po raz kolejny jestem oszczędny w skrinach, ale za to hojny w tekście.
Rozdział III Krak Des ChevaliersPsy! Skvrwykyepy! Djabły w Anjelej Skórze!
Zapłacą za to, że udzielić pomocy memv mentorowi nie chciały.
J o a n n i c i - tak syę zwą.
Nie bez powodv noszą czarne szaty. W końcu Szatanowi modły odprawjayą.
Saraceni od nich lepś. Bynaymnjey pomoc noszą sobie nawzayem.
Natomjast Cj ,,Krzyżowcy" nawet tyłka ze swego Krak des Chevaliers nje raczą.
Ale zgjną, ale będą się w pjekle smarzyć. Tylko jch warowniję zdobyć należy.
Ach przepraszam za ten nieuprzejmy ton. Wiem, mi pisarzowi takich słów zapisywać nie wypada. Wiem o tym i zaprawdę powiadam, nie powtórzy się to. Niestety sytuacja mnie w sensie pewnym zmusiła do tego. Czemu, dlaczego i po co? Odpowiem najdokładniej jak potrafię w trzecim rozdziale mej księgi, poświęconemu Zakonowi Św. Jana Chrzciciela.
Było południe. Ogromne mury warowni Joannitów robiły na naszej
małej delegacji ogromne wrażenie. Przybyliśmy w celach pokojowych. No częściowo pokojowych, a w dokładniej ujmując, prosić o wsparcie w walce z Saracenami. Ten zakon był najbliżej nas, a zakonnicy z białym krzyżem często przemierzali tutejsze, okolice szukając zajęcia. Myśleliśmy więc, że bez problemu dostaniemy kilkudziesięsiu kolegów do pomocy w walce z tym diabelstwem. Ale nie. Mistrz odmówił. Odmówił i do tego chamsko. Twierdził, że wojna tutaj jest niepotrzebna. Jak on mógł?! W końcu innowiercy są naszymi wrogami od wieków! Papież nakazuje ich zabijać, a ten skurwypjep myśli inaczej! Heretyk jeden.
Stanisław nie zamierzał błagać na kolanach. Pogroził Joannicie, że wszyscy tutejsi mieszkańcy będą niedługo martwi(w imię Boga i Papieża), następnie wyszedł otwierając z całą swą siłą wrota, przy okazji rozganiając straże. To już nie przelewki. Konflikt wisiał w powietrzu. Nasz mentor miał swiadomość, że jeśli zaatakuje tą warownię to także się narazi Księstwu Antiochii, ale przecież Bóg jest po naszej stronie.

Minęło kilka dni od tego dramatycznego i brzemiennego niedługo w skutkach wydarzenia, a my podążaliśmy do twierdzy Templariuszy, będącej pod protektoratem hrabstwa Edessy. Tak, tego z którego pochodzili rycerze, jacy do nas w wyprawie do wiosek Saraceńskich dołączyli. Oiecaliśmy odbić dawną stolicę. Na razie nawet się do tego nie kwapiliśmy, a poza tym nasz konflikt z Antiochią był im nawet na rękę. Też ich nie lubili.
W Baghras zostaliśmy ciepło przyjęci. Może to nie równać się z wjazdem Chrystusa do Jerusalem, niemniej widzieliśmy te pozytywne nastroje. Ludzie widzieli w nas zbawców tej ziemi. Nie mylili się. W końcu oczyścimy ją kiedyś z tych piekielnych pomiotów, jakimi są Saraceny. Ewentualnie pozostawimy ich, aby służyli nam, chrześcijańskiej rasie panów.
Przywitał nas mistrz Templariuszy. Po krótkiej wymianie prezentów, nasze delegacje usiadły przy wspólnym stole. Napiliśmy się wybornego wina z sycylijskich winnic, a następnie skosztowaliśmy mego ukochanego piwa z Pilzna. Doprawdy, lepszego trunku nie znajdziecie. Piją go tylko prawdziwi rycerze. Tak, więc kiedy uraczyliśmy się odpowiednimi posiłkami, rozpoczęliśmy poważne rozmowy. Na sam początek, nasz trochę zaalkoholizowany Stanisław uzupełnił swój program wyborczy o odbicie Kerak, dawnej warowni zakonników z czerwonym krzyżem. Po cichu w myślach zastanawiałem się, co on jeszcze powie wśród ludzi, aby ich do siebie przekonać. Przecie to nierealne, aby mieć tyle Saracenów wytłuc. Trzeba być Heraklesem, aby takie rzeczy robić. No tak, w końcu my jesteśmy herosami. Już tyle chłopów zabiliśmy. Później trwała już normalna pogawędka rycerzy. Ustaliliśmy w niej, że kiedy Templariusze odwrócą uwagę armii Antiochii, które zaczęły się nami interesować, my będziemy szturmować Krak des Chevaliers do skutku, aż mury w proch się obrócą. Po pełnej mocnych doznań nocy, wyruszyliśmy z zamku z dość silnym kacem.

Nie rozumiem jak można być kimś tak walki pragnącym, jak ten miszczunio. Banda chłopów szła, zaatakował ich. My też, bo chcieliśmy aby się wykrwawił później. W sumie te napady niepotrzebnej agresji miał osiem razy. Przyczynił się do znacznego pogorszenia stosunków Zakonu Św. Jana Chrzciciela z Księstwem Antiochii, za co mu będziemy dozgonnie wdzięczni w przyszłości. Przynajmniej to nie my wyszliśmy na agresorów, ale głupi rycerze z czerwonym krzyżem. Po 3/4 przebytej drogi, rozdzieliły się nasze armie. My poszliśmy szeroką jak statki Bizancijum drogą, wprost do paszczy smoka, a miszcz Templariuszy począł zwiedzać okolicę w poszukiwaniu osób pragnących znaleźć się w raju.
Widok ogromnych murów Krak des Chevaliers nie wzbudzał już w nas podziwu. Czuliśmy jedynie złość z powodu szyderszych uśmiechów na twarzy obrońców. Nie myją się brudasy, zęby do wymiany. Już nasze psy mają ładniejsze. Widać komu służą Ci podludzie. Myślą, że my ich nie pobijemy, ale wielce mylą się. Zginą jak Saraceńscy tchórze, którzy uciekali przed nami. Litości do tych kjepów nie będzie!
Nie, nie musieliśmy szturmować miasta. Joannici sami wyszli nam na spotkanie. Byli pewni siebie. Niestety to jest częstą przyczyną śmierci.W ich wypadku natychmiastowej. Wpadli wprost w naszą pułapkę - ziemię posmarowaną smołą. Wystarczyło strzałą łognistą puścić i po wypadowcach. Doprawdy, nigdy piękniejszych pochodni nie widziałem. I tak oto spełniła się wola Boga. Popełnili jeden z siemniu grzechów głównych, za co zostali ukarani. Od tego czasu przestali się z nas śmiać. Nawet głów śmiało nie wystawiali poza mury. Strach napełniał ich serca, a nasze radość i bojaźń boża. Dziesięć dni po rozpoczęciu oblężenia postanowiliśmy trochę zmniejszyć załogę zamku. Wypad był szybki prosty i skuteczny. Zginęło 69 Joannitów przy 12 poległych z naszej strony. Atak dostał miano udanego. Mieliśmy w planach je powtarzać aż do całkowitego wykończenia obrońców co pięć dni.
Tym czasem trwała dramatyczna bitwa mistrza Templariuszy. Bił się z miejącymi pięciokrotną przewagę Antiochijczykami. Przegrał i uciekł z niewoli. Dobrze, że się bił. Bóg mu to kiedyś wynagrodzi i w niebie będzie miał same dziewice, które tak kocha rozdziewiczać.
A plany stały się rzeczywistością i nikt nie śmiał pomóc
biednym zakonnikom. Kolejne ataki ich wykańczały i Krak Des Chevaliers obracał się w ruinę. Piekną oraz zachwycającą zniszczeniami stertę gruzów. O to nam chodziło. Niech odmówienie pomocy rycerzom Zakonu Św. Jana Chrzciciela będzie nauczką dla przyszłych naszych przyjaciół. Niech wiedzą, że z nami to się nie zaczyna.
Ostatni i decydujący atak przypadł dwadzieścia dni od rozpoczęcia oblężenia. W ogóle niedawno zmogliśmy je, bo posłańcy wykryli zbliżające się armie Księstwa Antiochii. Nie mogliśmy spokojnie czekać aż umrą z głodu. Niestety, czas tutaj może zdecydować o porażce czy wygranej tej wojny.
W końcu po szesnastym ostatecznym szturmie padła ostatnia baszta i mogliśmy się zająć naprawą naszych zniszczeń. Trzeba było ten zamek przystosować do obrony. Na takiej kupce kamieni to nie stawimy czoła Antiochijczykom.
Przede wszystkim posprzątaliśmy ten bałagan jaki był widoczny, aby uzyskać pełen obraz sytuacji.Tyciące dziur w murach, wieże ścięte do połowy. Nie zaciekawie. Zdecydowaliśmy, więc że zbudujemy prowizoryczne wały ziemne wzmocnione drewnem z okolicznych oaz oraz kamieniami, jakich tu nie brakowało. To miało nam zapewnić obronę jako taką. Resztę da swoim wiernym wyznawcom Bóg.
Trzeciego dnia od zdobycia Kraka, Stanisław zadecydował, że weźmie najlepszych rycerzy i stosując taktykę wojny podjazdowej w końcu wykończy wrogie armie. Te ruiny dawnej twierdzy nie są najlepszą ochroną. Jego argumenty wydały nam się przekonujące, dlatego my posłuszni jego słowom pojechaliśmy za nim, zostawiając pracujących w pocie czoła żołnierzy i chłopów. Oto nadchodzą dni chwały Zakonu Św. Jana Chrzciciela.

C D N
Ten pierwszy akapit zawiera celowe błędy, mające wczuć czytelnika w klimat. Dawniej, bynajmniej w Polsce nie pisano tak jak teraz. Mieli inne zasady ortograficzne, inną czcionkę i tak dalej.
http://my.opera.com/LordzFc/blog/2009/02/11/piesn-o-krolv-polskim-wladislawie-iiii-wielkim-slawnym-zawolanym-monarsze?cid=6979019#comment6979019 - przepisany przeze mnie XVII-wieczny tekst. Jak sami zobaczycie jest trochę inaczej ;)