Balwrather
Zmarszczyłem czoło. Jeśli ony tchórz jest takim tchórzem, na pewno ma co najmniej dwóch ochroniarzy. Jeśli nie jest tchórzem, a tylko leniem, ma jednego, acz z pewnością wybranego, a do tego trzeba pewnie doliczyć jakiegoś kompana, więc z pewnością nie zdołają wykonać, pies je trącał, skrytobójstwa. I na, ku*wa, szczęście. W honorowej walce, choćby miał czterech oprychów, nie uda mu się, nie ma co się martwić. Wstałem, chwytając w połowie trzonu młot, jak zawsze, gdy nie spodziewałem się nagłego ataku, acz byłem świadom niebezpieczeństwa, uznając, że Inkwizytor może chować swe emocje. Przeor nawet się najwyraźniej nie starał tego zrobić. Obejrzałem się, czy aby nie ma za mną żadnego adepta, ba, szczura nawet; jeśli żadnego nie zaobserwowałem, obejrzałem się na towarzysza Witolda, mimo podejrzeń - a nawet po części dzięki nim - uznając go teraz za ważną osobistość godną szacunku, rzekłem:
- Cóż to za specjalne zadanie, skoro mym towarzyszom powierzyłeś śmierć Dussenrina? Jeśli nie obrazi ono króla, wykonam je ze wszelkich sił. - W moich myślach latały przypuszczenia, cóż to może być za zadanie; zainteresowało mnie to niezwykle. Oby tylko nie wysłał mnie na samobójstwo "z imieniem Sigmara, ku*wa, na ustach", pomyślałem, nie pokazując jednak nic z tego na twarzy; oczy moje już dawno przyzwyczaiły się do nieokazywania uczuć, męczone w wielu bitwach widokiem poległych ziomków, znajomych, bliskich przyjaciół wreszcie, a w mym społeczeństwie nie uznawano smutku za męski. Zresztą, każdy krasnolud jest już z urodzenia przystosowany do takiego sposobu bycia, niektórzy jednak tego nie wykorzystują.