Witam witam. Ktoś powiedział, że jeszcze tu wrócę. Po części miał rację, po części nie. Już tłumaczę.
Ostatnio, czyli jakieś pare miesięcy temu, stawiałem nowy system (pieprzyłem się jak starzy ludzie, bo czytnik dvd odmówił współpracy, a z pendrive nie poszło) ale ostatecznie się udało. Wstawiłem nowy dysk twardy...
No a na starym była moja historia o Calradii (swoją drogą, nie wiem jak mogłem takie gówno napisać.... tego się czytać nie dało. Nie ogarniałem nawet kto i kiedy mówi...)
Zmieniłem trochę... To znaczy, skasowałem wszystko, i napisałem to jeszcze raz.
A ponieważ jest o Calradii, to tu się tym z wami podzielę.
Na forum nie wracam, po prostu mam coś, co chcę wam dać. I bynajmniej, nie jestem homo :D Chodziło mi o książkę.
Tyle prologu.
A może jeszcze nie.
Tytuł powinien być przyciągający wzrok, miły dla ucha, a jeszcze lepiej, jakby potrafił podniecić. Ale pomysłu jeszcze nie mam :P Więc... tak... Przejdźmy do rzeczy :D
_______________________________________ ____________
Rozdział I.
Calradia, 13 września 1305r.
Grupa czterech konnych pędziła kłusem na swych rumakach między dwoma, lekkimi wzniesieniami, po wydeptanej,
piaszczystej ścieżce. Wyglądali na młodych, pewnych siebie mężczyzn. Wszyscy mieli krótkie włosy. Nie mieli zarostu
za wyjątkiem jednego, tego, który jechał na przodzie. Ten miał brązową brodę połączoną z włosami. Przy pasach nosili
miecze i sakiewki. Byli w szkarłatnych szatach, z czarnymi rombami na karkach. Pod nimi mieli na sobie lekkie
kolczugi. Do koni przywiązane były hełmy z nosalami. Taki ekwipunek nie mógł należeć do nie dzielnych żołnierzy.
Dzień był bezchmurny. Wokół rosła zielona trawa.
Na pokaźnej wyżynie przed nimi widać było skrawek murów Reyvadin. Najwidoczniej zmierzali w tamtą stronę.
— Spójrz na ten las, panie pośle - rzekł jeden do jadącego na przodzie brodacza. - Rozciąga się od tej drogi, he-he... -
zaśmiał się. Mężczyzna z przodu już się domyślał co zaraz usłyszy.
— ...jak uda twojej żony! - nie powstrzymał wybuchu śmiechu. Pozostali dwaj zbrojni również się zaśmiali.
— No co jest, język zgubiłeś? Odpadł ci od lizania? - nabijał się dalej.
Poseł tylko głośno westchnął.
— Dobra już, widzę że ktoś ma kompleksy. Teraz na poważnie...
— Aż się boję - szepnął poseł.
— ...Popatrzcie wokoło. Piękna, zielona trawa. Tęsknie za tym widokiem. U nas w Swadii to wojna, wojna i w kółko
wojna. Ledwo zielenina wyrośnie, to w te pędy, jakby nic innego do roboty nie mieli, spaloną ziemię pozostawią, diabły
paskudne. Ileż to tak można, co nie?
— Nie dręcz ucha. Zobaczymy, co mi odpowie Valdyn. Może zawiążemy sojusz, i wszystkim nam zrobi się lżej -
odpowiedział jadący na przodzie konny.
— No ja mam nadzieję. Ale z takim nastawieniem do ludzi, to ja się ucieszę, jeśli w ogóle cię stamtąd wypuszczą -
zaśmiał się i kontynuował. - Ty nawet z... Eh, nie zrozum mnie źle - uśmiechając się pod nosem myślał, jakie dobrać
słowa by nie urazić kompana. Tamten spojrzał na niego, chcąc przeniknąć jego myśli. Ale kolega patrzał w ziemię,
podśmiechując się coraz to bardziej. Przerwał mu więc:
— Delor, daj sobie spokój. Tak, wiem. Nie umiem rozmawiać nawet z kobietą - Delor spojrzał na niego, spoważniał, i
słuchał uważnie. - Ile ja ci już razy mówiłem, o co mi tak naprawdę chodziło? Dalej cię to bawi?
— Nie, nie o to chodzi. Po prostu jesteś mistrzem nietaktu. Ja tak na serio nie wiem, dlaczego jesteś naszym posłem.
Nie zrozum mnie źle. Każdy popełnia błędy, a ty starasz się tego nie robić. Ale nie zmienia to faktu, że nie znasz się na
swojej profesji. Może gdyby nie brakowało ci talentu, i przede wszystkim, gdybyś nie był tak ponuro nastawiony...
— Dobrze, już dobrze - przerwał mu. - Wiem, że się obawiasz. Ale zaufaj mi. Na tym sojuszu zależy mi tak samo, jak i
tobie.
Przerwał rozmowę. Rozejrzał się po okolicy. Dokończył mówiąc:
— Zaufaj mi. I nie mówmy o tym na głos. Wiesz, że chodzą za nami gumowe uszy.
Kontynuowali dalszą drogę.
Po 10 minutach zauważyli, o wiele wyraźniej niż wcześniej, że Reyvadin jest na ogromnej wyżynie, która z ich
położenia wydawała się nie do pokonania. Do tego niepewna przeprawa przez gęsty las. Trzeba będzie obmyślić
strategię, by jak najbezpieczniej tędy przejechać.
Wstrzymali się na moment. Wtem Kharl zawołał:
— Patrzcie, tam na lewo! To chyba Ayyike. Zatrzymajmy się na godzinę - popatrzał na posła i powiedział. - Pogadamy
trochę. Wszystkim nam się to przyda.
— Możemy się zatrzymać. Ale nie dłużej niż godzinę. Niebo jest bezchmurne, lecz diabeł to wie, czy nie złapie nas
gdzie deszcz.
Skręcili więc w lewo i podążyli do Ayyike.
Nagi do pasa mężczyzna leżał na ziemi, próbując się podnieść. Kręciło mu się w głowie. Miał zakrwawione czoło,
ledwo mierzył swoimi oczyma trójkę ludzi stojących przed nim. Dwóch miało same spodnie, a trzeci, wąsaty starzec,
ubrany był w całkiem przyzwoitą, skórzaną zbroję.
Znajdowali się na placu treningowym. Otoczony był drewnianym płotem, w którym kilkumetrowa przerwa robiła za
wejście. Przestrzeń jaką ów zajmował była niewielka. W środku było ledwie pięć kukiełek, i tarcz strzeleckich po
prawej od wejścia. Po lewej, już za placem, znajdowały się ruiny jakiegoś starożytnego zamku, a znowu po prawej,
około stu kroków od placu, cztery gospodarstwa i spichlerz z żywnością, położone na niewielkim wzniesieniu.
Pobity pokazał im ręką na znak stop i zawołał:
— Chwila, wymiękam...
Podniósł się ciężko z ziemi. Otarł czoło z potu, a gdy spojrzał na rękę, którą się właśnie przetarł, ujrzał krew.
— No nieźle...
— Przerwy? - zapytał ubrany starzec.
— Tak. Te szkolenia trzy razy dziennie mnie wykańczają...
Mężczyzna wyglądał na dwudziestolatka. Miał spalone słońcem ciało, gęste i sterczące włosy, zmarszczone czoło i
szczupłą sylwetkę. Nie wyglądał na wielkoluda, lecz bynajmniej, nie był słabeuszem.
Odziany człowiek skierował się do stolika wgłąb placu. Słońce grzało, a jego gardło zasychało. Sięgał po dzban z
winem gdy usłyszał krzyki:
— Mistrzu! Ktoś nadciąga z zachodu!
Za obitym uczniem, tym który ledwo się podniósł, zatrzęsła się ziemia. Obejrzał się i ujrzał jadący w ich stronę oddział.
Na czele jechał jakiś lord. Poznał to po jego długich włosach, typowych dla szlachetnie urodzonych. Miał na sobie
jaskrawoczerwoną kolczugę, z czarnym sokołem na przodzie. Za nim jechało co najmniej trzynastu innych, z takim
samym herbem na zbrojach, i hełmami garnczkowymi na głowach.
— Hej, Berek, cofnij się! - ozwał się głos za nim. - I spokojnie. Nic nam nie zrobią.
W głosie tego człowieka czuć było lekką niepewność, ale Berek nie miał nic na sumieniu, toteż był spokojny o siebie.
Po prostu cofnął się, wyprostował, i poczekał. Stał teraz na lewo od swoich kolegów. Zbrojni wjechali na plac i
zatrzymali kawałek od nich. Mieli mocno opancerzone konie bojowe, prawdopodobnie byli Swadianami, lecz ich herb
nijak nie przypominał żadnego swadiańskiego rodu, toteż Berek nie miał pewności kim są. Jeźdźcy bacznie się
wszystkim przyglądali. Trudno było odgadnąć ich emocje i zamiary.
Ten, za którym jechali, zbliżył się trochę bardziej i głośno zawołał:
— Który z was to tutaj szef?
Berek i nadzy mężczyźni spojrzeli po sobie, a potem skierowali wzrok na swojego mistrza. Ten odłożył dzban,
poprawił sobie włosy i zaczął iść w stronę przybyszów. Krzyknął:
— To ja!
Zbliżał się coraz bardziej.
— Czego wam trzeba?
Nie usłyszał odpowiedzi.
— Kimże tak w ogóle jesteście?
Twarz przybysza była nieprzenikniona. Gdy mistrz już znajdował się obok swoich uczniów, szlachcic na koniu
wydobył swój miecz, a za jego przykładem poszli pozostali. W Berku wyzwoliła się adrenalina. Był gotowy rzucić się
do ucieczki. Miał nawet pomysł. Ponieważ koń dogoni człowieka, to on będzie sprytny i zrobi coś innego. Najpierw
będzie lawirować między tarczami, potem przeskoczy przez płot, aż wreszcie dobiegnie do wioski. A później... No cóż,
dalszą część wymyśli jak już tam będzie.
Miał jednak nadzieję, że ten szlachcic to stary kumpel ich nauczyciela, a cała ta parada to tylko głupie żarty.
Toteż zdziwił się i przeraził śmiertelnie, gdy ruszyli wprost na mistrza. Jego również przez moment zamurowało. Chciał
wydobyć miecz, ale zrobił to za późno. Przecięli mu twarz i upadł na ziemię krzycząc z bólu.
Tych dwóch, od których Berek dostał lanie, wściekło się i natchmiast zrzuciło jednego rycerza z konia, ale zanim
podnieśli na niego ręce by go pobić, otrzymali po plecach ciosy mieczami. Polała się krew. Śmierć tych nieszczęśników
była kwestią kilku następnych sekund. Padli na kolana, a potem na brzuch. Wykrwawiali się coraz bardziej. Nie było
szans by przeżyli.
Berek stał jak wryty. To co zobaczył wywróciło jego wyobrażenie o wojnie o 180 stopni. Przypomniały mu się
zmyślone opowieści dla dzieci, w szczególności te o honorowych rycerzach, pojedynkujących się z mniej licznymi
wrogami. Że też wierzył w takie bajki. Ha! Nawet sam wymyślał podobne! Gdyby nie wiara w swoich dowódców...
Zrezygnowałby ze służby w wojsku Vaegirów, wrócił do domu, i ożenił z miłością swojego dzieciństwa, Sylwią.
Piękną, złotowłosą koleżanką... Zacząłby pracę jako piekarz, po latach oszczędzania kupił dom, został tatą... Ale teraz
było na to za późno.
Chciał uciekać, lecz coś go blokowało. W jednej chwili pojął, że jego plan ucieczki jest beznadziejny. Zupełnie jak
sytuacja w jakiej się znalazł. Stał i się przyglądał. Bezradny, bezbronny, zdany na ich łaskę. Oddech miał
przyspieszony, słyszał dudnienie własnego serca. W dodatku miał strasznie suche usta z wcześniejszego zmęczenia.
Spojrzał lekko na niebo, a potem znowu na przybyszów, którzy zabili jego nauczyciela i kolegów. Nie liczył że wyjdzie
z tego cało. Nie miał nawet sił aby próbować uciekać, o walce nie wspominając. Po prostu stał i czekał na nieuniknione.
Grearth, radny króla Ragnara, tego dnia odwiedzał swoją rodzinną wioskę, Jelbegi. Położona była na zachód od tej
bezimiennej rzeki, na południe od wielkiego miasta Tihr i bardzo niedaleko od stolicy Królestwa Nordów, Sargoth. Na
niebie latały ptaki, wiał lekki wiatr. W oddali chłopki nosiły wodę i prały w wiadrach, dzieci biegały radoście, a tuzin
chłopów i sołtys o czymś gawędzili. Reszta wieśniaków zajęta była swoimi pracami przy patroszeniu świń albo
ścinaniu zboża. Najbardziej zamożni ze wszystkich właśnie dobijali targu z karawaniarzami, którzy chcieli kupić dwa
wierzchowce.
— Damy po trzy tysiące za jednego.
— Wybaczcie, ale nie mamy tu nadmiaru pieniędzy. Trzy i pół. Damy wam do tego dwadzieścia dwa funty wołowiny.
— A co my z nią zrobimy? Wyrzucimy po drodze? My też nie mamy nadmiaru pieniędzy, a wierzchowce te i tak nie są
warte nawet dwóch tysięcy. Dajemy trzy bo na gwałt nam teraz potrzebne. Bądźcie żesz ludźmi...
Tak się targowali, a Grearth podążał dalej.
Obok spichlerza leżały pełne ziarna worki, w środku natomiast suszyło się mięso. Na polach było pewnie ze cztery
tuziny krów, zaś w wielkiej stodole setki kur i innych zwierząt hodowlanych. Duża wioska zajmowała sporą przestrzeń.
Było to dowodem wielkiej produktywności i dobrobytu. Po za tym było tu kilka małych ulepszeń, które Grearth niegdyś
zbudował. Zamiast jednego młynu stały aż trzy, ponadto wokół były podziemne ścieki i kanalizacja.
Do wioski prowadziła udeptana dróżka, ale już on miał pomysł... Z Tihr aż dotąd wybuduje drogę brukowaną! Tak! To
jest myśl! Albo nawet z Sargoth! Ahh! Nie mogę się doczekać, gdy Jelbegi zmieni się w otoczone murem miasto! Jest
na dobrej drodze!
Grearth przyszedł pieszo, toteż nikt go tak od razu nie poznał.
Był średniego wieku, tęgi, z wielką brodą i wąsami. Szedł spokojnym krokiem w złotej zbroi paradnej, z rękami
splecionymi za sobą. Uśmiechał się do siebie i rozglądał po okolicy.
Rozmyślał o swoim dzieciństwie. Dawniej wiele to miejsce wycierpiało. Ile to razy leśni zbóje przychodzili po okup?
No niezliczoną ilość. Gdy najpierw to były grupy kilku rzezimieszków, to z czasem przychodziły i wielkie watachy do
pięćdziesięciu łajz. Zabijali wszystkich, którzy im się sprzeciwiali. A gdy wieśniacy poskarżyli się swojemu władcy, to
ten kazał im poczekać. I, rzecz jasna, dalej płacić podatki, "bo nie da się zapewnić ochrony za darmo".
Życie zaczęło się zmieniać, gdy w 1263r. skończyły się wojny w Królestwie Nordów, a większość wojsk w końcu
zaczęła wybijać bandytów. Jakie szczęście go wtedy ogarnęło! Młody, ośmioletni chłopiec widzący, jak odwieczni
prześladowcy są bezlitośnie mordowani przez grupę wściekłych hursaklów! Zawsze na wspomnienie czasów o
wyczekiwanej odsieczy ma ten obraz w głowie. Widok bandyty, leżącego z krwawiącą nogą, wołającego o litość. A
potem dzielny wojownik wbija mu wielki topór w plecy. Ahh! To było piękne!
Zachwycał się również faktem, że od 20 lat nie było tu ani widu, ani słychu o problemach ze zdrowiem mieszkańców.
W tamtych, odległych czasach, mieli problem z wodą, jak większość ludzi w Calradii, i zarazy nie były tu obce. W
zasadzie to dzięki niemu problem został rozwiązany, gdyż wraz z pomocą króla, Grearth wynajął najlepszych
robotników, żeby wybudować podziemną kanalizację i zaopatrzyć wioskę w takie cuda jak bieżąca woda.
Historia jego znajomości z królem zaczęła się, kiedy skończył 21 lat. Wydał swoje wieloletnie oszczędności, 500
denarów, i wynajął człowieka umiejącego pisać. Wysłał list do króla, w którym przywołał wspomnienie wybijanych
bandytów. Wyraził wielką wdzięczność i aprobate, że tacy dzielni ludzie służą w armiach i że mają takiego wielkiego i
mądrego pana.
Nie oczekując odpowiedzi dodał, że gdyby jego król chciał zostać ugoszczony, to w Jelbegi zawsze się o to postarają.
Król jednak odpowiedział.
Wysłał mu długi list. Grearth pożyczał i żebrał całymi tygodniami, by znów wynająć tego samego człowieka, aby mógł
przeczytać mu odpowiedź. W liście było o wyprawach zamorskich, planach podbojów, w jaki sposób szkoli wojsko,
zdradził też że sam regularnie ćwiczy. Nie mógł wszystkiego napisać w liście, więc zaprosił go na ucztę. Dziecięce
marzenie o spotkaniu się z królem miało się wreszcie spełnić.
Co prawda Grearth się wtedy spóźnił o jeden dzień, ale nikt nie miał mu tego za złe. W końcu jaki wieśniak umie
czytać? To, że jakkolwiek sobie poradził, wywołało wielki zachwyt wśród dworzan, a zwłaszcza króla, który przywitał
go z otwartymi rękoma.
Wnętrze zamku, z pięknymi obrazami na ścianach, mapami w kącie sali, stołem wystawionym najlepszym jedzeniem ze
wszystkich stron świata, i skrzynie ze złotem, które rozdawano gościom. To wszystko bardzo imponowało Grearthowi.
Wtedy zaczął marzyć o posiadaniu tego wszystkiego na własność. Chciał zdobyć sobie zamek i zostać Jarlem!
Przy uczcie poznawał różnych ludzi. Opowiadał o swoim chłopskim życiu, ale bardziej interesowali go inni. Po za
opowieściami o zaletach bycia szlachcicem, słuchał też o różnych problemach trapiących lordów. Chciał się jak
najwięcej dowiedzieć, żeby mieć rozeznanie w sytuacji i znaleźć jakąś możliwość wkupienia się w łaski króla.
Trzydniowa uczta, na której był tylko dwa dni, zleciała ani się obejrzał.
Co prawda impreza się skończyła, urodziwe damy i nowo poznani szlachcice się porozjeżdżali, ale Grearth został. Sam
władca zaczął mu przekazywać całą wiedzę jaką posiadał, a nawet zaproponował młodemu, żeby został jego osobistym,
królewskim doradcą.
Tak się zaczęła jego kariera i do dziś jest radnym króla.
Martwi go jedynie, że osiemdziesięciosześcioletni Ragnar w końcu umrze, i jego przyszłość będzie już niepewna. Ale
przecież nie ma się co martwić... Król nie jest w końcu ani chory, ani nie ma wrogów. Wszystko powinno być
wspaniale.
Zakończył rozmyślania. Wpadł w prześwietny nastrój. Był już w wiosce Jelbegi. Doszedł do zebranych przy sołtysie
chłopów i krzyknął do nich:
— Hej, wy tam! Widzieliście moją żonę? Zlałem ją przedwczoraj, i jak mi wtedy uciekła, tak do dziś nie wróciła! Może
ją widzieliście??? Pomóżcie no!
Spojrzeli zdziwieni. Nie zrozumieli do końca o co mu chodziło.
Zaś jedna z chłopek, która akurat była w pobliżu, zawołała: "Hej, to przecie nasz żartowniś!". Uśmiechnęła się do
niego, i szybko zniknęła za jednym z domów.
Rozgorzała wrzawa rozmów. Właśnie go poznali.
— A już nie wiedzieliśmy, czy ci pały na głowie nie rozbić! - usłyszał przez hałas ożywionych rozmów i śmiechów na
jego temat. — Podejdź no, Panie "zleję twoją żonę"!
Zabawny nastrój udzielił się również mieszkańcom Jelbegi. Podszedł do nich, żeby miło spędzić ten jakże piękny dzień,
wśród swoich starych przyjaciół. Wśród tych, z którymi rozumiał się jak z nikim innym.
Oczywiście nie licząc króla! A jakże!
Po południu, gdy już przywitał się ze wszystkimi i wyglądało na to, że będzie to bardzo udany tydzień, usiadł sobie na
kamieniu, oparł się rękami z tyłu i patrzał na niebo.
Wtem krzykacz na dachu młynu zaczął bić na alarm ostrzegawczy. Grearth szybko się podniósł i stanął mężnie.
Dostrzegł zmierzających w oddali trzydziestu, uzbrojonych hursakli. Nieśli czarny sztandar i podążali w stronę wioski.
Kolor czarny przez Nordów uznawany jest za symbol ostrzeżenia. Żołnierze niosący taką flagę muszą mieć jakieś
ważne zadanie do wykonania. Jakie to nie wiadomo. Lecz takich ludzi należy się trochę obawiać, i najlepiej nie
wchodzić w drogę. Wojownik, który chce wykonać rozkaz za wszelką cenę, nie cofnie się przed niczym.
To już się zaczyna! - Przeszło przez myśli Greartha. - Ale przecież miało to być nie wcześniej, jak przed styczniem! O
co tu chodzi?
Obiegł całą wioskę aż dotarł do sołtysa. Bardzo uważnie spojrzał na niego.
— Posłuchaj! Schowam się w domku po mojej lewej i będę obserwować. Gdyby coś się wydarzyło spróbuję zadziałać...
Ale nie bój się!
Poklepał go po ramieniu i pobiegł do chatki. Otworzył drewniane drzwi i wszedł do środka. Rozejrzał się naprędce.
Nikogo nie było. Zaraz doskoczył do okna aby przyglądać się rozwojowi wydarzeń.
Cztery minuty później Nordowie dotarli do wioski. Na czele oddziału szedł Jarl Olaf. Sołtys nie krył zdenerwowania.
Ciężko przełknął ślinę i czekał niecierpliwie z rękoma schowanymi za plecami.
— Jarl Olaf. Witajcie.
Mimo że maniery Nordów to sprawa, o której można toczyć całonocne dyskusje, to on akurat był bardzo kulturalny.
Kiedy było trzeba, przecinał zdrajców bezlitośnie na pół, ale do swoich, nawet wieśniaków, zawsze odnosił się z
szacunkiem.
Olaf był wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. Mimo wieku i siwej brody wciąż chodził wyprostowany i pełen
energii. Kroki jego były szybkie i pewne. Nosił na sobie brązową zbroję paskową i hełm nordycki, tak jak jego
hursakle. Przy pasie po prawej miał miecz, zaś po lewej toporek bitewny. Do pleców przywiązana była zielona tarcza
nordycka z brązowym drakkarem na środku. Żaden Nord nie miał takiej tarczy, musiała być wykonana specjalnie na
zamówienie.
Olaf był jednym z najbogatszych Jarlów. Zawdzięczał to po trochu swojemu ojcu, Rayeckowi z Zamku Hrus. Ale nie
znaczy to, że jest jakimś nieudacznikiem. W królestwie chodzą plotki, że majątek wyliczony na 30 tysięcy denarów
który dostał w spadku, w chwili obecnej sięga bajońskich kwot trzech milionów! Realność takich opowieści budzi
uzasadnione wątpliwości. W końcu ludzie lubią ubarwiać zasłyszane historie, żeby tylko byli słuchani z jak największą
uwagą. Bynajmniej Olaf nie jest człowiekiem głupim, pomnażanie przez niego bogactwa jest faktem.
Starszy wioski przywitał się z Jarlem, świadom tego z kim właśnie rozmawia:
— Wi-witaj panie! W czym mogę pomóc?
Grearth obserwujący zdarzenie czuł pot na całym ciele. Był nie mniej zdenerwowany co sołtys.
— Myślę, że dobrze wiesz po co tu jesteśmy...
— To już się zaczyna? Hgh! - Olaf chwycił go za gardło i powiedział cichym głosem:
— Cicho, na boga cicho! Wiesz, że ściany mają uszy! Ale spokojnie. Jeśli chcesz wiedzieć to nie. Jeszcze nie...
Ojj! Jak dobrze! Grearthowi kamień spadł z serca. Jeszcze nie gromadzą zapasów na tę decydującą wojnę. Ale... W
takim razie czego chcą?
A co... Jeśli ktoś się dowiedział? Oby nie! Oby nie!!
Jarl puścił sołtysa, poprawił zbroje i powiedział:
— Szukamy pewnego człowieka. Powiedz gdzie jest a gwarantuje, że nikomu nic się nie stanie. Nawet jemu.
A więc jednak to mnie szukają! Oj Grearth, tak to jest gdy się nie myśli! Głupi! Głupi! Głupi!!! Przeklinam ten dzień, w
którym zachciało mi się wspominać dzieciństwo i wróciłem do tej przeklętej Jelbegi! Niech to szlag!
Sołtys niepewnym głosem odpowiedział:
— Wybacz, ale nikogo tu nie ma. Sami tutejsi...
— No tak, tak. Ten pan też tu mieszkał, więc powiedzmy że jest tutejszy.
— Ale kto? Wybacz... - coraz bardziej się jąkając - Ja... nie wiem o kim mówisz...
— NIE KŁAM!
Wieśniak przeraził się, jakby piorun uderzył dokładnie w to samo miejsce, w którym stał Olaf.
— I przestań zgrywać większego głupka niż jesteś! Mów! Kto tu przejeżdżał przez ostatni tydzień?!
Sołtys uspokoił się. Po chwili namysłu rzekł:
— No więc tak: pięć dni temu zabłądził tu rycerz swadiański, ale odszedł w pokoju... Hmm... Wczoraj... To znaczy
przedwczoraj, banda rzezimieszków chciała od nas pieniędzy na gorzałkę, ale ich zbyliśmy...
— Czy skończysz wreszcie gadać te bzdury?? Życie ci niemiłe? - podniesionym głosem mówił dalej - Chcesz, aby
polała się krew? Wiedz, że mam prawo wam wszystkim porąbać kończyny i powrzucać was do rzeki! Jeśli chcesz tego
uniknąć, to powiedz mi gdzie jest GREARTH! Albo gorzko pożałujesz. Właśnie skończyła mi się cierpliwość!
Wydobył miecz z pochwy i zagroził nim sołtysowi. Grearth patrzał przerażony. Miał ochotę wyciągnąć swoją broń i
ratować niewinnego człowieka, ale nie mógł. Wiedział, iż to będzie pretekst, aby Olaf zrobił to o czym mówi. A
zresztą, i tak nie ma szans przeciw choćby trzem hursaklom, a ich jest dziesięć razy tyle. Na treningu ma szanse, ale nie
tu! I nie teraz! Nie, gdy chodzi o kogoś więcej niż tylko jego! Nie o jego przyjaciół... I nie o rodzine. Jeśli zabije norda,
wpakuje w tarapaty nie siebie, ale swoich najbliższych! Takie jest prawo - szlachcic, który dokona zbrodni nie ucierpi
bezpośrednio. Za to kara spotka jego bliskich. Dzieci, żone, albo pobratymców.
No ale przecież i tak już wpakował się po uszy. Skoro Olaf po niego przyszedł, to już się wydało... Kara i tak ich nie
minie. Niech to piorun trzaśnie! NIECH TO!
— NIECH TO! - wykrzyknął ze wściekłości.
Grearth właśnie zdał sobię sprawę, że będąc w amoku swoich myśli wykrzyknął coś na głos. Teraz go na pewno
znajdą...
Żeby tyle nie myślał, skoro nic wymyślić nie umie! Idiota! No po prostu idiota!
Olaf to usłyszał.
— A kto to? - Nasłuchiwał przez chwilę.
Schował miecz do pochwy i rzekł:
— Sierżancie. Przeszukać wioskę. Greartha żywego. Każdego jego obrońce mieczem na wpół przeciąć.
Nie powtórzył się. Wojsko się rozproszyło i szukało.
No nie! No po prostu, psia mać, no nie! Na boga, dlaczego po prostu sobie nie pójdą!? Nie chcę być sądzony! Ja nie
chciałem! To tak wyszło... Przecież nikogo nie skrzywdziłem.
Bił się z myślami. Wtem, gdy usłyszał zbliżające się kroki, przestał myśleć i wrócił na ziemię.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Duże łoże, ubikacja, stół, drewniane ławki. Na końcu domu komin... Za który wejdzie!
Tak! Jeszcze się może udać! Ukryje się, a oni sobie pójdą!
Pełen nadziei podbiegł w tamtą stronę i ukrył się w ciemności za kominem. Kroki były coraz głośniejsze.
Ktoś stanął przed drzwiami i zaczął je powoli otwierać....