Młody sługa prowadził Cię przez kręte drogi i dróżki, w końcu zakręciliście w prawo obok karczmy o dźwięcznej nazwie "Końskie Podogonie", kilka uliczek w przód i znalazłeś się przed średniej wielkości budynkiem, na którym dumnie powiewał emblemat Inkwizycji. Sługa doprowadził Cię do drzwi, a raczej do ochroniarza, który przy nich stał - był to rosły mężczyzna o głowie łysej jak kolano, a obliczu srogim i groźnym. Odziany w ciężki pancerz, a przy boku jego dostrzegłeś naszpikowaną kolcami buławę.
- To jest Inkwizytor Varren Lofeyson, strzegący wejścia do siedziby Zakonu. Jego zadaniem jest odeprzeć wszystkich, którzy próbowaliby sforsować niepowołanie siedzibę. Pana będzie on wpuszczał.
Rosły Inkwizytor odsunął się od drzwi, a Ty wszedłeś nimi za sługą. Wnętrze siedziby utrzymane było w półciemnej tonacji, zaś jedyne światła rzucane były przez dopalające się, ascetyczne świece. Po prawej stronie od wejścia znajduje się ogrodzone biurko, za którym siedzi jakaś stara, spróchniała baba. Dalej, na wprost, pozbawione okien pomieszczenie ciągnęło się na jakieś dziesięć metrów, na końcu zaś znajdowały się schody prowadzące na górę. Oprócz tego, po prawej stronie, trochę dalej od biura baby stały jakieś drzwi, wszak pilnował ich inkwizycyjny gwardzista.
- Mój Panie, Komandor Inkwizytor oczekuje Cię na górze - powiedział sługa, kłaniając się i wskazując schody na górę.