2 Wojna Światowa, nie mieliśmy prawie dział z tamtego roku tylko armaty za czasów muszkieterów z poprawkami ! Karabinów także nie mieliśmy, mieliśmy tylko najczęściej jednostrzałowe strzelby...
Turecka, co wynika z Twoich słów. Słabością naszej armii był brak ciężkiego sprzętu. Bo pluton 7TP wspomagany tankietkami TKS miał marne szanse w walce z 2 PzKpfw III. Armatki były jakościowo dobre, w czasie wybuchu wojny najstarsze miały po 10-15 lat, chociaż wiele było nowych i nie starszych, niż 5 lat. Sprawa karabinów. Ty mówisz o XX, czy X
IX wieku? Polskie wojsko było wyposażone w zmodyfikowaną wersję Mauser K98, którego używali Niemcy. Karabiny maszynowe, co prawda w większości były konstrukcjami z pierwszej wojny światowej, ale były stopniowo wypierane przez rodzime RKM'y. Wyposażenie Polaków o niebo przewyższało "uzbrojenie" Sowietów. Mój tato, będąc w szpitalu (jeszcze za PRL-u) poznał niejakiego Adama Flisa, weterana kampanii wrześniowej na wschodzie. Mówił, że kiedy Ruscy zaatakowali, to biegli w większości boso, co trzeci miał karabin (stare Mosiny, jak przypuszczam) i że obrońcy po prostu ich pogonili, bez strat po żadnej ze stron. Zgodnie z rozkazem nasi nie mogli strzelać, więc za późno go złamali i za drugim atakiem Rosjanie zajęli nasze pozycje i po prostu mordowali na miejscu oficerów. Zabierali buty, broń, hełmy, nawet mundury. Niedobitki polskich obrońców schowały się na pobliskich bagnach, ludzie cali kładli się pod warstwę błota i oddychali za pomocą słomek. Ruscy zaczęli przeczesywać bagna, idąc cięli błoto bagnetami. Wielu żołnierzy zostało zabitych własnymi karabinami. Po ich przejściu Flis wyszedł z kryjówki i znalazł swojego kolegę z kompanii. Zaczęli się przedzierać przez las, powoli, aby nie dostać się w łapy komunistów. Przez trzy czy cztery dni nic nie jedli. W końcu udało im się wyjść z lasu i poczuli zapach chleba. Poszli w tym kierunku i kilometr dalej znaleźli chatę, gdzie jakaś kobieta piekła chleb. Poprosili po trochę i dostali po bochenku. Trzeba było go po woli ssać, przyzwyczajając żołądek do niego. Kolega Flisa nie wytrzymał i od razu zjadł swoją część. Tego samego dnia dostał skrętu kiszek i umarł w strasznych męczarniach... Dalej nie pamiętam, dawno temu mi to tato opowiadał.