Ludzie bardzo uważnie słuchali wypowiedzi Jean'a, a ich oburzenie coraz bardziej rosło. Kiedy już i Jean i Marco się wypowiedzieli, wybuchła mała wrzawa, a mieszczanie przekrzykiwali się nawzajem, przez co nikt do końca nie wiedział o co w tym ich dziwnym parlamencie chodzi. W końcu, jeden z nich solidarnie wystąpił i zaczął okrzykiwać.
- Nie ma więc na co czekać! - zacisnął pięść. - Idziemy zbierać ludzi, robimy powstanie! Dość z uciskiem!
- Dość z uciskiem! - wtórowali mu wszyscy mieszczanie. - Precz z uciskiem!
Ani Jean, ani Marco nie mogli zapanować nad grupą, która pospiesznie opuściła Świątynię, rozchodząc się po mieście...
Podkład konieczny dla wszystkich!!Claudia ujrzała leżące na podłodze ciało kapłana z głęboką raną, jeszcze ciepłego , zapewne niedawno zmarł. Gdy nieco zbliżyła się do drzwi wskazanych jej przez mężczyznę dostrzegła makabryczny widok - na hakach, łańcuchach i sznurach powywieszane były ciała, liczne ciała różnych ludzi różnych stanów. Wisieli do góry nogami i oprócz nielicznych nacięć na gardłach, karkach i nadgarstkach, ich ciała były niewzruszone. Twarze powykrzywiane w grymasy strachu, zaskoczenia, niezadowolenia. Na ścianie wypisane krwią było po kyraliańsku "śmierć heretykom"...
Wtem, wszyscy zgromadzeni w środku usłyszeli bicie dzwonów świątynnych. Potężny, ogłuszający dźwięk wybił wszystkich z pantałyku, w szczególności gdy spostrzegli, iż mechanizmy sznurowe sterujące dzwonami kościelnymi znajdowały się w środku, w drugiej zakrystii. Niebo spowite było nieprzeniknionym mrokiem, a ulewny deszcz sprawiał, że nie było widać nic - ni budynków, ni świateł.
Nagle z hukiem coś uderzyło, drzwi zapasowe Świątyni otworzyły się jednocześnie z ogromną siłą, a wszystkie świece i lampy zgasły niespodziewanie, a ostały się tylko nieliczne w bokach naw. Przez to, w kaplicy zapanował mrok, dało się jednak dostrzec osoby i mniej więcej ich twarze. Z ciemności za portalem najpierw wyłonił się powolny stukot butów ze stalową podbitką, po chwili zaś do Świątyni wkroczył
mężczyzna z rękoma w płaszczu. Stanął w progu i otaksował wzrokiem całe wnętrze. Temperatura jakby spadła, a lodowate powietrze przeszyło ciała wszystkich zebranych.
- Gdzie ona jest... - powiedział spokojnie mężczyzna, głos jego był dziwny, chrypliwy, głęboki. - Gdzie jest księga?! - ryknął nagle, a szklane kielichy przy ołtarzu pękły.
Następnie, wzrok jego spoczął na chwilę na Jean'ie i Marco, kolejno zaś, kompletnie ich ignorując zaczął powoli kroczyć w stronę ołtarza. Gdy na drodze jego stanęła ława, on nogą odepchnął ją, ta zaś potoczyła się kilka metrów w bok, uderzając w ścianę.
- Słyszałem, że dobrze się tu bawicie. - kontynuował spokojnie, dalej krocząc w stronę ołtarza. - Gdzie jest księga?! - ponownie ryknął, a ogromne wrota, wcześniej wyważone przez najeźdźców same zamknęły się z potężnym hukiem, mechanizm zamka zaryglował się...