oddziału, walczącego z królem. Uderzenie także nastąpiło pod ukosem. Prawie wyrwało mnie z siodła, koń wierzgał. Harlaus poderwał swojego wierzchowca do góry i wylądował na włóczni Rhodockiej. Przeraziłem się.
- Harlausie!!
Rozpaczliwie krzyczałem. Zobaczyłem, że się podniósł. Przebijałem się do niego. Panował straszliwy ścisk. Krew spływała mi z brwi, widocznie ktoś mnie drasnął. Harlausa powalili wieśniacy, zaczęli szukać miejsca do przebicia się, przez jego zbroję płytową. Wjechałem w nich, z resztą i lorda trochę stratowałem. Uderzyłem jednego z wieśniaków Rhodockich. Miecz przeszedł mu po głowie. Upadł i wił się z bólu. Drugiego przebiłem, próbował w rozpaczy dziobnąć mnie widłami. Uderzyłem go w głowę tarczą, gładko wyszedł z miecza.
- Panie wsiadaj!!!
Krzyknąłem do Harlausa i ustawiłem konia, żeby mógł wejść. Wciągnął się i zobaczył, że oddziału króla już niema.
- Nieeeee!!!!!................
Załamał mu się głos. Krzyknąłem byśmy już uciekali, według planu.
- Uciekać!! Król nie żyje!!!!
Wszyscy wybiliśmy się z Rhodockich formacji. Kusznicy którzy wcześniej nie zdążyli strzelić, wydali całe salwy.
- Uciekać!!!!!!!!!!! Żwawiej!!!!
Krzyczał Fraincis. Wjechał za mnie i osłaniał tarczą lorda, przed bełtami. harlaus powoli osuwał się z siodła. Odrzuciłem tarczę i go przytrzymałem.
- Konrad! Co robisz???
Zakrzyknął Fraincis.
- Ku*wa! Lorda trzymam!! Podjedź bliżej z tą tarczą!!!
- Już, już!!
Fraincis jechał tuż przy mnie, kopyta naszych koni prawie się stykały.
- Kolejna salwa idzie!!!
Ostrzegł ktoś. Fraincis bardziej schował głowę za tarczą i nachylił się w stronę Harlausa. Poczułem ból.
- Dostałeś!!! Prosto w ramię!!
- Wiem Fraincis!! Chyba czuję!! Aghhhh.... osłaniaj!!!!
- Osłaniam!!
Bełty wbijały się w tarczę Fraincisa. Koń rycerza przede mną się zachwiał. Przebiegł jeszcze trochę i przewrócił się przez bok, kopyta konia uderzyły w mojego, ten jednak nie upadł.
- Na brodę mego dziada!! Jak go bełtami poszatkowało!!
Darł się zdziwiony Fraincis.
- Kogo?
- Tego Rycerzyka co przed tobą gnał!!
- ZAMKNĄĆ MORDY!!!! JA TU LEDWO WISZĘ!!
Krzyknął nagle Harlaus. Ścisnąłem jego rękę, prawie tarł już prawą stopą po ziemi.
- Zaraz im zwiejemy!!! Zaraz!!! Jeszcze chwila!!!! Huraaa!!!! Udało się!!!
Znów darł się Fraincis.
- Taaaak!! Ha!
Entuzjastycznie zakrzyknąłem. Zostało nas około setki. Gnaliśmy jeszcze przez jakiś czas, aż upewniliśmy się, że Rhodocy nas nie ścigają. Wszyscy powoli podróżowaliśmy ku Praven. Kilku zbrojnych którzy nie byli ranni, udało się na budowę zamku Reindi, aby przestrzec budowniczych o armii wroga. Ramię coraz bardziej mnie bolało, krew zalała mi całą zbroję. Jechałem półprzytomny na wyczerpanym koniu. Fraincis i Harlaus prowadzili mojego konia, kiedy zemdlałem.......
EDIT: Żeby już nie zmieniać w tekście. Udało im się uciec za wzgórze, gdyby były jakieś wątpliwości.