Ja uwielbiam burze, ale ani mi nie mówcie o sierpniu zeszłego roku, bo mi się słabo robi na samo wspomnienie. :P Tak się wrednie złożyło, że razem z kumplem wybraliśmy się piętnastego trochę pojeździć po okolicy na rowerach. Dzień był strasznie parny, ale pogodny i jeździło się w miarę dobrze. Wszystko byłoby w porządku, gdyby się nam na koniec nie chciało jeszcze jechać na zaporę goczałkowicką. Zatrzymaliśmy się gdzieś w połowie tamy i gadaliśmy spokojnie, patrząc jak gdzieś tam daleko na południowo-wschodnim horyzoncie widać jakieś małe chmurki.
Po kilku minutach te malutkie i z początku niepozorne chmurki wydały się nam strasznie wielkie... i strasznie blisko. Nigdy w życiu nie widziałem tak szybko podróżujących chmur. No to się pożegnaliśmy i w obawie by nas nie zmoczyło każdy ruszył w swoją stronę tak szybko, jak tylko umiał. Chmury nadal były daleko, ale po co ryzykować. W każdym razie zasuwałem ponad 30km/h po tamie i nie dojechałem nawet do końca tamy (kilkaset metrów), a chmury zaczęły mnie doganiać. Pierwsze podmuchy wiatru prawie zrzuciły mnie z tamy w miejscach, gdzie nie jest ona osłonięta murkiem.
Po jakimś kilometrze drogi, gdy dojeżdżałem już do samych Goczałkowic, w końcu dogoniły mnie chmury. I zrobiło się czarno. Nie ciemno, a czarno. Było popołudnie, a miało się wrażenie, że jest środek nocy. Chwilę potem zaczęło się najgorsze. Wiatr przybrał na sile tak, że łamał przydrożne drzewa. Miałem tyle pecha, że cała moja trasa do domu była otoczona drzewami a wiało mi od lewej strony. W którymś momencie zawiało tak mocno, że zmiotło mnie niczym piórko wraz z rowerem do rowu. Zaczęło też lać i to tak, jakby ktoś kubłami wylewał skądś wodę, bo droga momentalnie zamieniła się w potok, a ja musiałem zredukować na najniższe biegi, bo nawet po asfalcie ledwo dało się ujechać i koła z trudem cięły wodę. Samochodów na drodze praktycznie nie było wcale. Te pojedyncze, które się trafiły, zjeżdżały na bok i stawały, bo wycieraczki nie wyrabiały a deszcz padał tak gęsto, że tworzył dosłownie białą ścianę ograniczającą widoczność do kilku metrów.
W sumie trochę w duchu się śmiałem (ale bardziej byłem przerażony :P), bo scena wyglądała jak z jakiegoś kiepskiego filmu grozy - straszna wichura, która wywijała drzewami na każdą stronę, deszcz, który zalewał dosłownie wszystko, pioruny, które co chwila rozjaśniały czarne niebo i ogłuszały grzmotem... Nie było też żadnego miejsca by się schować i to wszystko przeczekać, więc musiałem jakoś znaleźć siły i przeć dalej przed siebie.
W sumie to parę razy już sobie zwątpiłem, czy wrócę, bo gdy tuż przed człowiekiem zwali się ogromny konar drzewa, zerwie się linia napięcia (sic!), czy o jakieś 100m przed nim piorun rąbnie w przydrożne drzewo, to puszczają każde nerwy i nagle człowiek opada z sił. A gdy sobie pomyśli, że ma przed sobą jeszcze kilka kilometrów jazdy pod wielkimi, starymi dębami, to już w ogóle... :D
Na szczęście jakoś dotarłem do domu. Nie było na mnie suchej nitki, ale tym akurat przejmowałem się najmniej. Grunt, że wróciłem cało.
Potem, gdy się dowiedziałem jakie szkody wyrządziła ta burza i że z niej było tornado, które zmiotło niejeden dom, to dziękowałem Bogu, że nic mi się nie stało i że burza u nas jeszcze na dobre się nie rozkręciła. Bo na samą myśl, że jechałem przez to Coś i że w sumie mogło mną pozamiatać jak kawałkiem papierka (miałem małą namiastkę, gdy poleciałem do rowu :P ), robi mi się niedobrze. Była to jedna z najgorszych i najmocniejszych burz, jakie widziałem. I jedyna taka mocna, której siłę odczułem na własnej skórze. :P Widoki niezwykle ciekawe i zapierające dech w piersiach, wrażenia niesamowite i niezapomniane. Jednak nikomu nie polecam. Lepiej oglądać takie coś z bezpiecznego miejsca.