Fordy mają jedną wspólną cechę - gniją. Jak żyję, nie słyszałem, by ktoś powiedział, że blacha w Fordach jest dobra. Bo nie jest. W naszym klimacie chyba wyjątkowo po tyłku dostaje, bo nieraz widziałem dość młode Fordy, które rdza zżarła bardziej, niż mojego 30 letniego maluszka. Zwłaszcza Escort powinien zostać okrzyknięty Królem Rdzy.
Jest zresztą takie powiedzenie, że najgorsze auta są na "F" - "Fiaty", "Fordy" i francuskie. :P
Wkurza też dość powszechna i niezbyt przychylna opinia o BMW jako o wozach dla wieśniaków, czy szpanerów itp. Zdążyłem się przekonać, że to wspaniałe wozy i nawet starsze modele są wykonane z klasą i dużą dbałością o ergonomię. Nie mówiąc już o tym, jak się tymi autami jeździ, bo to po prostu poezja... Fakt, same auta, jak i części do nich są cholernie drogie, ale za jakość trzeba zapłacić.
BMW jest po prostu nudne...
No tak, masz rację. Nic się nie tłucze, nie trzeba ciągle kierownicą machać, by auto na drodze utrzymać, nie rzuca autem na wszystkie strony, gdy się wjedzie w małą dziurę, nie ma tego dreszczyku emocji, że zaraz jakaś część samochodu odpadnie na wyboju... Nuda jak cholera. ;P
W ogóle te niemieckie samochody są takie sztywne...
Tak, z reguły mają twardsze zawieszenie. :P Dzięki temu takie auta bardzo fajnie się prowadzi i nie "pływają" po drodze, jak np. Fiaty.
Moim najlepszym "samochodem" był Fiat 126p aka Maluszek. Był on czymś więcej, niż środkiem transportu. Był moim małym przyjacielem. :) Gdybym spisał wszystkie ciekawe przygody, których razem byliśmy udziałem, to wyszłaby z tego obszerna księga. Te auta miały duszę, nie było dwóch takich samych egzemplarzy, każdy jeździł inaczej, inne odgłosy wydawał, inne rzeczy się w nim pieprzyły. ;)
Jeździłem tym starym, czerwonym dziadkiem (był ponad 3 lata starszy ode mnie) przez jakieś 8 lat, od początku gdy miałem prawo jazdy. Przez ten czas Maluszek przejechał grubo ponad sto tysięcy kilometrów i poważnie uszkodził dwa inne auta, odnosząc przy tym tylko drobne obrażenia w stylu porysowanego zderzaka, bo w końcu oznaczenie T-56, jakby żywcem wzięte z czołgu, które widniało na PRLowskim prędkościomierzu, do czegoś zobowiązuje, no nie? :) Raz brat skasował stojącego na parkingu Lanosa, innym razem ja rozwaliłem jakiegoś srebrnego kombii (marki nie pamiętam, w szoku powypadkowym byłem :P), który wyskoczył mi pod koła z drogi podporządkowanej. Maluszek działał sprawnie do końca swych dni, czyli do minionego lata, gdy to ze łzami w oczach zawiozłem go na złom.