Nie zauważyłem jeszcze na tym forum tego typu tematu. Nie wiem też czy dobrze trafiłem, wrzucając go w ten dział, więc jeśli źle żem to zrobil, proszę o odpowiednie przeniesienie go.
No dobrze, ale w ogóle co to jest ARR? Skrót ten daje się rozwinąć na trzy słowa: After Action Report - dosłownie to oznacza raport z działania, które było wcześniej(no mniej więcej). W praktyce chodzi o granie i pisanie z relacji. Tak w skrócie. Formy są różne. Widziałem ARR'y w strategiach globalnych, to czemuż tutaj nie może być? W końcu w M&B też kreuje się historię samemu.
Gram na modzie Kill the Infidel, na poziomie najłatwiejszym. Nie, nie chciałem sobie tutaj głowy zawracać kolejną przegraną bitwą/ oblężeniem. I tak dość czasu zajęło mi skompletowanie odpowiedniego wyposażenia, a poza tym raczej, liczy się treść. Proszę, więc nie zwracać uwagi na to jak grałem, ale bardziej na wartość merytoryczną tekstu pisanego. No to tyle ode mnie.
Zapraszam do czytania.
Rozdział I Saone-Saladin
Spotkałem go na Ziemi Świętej. Jechał na koniu w raz z gromadką radosnych rycerzy, z czego większość należała do Zakonu Świętego Tomasza. Wyglądał młodo, acz widac było na nim blizny, świadczące o dosyć burzliwej przeszłości.
- Godfrydzie, dziś jest chyba jedyna okazja, na to co com chciał Ci powiedzieć odkąd mnie uratowałeś z morza.
- A cóż mi powiesz, towarzyszu?
- Historię mego życia.
- Opowiadaj więc, opowiadaj.
- Cóż, jak sam zauważyłeś, sporo na mym ciele znaków. Nie skrywam, walczyłem sporo. Tysiące dusz padło ofiarą mych rąk. Wszystkie zabijałem bez litości. Bitew stoczyłem przedużo. I w pewnym momencie zdecydowałem się na wyjazd do tego miejsca, do Ziemi Świętej,by odkupić uczynki popełnione względem ciała i duszy. Kiedy uratowałem Joannitę z zasadzki, dostałem hojne wynagrodzenie za ten czyn, jak i propozycję zostania jednym z nich. Bez wachania zgodziłem się na to. Dostałem z miejsca, doskonałego konia bojowego, jakim do dziś jeżdżę. Czort mi pecha zesłał i w pewnej sprzecce śmiertelnie zraniłem brata zakonnego. Zostałem wydalony, a sam mistrz zakonu rzucił na mnie klątwę. Póki co nic nie dała. Widać po której stronie jest Bóg - powiedział z przekąsem - Ale pomimo tego, nie porzuciłem postanowienia i dalej brnąłem aby dotrzeć do miejsca, gdzie Pan na krzyżu umarł. Spotkałem zakonników N.M.P, z czarnym krzyżem na tarczy. Kiedy zapytałem się, jak dotrzeć do Genui, oni również pytanie zadali. Ekhm, propozycję dali, ażeby zostać ,,Krzyżakiem". Dalsza podróż odbyła się bez większych nieprzewidzianych trudności. Morze było spokojne i bez obaw dotartliśmy tu. Diobeł czuwoł nady mną i mi kolejne nieszczęście zesłał - zasadzkę Saracenów. Wybili do nogi wszystkich oprócz mnie, a ja uratowałem się z trudem z tego. Kiedy zjawiłem się w siedzibie zakonu, obarczyli mnie winą. W ramach pokuty nakazali mi podbicie jednego z zamków Muzułmanuf. Teraz widzisz mnie tutaj z tą bandą wesołych i gotowych na wszystko rycerzy. Ich wszystkich uratowałem z niewoli innowierców. Mamy cel - zdobycie Saone-Saladin. Twierdzy górskiej, która posiada jedną wielką zaletę - mały garnizon. Uda nam się. W końcu Bóg jest po naszej stronie - powiedział to z taką pewnością, że utwierdził resztę żołnierzy, iż zamek jest do zdobycia.
- A Ci Joannici? - wzkazałem ręką na czterech braci zakonnych.
- Myślisz, że wszyscy trzymają urazę do mnie? Nie mierzy się ludzi jednaką miarą, Godfrydzie. - z uśmiechem na twarzy pojechał dalej, a ja postanowiłem się przyłączyć do tej zgrai i zrelacjonować to co oni zrobili.
Potężne, żółte mury Saone-Salidin budziły lęk nawet samego Stanisława z Radomska. Niemniej pokuta, to pokuta. Bóg był z wyznawcami i prowadził ich do zwycięstwa. Dla naszego zbawienia Jezus umarł na krzyżu, a my go teraz nieśliśmy. Za jego pomocą dowódca postanowił przeczekać dziesięć dni i dać obrońcom czas na wykonanie rachunku sumienia. I tak musieli umrzeć, bo oni myśleli, że to Allah jest stwórcą wszystkiego, a my że nie, bo Jahwe. Innowiercy się mylili. Tylko nasza wiara jest nieomynalna i jedyna prawdziwa. Dlaczego, więc Saraceni mieli żyć, skoro wierzyli w Allaha ? Bóg mi powiedział we śnie, że ich trzeba zabić. Ukazał się w postaci miecza wibrującego nad zamkiem.
Nieoczekiwanie w dniu naszego ataku, Muzułmanie zrobili wypad za mury twierdzy. Spora grupa zaatakowała nasz obóz.Bóg jednak zbudził mnie ze snu i w porę zauważyłem napastników. Błyskawicznie obudziłem rycerzy i Ci z pieśnią w ustach wbiegli w szeregi innowierców. Nie było dla nich litości. Będą się smarzyć w piekle za ten uczynek wobec nas. Powątpiewam co prawda, aby Szatan ich torturował, w końcu to jego wyznawcy, ale zawsze miłosierny Bóg może zesłać z nieba anioła, jaki z radością sprawi trochę bólu wyznawcom Allaha(czyt. diabła)Po skończonej potyczce nasz dowódca postanowił im dać kolejne dziesięć dni, tym razem na zmianę wiary.
Czas oczekiwania do ostatecznego rozwiązania kwestii muzułmańskiej, upłynął w jedzeniu mięsa, mięsa i mięsa. Nasz mentor, Stanisław, przywlekł z zakonów oszczędność w tej dziedzinie prowadzenia wojny i nie zamierzał kupić choćby beczki miodu, dla urozmaicenia posiłku. Nie! On uważał, że my mamy walczyć a nie jeść. Ach, co za człowiek... A Templariusze to nawet piwo z browarów czeskich mają. My jednak odbywaliśmy pokutę w raz z naszym dowódcą. Tłumaczył się, że post wzmacnia ciało i duszę, a także przygotowuje do wejścia do raju. Bóg ponoć woli osoby szczupłe w swym królestwie. Przyznajmy się, Stanisław kłamie. Mi opat z Ebeleben, trochę przygrubawy chłop, ale poczciwy, mówił że stwórca cieszy się na widok dobrze odżywionych.
Nadszedł dzień ataku. Drabiny ustawili chłopy z okolicznych wsi, którzy po utracie kilku towarzyszy, z radością zmienili wiarę. Obrońcy tego nie zrobili, musieli, więc zginąć. Cóż, nie każdy rodzi się mądrym. Rycerze błyskawicznie dobiegli do jedynej drogi prowadzącej do środku zamku i poczęli wchodzić dosyć powoli na drabiny. Wiadomo - zbroje nie ważą tyle co piórko, ale łucznicy nie mieli sił by przebić ciężkie pancerze wyznawców Chrystusa.
Nie mieli litością do wyznawców Diabła! Każdy kto stanął na ich drodze ginął w mig.(,,Rach, ciach i już", jak to mówi Stanisław) I Ci nagle poczuli kto jest silniejszy. Dopadła ich bojaźń boża. Oddali swe mury i toczyli boje zażarte o schody jedne. Szatan urok na nich rzucił! Bez tego by tak się nie bili zawzięcie. ,,Allah Akbar!" Jak jeden głos, dziesiątki ust krzyknęły te słowa. Rzucili się na nas, jak my na nich. Bezlitośnie zabili kilku rycerzy św Tomasza, których widocznie Bóg zapragnął mieć u swego boku, by tam pod jego przywódctwem toczyli boje ze Diabłem, w piekle mieszkającym. Wracając do samej walki.
Nasi bohaterowie, bo tak ich najlepiej nazwać, wytrzymali tę szatańską nawałnicę i skończyli z raz na zawsze z innowiercami. Piękny zamek został zdobyty. Oto wyznawcy prawdziwego Boga, pokazali, że potrafią wygrywać nawet z wojskami Upadłego Anioła.
Jednak nasz przywódca zmienił plany. Saone-Saladin nie odda zakonnikom N.M.P, ale stworzy własne królestwo. Od teraz jego celem nadrzędnym stała się Jerozolima. Aby ją odbić musiał oprócz tego znacząco osłabić władzę wyznawców Allaha w tych okolicach. Inaczej mówiąc - na gruzach ich miast stworzyć imperium, w którym Chrystus umarł tysiąc lat temu.