Zbliża się kolejna rocznica Bitwy Warszawskiej. I znów w mediach zaroiło się od bzdur na ten temat.
Po pierwsze- nazywanie tej bitwy Cudem nad Wisłą to policzek wymierzony w Piłsudskiego, Weyganda, Rozwadowskiego a także dowództwo i resztę Wojska Polskiego. To nie był cud. Po prostu każdy oficer i żołnierz zrobił to, co do niego należało. No chyba że cudem nazwiemy fakt, że w końcu Polakom udało się zjednoczyć i uniknąć improwizacji i niebezpiecznego pójścia na żywioł.
Po drugie- trochę mi żal, że zapomina się o wcześniejszej fazie tej wojny. Popularne wyobrażenie o wojnie 1920 roku jest takie- Bolszewicy nas napadli, my się cofaliśmy, cofaliśmy, aż tu nagle pod Warszawą ich złoiliśmy, koniec- wojna wygrana. Zupełnie nie przebija się do świadomości fakt, że Polacy wyprzedzili Bolszewików i sami wyprowadzili ofensywę, zdobywając min. Kijów. Niestety, wojna toczona na kresach rządzi się swoimi prawami. Rozległe równiny przedzielone bagnami Polesia to szalenie trudny teren do operowania. Prędzej czy później, każda armia tam ugrzęźnie.
Po trzecie- postać księdza Ignacego Skorupki. Na obrazach i filmach widzimy księdza, który z krzyżem w ręku prowadzi oddział do natarcia i ginie, trafiony bolszewicką kulą. Prawda jest równie chwalebna, ale nieco mniej malownicza. Ksiądz Skorupka nie pojechał na wojnę aby prowadzić natarcia. Był kapelanem. Miał służyć żołnierzom radą i duchową pomocą. I tak też zginął- trafiony przez przypadek kulą ekrazytową, gdy gdzieś tam za plecami nacierających żołnierzy udzielał rannemu ostatniego namaszczenia.