Zmieniam ankietę bo jednak dziwna trochę :)
Akt II Sojusznik Rhodoków.
Część I
...obudziłem się. Ale już nie w obozie, obudziłem się w zdobytym zamku. Ranni dookoła mnie, poległo wielu naszych. Ale zamek został przejęty, jakiś szarlatan siedział nade mną.
- No i wstałeś, teraz idź do koszar.
Ja ze zdumieniem
- Ajć ale byłem ranny.
- Nic już ci nie jest, ciesz się, że żyjesz. Normalnie nie pomagamy rekrutom, teraz każdy wojownik się liczy. Idźże sierżant czeka na oddział.
Okazało się, że miał rację, o dziwo została tylko blizna. Czyżby jakieś szatańskie praktyki?? Ucałowałem krzyż, który stał na wielkiej ławie w dolnych salach zamku i udałem się na dziedziniec, jeszcze trochę utykając.
Przyszedłem na dziedziniec, nie było wielu żołnierzy. Jeszcze ściągano ciała z murów. Robili to głównie pojmani w bitwie. Choroby ich dziesiątkowały. Zobaczyłem sierżanta.
- Panie przybywam.
Sierżant mnie zaskoczył
- Wojowniku zasłużyłeś się!! Za uratowanie mnie przed tymi Rhodockimi cymbałami, chciałbym cię wyróżnić. Wstąpisz, do lekkozbrojnych jednostek piechoty. Masz to coś, będziesz dobrym wojem.
Ja cały czas zdziwiony, myślałem, że zostanę ukarany za to, że nie dokończyłem walki. Jednak sierżant ma wpływy u lordów, pewnie dzięki niemu zostałem nagrodzony.
- Dziękuję panie. Pójdę za tobą choćby w ogień.
- Ano idziemy w ogień! Zostałeś na stałe przydzielony, oddziałowi lorda Ryisa. Idziesz z nimi. Ja zostaję tutaj, być może się kiedyś jeszcze spotkamy, wyruszacie jutro. Odmaszerować!
Poczułem smutek, że opuszczam sierżanta. Jedyny żołnierz który nie patrzył na mnie z góry, na pewno nie pochodził ze szlachty, rozumiał takich jak ja.
Udałem się do dolnych komnat, położyłem się i usnąłem. Byłem jeszcze zmęczony a chciałem być gotów do podróży wraz z wielkim oddziałem lorda.
Część II
Ranek był mglisty, jednak w miarę dobra widoczność, za murem płonął stos Rhodockich trupów. Miałem zgłosić się do zbrojowni po nowy ekwipunek. Dostałem wreszcie normalny miecz z dobrą pochwą, o dziwo też dobrą tarczę, tylko trochę porysowaną i z Rhodockim herbem.
Lord kazał nam zeskrobać to co zostało z tych malowideł. Godzinę później kazał się zabrać przed bramą, zdziwiła mnie duża ilość rycerzy w oddziale. Patrzyli na nas piechotę z pogardą, ich błyszczące zbroje i groźnie wyglądające hełmy garnczkowe były imponujące.
Do tego potężne konie z ciężkimi kolczugami na grzbietach, marzyłem by też takim być, sprawiali wrażenie niepokonanych, bałem się czy Rhodocy też mają takich żołnierzy, jednak na razie wszystko szło po naszej myśli, sam jednak nie znałem celów tej kampanii, zostałem nagle wciągnięty w wir walki z biednej wioski. Lord Ryis swoją mową rozwiał wszystkie wątpliwości. Czekała nas krwawa jatka jeszcze tego dnia.
- Wojownicy! Rebelianci Rhodoccy splamili nasz honor!! Zgarnęli nasze dawne ziemie, teraz zwą się ich posiadaczami!! Każdy lennik Rhodockiego króla jest wyjęty spod prawa, mamy ich zmieść!! Bez litości!!
Plugawy lud, nie znający prawdziwych władców ziem Swadiańskich!! Zwiadowcy donieśli, że te cymbały planują kontratak! Musimy ich powstrzymać w szczerym polu i ruszyć na zamek Almera!, pustosząc przy tym ich ziemie.
Za Swadię!!!!! Jeszcze dziś, tam dalej na polach, pokażemy im!!!
Wszyscy wznieśli ten okrzyk razem z nim, ja się przyłączyłem. Poczułem się mężczyzną, wojownikiem, prawdziwym mężem.
- Za Swadię!!! Śmierć zdrajcom!!! Za Swadię!!! Śmierć zdrajcom!!!!
Ryis zawrócił i poprowadził nas, my ruszyliśmy za dowódcą, wszyscy cicho. Dumni lecz i przerażeni, wiedzieliśmy co będzie niedługo i że wielu z nas nie wróci.
Część III
Staliśmy na polu, jakieś dwie mile od zamku. Dowódca dał sygnał, stanęliśmy w szyku bojowym. Powrócił jeden ze zwiadowców, podjechał na rumaku do lorda.
On sapał, koń parskał. Wydusił z siebie
- Panie, panie!! Oni już blisko, 50 strzałów z kuszy już są!!
- A więc nadchodzą, z przewagą jaką??
Zwiadowca
- Z siedemset woja pawężnicy, kusznicy i włócznicy. Na szarżę naszą gotowi, tak ich nie weźmiemy. Rycerstwo pod końmi skończy.
Rycerz zza Ryisa nagle
- Jakże śmiesz tak nas hańbić??? Weźmiemy ich choćby z powietrza!!! Nam nikt nie straszny, z diabłem staniemy w szranki!!!
Ryis go uspokoił
- Ręczę, że prawdę powiadasz. Wszak musimy ostrożnie, piechotę poślemy aby włócznie przytrzymali, wy zaś z boku ich weźmiecie.
-Tak panie! Jak sobie życzysz! Chociażbym mógł.....
Ryis surowo
-NIC NIE MOŻECIE BEZ ZGODY MOJEJ!!!! CO WAM KAŻĘ UCZYNICIE!!!
- Oczywiście, przepraszam panie.
Lord zwrócił się do oddziałów piechoty
- Idźcie walczyć, pola dotrzymajcie. My w ukryciu za to, przemkniemy i w ich boki uderzymy. Nie bójcie się! Żwawo! Żwawo!
Obejrzałem się za siebie, nie umiałem liczyć, ale wiedziałem, że nas jest mniej. Ruszyliśmy, mgła ustąpiła, było widać jakieś postacie dalej. Wiedzieliśmy, że to wróg. Marsz był krótki jednak miałem wrażenie, że trwał wieki.
Rozpoczął się ostrzał, niebo przysłoniła salwa kuszników, zrobiło się ciemniej, spadły na nas tysiące bełtów, uświadomiłem sobie jak ich wiele, ilu trzeba ludzi żeby wystrzelić tyle bełtów.
Na kilka chwil przed uderzeniem salwy padliśmy na kolana, szybko zakrywając głowy tarczami od góry. Było okropnie, po prostu koszmar.
- Kur*a co to?? Na boga koniec świata!!!!
Zakrzyknął rekrut, na to jego sierżant.
- Kur*e to ja ci dam w du*e!! Siedź cicho jak nie wiesz co się dzieje zacofany wsiunie!!!
Żołnierz stojący z boku dostał w brzuch, złapał się za ranę i upadł, tarcza już go nie przysłaniała, poprzebijały go dziesiątki bełtów, krew tryskała okropnie. Ostrzał się zakończył, spojrzałem na tego nieszczęśnika, zdarło mu skórę z głowy, widocznie bełty nie przebiły się przez czaszkę. Ruszyliśmy dalej, musieliśmy zostawić rannych i konających, co niektórym strzaskało tarcze, ale przeżyli. Byliśmy już blisko, sierżant idący na czele zatrzymał nas.
- Patrzcie na te szumowiny!!!! Boją się nas, choć jesteśmy w ilości mniejszej!! Pokażmy im prawdziwe męstwo!! NAAPRZÓDD!!!!
Wszyscy popędziliśmy jak szaleńcy, miałem wrażenie, że jadę konno. Pędziliśmy i w końcu zbiliśmy się z wrogiem. Okropny skrzek łamanych kości, byli tam żołnierze z ciężkimi obuchami. Inni nadziewali się na włócznie, pod naporem reszty. Sam tak jak i wielu innych, uniknąłem włóczni, postanowiłem trzymać się trochę z tyłu. Rhodocy szybko odbudowali szyk i nas odepchnęli, wypieli włócznie i nadziali cały rząd, krwiste włócznie siały wśród nas postrach. Wyskoczyliśmy wszyscy na raz i pod ogromnym parciem uderzyliśmy w pawęże, szyk Rhodocki został rozerwany. Rozpoczęła się normalna walka, trafiłem na jakiegoś pawężnika, dwa razy przyjmowałem ciosy na tarczę, próbowałem go uderzyć w głowę, jednak ten zasłaniał się tarczą i straszył mieczem, przykucnąłem podbiłem tarczą jego pawęż i podciąłem po nogach, jego leżącego dobiłem ciosem w klatkę, okropne było uczucie gdy mój miecz przecierał żebra.
Usłyszeliśmy róg bojowy konnicy, spojrzałem na bok i zobaczyłem kawalerię wbijającą się w rhodoków. Rycerze po odrzuceniu złamanych kopii, wywijali mieczami, piechota wroga kładła się rzędami, nie byli na to gotowi.
Biegłem dalej, natrafiłem na wrogiego sierżanta. Przerażony próbowałem uciec, on jednak mnie odciął od reszty, pobiegłem w jego stronę, on lekko ciął mnie po nodze glewią, ja zablokowałem ją tarczą, on jednak był silniejszy i mnie powalił, ja przewalając się pociągnąłem go ze sobą, wszedłem mi na brzuch i podciąłem gardło. Zaczął pluć krwią i skonał. Zauważyłem, że rhodoków zostało niewielu, pobiegłem za ostatnią szarżą konnicy. Cały byłem mokry i czerwony. Pewien rekrut pognał na mnie, sparowałem cios mieczem i uderzyłem go w głowę tarczą, pewnie stracił przytomność. Ale nie dobijałem go, pobiegłem dalej.
Część IV
Nagle się przeraziłem, cały nasz szyk stanął. Rycerstwo się cofnęło, większość straciła konie. Nadciągała jakaś szarża. Ryis rzekł
-Czyż to nie Khergici?? Te psy zyskały sprzymierzeńców!!! Ustawić mur z piechoty!!!
Stanęliśmy w rzędzie, byli już blisko. My zdziwieni, wzięliśmy włócznie od martwych rhodoków, kucnęliśmy i nadzialiśmy ich nagle na nie. Nie wiedzieli, że swadiańska piechota może mieć włócznie, wszyscy ruszyli biegiem, podnieceni nadziewaliśmy kolejnych konnych. Odgłos łamanych kości zamienił się w odgłos łamanych drzewców i przebijanych ciał. Krew znów tryskała, trafiłem kogoś w głowę, grot włóczni się złamał, khergit z zalaną twarzą pognał dalej i spadł z konia, oko wypłynęło z oczodołu. Podciąłem kilka koni, koledzy z tyłu zajęli się jeźdźcami, nagle wjechał na mnie koń. Poturbował mnie i zgubiłem miecz, wziąłem więc szablę leżącą na ziemi i z biegiem wbiłem się w żołnierza bez konia, szabla zagięta nie przebiła go ale rozszarpała brzuch. Obejrzałem się w bok i ujrzałem rumaka jadącego na mnie w blasku słońca, jeździec nachylił szablę, nie trafił. Ja za to ciąłem go w brzuch, bezwładnie spadł z konia. Konnicy wroga było coraz mniej, najprawdopodobniej zaskoczył ich nasz opór. Reszta uciekła, ze zmęczenia nawet nie wysyłaliśmy pogoni.
- Zwycięstwo!!!! Rodacy wygraliśmy!!!!
Zakrzyknął entuzjastycznie Ryis, dobijając ostatniego konającego wroga, ten próbował go złapać zakrwawioną, drżącą ręką.
- TAK JEST PANIE!!
Odpowiedziało rycerstwo, wbijając miecze w ziemię.
Ryis zdjął płachtę na której był jego herb, zawiązał na włócznię i wbił ją w ziemię, pośród ciał na znak zwycięstwa.
- Wojownicy rozbijmy obóz, za polem bitwy, jutro ruszamy w stronę zamku Almerra, odzyskać nasze ziemie!! ZA SWADIĘ!!!!
- ZA SWADIĘ!!
Odpowiedzieliśmy niczym przed bitwą. Wiedziałem już, że służę nieugiętemu, odważnemu i honorowemu panu. Podziękowałem bogu w modlitwie i usiadłem przy ognisku, najeść się do syta i iść odpoczywać przed trudniejszymi bojami, być może podczas wyprawy poznam też w oddziale jakichś przyjaciół........
DOWN: Gramatyka kuleje, a taki nawał tekstu nie poprawia sytuacji :) Ale jeśli z treścią jest dobrze, to jestem zadowolony, tylko jeszcze te błędy. Ale myślę, że błędów w tekście takich jakie były w poprzednim (przepołowienie mieczem) nie ma.