Najpierw zasady:
1. Ja jestem arbitrem i w 99% mam racje.
2. Wszelką mechanikę załatwiamy na pw a komentarze zamieszczamy w odpowiednim temacie
3. Nie piszemy jednolinjkowców!!!
4. Piszemy w osobie pierwszej, jaki czas czy teraźniejszy czy przeszły wisi mnie to
5. NIE BÓJCIE SIĘ TWORZYĆ ŚWIATA! To jest tak samo wasza gra jak i moja. Chcesz iść do karczmy? Prosze bardzo tylko ją ładnie opisz i byle w klimacie ^^
6. Bawimy się dobrze
Gracze:
Bale
PŻ: 17
Pozostałe PŻ: 12/17
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Czempion Tzeetha
PŻ: 15
Pozostałe PŻ: 8/15
PM: N/d
Aktualnie walczy z:
Balwrather
PŻ: 18
Pozostałe PŻ: 18
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Krizz
PŻ: 14
Pozostałe PŻ: 7/14
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Thoren
PŻ: 18
Pozostałe PŻ: 18
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Siegfried
PŻ: 14
Pozostałe PŻ: 9/14
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Karlan
PŻ: 14
Pozostałe PŻ: 14
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Ragnar
PŻ: 18
Pozostałe PŻ: 18
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Uwaga sesja jest brutalna i zawiera wulgaryzmy
Oblężenie twierdzy Stadthauer
Było cicho...za cicho. Cisza taka jest naturalna dla spokojnej równiny ale nie dla armii szykującej się do ataku na twierdze... W objęciach ciemności ogromna, demoniczna,krwawa armia szykowała się do oblężenia...w zupełnej ciszy. Żaden demon ani człowiek nie wydawał z siebie dźwięku tylko z jakąś zaciekłością i złośliwością wykonywał przydzielone mu zadania. Nad obozowiskiem wielotysięcznej armii szykującej uderzenie na twierdze unosił się zapach uryny, potu, siarki, pieczonego mięsa i czegoś jeszcze....Czegoś nie uchwytnego...Śmierci? Gdyby jakiś szpieg przeszedł przez obóz zobaczyłby jak palą się stosy z świniami, kurczakami i ludźmi nabitymi na rożen. Zobaczyłby jak w okręgu walczy dwóch berserkerów Khorna. Zobaczyłby jak Krwiopuszcz wgryza się z lubością w coś co było kiedyś trzyletnim dzieckiem. A gdyby poszedłby w stronę namiotów dowodzenia zobaczyłby jak wielki wojownik z twarzą zniekształconą bliznami, chaosem i rogami wyrastającymi z czaszki, uderza toporem w stół i krzyczy coś w stronę zgarbionego czarnoksiężnika który przykryty czarnym płaszczem ukrywał swoją twarz w cieniu kaptura. Ach cóż on krzyczał? Zaraz chyba idzie odróżnić słowa...
- CZY TY OSZALAŁEŚ SUDABAHALU?! - wyryczał głosem bardziej podobnym do wycia demona niż ludzkim
- Spokojnie Kul...jesteś wybrańcem Bogów ale pamiętaj kto Ci pomagał....- wysyczał czarnoksiężnik spod kaptura
- Sudabahalu....jeżeli podprowadzę moją armię pod bramę prawdopodobnie wybiją nas z murów jak psy! Mówisz, żebym Ci zaufał...jaką masz pewność, że Twój człowiek nas nie zawiedzie?! bez otworzenia bram jesteśmy martwi! I nawet sam Khorn nam nie pomoże!
- Nie zawiedzie... Bogowie są z nami..z Tobą! Ty jesteś potężny Asaval Kul! Ta twierdza padnie i otworzy nam drogę na niebroniony Altdorf! Uwierz we mnie...
Wojownik odwrócił się i wpatrzył w punkt na ziemi między swoimi nogami. Długo, oj długo się zastanawiał co zrobić po czym szeptem rzekł do czarnoksiężnika.
- Rób co uważasz za słuszne... - Kiedy się odwrócił...Go już nie było. Taak, takie rzeczy mógłby usłyszeć i zobaczyć szpieg....Mógłby... Gdyby właśnie nie był przybity włócznią jednego z czempionów Nurgla i w ostatnich chwilach nie przeklinał swojej głupoty, że nie został karczmarzem.
***
Daleko na horyzoncie, w ciemnościach, wśród mgiełki pojawiły się sylwetki trzech jeźdźców. Wyglądali niemal identycznie, każdy z płaczesz i spiczastym kapeluszem i każdy z czymś niedobrym w oczach. Jeden jadący w środku, spojrzał na broniące się miasto znad okrągłych okularów, gwizdnął pod nosem z podziwem i zacisnął usta. Po długim milczeniu przemówił.
- Każdy wie co robić...Każdy zna swoje obowiązki...Ruszamy pojedynczo przez boczną bramę... - Urwał i spojrzał na blondyna który znajdował się po jego prawej stronie. Blondyn wpatrywał się w horyzont po czym nagle poczuł spojrzenie rzucane mu znad okularów. Odwrócił się w stronę towarzysza, poprawił gestem ręki długie blond włosy i skrzyżował z nim spojrzenia. Jego intensywne niebieskie oczy wdawały się prześwietlać łowce na wylot. Po chwili walki na spojrzenia uśmiechnął się do jeźdźca, ale na Bogów jego uśmiech mógł się śnić po nocach w najgorszych koszmarach. Okularnik wykrzywił wąską twarz i rzekł cichym głosem.
- Ty pierwszy...
Blondyn uderzył konia ostrogami i zniknął w odmętach mroku nocy. Okularnik odwrócił się do drugiego towarzysza. Miał on twarz bez emocji, jakby wykutą z kamienia, długie czarne włosy i bliznę na lewym policzku jak po cięciu.
- Wiem.. - szepnął do okularnika i pojechał w mrok, w tym samym kierunku w którym zniknął blondyn. Jedyny pozostały jeździec poczekał chwilę odmawiając po cichu modlitwę do Sigmara po czym galopem ruszył w kierunku bocznej bramy...
***
- Ja pierdoleeeeee!! Jak mi się nie chce! Polej gorzałki lepiej Manferd!
- Miałeś opowiedzieć co Cię dziś na warcie spotkało Sigter!
- Ano miałem! Więc słuchaj, stoję ja sobie przy bocznej bramie i wyczekuje tych...pfu...chaotów co by jakiego na halabardę nabić a tu się pojawia jakiś blondyn, kurwa Twoja mać, na koniu i chce wjechać do miasta!
- I co wpuściłeś go?
- Manferd...nie śmiej się ale jak się uśmiechnął to o mało co się nie posrałem.... Jak babcie laczkiem...
- Trza go było halabardą dziabnąć! Głupiś jak but Manfred! A jak chaocki szpieg?!
- A nie! Bo miał glejta, że niby jest łowcą czarownic kurwa Twoja mać.
- Łowca czarownic?! Tutaj?! Jeszcze nam tylko syfilisu brakowało!
- Ale nieeee....najlepsze dopiero przed nami! Myślę, sobie no dobra przepuścił ja jednego choć będzie spokój na mieście! Ale tu nawet dwa kichnięcia nie miną jak pojawia się drugi jeździec i zgadnij, kurwa twoja mać, kto?!
- Nie....
- Tak, też łowca! Ten po prawdzie glejta nie miał ale wymierzył we mnie z pistoletu tom się o mało nie posrał drugi raz...Jedyny wielki Sigmar mnie uchronił przed utraceniem łba.
- Dwóch łowców...no ładne rzeczy....
- Trzech!
- Jak to trzech?!?!
- Ciszej, na Sigmara chcesz żeby nas jakaś menda klasztora przyłapała, że na Inkwizycje psioczymy? Trzech no bo ledwo com doszedł do siebie przyjeżdża trzeci w okularkach i mówi, że glejt ma tom nawet nie sprawdzał bo od razu widać, ze łowca.
- Niesamowite...
- Eh..mówię Ci...Prędzej nas łowcy przydybią niż mury padną...Polej lepiej, w końcu jutro może nas już nie być...
***
Dzielnica biedoty, położona przy zachodnim murze, płonęła. I bynajmniej z powodu strzały chaosu czy kuli z katapulty. Kapłani Sigmara sami ją podpalili. Zaraza. Prawdopodobnie podłożona przez wyznawców Nurgla. Przez pogorzelisko dziarsko maszerowała kompania krasnoludów. Ustawieni po dwóch, wesoło szli podśpiewując sobie wyjątkowo plugawą piosenkę o dziewicy i dwóch kundlach. Przy każdym wersie który zawierał pikantniejszy kawałek, śmiali się w niebogłosy jakby nie zdając sobie sprawy z unicestwienia dzielnicy. Przechodząc przez barykadę ustawioną między dzielnicą biedoty a mieszczaństwa pokazywali stacjonującym tam zbrojnym figi lub opuszczali spodnie i z pośladkami na wierzchu oddawali głośno gazy. I tak podśpiewując i ciesząc się z okazji bitwy mijali domy, stragany, paleniska, minęli nawet stos z kobietą nad którym kapłan jak opętany wykrzykiwał do tłumu, że zdrajcy ludzi zostaną potępieni nie zwracając uwagi na krzyki kobiety. Byli jedyną wesołą rzeczą w tym całym kotle rozpaczy. W końcu przewodzący krasnolud którego twarz była niekończącym się pokazem szram i blizn wzniósł bogato zdobiony młot i kompania zatrzymała się przed drzwiami wielkiego klasztoru ku chwale Sigmara usytuowanego w środku oblężonego miasta. Drzwi od klasztoru otworzyły się z hukiem i wyszedł całkiem krzepki starzec oraz przestraszony młodzieniec w czarnych szatach adepta. Starzec uśmiechnął się do kompani ciepło i spojrzał na wszystkich swoimi wyblakłymi oczyma. Patrzył długo a jego szeroka dobrotliwa twarz wydawała się słać uśmiech do każdego z osobna.
- Witajcie moje dzieci! - krzyknął basowym głosem który nie pasował do ust człowieka już sędziwego.
- Jakie Twoje dzieci! Mógłbym być Twoim ojcem ale mnie pies na schodach wyprzedził! - krzyknął jakiś oburzony głos z głębi formacji. Niemal wszystkie krasnoludy ryknęły śmiechem. Niemal...Tylko stojący na przedzie krasnolud z mozaika blizn nie uczynił żadnego gestu. Kapłan na chwile zbladł po czym powrócił do swojego starego wyglądu dobrotliwego ojca.
- Czcigodne krasnoludy! - zaczął raz jeszcze - Ja brat przeor klasztoru Sigmara rad jestem powitać was gorąco w tym ciężkim dla nas czasie! Chciałbym przeto zamienić słowo z waszym dowódcą jest tu takowy?
Krasnolud idący na przedzie wyszedł krok naprzód w dźwięczeniu swej kolczugi i uderzył trzonkiem młota o ziemie.
- 6 regiment królewski melduje gotowość bojową, me imię Balwrather!
- Witaj me imię Witold, jak rozumiem wysłał was kapitan Gunter do mnie...hm..hm....Jako, że ja przyjezdnym miejsca obrony daje wy krasnoludy wspieracie bramę. Możecie się rozejść a Ty czcigodny Balwratherze proszę zabierz dwóch swoich najlepszych wojowników i chodź ze mną... - powiedział przeor po czym zniknął w głębi klasztoru razem ze swoim uczniem. Balwrather odwrócił się do reszty
- Krasnoludy! Rozejść się! Jutro skoro świt widzę was przy bramie! Dziwek nie chędożyć i nie pić za dużo! Thoren! Ragnar! Wy idziecie ze mną!
- rzekł a z masy rozchodzących się krasnoludów wyszło dwóch wyjątkowo odznaczających się. Pierwszy nazwany Thorenem z czarnymi włosami i ponurą twarzą wyszedł obciągając czarny stój pod kolczugą zaś drugi, Ragnar, miał szalenie rude włosy i brodę. Trzech najlepszych młotodzierżców...
***
Tymczasem daleko, w zamkowych podziemiach, w pałacowych lochach, przebywał niezwykły gość. W małej celi bez okien siedział pewien kształt. Tłusty strażnik więzienny poszedł do krat i uderzył w nie kluczami.
- Żyjesz kurwi synu? Mam nadzieje, że żyjesz...Jutro dostarczysz nam hecy nie ma co! Wkoło bitwa a Ty na środku, jako stos, jako sztandar upadku chaosu. Słyszysz kurwi synu? Słyszysz? Wezmę sobie Twoją zbroje żeby do niej lać! Słyszysz?!
Kształt poruszył się i nagle urósł. Z mroków celi wyszedł berserker Khorna, wielki, odziany nadal w zbroję, emanujący złem. Na każdym naramienniku miał nabite czaszki, na pewno ludzie ale zbyt małe aby były dorosłego człowieka. Strażnik cofnął się i na jego pucowatej twarzy pojawił się grymas strachu. Berserker chwycił swoimi rękawicami obciągniętymi ludzką skórą kraty i zbliżył twarz zakutą w hełm do światła.
- Nazywasz mnie kurwim synem...? Chcesz mojej zbroi...? To chodź...prze trące Ci kark jak tamtemu tuzinowi który próbował ją ze mnie zdjąć...
- z niej wyskoczysz....Tak mówił przeor Witold!- powiedział strażnik zlęknionym tonem...Berserker zaśmiał się po cichu..
- Obiecuje Ci...zanim spłonę na stosie...przeżuję jeszcze Twój mózg... - rzekł złowieszczym tonem po czym znów zaszył się w mrok celi by rozmyślać nad życiem . Strażnik coś jeszcze przeklął pod nosem po czym wrócił do swoich spraw i obchodu po lochach. Berserker myślał w jak głębokim gównie się znalazł i dlaczego Khorne go opuścił. Rozmyślałby dalej gdyby nie szept który poderwał go na nogi.
- Baleeeee.....