Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: Moja stara książka o Calradii z roku 2013  (Przeczytany 1727 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Moja stara książka o Calradii z roku 2013
    « dnia: Stycznia 16, 2017, 19:51:47 »
    Witam witam. Ktoś powiedział, że jeszcze tu wrócę. Po części miał rację, po części nie. Już tłumaczę.
    Ostatnio, czyli jakieś pare miesięcy temu, stawiałem nowy system (pieprzyłem się jak starzy ludzie, bo czytnik dvd odmówił współpracy, a z pendrive nie poszło) ale ostatecznie się udało. Wstawiłem nowy dysk twardy...
    No a na starym była moja historia o Calradii (swoją drogą, nie wiem jak mogłem takie gówno napisać.... tego się czytać nie dało. Nie ogarniałem nawet kto i kiedy mówi...)
    Zmieniłem trochę... To znaczy, skasowałem wszystko, i napisałem to jeszcze raz.
    A ponieważ jest o Calradii, to tu się tym z wami podzielę.
    Na forum nie wracam, po prostu mam coś, co chcę wam dać. I bynajmniej, nie jestem homo :D Chodziło mi o książkę.
    Tyle prologu. 

    A może jeszcze nie.
    Tytuł powinien być przyciągający wzrok, miły dla ucha, a jeszcze lepiej, jakby potrafił podniecić. Ale pomysłu jeszcze nie mam :P Więc... tak... Przejdźmy do rzeczy :D
    _______________________________________ ____________


    Rozdział I.

    Calradia, 13 września 1305r.

    Grupa czterech konnych pędziła kłusem na swych rumakach między dwoma, lekkimi wzniesieniami, po wydeptanej,
    piaszczystej ścieżce. Wyglądali na młodych, pewnych siebie mężczyzn. Wszyscy mieli krótkie włosy. Nie mieli zarostu
    za wyjątkiem jednego, tego, który jechał na przodzie. Ten miał brązową brodę połączoną z włosami. Przy pasach nosili
    miecze i sakiewki. Byli w szkarłatnych szatach, z czarnymi rombami na karkach. Pod nimi mieli na sobie lekkie
    kolczugi. Do koni przywiązane były hełmy z nosalami. Taki ekwipunek nie mógł należeć do nie dzielnych żołnierzy.
    Dzień był bezchmurny. Wokół rosła zielona trawa.
    Na pokaźnej wyżynie przed nimi widać było skrawek murów Reyvadin. Najwidoczniej zmierzali w tamtą stronę.
    — Spójrz na ten las, panie pośle - rzekł jeden do jadącego na przodzie brodacza. - Rozciąga się od tej drogi, he-he... -
    zaśmiał się. Mężczyzna z przodu już się domyślał co zaraz usłyszy.
    — ...jak uda twojej żony! - nie powstrzymał wybuchu śmiechu. Pozostali dwaj zbrojni również się zaśmiali.
    — No co jest, język zgubiłeś? Odpadł ci od lizania? - nabijał się dalej.
    Poseł tylko głośno westchnął.
    — Dobra już, widzę że ktoś ma kompleksy. Teraz na poważnie...
    — Aż się boję - szepnął poseł.
    — ...Popatrzcie wokoło. Piękna, zielona trawa. Tęsknie za tym widokiem. U nas w Swadii to wojna, wojna i w kółko
    wojna. Ledwo zielenina wyrośnie, to w te pędy, jakby nic innego do roboty nie mieli, spaloną ziemię pozostawią, diabły
    paskudne. Ileż to tak można, co nie?
    — Nie dręcz ucha. Zobaczymy, co mi odpowie Valdyn. Może zawiążemy sojusz, i wszystkim nam zrobi się lżej -
    odpowiedział jadący na przodzie konny.
    — No ja mam nadzieję. Ale z takim nastawieniem do ludzi, to ja się ucieszę, jeśli w ogóle cię stamtąd wypuszczą -
    zaśmiał się i kontynuował. - Ty nawet z... Eh, nie zrozum mnie źle - uśmiechając się pod nosem myślał, jakie dobrać
    słowa by nie urazić kompana. Tamten spojrzał na niego, chcąc przeniknąć jego myśli. Ale kolega patrzał w ziemię,
    podśmiechując się coraz to bardziej. Przerwał mu więc:
    — Delor, daj sobie spokój. Tak, wiem. Nie umiem rozmawiać nawet z kobietą - Delor spojrzał na niego, spoważniał, i
    słuchał uważnie. - Ile ja ci już razy mówiłem, o co mi tak naprawdę chodziło? Dalej cię to bawi?
    — Nie, nie o to chodzi. Po prostu jesteś mistrzem nietaktu. Ja tak na serio nie wiem, dlaczego jesteś naszym posłem.
    Nie zrozum mnie źle. Każdy popełnia błędy, a ty starasz się tego nie robić. Ale nie zmienia to faktu, że nie znasz się na
    swojej profesji. Może gdyby nie brakowało ci talentu, i przede wszystkim, gdybyś nie był tak ponuro nastawiony...
    — Dobrze, już dobrze - przerwał mu. - Wiem, że się obawiasz. Ale zaufaj mi. Na tym sojuszu zależy mi tak samo, jak i
    tobie.
    Przerwał rozmowę. Rozejrzał się po okolicy. Dokończył mówiąc:
    — Zaufaj mi. I nie mówmy o tym na głos. Wiesz, że chodzą za nami gumowe uszy.
    Kontynuowali dalszą drogę.
    Po 10 minutach zauważyli, o wiele wyraźniej niż wcześniej, że Reyvadin jest na ogromnej wyżynie, która z ich
    położenia wydawała się nie do pokonania. Do tego niepewna przeprawa przez gęsty las. Trzeba będzie obmyślić
    strategię, by jak najbezpieczniej tędy przejechać.
    Wstrzymali się na moment. Wtem Kharl zawołał:
    — Patrzcie, tam na lewo! To chyba Ayyike. Zatrzymajmy się na godzinę - popatrzał na posła i powiedział. - Pogadamy
    trochę. Wszystkim nam się to przyda.
    — Możemy się zatrzymać. Ale nie dłużej niż godzinę. Niebo jest bezchmurne, lecz diabeł to wie, czy nie złapie nas
    gdzie deszcz.
    Skręcili więc w lewo i podążyli do Ayyike.



    Nagi do pasa mężczyzna leżał na ziemi, próbując się podnieść. Kręciło mu się w głowie. Miał zakrwawione czoło,
    ledwo mierzył swoimi oczyma trójkę ludzi stojących przed nim. Dwóch miało same spodnie, a trzeci, wąsaty starzec,
    ubrany był w całkiem przyzwoitą, skórzaną zbroję.
    Znajdowali się na placu treningowym. Otoczony był drewnianym płotem, w którym kilkumetrowa przerwa robiła za
    wejście. Przestrzeń jaką ów zajmował była niewielka. W środku było ledwie pięć kukiełek, i tarcz strzeleckich po
    prawej od wejścia. Po lewej, już za placem, znajdowały się ruiny jakiegoś starożytnego zamku, a znowu po prawej,
    około stu kroków od placu, cztery gospodarstwa i spichlerz z żywnością, położone na niewielkim wzniesieniu.
    Pobity pokazał im ręką na znak stop i zawołał:
    — Chwila, wymiękam...
    Podniósł się ciężko z ziemi. Otarł czoło z potu, a gdy spojrzał na rękę, którą się właśnie przetarł, ujrzał krew.
    — No nieźle...
    — Przerwy? - zapytał ubrany starzec.
    — Tak. Te szkolenia trzy razy dziennie mnie wykańczają...
    Mężczyzna wyglądał na dwudziestolatka. Miał spalone słońcem ciało, gęste i sterczące włosy, zmarszczone czoło i
    szczupłą sylwetkę. Nie wyglądał na wielkoluda, lecz bynajmniej, nie był słabeuszem.
    Odziany człowiek skierował się do stolika wgłąb placu. Słońce grzało, a jego gardło zasychało. Sięgał po dzban z
    winem gdy usłyszał krzyki:
    — Mistrzu! Ktoś nadciąga z zachodu!
    Za obitym uczniem, tym który ledwo się podniósł, zatrzęsła się ziemia. Obejrzał się i ujrzał jadący w ich stronę oddział.
    Na czele jechał jakiś lord. Poznał to po jego długich włosach, typowych dla szlachetnie urodzonych. Miał na sobie
    jaskrawoczerwoną kolczugę, z czarnym sokołem na przodzie. Za nim jechało co najmniej trzynastu innych, z takim
    samym herbem na zbrojach, i hełmami garnczkowymi na głowach.
    — Hej, Berek, cofnij się! - ozwał się głos za nim. - I spokojnie. Nic nam nie zrobią.
    W głosie tego człowieka czuć było lekką niepewność, ale Berek nie miał nic na sumieniu, toteż był spokojny o siebie.
    Po prostu cofnął się, wyprostował, i poczekał. Stał teraz na lewo od swoich kolegów. Zbrojni wjechali na plac i
    zatrzymali kawałek od nich. Mieli mocno opancerzone konie bojowe, prawdopodobnie byli Swadianami, lecz ich herb
    nijak nie przypominał żadnego swadiańskiego rodu, toteż Berek nie miał pewności kim są. Jeźdźcy bacznie się
    wszystkim przyglądali. Trudno było odgadnąć ich emocje i zamiary.
    Ten, za którym jechali, zbliżył się trochę bardziej i głośno zawołał:
    — Który z was to tutaj szef?
    Berek i nadzy mężczyźni spojrzeli po sobie, a potem skierowali wzrok na swojego mistrza. Ten odłożył dzban,
    poprawił sobie włosy i zaczął iść w stronę przybyszów. Krzyknął:
    — To ja!
    Zbliżał się coraz bardziej.
    — Czego wam trzeba?
    Nie usłyszał odpowiedzi.
    — Kimże tak w ogóle jesteście?
    Twarz przybysza była nieprzenikniona. Gdy mistrz już znajdował się obok swoich uczniów, szlachcic na koniu
    wydobył swój miecz, a za jego przykładem poszli pozostali. W Berku wyzwoliła się adrenalina. Był gotowy rzucić się
    do ucieczki. Miał nawet pomysł. Ponieważ koń dogoni człowieka, to on będzie sprytny i zrobi coś innego. Najpierw
    będzie lawirować między tarczami, potem przeskoczy przez płot, aż wreszcie dobiegnie do wioski. A później... No cóż,
    dalszą część wymyśli jak już tam będzie.
    Miał jednak nadzieję, że ten szlachcic to stary kumpel ich nauczyciela, a cała ta parada to tylko głupie żarty.
    Toteż zdziwił się i przeraził śmiertelnie, gdy ruszyli wprost na mistrza. Jego również przez moment zamurowało. Chciał
    wydobyć miecz, ale zrobił to za późno. Przecięli mu twarz i upadł na ziemię krzycząc z bólu.
    Tych dwóch, od których Berek dostał lanie, wściekło się i natchmiast zrzuciło jednego rycerza z konia, ale zanim
    podnieśli na niego ręce by go pobić, otrzymali po plecach ciosy mieczami. Polała się krew. Śmierć tych nieszczęśników
    była kwestią kilku następnych sekund. Padli na kolana, a potem na brzuch. Wykrwawiali się coraz bardziej. Nie było
    szans by przeżyli.
    Berek stał jak wryty. To co zobaczył wywróciło jego wyobrażenie o wojnie o 180 stopni. Przypomniały mu się
    zmyślone opowieści dla dzieci, w szczególności te o honorowych rycerzach, pojedynkujących się z mniej licznymi
    wrogami. Że też wierzył w takie bajki. Ha! Nawet sam wymyślał podobne! Gdyby nie wiara w swoich dowódców...
    Zrezygnowałby ze służby w wojsku Vaegirów, wrócił do domu, i ożenił z miłością swojego dzieciństwa, Sylwią.
    Piękną, złotowłosą koleżanką... Zacząłby pracę jako piekarz, po latach oszczędzania kupił dom, został tatą... Ale teraz
    było na to za późno.
    Chciał uciekać, lecz coś go blokowało. W jednej chwili pojął, że jego plan ucieczki jest beznadziejny. Zupełnie jak
    sytuacja w jakiej się znalazł. Stał i się przyglądał. Bezradny, bezbronny, zdany na ich łaskę. Oddech miał
    przyspieszony, słyszał dudnienie własnego serca. W dodatku miał strasznie suche usta z wcześniejszego zmęczenia.
    Spojrzał lekko na niebo, a potem znowu na przybyszów, którzy zabili jego nauczyciela i kolegów. Nie liczył że wyjdzie
    z tego cało. Nie miał nawet sił aby próbować uciekać, o walce nie wspominając. Po prostu stał i czekał na nieuniknione.



    Grearth, radny króla Ragnara, tego dnia odwiedzał swoją rodzinną wioskę, Jelbegi. Położona była na zachód od tej
    bezimiennej rzeki, na południe od wielkiego miasta Tihr i bardzo niedaleko od stolicy Królestwa Nordów, Sargoth. Na
    niebie latały ptaki, wiał lekki wiatr. W oddali chłopki nosiły wodę i prały w wiadrach, dzieci biegały radoście, a tuzin
    chłopów i sołtys o czymś gawędzili. Reszta wieśniaków zajęta była swoimi pracami przy patroszeniu świń albo
    ścinaniu zboża. Najbardziej zamożni ze wszystkich właśnie dobijali targu z karawaniarzami, którzy chcieli kupić dwa
    wierzchowce.
    — Damy po trzy tysiące za jednego.
    — Wybaczcie, ale nie mamy tu nadmiaru pieniędzy. Trzy i pół. Damy wam do tego dwadzieścia dwa funty wołowiny.
    — A co my z nią zrobimy? Wyrzucimy po drodze? My też nie mamy nadmiaru pieniędzy, a wierzchowce te i tak nie są
    warte nawet dwóch tysięcy. Dajemy trzy bo na gwałt nam teraz potrzebne. Bądźcie żesz ludźmi...
    Tak się targowali, a Grearth podążał dalej.
    Obok spichlerza leżały pełne ziarna worki, w środku natomiast suszyło się mięso. Na polach było pewnie ze cztery
    tuziny krów, zaś w wielkiej stodole setki kur i innych zwierząt hodowlanych. Duża wioska zajmowała sporą przestrzeń.
    Było to dowodem wielkiej produktywności i dobrobytu. Po za tym było tu kilka małych ulepszeń, które Grearth niegdyś
    zbudował. Zamiast jednego młynu stały aż trzy, ponadto wokół były podziemne ścieki i kanalizacja.
    Do wioski prowadziła udeptana dróżka, ale już on miał pomysł... Z Tihr aż dotąd wybuduje drogę brukowaną! Tak! To
    jest myśl! Albo nawet z Sargoth! Ahh! Nie mogę się doczekać, gdy Jelbegi zmieni się w otoczone murem miasto! Jest
    na dobrej drodze!
    Grearth przyszedł pieszo, toteż nikt go tak od razu nie poznał.
    Był średniego wieku, tęgi, z wielką brodą i wąsami. Szedł spokojnym krokiem w złotej zbroi paradnej, z rękami
    splecionymi za sobą. Uśmiechał się do siebie i rozglądał po okolicy.
    Rozmyślał o swoim dzieciństwie. Dawniej wiele to miejsce wycierpiało. Ile to razy leśni zbóje przychodzili po okup?
    No niezliczoną ilość. Gdy najpierw to były grupy kilku rzezimieszków, to z czasem przychodziły i wielkie watachy do
    pięćdziesięciu łajz. Zabijali wszystkich, którzy im się sprzeciwiali. A gdy wieśniacy poskarżyli się swojemu władcy, to
    ten kazał im poczekać. I, rzecz jasna, dalej płacić podatki, "bo nie da się zapewnić ochrony za darmo".
    Życie zaczęło się zmieniać, gdy w 1263r. skończyły się wojny w Królestwie Nordów, a większość wojsk w końcu
    zaczęła wybijać bandytów. Jakie szczęście go wtedy ogarnęło! Młody, ośmioletni chłopiec widzący, jak odwieczni
    prześladowcy są bezlitośnie mordowani przez grupę wściekłych hursaklów! Zawsze na wspomnienie czasów o
    wyczekiwanej odsieczy ma ten obraz w głowie. Widok bandyty, leżącego z krwawiącą nogą, wołającego o litość. A
    potem dzielny wojownik wbija mu wielki topór w plecy. Ahh! To było piękne!
    Zachwycał się również faktem, że od 20 lat nie było tu ani widu, ani słychu o problemach ze zdrowiem mieszkańców.
    W tamtych, odległych czasach, mieli problem z wodą, jak większość ludzi w Calradii, i zarazy nie były tu obce. W
    zasadzie to dzięki niemu problem został rozwiązany, gdyż wraz z pomocą króla, Grearth wynajął najlepszych
    robotników, żeby wybudować podziemną kanalizację i zaopatrzyć wioskę w takie cuda jak bieżąca woda.
    Historia jego znajomości z królem zaczęła się, kiedy skończył 21 lat. Wydał swoje wieloletnie oszczędności, 500
    denarów, i wynajął człowieka umiejącego pisać. Wysłał list do króla, w którym przywołał wspomnienie wybijanych
    bandytów. Wyraził wielką wdzięczność i aprobate, że tacy dzielni ludzie służą w armiach i że mają takiego wielkiego i
    mądrego pana.
    Nie oczekując odpowiedzi dodał, że gdyby jego król chciał zostać ugoszczony, to w Jelbegi zawsze się o to postarają.
    Król jednak odpowiedział.
    Wysłał mu długi list. Grearth pożyczał i żebrał całymi tygodniami, by znów wynająć tego samego człowieka, aby mógł
    przeczytać mu odpowiedź. W liście było o wyprawach zamorskich, planach podbojów, w jaki sposób szkoli wojsko,
    zdradził też że sam regularnie ćwiczy. Nie mógł wszystkiego napisać w liście, więc zaprosił go na ucztę. Dziecięce
    marzenie o spotkaniu się z królem miało się wreszcie spełnić.
    Co prawda Grearth się wtedy spóźnił o jeden dzień, ale nikt nie miał mu tego za złe. W końcu jaki wieśniak umie
    czytać? To, że jakkolwiek sobie poradził, wywołało wielki zachwyt wśród dworzan, a zwłaszcza króla, który przywitał
    go z otwartymi rękoma.
    Wnętrze zamku, z pięknymi obrazami na ścianach, mapami w kącie sali, stołem wystawionym najlepszym jedzeniem ze
    wszystkich stron świata, i skrzynie ze złotem, które rozdawano gościom. To wszystko bardzo imponowało Grearthowi.
    Wtedy zaczął marzyć o posiadaniu tego wszystkiego na własność. Chciał zdobyć sobie zamek i zostać Jarlem!
    Przy uczcie poznawał różnych ludzi. Opowiadał o swoim chłopskim życiu, ale bardziej interesowali go inni. Po za
    opowieściami o zaletach bycia szlachcicem, słuchał też o różnych problemach trapiących lordów. Chciał się jak
    najwięcej dowiedzieć, żeby mieć rozeznanie w sytuacji i znaleźć jakąś możliwość wkupienia się w łaski króla.
    Trzydniowa uczta, na której był tylko dwa dni, zleciała ani się obejrzał.
    Co prawda impreza się skończyła, urodziwe damy i nowo poznani szlachcice się porozjeżdżali, ale Grearth został. Sam
    władca zaczął mu przekazywać całą wiedzę jaką posiadał, a nawet zaproponował młodemu, żeby został jego osobistym,
    królewskim doradcą.
    Tak się zaczęła jego kariera i do dziś jest radnym króla.
    Martwi go jedynie, że osiemdziesięciosześcioletni Ragnar w końcu umrze, i jego przyszłość będzie już niepewna. Ale
    przecież nie ma się co martwić... Król nie jest w końcu ani chory, ani nie ma wrogów. Wszystko powinno być
    wspaniale.
    Zakończył rozmyślania. Wpadł w prześwietny nastrój. Był już w wiosce Jelbegi. Doszedł do zebranych przy sołtysie
    chłopów i krzyknął do nich:
    — Hej, wy tam! Widzieliście moją żonę? Zlałem ją przedwczoraj, i jak mi wtedy uciekła, tak do dziś nie wróciła! Może
    ją widzieliście??? Pomóżcie no!
    Spojrzeli zdziwieni. Nie zrozumieli do końca o co mu chodziło.
    Zaś jedna z chłopek, która akurat była w pobliżu, zawołała: "Hej, to przecie nasz żartowniś!". Uśmiechnęła się do
    niego, i szybko zniknęła za jednym z domów.
    Rozgorzała wrzawa rozmów. Właśnie go poznali.
    — A już nie wiedzieliśmy, czy ci pały na głowie nie rozbić! - usłyszał przez hałas ożywionych rozmów i śmiechów na
    jego temat. — Podejdź no, Panie "zleję twoją żonę"!
    Zabawny nastrój udzielił się również mieszkańcom Jelbegi. Podszedł do nich, żeby miło spędzić ten jakże piękny dzień,
    wśród swoich starych przyjaciół. Wśród tych, z którymi rozumiał się jak z nikim innym.
    Oczywiście nie licząc króla! A jakże!
    Po południu, gdy już przywitał się ze wszystkimi i wyglądało na to, że będzie to bardzo udany tydzień, usiadł sobie na
    kamieniu, oparł się rękami z tyłu i patrzał na niebo.
    Wtem krzykacz na dachu młynu zaczął bić na alarm ostrzegawczy. Grearth szybko się podniósł i stanął mężnie.
    Dostrzegł zmierzających w oddali trzydziestu, uzbrojonych hursakli. Nieśli czarny sztandar i podążali w stronę wioski.
    Kolor czarny przez Nordów uznawany jest za symbol ostrzeżenia. Żołnierze niosący taką flagę muszą mieć jakieś
    ważne zadanie do wykonania. Jakie to nie wiadomo. Lecz takich ludzi należy się trochę obawiać, i najlepiej nie
    wchodzić w drogę. Wojownik, który chce wykonać rozkaz za wszelką cenę, nie cofnie się przed niczym.
    To już się zaczyna! - Przeszło przez myśli Greartha. - Ale przecież miało to być nie wcześniej, jak przed styczniem! O
    co tu chodzi?
    Obiegł całą wioskę aż dotarł do sołtysa. Bardzo uważnie spojrzał na niego.
    — Posłuchaj! Schowam się w domku po mojej lewej i będę obserwować. Gdyby coś się wydarzyło spróbuję zadziałać...
    Ale nie bój się!
    Poklepał go po ramieniu i pobiegł do chatki. Otworzył drewniane drzwi i wszedł do środka. Rozejrzał się naprędce.
    Nikogo nie było. Zaraz doskoczył do okna aby przyglądać się rozwojowi wydarzeń.
    Cztery minuty później Nordowie dotarli do wioski. Na czele oddziału szedł Jarl Olaf. Sołtys nie krył zdenerwowania.
    Ciężko przełknął ślinę i czekał niecierpliwie z rękoma schowanymi za plecami.
    — Jarl Olaf. Witajcie.
    Mimo że maniery Nordów to sprawa, o której można toczyć całonocne dyskusje, to on akurat był bardzo kulturalny.
    Kiedy było trzeba, przecinał zdrajców bezlitośnie na pół, ale do swoich, nawet wieśniaków, zawsze odnosił się z
    szacunkiem.
    Olaf był wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. Mimo wieku i siwej brody wciąż chodził wyprostowany i pełen
    energii. Kroki jego były szybkie i pewne. Nosił na sobie brązową zbroję paskową i hełm nordycki, tak jak jego
    hursakle. Przy pasie po prawej miał miecz, zaś po lewej toporek bitewny. Do pleców przywiązana była zielona tarcza
    nordycka z brązowym drakkarem na środku. Żaden Nord nie miał takiej tarczy, musiała być wykonana specjalnie na
    zamówienie.
    Olaf był jednym z najbogatszych Jarlów. Zawdzięczał to po trochu swojemu ojcu, Rayeckowi z Zamku Hrus. Ale nie
    znaczy to, że jest jakimś nieudacznikiem. W królestwie chodzą plotki, że majątek wyliczony na 30 tysięcy denarów
    który dostał w spadku, w chwili obecnej sięga bajońskich kwot trzech milionów! Realność takich opowieści budzi
    uzasadnione wątpliwości. W końcu ludzie lubią ubarwiać zasłyszane historie, żeby tylko byli słuchani z jak największą
    uwagą. Bynajmniej Olaf nie jest człowiekiem głupim, pomnażanie przez niego bogactwa jest faktem.
    Starszy wioski przywitał się z Jarlem, świadom tego z kim właśnie rozmawia:
    — Wi-witaj panie! W czym mogę pomóc?
    Grearth obserwujący zdarzenie czuł pot na całym ciele. Był nie mniej zdenerwowany co sołtys.
    — Myślę, że dobrze wiesz po co tu jesteśmy...
    — To już się zaczyna? Hgh! - Olaf chwycił go za gardło i powiedział cichym głosem:
    — Cicho, na boga cicho! Wiesz, że ściany mają uszy! Ale spokojnie. Jeśli chcesz wiedzieć to nie. Jeszcze nie...
    Ojj! Jak dobrze! Grearthowi kamień spadł z serca. Jeszcze nie gromadzą zapasów na tę decydującą wojnę. Ale... W
    takim razie czego chcą?
    A co... Jeśli ktoś się dowiedział? Oby nie! Oby nie!!
    Jarl puścił sołtysa, poprawił zbroje i powiedział:
    — Szukamy pewnego człowieka. Powiedz gdzie jest a gwarantuje, że nikomu nic się nie stanie. Nawet jemu.
    A więc jednak to mnie szukają! Oj Grearth, tak to jest gdy się nie myśli! Głupi! Głupi! Głupi!!! Przeklinam ten dzień, w
    którym zachciało mi się wspominać dzieciństwo i wróciłem do tej przeklętej Jelbegi! Niech to szlag!
    Sołtys niepewnym głosem odpowiedział:
    — Wybacz, ale nikogo tu nie ma. Sami tutejsi...
    — No tak, tak. Ten pan też tu mieszkał, więc powiedzmy że jest tutejszy.
    — Ale kto? Wybacz... - coraz bardziej się jąkając - Ja... nie wiem o kim mówisz...
    — NIE KŁAM!
    Wieśniak przeraził się, jakby piorun uderzył dokładnie w to samo miejsce, w którym stał Olaf.
    — I przestań zgrywać większego głupka niż jesteś! Mów! Kto tu przejeżdżał przez ostatni tydzień?!
    Sołtys uspokoił się. Po chwili namysłu rzekł:
    — No więc tak: pięć dni temu zabłądził tu rycerz swadiański, ale odszedł w pokoju... Hmm... Wczoraj... To znaczy
    przedwczoraj, banda rzezimieszków chciała od nas pieniędzy na gorzałkę, ale ich zbyliśmy...
    — Czy skończysz wreszcie gadać te bzdury?? Życie ci niemiłe? - podniesionym głosem mówił dalej - Chcesz, aby
    polała się krew? Wiedz, że mam prawo wam wszystkim porąbać kończyny i powrzucać was do rzeki! Jeśli chcesz tego
    uniknąć, to powiedz mi gdzie jest GREARTH! Albo gorzko pożałujesz. Właśnie skończyła mi się cierpliwość!
    Wydobył miecz z pochwy i zagroził nim sołtysowi. Grearth patrzał przerażony. Miał ochotę wyciągnąć swoją broń i
    ratować niewinnego człowieka, ale nie mógł. Wiedział, iż to będzie pretekst, aby Olaf zrobił to o czym mówi. A
    zresztą, i tak nie ma szans przeciw choćby trzem hursaklom, a ich jest dziesięć razy tyle. Na treningu ma szanse, ale nie
    tu! I nie teraz! Nie, gdy chodzi o kogoś więcej niż tylko jego! Nie o jego przyjaciół... I nie o rodzine. Jeśli zabije norda,
    wpakuje w tarapaty nie siebie, ale swoich najbliższych! Takie jest prawo - szlachcic, który dokona zbrodni nie ucierpi
    bezpośrednio. Za to kara spotka jego bliskich. Dzieci, żone, albo pobratymców.
    No ale przecież i tak już wpakował się po uszy. Skoro Olaf po niego przyszedł, to już się wydało... Kara i tak ich nie
    minie. Niech to piorun trzaśnie! NIECH TO!
    — NIECH TO! - wykrzyknął ze wściekłości.
    Grearth właśnie zdał sobię sprawę, że będąc w amoku swoich myśli wykrzyknął coś na głos. Teraz go na pewno
    znajdą...
    Żeby tyle nie myślał, skoro nic wymyślić nie umie! Idiota! No po prostu idiota!
    Olaf to usłyszał.
    — A kto to? - Nasłuchiwał przez chwilę.
    Schował miecz do pochwy i rzekł:
    — Sierżancie. Przeszukać wioskę. Greartha żywego. Każdego jego obrońce mieczem na wpół przeciąć.
    Nie powtórzył się. Wojsko się rozproszyło i szukało.
    No nie! No po prostu, psia mać, no nie! Na boga, dlaczego po prostu sobie nie pójdą!? Nie chcę być sądzony! Ja nie
    chciałem! To tak wyszło... Przecież nikogo nie skrzywdziłem.
    Bił się z myślami. Wtem, gdy usłyszał zbliżające się kroki, przestał myśleć i wrócił na ziemię.
    Rozejrzał się po pomieszczeniu. Duże łoże, ubikacja, stół, drewniane ławki. Na końcu domu komin... Za który wejdzie!
    Tak! Jeszcze się może udać! Ukryje się, a oni sobie pójdą!
    Pełen nadziei podbiegł w tamtą stronę i ukrył się w ciemności za kominem. Kroki były coraz głośniejsze.
    Ktoś stanął przed drzwiami i zaczął je powoli otwierać....
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Moja stara książka o Calradii z roku 2013
    « Odpowiedź #1 dnia: Stycznia 16, 2017, 19:54:08 »
    Rozdział II.

    Grearth w myślach zmawiał modlitwę do Onyna i Thora. Przysięgał, że jeśli wyjdzie z tego cało, odbędzie pielgrzymkę
    do Nordlandii, objedzie starożytne miasta, złoży dary ze złota, zwierzyny, a nawet swoich najdroższych skarbów!
    Wróci do Calradii boso, w samych spodniach, choćby miał zamarznąć! Zrobi to, prosił wzamian tylko, ażeby jakoś z
    tego wybrnął.
    Drzwi się otworzyły, a Grearth starał się oddychać jak najwolniej potrafił, by nie mogli go wykryć. Każda sekunda
    wydawała się trwać minutę. Kroki jednego człowieka chodziły wolno wokół całej chaty. Ów człowiek rozglądał się w
    poszukiwaniu miejsc, w których mógł się ktoś ukryć. Zajrzał pod stół, pod łóżko, a nawet do szafki ze słoikami
    dżemów i marmolad. Nie przyszło mu na myśl wejść za komin. Porozglądał się jeszcze dokładnie, ale nikogo nie mógł
    zauważyć. Wyszedł więc, i zostawił za sobą lekko uchylone drzwi.
    Kroki były coraz cichsze. Grearth znów oddychał normalnie, lecz dalej bał się wyjść i postanowił zaczekać. W końcu
    nie zbawi go zostać jeszcze przez moment!
    Przez to że przybrał niewygodną pozycję na klęczkach, szybko zaczęły mu cierpnąć nogi i kręcić się w głowie. Czuł, że
    musiał wstać i się rozprostować. Lecz z drugiej strony, musiał wytrzymać jak najdłużej. Podparł się rękoma o ziemie,
    by nie męczyć ciała tak szybko. Ale to pomogło na chwilę. Ze zmęczenia coraz bardziej mu było obojętne, czy jak się
    na chwilę podniesie to go zabiją. Że też ciało nie myśli racjonalnie, i zmęczony człowiek gotów jest dać się pożreć
    swoim wrogom.
    Grearth - mówił do siebie w myślach - dasz radę! Wytrzymaj! Jeśli za moment dalej będzie cicho, spróbuję wyjść!
    Wypoczniesz jak będzie po wszystkim. Muszę wytrzymać, muszę! To nie tylko dla siebie, ale dla tych wszystkich, z
    którymi przeżyłem wszystkie ciężkie chwile!
    Myśli go pokrzepiły. Ciężko westchnął. I chociaż było mu coraz słabiej, pozostał w bezruchu.



    Trzech zbrojnych i poseł zbliżali się do Ayyike.
    Wieśniacy ciężko pracowali, dzieci z matkami wyrywały chwasty i wyrzucały je na kupki. Niektóre konie pociągowe
    leżały martwe, a jeden z nich był właśnie leczony, nie wyglądał za dobrze.
    Jednak życie w wiosce nie było aż takie złe. Mimo drobnych problemów, ludzie uśmiechali się do siebie nawzajem.
    Rozumieli, że zawsze mogło być gorzej. W gruncie rzeczy była to bogata, jak na średniowiecze wioska. Pola pełne
    złotego zboża, bogate w owoce sady i pastwiska dla koni były zadbane, nie brakowało tu rąk do pracy. W oddali dało
    się nawet zauważyć patrolujący oddział Vaegirskich żołnierzy, więc żadni zbóje nie mieli tu czego szukać.
    Gdy starszy wioski zauważył przybyszów, kazał im się zatrzymać. Pobliscy mężczyźni przerwali swoje zajęcia, żeby
    im się na moment przyjrzeć.
    Poseł pomachał ręką i rzekł:
    — Witajcie. Jestem posłem do króla Valdyna. Chcielibyśmy napoić konie i jeśli macie tu gospodę, odpocząć do
    południa. Nie mamy złych zamiarów. A zresztą - spojrzał w stronę idących w oddali żołnierzy, zakrywając oczy przed
    świecącym słońcem. - Nawet jeśli byśmy chcieli narozrabiać, to by nam się nieźle oberwało. Prawda to?
    Uśmiechnął się i rzekł dalej:
    — Będzie nam miło, jeśli zechcecie nas przyjąć.
    Chłopi powrócili do swoich zajęć. Starszy skinął głową i przywitał przybyszów. Polecił młodym chłopcom popilnować
    ich koni. Czterech mężczyzn rozglądało się w poszukiwaniu karczmy.
    Po 5 minutach wstąpili do małej gospody. W rogu sali siedziało dwóch chłopów, którzy najwyraźniej zrobili sobie
    krótką przerwę. W środku, na drugim końcu pomieszczenia, dały się zauważyć schody wiodące na drugie piętro, oraz
    trzy wielkie beczki z piwem pod nimi.
    Weszli jeszcze głębiej. Młoda kobieta stojąca za ladą przywitała ich i zastrzegła, że każdy kto zacznie sprawiać kłopoty
    będzie stąd wyrzucany, choćby był jakimś nieokrzesanym lordem. Delor ją uspokoił:
    — Spokojnie, przybywamy w pokoju. Jak się Pani zwie?
    Kobieta odparła:
    — Nie szukam znajomości. Wybaczcie. Podać coś?
    Delor trochę się zawiódł. Kobieta bardzo mu się spodobała i chętnie by ją poznał. Nieco zasmucony wybąknął:
    — Miodu dla nas wszystkich!
    Brodaty mężczyzna podał jej garść złota i poprowadził swoich druhów do stołu. Wszystkie wyglądały tak samo,
    pomieszczenie było praktycznie puste. Wybór miejsca do odpoczynku nie powinien sprawiać kłopotów.
    Ale poseł zaczął się do siebie chichotać. Wybrał stolik jak najdalej od lady, ten w samym rogu pierwszego rzędu,
    pierwszego zaraz na lewo od wejścia. Gdy już się rozsiedli, wciąż podśmiechujący się brodaty facet zagadał do Delora:
    — Jak to szło? "Nie umiesz rozmawiać z kobietą. He-he-he".
    Delor się skrzywił. Zawstydzony zaczął się tłumaczyć:
    — Chciałem być... miły. I poznać jej imię by móc ją pozdrowić i...
    Nie wiedział co powiedzieć.
    — I ci się spodobała - wtrącił Dallas, trzeci zbrojny.
    — No... Nawet mi się spodobała. Masz rację.
    — I dobrze! Ale co chcesz z tym teraz zrobić? - z ciekawością dopytywał się Dallas.
    — Nie wiem...
    Atmosfera na początku była niezręczna. Nowe miejsce, nieznajome twarze. Ale teraz, gdy zaczęli go wypytywać i
    przyznał, że poczuł słabość do pięknej damy, jeśli można tak nazwać wiejską chłopkę, rozluźnił się. Wszyscy się
    rozluźnili. To był moment, w którym faceci dzielą między siebie swoje najgłębsze przemyślenia, i rozmawiają na
    najbardziej osobiste tematy. Pewniejszy siebie Delor zaczął mówić:
    — Kiedyś chciałem zaprosić Aneth na spacer, pamiętasz? Powiedziała mi że przyjdzie, a ja czekałem i się nie
    doczekałem. Tłumaczyła się potem, że nie mogła przyjść, ale gdy ponownie zaproponowałem spotkanie, stwierdziła, że
    za mało się dla niej staram. No to zerwałem kwiaty, kupiłem nawet bransoletkę, a gdy następnego dnia chciałem to
    wręczyć, wyśmiała mnie, i więcej się już nie odezwała - zaczerpnął głęboki oddech. - Widzisz, tej tu nawet nie znam. A
    nawet jakbym coś chciał, to nie mamy czasu... Prawda... żeby się poznać i zaprzyjaźnić. A nawet gdybyśmy mieli, to
    brak mi odwagi... Zacząć cokolwiek. Chciałbym, naprawdę!
    Delor kontynuował. Tak się zagadał, że nie dostrzegł jak kobieta do nich podeszła i przysłuchiwała się jego pochwałom
    na jej temat. O błyszczących, kuszących oczach, ożywionym głosie, zgrabnej, kobiecej sylwetce, mięsistych ustach...
    Jego kompanii mu nie przerywali. Spojrzeli na nią. Ta tylko mrugnęła do nich okiem i w ciszy się oddaliła.
    Tak opowiadał i opowiadał, aż nie usłyszał idącej w ich stronę gospodyni, tym razem przynoszącej im miód. Na chwilę
    się przymknął. Dostali po małym dzbanie.
    — Smacznego panowie - powiedziała i znowu się oddaliła. Dallas skorzystał z okazji w której Delor nic nie mówił:
    — To teraz zrobisz tak. Wypijesz miód, i choćby ci mieli za to łeb uciąć, idziesz do niej i zagadujesz tak, jak to robisz
    w naszym towarzystwie - wziął łyk miodu i zanim jeszcze Delor zabrał głos mówił dalej:
    - Idziesz tam i kropka. A jak nie, to cię tam zaprowadzimy, żeby ci wstydu narobić. Już tyle razy o życie walczyłeś, a
    wciąż boisz się podejść do zwykłej dziewki.
    — EJ! - oburzył się Delor - Tylko nie dziewki... To najpiękniejsza kobieta pod słońcem! Odszczekaj to albo...
    Dallas machnął ręką i ze spokojem dodał:
    — Boisz się do niej podejść, a nie boisz się ze mną bić?
    Miał rację. Zawstydził tym Delora który już z nim nie rozmawiał. Wziął się za picie swojego miodu.
    — Dobrze więc, panowie - rozpoczął poseł - Jeśli chodzi o Valdyna. Nie bójcie się. Zdarzyło mi się raz spaprać umowę
    handlową...
    Zbrojni, z wyjątkiem Delora pijącego miód, głupio się do niego uśmiechnęli. Przyznał więc:
    — No dobra już, dobra. Dwa razy. Niech będzie. Ale zapewniam, że tym razem się postaram. Wiem, że czasem jestem
    złośliwy. To dlatego, że nie chcę być tylko posłem. Oszczędzam pieniądze, żeby żona z dziećmi mogli sobie beze mnie
    poradzić...
    Kharl mu przerwał:
    — Więc to jednak nie żarty - nie podobał mu się pomysł kompana, przedstawił swój punkt widzenia. - Chcesz przygody
    i wierzysz w opowieści o tej krainie najemników. Nawet jeśli istnieje, to nigdy tam nie dojedziesz. A już na pewno nie
    idąc przez lodowate góry Vaegirów. Przyniosą cię, jak zwykle, jakieś dzikusy z gór. Posyłano tam całe kompanie, które
    nigdy nie wracały. To nie będzie przygoda, tylko samobójstwo.
    — Muszę spróbować. Jeśli opowieści są prawdziwe, to właśnie tam można zacząć lepsze życie. Z dala od ciągłych
    wojen, smrodu spalonej ziemii i głupich rozkazów hrabiów.
    — Ale - przemówił Dallas - służba na dworze to nie jest zła rzecz. Lepiej od ciebie mają tylko politycy. Masz
    zapewniony byt, wyżywienie. No i królowa cię ceni. Nie musisz ryzykować życia...
    — Ha. I tu się zdziwisz. Popatrz co tu mam.
    Poseł rozpiął pas, podciągnął szatę, kolczugę, i wskazał miejsce pod żebrami. Miał wypalony na ciele okrąg z pyskiem
    niedźwiedzia w środku.
    — Piekło jak cholera. A wiesz dlaczego? Dlatego, że nie miałem czerwonych trzewików, tylko brązowe. Tacy to,
    niegroźni Khengieci - opuścił kolczugę, szatę i zapiął pas. Dokończył mamrotając. - Jedziesz z listem żeby dostać w
    kość, bo jaśnie skurczygadom nie podobają się twoje buty.
    — Miałeś pecha. Wszędzie znajdą się prymitywy. Spokojnie. Jak dobrze pójdzie, to razem z bojarami na nich
    uderzymy. I wiesz co? — pochylił się do posła - Jak jakiegoś dorwę, to ci go żywym przyprowadzę. Będziesz się mógł
    zabawić. Ale nie byle jakiego! Lansjera, albo jak się poszczęści, lorda! Hę? Pomyśl, co byś mógł mu zrobić. Jedyne co
    by cię ograniczało to własna wyobraźnia.
    — Dzięki. Ale mi nie o to chodzi. Oczywiście, im mniej Khengietów na świecie tym lepiej. Lecz ja nie chcę się ot tak
    mścić, i to jeszcze na byle wypierdku. Trzeba się stąd po prostu wynieść. Nie chcę was znów namawiać... Ale
    pomyślcie. Jesteśmy młodzi, ty Dallas, najstarszy, masz dwadzieścia dziewięć lat. Tylko marnujemy nasz czas. A jakby
    nam się udało opuścić tę zakichaną Calradie, w spokoju moglibyśmy zapuścić korzenie, patrzeć jak nasze dzieci
    dorastają, postarzeć się z żonami...
    — No wiesz - zagaił Dallas - im częściej o tym mówisz, tym bardziej mi się to podoba. Calradia to i tak jedno wielkie
    cmentarzysko. A ja nie chcę ginąć za szlachetnie urodzonych tępaków. Jakbyś wymyślił realistyczny plan podróży, to
    może bym z tobą pojechał. Zanim i na mnie przyjdzie kolej.
    Kharla bardzo zdumiało to co właśnie usłyszał.
    — Oboje zwariowaliście! Ażeby was pokręciło!
    Uderzył pięścią w stół. Zbrojny i poseł popatrzeli na niego, ciekawi co zrobi dalej.
    — Zwariowaliście. Chcecie się zabić? Dobrze! To bardzo dobrze! Nie będę was powstrzymywał. Ale tylko pod jednym
    warunkiem!
    — Jakim?
    — No jakim? Słuchamy? - zapytali poseł i Dallas.
    — Głupio mi o tym mówić, ale... Weźcie mnie ze sobą.
    Na ich ustach pojawiły się szerokie uśmiechy. Byli zadowoleni z tego co właśnie usłyszeli.
    — Chyba też oszalałem, ale pieprzę to! Idę z wami, a jak nie, to stawajcie do walki konnej albo pieszej, jak na rycerzy
    przystało! Bo beze mnie nigdzie nie odejdziecie. Po moim trupie!
    Wznieśli toast i dokończyli picie miodu. Delor też się przyłączył:
    — Skoro tak, to chrzanić tę służbę wojskową! Wierzycie że się uda, czemu ja mam nie wierzyć? - krzycząc na całą
    gospodę - No powie mi ktoś czemu??
    Weseli kompanii zaczęli śpiewać pieść o rycerzu z Suno.
    Podczas składania broni przez hrabiego Montewara, po przegranej bitwie pod Suno między Swadią a Rhodokami, ten
    jeden rycerz nie mógł przyjąć do wiadomości, że ponieśli tak haniebną porażkę. Wściekły i samotny rzucił się na
    rhodockie zastępy pikinierów. Zginął, ale zachował honor godny prawdziwego rycerza. Został legendą, wzorem do
    naśladowania.
    Pieśń o nim była ich ulubioną. Zawsze ją śpiewali, przy każdej, choćby najmniejszej okazji.
    Gdy się nieco uspokoili, Dallas zabrał głos:
    — Dobra, to idziemy co?
    — Idziemy! - ozwał się Delor.
    — Ekhm - chrząknął Dallas. - My, nie ty. Ty masz jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
    Przewrócił oczami na właścicielkę gospody. Delorowi ulżyło, gdy zaczęli rozmawiać na temat wyprawy do krainy
    najemników, ale teraz, serce znowu chciało mu wyskoczyć z piersi, a ręce pociły się niemiłosiernie.
    — I nie masz innej opcji. Przysięgam na wszystko co istnieje, że jak tam nie pójdziesz, to ci porachuje wszystkie kości.
    Delor siedział, gdy reszta wstawała i zmierzała do wyjścia. Dallas poklepał go jeszcze po ramieniu, po czym wraz z
    resztą wyszedł.
    Co teraz... Albo iść do gospodyni, albo wyjść za nimi. Przemóc się, albo stchórzyć.
    No tak, przecież dwa lata temu - zamyślił się Delor - tyle mnie od śmierci dzieliło... W stu patrolowaliśmy granicę, gdy
    20 Khengietów na nas napadło. Stałem w szyku, i dałem się przejechać jakiemuś kawalerzyście. Straciliśmy ponad
    osiemdziesiąt ludzi, a ja sam zostałem ranny. Mam takie szczęście że żyję, a dalej tego nie doceniam!
    No jak teraz do niej nie podejdę, to nigdy sobie nie wybaczę... No to idę! Teraz... Tak, właśnie!
    Począł wstawać. Cały się trząsł. Wiedział, że nie ma się czego bać, ale i tak na nic. Wstawał jak stary dziad, powolnie.
    Rozejrzał się po gospodzie. Dwóch chłopów, którzy zrobili sobie przerwę właśnie się stąd zabierało. Los jakby
    sprzysięgł się na jego korzyść. Miał najlepszą na świecie okazję żeby działać! Ale i tak miał chęć wyjść z karczmy bez
    słowa... Zastanawiał się.
    Delor, idziesz tam i kropka - przypomniał sobie co powiedział do niego Dallas.
    Dobra, idę! Jeśli się nie uda, to jego wina. W końcu zmusił mnie do tego!
    Chłopi wyszli w pośpiechu i został sam. Odwrócił się w stronę lady. Kobieta właśnie coś zapisywała. Podniósł ociężałą
    nogę i zrobił krok do przodu. Potem drugi. Ruszał się jak mucha w smole. Patrzał wprost na nią, robiąc głębokie
    wdechy i wydechy. Po całej, jak mu się zdawało, godzinie drogi, był już blisko. Gospodyni właśnie skończyła pisać.
    Odłożyła piuro do kałamarza, zwinęła papier i schowała do małej skrzynki obok. Popatrzała Delorowi w oczy i
    zapytała:
    — Dobry miód?
    — Noo... Tak, bardzo mi smakował....
    Zaniemówił. Totalnie brakowało mu słów. Miał plan zapytać o życie w Ayyike, by jakoś zagadać, ale teraz... wyleciało
    mu to z głowy. Jakby zapomniał języka w gębie. Po chwili ciszy usłyszał:
    — Cieszę się. Dokładam wszelkich starań, żeby wszystko co podajemy było najlepszej jakości. Nie mamy trudnego
    życia, ale dobre jedzenie poprawia humor każdej zmęczonej duszyczce, która tu zawita. Miód, który piliście, jest z
    naszej pasieki w lesie Reyvadińskim. Gdybyście tamtędy przejeżdżali, możecie ode mnie pozdrowić bartników.
    Uśmiechnęła się do niego i skończyła mówiąc:
    — Powiedzcie, żeście przyjaciele Mojmiry.
    Gdy tylko usłyszał to imię, zrobił do niej słodkie oczy. Już nigdy nie będzie mógł żyć bez tego uśmiechu. Obiecał
    sobie, że jeszcze do niej wróci by ją odwiedzić. Gdyby jego zadanie nie było tak pilne, zostałby z nią. Ah, no tak...
    Zadanie. Przecież robota pali.
    — Miło cię poznać, Mojmiro. Mów mi Delor. Gdyby nie to, że mamy na głowie sprawy niecierpiące zwłoki,
    zostałbym. Bardzo chcę cię poznać. Obiecuję ci, że wrócę kiedy będzie taka możliwość.
    Podał jej rękę. Zrobiła to samo. Złapał jej dłoń, nachylił się i pocałował. Nie spotkał się z odrzuceniem. Jeszcze lekko
    chwycił lewą ręką za jej przedramię, wyprostował się, i uścisnął drobną rączkę na pożegnanie.
    Gdy już ją puścił, Mojmira wzięła skrzynię do której przed chwilą schowała papier, i prędko się oddaliła. Wyszła
    drugimi drzwiami z gospody. Delor postał jeszcze chwilę, zadowolony z siebie i szczęśliwy, że do niej podszedł. Był
    wdzięczny towarzyszom, że zmusili go do działania.
    Dopiero co wyszła, a ja już za nią tęsknie - zamyślił się. - Kiedy ja znów ją zobaczę? Nie mogę się doczekać! Chyba
    oszaleję czekając na to spotkanie.
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Moja stara książka o Calradii z roku 2013
    « Odpowiedź #2 dnia: Stycznia 16, 2017, 19:55:50 »
    Rozdział III.

    Na farmie zrobił się niezły bajzel. Zbudzeni alarmem młodzi mężczyźni, właśnie ucinający sobie drzemki, wstali na
    równe nogi jak z bicza strzelił.
    — Brać co macie w pobliżu, wskakiwać na konie i spływamy! - krzyczał biegający w koło wartownik, raz po raz
    poganiając kolejnych, ledwo co zbudzonych ludzi.
    Jeden wybiegł z chałupy kompletnie nagi z łachami pod pachą. Kolejny który był za nim zakładał spodnie. Wyglądało
    to tak, że skakał na prawej nodze z założoną nogawką, usilnie wpychając lewą nogę w drugą. Z chaty obok dwóch
    innych mężczyzn wynosiło duży, słomiany kosz wypchany po brzegi mieczami. Wołali do spanikowanych, by wzięli
    sobie broń póki mogą. Z trzeciej wyszło dwóch, najpewniej oficerów, spokojnie rozmawiających i wskazujących coś
    raz w stronę placu, a raz w stronę drogi po przeciwnej stronie. Wyciągnęli po mieczu z koszyka. Na dźwięk gwizdka
    jednego z nich, wszyscy zbierający swoje rzeczy natychmiast rzucili się z tym, co mieli pod ręką, do pasących się
    kawałek za gospodarstwami koni. Zaś tych dwóch, którzy trzymali kosz z uzbrojeniem zanieśli go za chatkę, i wrzucili
    do dziury przykrytej słomą. Wyjęli jeszcze po dwa miecze, w tym dwa dla siebie, zdając sobię sprawę, że nie wszyscy
    zdążyli je zabrać. Resztę przygnietli spiżowymi głazami, zasypali sianem, a potem szast-prast, jak dołączyli do grupy.
    — Uwaga, to nie są ćwiczenia! - ogłosił oficer. - Na placu zabito trzech ludzi, a czwarty zaraz do nich dołączy! Jest ich
    szesnastu. Przeklęte draby, zabiły naszego trenera, a nas jest zbyt mało, żeby stanąć do walki. Nikogo nie zostawiamy!
    Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Wsiadać na konie, miecze do rąk i uwaga! Powtarzam jeszcze raz, uwaga!
    Jedziemy do ruin, a stamtąd główną drogą do Reyvadin. Osobiście sprowokuje tych drani, żeby podążyli za nami.
    Wydawał się być bardzo pewny tego co mówi. Mówił z taką charyzmą, że teraz, w obliczu takiej sytuacji, wszyscy byli
    gotowi za nim pojechać choćby do piekła. Tych dwóch, którzy mięli cztery miecze krzyknęło naprędce:
    — Mamy 2 wolne miecze. Brać je!
    Akurat tylu właśnie ludzi było bezbronnych, reszta zdążyła się zaopatrzyć. Rozdali je, i wszyscy czekali na rozkazy.
    — Wsiadać na konie! Za mną, kamraci! - rozkazał dowódca.
    Dosiadł swojego huntera. Za nim w ślady poszło sześciu pozostałych. Wskoczyli na swoje kuce, dobyli ostrzy i czekali
    gotowi do akcji. Lider podniósł broń do góry i wskazał w stronę ruin. Smugnął konia biczem i ruszył galopem.

    Jeden z rycerzy spojrzał na Berka. Zsiadł z konia i szedł w jego stronę z ręką na rękojeści. Wtem szlachcic groźnie do
    niego zawołał, a ten pospiesznie jak pies cofnął się do swego pana.
    — Podejdź no tu kmiotku - zawołał głosem pełnym pogardy do Berka. - Jestem szlachcic Kepysco. Zaraz cię zabiję,
    jeśli nie powiesz mi dokąd będzie uciekać reszta.
    — Nie wiem... - odparł bezradnie, westchnął rękoma i dodał. - Wszystko mi jedno. I tak mnie zabijecie. Gdyby nie to,
    że nie mam broni, darowałbym wam tej fatygi.
    Lord Kepysco zszedł z konia i podszedł do niego, lewą ręką trzymając się pasa. Doszedł tak blisko, że Berek czuł jego
    oddech.
    Jak on ma czelność mówić do mnie w taki sposób! - mówił Kepysco w myślach - Gdybym chciał to już by nie żył, a ja
    szczałbym na jego zwłoki i wbił na pal dla przykładu! Cholerny chłystek, jak mnie tacy irytują. Codzień, ktoś tak
    ambitny jak ja, musi się denerwować takimi bezmózgami. Żesz psia kość! Zawsze, i tu biorę się na świadka, ZAWSZE
    doceniam i nagradzam chęć współpracy. Choćby takich głupich ludków jak on! Ten to bije rekordy, głupszy chyba od
    mojego konia!
    Berek poczuł przypływ energii.
    Jeśli - zadumał - los dał mi taką grubą szychę prawie że na tacy, to przynajmniej zabiorę go ze sobą do grobu. I tak już
    po mnie. Dodam wartości swojemu nędznemu istnieniu. Może ocalę kilka żyć przed podobnym losem.
    W mig odzyskał wszystkie siły. Z chwilą, jak Kepysco położył ręce na biodrach i przekrzywił swoją, trzeba przyznać,
    ładną buzię, Berek zamachnął się by uderzyć lorda w twarz, ale ten się schylił, jakby przewidział ten ruch. Chwycił go
    za nogi, wstał i przerzucił przez plecy prosto na głowę. Berek upadł i przewrócił się na wznak.
    Oj, to był błąd - przeszło mu przez myśl. - Teraz nie zabiją mnie ot tak. Obetną mi palce, genitalia, wydłubią oczy lub
    bóg wie czego jeszcze nie wymyślą. Całe dnie, a może tygodnie męczarni, dopóki nie skonam. Sylwia... Czemu ja z
    tobą nie zostałem...
    — Wstawaj łamago! Chciałeś się bić. Pokaż co potrafisz!
    Czyżby los się z niego nabijał? Nie wystarczająco go już upokorzył?
    Podniósł się, pełen żalu do całego świata. Ujrzał śmiejących się z niego rycerzy. Zmizerniał na twarzy. Kepysco go
    tyrpnął. Berek zwrócił się ku niemu, i popatrzał wzrokiem zmęczonego życiem człowieka. Pochylił głowę do przodu,
    ale szlachcic ciągnął to dalej. Lewym dolnym przyrżnął mu w brodę. Tym razem już nieprzytomny, Berek znowu upadł
    i leżał na wznak.
    — Łachudra! Zero honoru! - splunął w stronę leżącego i rozkazał.
    — A wy co? Na konie i gonić pozostałych!
    Że też takie głupki są rycerzami, przeklął w myślach. Zamiast w dziesięciu odgrodzić drogę tamtym ścierwom,
    przyglądają się i czekają na oklaski. Kto ocali Swadię, skoro w gwardiach przybocznych służą trzech groszy nie warte
    szmatławce?! Ah, chociaż sobie ulżył, zabijając tego żałosnego chłopaczka.
    Zmierzał w kierunku swojego rumaka. Trzeba jechać za pozostałymi - nie można zostawić przy życiu żadnych
    świadków.
    Był bardzo blisko, jak usłyszał tętent jadących za nim koni.



    Po kilkunastu minutach przebywania w ascetycznej pozycji na klęczkach, Grearth mimowolnie się podniósł. Gdy uniósł
    głowę do góry, poczuł jak krew odpływa z niej do reszty ciała. Zrobiły mu się mroczki przed oczami. Ciałem oparł się o
    ceglany komin, wspomagając się wyprostowaną ręką o drewnianą ścianę obok.
    Łeb mi zaraz pęknie - pomyślał. Czuł coraz większy, pulsujący ucisk. Krew zaczęła mu jeszcze odpływać z klatki
    piersiowej i ramion. Mrowienie przeszło więc przez całą górną część jego ciała.
    Postał przez pół minuty. Nie wierzył, że dał radę tyle wytrzymać. Gdy już wrócił do żywych, czuł że oddycha i miał
    sprawdzić okolicę, nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie czuł ich. Tylko lekko zmienił pozycję jak przewrócił się na
    ziemię. Leżał, czując taki sam ból jak przed chwilą, z tym że tym razem w dolnych partiach ciała.
    Wolałby, ażeby mu nogi odpadły, miast miał się wywijać z bólu jak jaka dżdżownica.
    Niech-to-szlag! - wycedził przez zaciśnięte zęby.
    Przeklinał coraz bardziej sytuacje w jakiej się znalazł. Chyba odbędzie pielgrzymkę i na końcu da się pożreć
    niedźwiedziom. Co pocznie taki cherlak, gdy jego pan zemrze?
    Poleżał z minutkę. Podniósł się, i ku jego uciesze, czuł już tylko lekkie dreszcze, które coraz bardziej ustępowały.
    Wróciła mu chęć do życia. Zaraz zmienił to żałosne podejście do spraw. Skupił się na teraźniejszości.
    Pomknął do wciąż uchylonych drzwi, nadstawił ucha, ale nic nie usłyszał. Przez okno też nic nie zauważył. Postał sobie
    pod wejściem, zbierał myśli.
    Jak teraz wyjdzie, to ma szansę jakoś się wymknąć. No ale istnieje też możliwość, że przez ten całkiem długi czas,
    kiedy siedział skulony jak jakaś sierota, hursakle otoczyli teren albo, o zgrozo, zaczęli wymuszać zeznania. Przyznał
    przed sobą, że nie wie co ma poczynić. Mógłby wyjść i zaryzykować. Ale może lepiej tu zostać i poczekać na dalszy
    rozwój akcji?
    Im dłużej się zastanawiał, tym większe miał wątpliwości. A czas uciekał. Trzeba podjąć decyzję... Grearthcie, co byś w
    takiej sytuacji doradził królowi? - Bardzo poważnie zadał sobie to pytanie...
    Czas coraz bardziej ucieka, niewiadomo co się dzieje, a ja tu tkwię i walczę z samym sobą. Dość!
    Chwycił za miecz i kopnął w drzwi.
    Ale ze mnie debil - zaśmiał się do siebie. - Przecież trzeba je pociągnąć... - Dostał napadu śmiechu, przez który uronił
    łzy.
    Nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. W obliczu zagrożenia, okazał się największym trzęsiportkiem
    w dziejach tego świata. Jak tylko z tego wyjdzie, utnie sobie ten głupi, kaczy łeb.



    Baron Herovith zmierzał pod bramę Khalmaru. Z nad murów obsadzonych wojskiem powiewały fioletowe flagi.
    Gdzieniegdzie unosiły się smugi czarnego dymu.
    Trwało oblężenie. Wokół miasta rozciągały się całe setki białych namiotów, a na odległość 500 metrów od bramy
    blisko dziesięć tysięcy Swadian. Wojsko ustawiło się w piętnastu szeregach. Trzy pierwsze składały się z chłopów,
    kolejne trzy z lekkiej infanterii, cztery następne z ciężkozbrojnych piechurów, zaś resztę stanowili zbrojni i rycerze. W
    jedenastym byli najlżejsi, w dwunastym, trzynastym i czternastym ciężcy rycerze, a ostatni złożony był z najlepiej
    uzbrojonych i doświadczonych wojowników. W liniach od pierwszej do czwartej niektórzy trzymali na barkach
    drabiny, po których mieli się wedrzeć przy szturmie na mury.
    Pod największym namiotem siedziała królowa Isolla. Na stole przed sobą miała miniaturową figurkę miasta, a obok
    mapę Calradii.
    Za nią stało trzydziestu gwardzistów uzbrojonych we flambergi.
    Siedziała podpierając ręką policzek i stukała palcami ze zdenerwowania. Drugą, położoną na podłokietniku i zaciśniętą
    w pięść, poruszała w nadgarstku, to w górę, to w dół.
    Miała owalną twarz, zmrużone oczy i rude, rzadkie włosy. Zmarszczki na jej czole sygnalizowały sędziwy wiek. Teraz
    Isolla przyglądała się idącemu baronowi, żądnemu zemsty i łaknącego krwi.
    Herovith zatrzymał się 80 kroków od umocnień, stojąc na wprost bramy. Nosił kolczugę z naszytym herbem
    przedstawiającym dwa miecze. Na plecach zawieszony miał miecz dwuręczny.
    Spojrzał się w górę. Zauważył mierzących do niego łuczników.
    Wziął głęboki wdech i krzyknął:
    — Ha-su-ke!
    Rozejrzał się po murach. Po raz drugi:
    — Ha-su-ke!
    Powtórzył wołanie jeszcze sześć razy.
    Chan Tochta siedział na jednej z wież stzeleckich, z ciekawością przyglądając się baronowi. Zgłosił się do niego jeden
    z dargów. Padł za nim na kolana i pokłonił się twarzą do ziemi.
    — Panie...
    — Wstań, przyjacielu - rzekł do niego, który tak też uczynił. - Ten hrabia byłby cennym nabytkiem - zadrwił Tochta.
    — Największy chanie, najwspanialszy...
    — Pomińmy formalności. O co chodzi?
    — Ten hrabia to Herovith...
    — Ha-su-ke! - ozwał się głos spod bramy.
    — ...i to mnie woła. Chce stoczyć bój śmiertelny, żebym nabił go na włócznie i zaniósł tej niewiernej żmii której służy.
    Żaden muskuł na twarzy Tochte nie drgnął. Przyglądał się baronowi, który wciąż wołał khengieckiego darge na
    pojedynek. Hasuke czekał aż jego pan przemówi, nie śmiał podnieść na niego wzroku, okazałby tym arogancje.
    W końcu odrzekł:
    — Weź swą szablę i ruszaj. Co ma przy sobie jest twoje. Ale głowę tej szui do mnie przyniesiesz.
    Darga podbiegł do chana, ucałował oba buty i z pochyloną głową miał się oddalić, gdy usłyszał:
    — Zaczekaj. Zbliż się do mnie.
    Wykonał polecenie władcy. Stał dziesięć kroków od niego.
    — Zbliż się bardziej...
    Podszedł sześć kroków, oczekując na wolę Tochty.
    Ten spojrzał na niego.
    — Spójrz mi w oczy - poprosił Tochta. Hasuke popatrzał i lekko się speszył. W końcu nawet dla dzieci chana patrzenie
    ojcu w oczy to zaszczyt. Z jednej strony się onieśmielił, ale z drugiej był teraz gotów, ku chwale swojego pana,
    samotnie rzucić się całej Swadii na pożarcie. Schował ręce za siebie i oczekiwał.
    — Powiedz, skąd go znasz i czego chce od ciebie? - zapytał ciekawy powodu Tochta.
    — To długa historia...
    — Przejdź więc do rzeczy i opowiadaj.
    — Kiedy rok temu służyłem pod sztandarem nojona Daga, dotarliśmy aż do zamku Ryibelet. Pojmaliśmy całe setki
    przypadkowych kobiet i dzieci. W drodze powrotnej, blisko granicy, nojon rzekł, że to najlepsza wyprawa jego czasów
    i ma dla nas niespodzianke. Kazał najdzielniejszym, w tym i mnie, ustawić się w linii. Pamięć ma zawodna, trzy tuziny
    lub dziesiątki żołnierzy wybrano, pewności nie mam.
    — Ha-su-ke! - wołał baron, coraz bardziej ochrypłym głosem.
    — ...Pozwolił każdemu wybrać po jednej niewolnicy. Pan Dag mnie, o dziwo, pierwszego wywołał - rozłożył ręce w
    górę i cichym głosem powiedział - niech bóg miłościwy ma go w swej opiecę.
    — Inszallah.
    Hasuke wziął głęboki wdech i mówił dalej:
    — Wyglądałem za dziewką hożą, co by mnie dziecko wydać mogła. A tam co rusz to jakieś chudziny bądź stare pudła.
    Popatrzałem, popatrzałem. I wreszcie odnalazłem tę jedyną w swoim rodzaju. Biedna istotka, patrzała prosząc o litość.
    Jakoże wybierać mi przyszło pod Yalibe, co to niedaleko Dhirim się znajduje, to coś we mnie pękło. Mogłem ją
    wypuścić, i radować z całej duszy, żem uczynek dobry zrobił. Wszakże to na wagę pójdzie, gdy przed wszechmogącym
    stanę. Wybrałem dziewkę tą wszem i wobec, i wziąłem ze sobą do namiotu. Dał nam nojon czas zabawić się z pannami,
    nie pamiętam ile, ale dużo, oj bardzo dużo. No bo czekaliśmy na wozy żeby zabrały jeńców, a sami mieliśmy ruszyć
    dalej, tym razem na Rhodoków...
    — Dziecko drogie - przerwał Tochta - ale czego chce ten barbarzyńca od ciebie? To jego była latawica czy jak?
    — Rozmawiałem z nią. Przysięgała, że z rodu Herovithów się wywodzi, i pragnie na wolność powrócić. Poprosiła, bym
    na koniu ją odwiózł, do Dhirim. Nie zgodziła się, bym ją ot tak wolną zostawił. Ale ja nie mogłem. Kobieta niewarta
    aby służby dla niej rzucać. Poczułem się urażony i zdzieliłem ją w pysk. Gorzko szlochała, aż mi serce pęknąć chciało,
    ale ta zniewaga musiała zostać jakoś okupiona. Zaproponowałem więc - spuścił wzrok, żeby przypomnieć sobie
    szczegóły - układ następujący: za dzień spędzony na uciechach mych cielesnych, odprowadzę ją tak daleko, jak prawo
    nam pozwala, czyli dziesięć tysięcy kroków od obozu, a potem pójdzie wolna.
    — I to dlatego ten zakuty łeb bić się chce?
    Hasuke zaprzeczył głową.
    — Czemu więc? - dopytywał Tochta - przecież taką łaskę jego... Dziewce okazałeś, że jakom żyw, tu przypełzać
    winien, i po dupie cię całować! No tak?
    Darga zaśmiał się. Przemówił do chana:
    — Dziewka ta nie chciała na to pójść. Za ślub ponoć wyszła, to jej oświadczyłem, że skoro pomysł mój odrzuca, może
    równie dobrze ze mną spędzić reszte życia. Kiedy brać ją chciałem, rzucać się zaczęła tak, że bez związania nóg i rąk
    się nie obeszło. A te węzły i tak nie przeszkodziły jej wyrywać się, i gryźć mnie jak ryś jaki! Spędziłem z nią czas na
    zabawie, ale dzieci z nią mieć? Tfu! Gdy tydzień po tym w drogę za Dagiem przyszło ruszyć, zostawiłem ją w lesie
    wilkom na pożarcie.
    Zamilkł. Teraz chan odezwał się:
    — Nie wiesz, co się z nią dalej stało, prawda?
    — Nie. I prawdę mówiąć, bardziej od tego obchodzi mnie ilość kulek w mej kolczudze.
    Khengietów nic to nie obchodziło, o ile zbroja spełniała swe zadanie i chroniła posiadacza.
    Tochta przyjrzał się żołnierzowi.
    — Dobrze, czasu nie trać, i o głowie nie zapomnij!
    Chan odprowadził go wzrokiem. Gdy wojownik wyszedł, Tochta zaczął się ekscytować nadchodzącym widowiskiem.
    Potarł energicznie ręce, wstał, i udał się na mury, żeby lepiej widzieć zbliżającą się walkę.
    « Ostatnia zmiana: Stycznia 16, 2017, 20:24:29 wysłana przez Rapodegustator »
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Moja stara książka o Calradii z roku 2013
    « Odpowiedź #3 dnia: Stycznia 16, 2017, 19:58:50 »
    Rozdział IV.

    Kwadrans po rozmowie z chanem Hasuke był gotów. W elitarnym pancerzu khengieckim oraz hełmie sarranidzkiego
    kefija czekał, aż łańcuchy spuszczą bramę na ziemie. Z szablą na ramieniu zmawiał modlitwę, przysięgając że wróci
    zwycięski, albo nie wróci w ogóle. Poprosił boga o wybaczenie za grzechy, i spoglądał na opadające w dół wrota.
    Chan kazał łucznikom nie mierzyć w Herovitha. Oparł się o mur i przyglądał podniecony, nie mogąc się doczekać jak
    baron i Hasuke skrzyżują miecze.
    Nojon Dyimig podszedł, ukłonił się władcy i zagaił:
    — Mój panie! Zaraz dojdzie do starcia. Ale co jeśli nasz przegra? Każemy tamtego rozstrzelać?
    Nic nie usłyszał w odpowiedzi. Twarz chana pozostała nie wzruszona, jakby nic nie słyszał.
    — Panie...?
    Tochta westchnął i odparł:
    — Myślałem o tym - wskazał Dyimigowi na zwarte linie swadiańskich żołnierzy. - Oni są gotowi na nas uderzyć.
    Zastrzelimy go, a tamci spadną na Khalmar jak lawina. Wzrośnie ich morale, bo zachowamy się, ich zdaniem, jak
    ostatnie węże. Będą walczyć do ostatniej kropli krwi, a wtedy możemy nie wytrzymać i zmuszą nas do zejścia z
    murów.
    — Ale...
    — Ale?
    — ... jeżeli tego nie zrobimy, wydamy im się jeszcze słabsi.
    Tochta się zamyślił. Jedyna nadzieja w tym, że jego darga własnoręcznie zabije tego szlachcica. Ale nie miał złudzeń.
    Zwykły żołnierz przeciw szkolonemu od dziecka rycerzowi? To nie mogło się udać. Tylko wszechmogący mógł
    zmienić i tak z góry przesądzony los tej walki.
    — Żołnierze! - wykrzyknął Tochta. - Nie miejcie złudzeń! To jest ten dzień! Dziś sprawimy, że najeźdźcy wyniosą się z
    naszych ziem, albo jeszcze tej nocy spotkamy się z hurysami!
    Wyżsi rangom byli gotowi zginąć jeszcze przed oblężeniem. Ale młodsi, dopiero co zwerbowani, potrzebowali czegoś
    ku pokrzepieniu swych serc.
    Tochta im to dał.
    — Ale nie lękajcie się! Nieważne, czy dotychczas złem żeście tryskali. Bóg mi świadkiem, że stojąc tu dzielnie,
    zapewnicie sobie wybaczenie i wieczne uciechy.
    Oblizał wargi i ciągnął przemowę:
    — Te kiełbasożerne, piwożłopne młoty przyszły do nas jak do siebie i pukają do mych bram. Chcą się nażreć, spalić
    domy i ruszyć na kolejnych, biednych wyznawców islamu. Ale nie! My im na to nie pozwolimy. Chodźcie za mym
    przykładem. Wsadźmy im w te bebechy coś innego!
    Po tym zdaniu obrońcy rozstawieni na murach krzyczęli wniebogłosy, przeklinając oblegających, życząc im śmierci
    okrutnej, obwołując Tochte władcą najwspanialszym. Uradowani tą przemową stali dumni, nie mogąc się doczekać jak
    dobędą mieczy i zaczną siekać napastników na lewo i prawo.
    Herovith wszystko słyszał. Zmrużył oczy ze złości, zewsząd szły obelgi kierowane w jego stronę.
    Akurat wychodził jego oponent. Tylko zszedł z wrót, a te podniosły się i zamknęły wejście do środka.
    Hasuke zbliżał się spokojnym krokiem. Zdjął szablę z barku i złapał w obie ręce. Herovith sięgnął po broń i uczynił to
    samo. W tym momencie stali z lewymi nogami z przodu, mając głowice mieczy przy prawych biodrach.
    Swadianin wolnym krokiem począł obchodzić Khengieta. Patrzęli się na siebie bardzo uważnie.
    — Auberina, to dla ciebie - powiedział w myślach Herovith.
    Z wściekłością pobiegł w stronę Hasuke. Wykonał zamach od góry, by zaraz przerwać atak i się wycofać. Trzymał
    teraz miecz przy sobie, a Hasuke stał jakby niewzruszony. Gdyby przed chwilą baron faktycznie zechciał uderzyć go w
    głowę, tamten zwinnie przeciąłby mu tors i po walce. Przecież walczyli bronią dwuręczną, którą trudno zręcznie
    operować.
    Herovith począł obchodzić go z drugiej strony, i tym razem rzeczywiście zaatakował. Doskoczył do przeciwnika,
    najszybciej jak tylko mógł uderzając od góry, ale darga odskoczył na bok. Podbiegł spowrotem i zamachnął się na
    Herovitha. Cios został sparowany. Teraz znajdowali się na bardzo małym dystansie. Rycerz kopnął wroga w brzuch,
    odpychając do tyłu i sprawiając mu ból, ale ten nie stracił świadomości i wyprowadził kontratak od dołu. Herovith nie
    został nawet draśnięty, ostrze szabli go nie dosięgło, ale przepłoszyło na dostatecznie długo, by Hasuke powstał i
    zaatakował ponownie. Poszedł cios za ciosem. Obaj pracowali nogami i rękami, unikając kolejnych ataków, co chwila
    się cofając, by doskoczyć ponownie i wyprowadzić kontratak. Zaprawiony w walce darga umiał zachować spokój,
    szabla była bronią jego formacji. Herovith zaś ostatnimi czasy dużo ćwiczył z mistrzem Liechtenauerem aby być w
    formie, gdyż wcześniej korzystał głównie z broni jednoręcznej, jak większość Swadian.
    Isolla patrzała ożywiona, nie mogąc powstrzymać ekscytacji. Zaciskała wargi, trzęsła nogami i trzymała zaciśnięte
    pięści. Momentami ogarniał ją strach, widząc sprawne kontrataki Hasuke, ale potem pełna dobrych myśli liczyła, że jej
    rycerz w końcu zakończy nędzne życie przeciwnika, tym samym łamiąc morale obrońców.
    Na murach panowała cisza. Oczy zwrócone były w stronę walczących. Wszyscy do końca wierzyli, że ich rodak tylko
    się bawi, i zaraz jak mu się znudzi, zada ostateczny cios.
    Herovith teraz miał okazję. Khengiet się trochę zdyszał, i właśnie odpuścił, żeby zaczerpnąć tchu. To była okazja, jakiej
    pragnący zemsty Swadianin nie mógł zmarnować. Podbiegł, robiąc tzw. uderzenie kątem oka z prawej strony, które
    polegało na bardzo silnym zamachnięciu się w głowę lub kark przeciwnika. Tak jak przewidział, Hasuke zrobił unik.
    Ale on był na to przygotowany. Po tym jak nie trafił wykonał półobrót, i ukośnym atakiem znad prawego ramienia,
    ciachnął samą końcówką miecza w twarz Khengieta.
    O dziwo to nic nie dało. Tylko rozwścieczył tłum na murach, na głos którego Hasuke ruszył niczym byk na widok
    czerwonej płachy. Wyprowadzał ataki z góry, to zaraz z dołu i ukosu, aż rozpędzony uderzył barkiem Swadianina. I to
    był błąd, gdyż stracił równowagę bardziej niż on. Nim zdążył się wyprostować, wielki miecz rozciął mu brzuch.
    Isolla prawie podskoczyła z radości, a przyjaciele przegranego unieśli brwi, niedowierzając co się właśnie stało.
    Hasuke wypuścił szablę z dłoni, padł na kolana i złapał się brzuch. Przymknął na chwilę oczy, spojrzał w ziemię przed
    sobą, i cichym głosem wystękał swoje ostatnie słowa:
    Bella res est morte arte sua mori...
    Przerwał by dwa razy zaciągnąć powietrze.
    —  Saepe enim causa moriendi est... timide mori...
    Krew dopłynęła mu do gardła, nie mógł złapać tchu. Resztką sił wyszeptał:
    Memento mori...
    i martwy upadł na twarz.
    Herovith dumnie uniósł głowe ku górze, zawiesił miecz na plecy, skierował się w stronę obozu i żwawo ruszył w jego
    stronę.
    Isolla pokiwała głową, rada że to jej poddany wygrał pojedynek.
    Ruchem ręki wydała gończemu jakieś polecenie, a ten od razu pogalopował wzdłuż rozciągniętych szyków
    swadiańskich.
    Zwycięzca szedł i rozmyślał - teraz Auberino, kiedy cię pomściłem, mogę umierać w spokoju...
    W chwili gdy o tym pomyślał coś trafiło go w plecy. Wydał z siebie cichy jęk, padł na kolana i przewrócił na bok. Za tą
    jedną, celną strzałą poleciały setki następnych, wbijając się w ziemię wokół leżącego Herovitha.
    Królowa zobaczywszy co właśnie się stało powstała, przewracając stół przed sobą. Chwyciła za rękojeść swojego
    pałasza. Zacisnęła gniewnie zęby, nijak nie pojmując, jakim prawem takie gnidy wałęsają się po tym nieszczęsnym
    świecie. Jej oczy wychodziły na wierzch. Przybierała coraz bardziej przepełniony nienawiścią wyraz twarzy. Próbowała
    powstrzymać wybuch złości ale na nic.
    Dobyła miecza i żądnym pomsty głosem wykrzyknęła:
    — NA NICH!!!
    Cztery pierwsze szeregi runęły w stronę miasta niczym lawina, a chwilę po nich trzy kolejne. Wśród pędzących pod
    mury żołnierzy gdzieniegdzie słychać było trąbiących kapitanów, a w całym obozie rozległy się dźwięki bicia bębnów.
    Strzały leciały na śpieszących w stronę miasta agresorów. Co chwila ktoś upadał, krzycząc i krwawiąc. Ale fala
    napastników osypywała się na miasto jak plagi egipskie. Nic nie było w stanie jej powstrzymać.
    Królowa wydała rozkaz:
    — TRZY KOLEJNE! NA KHALMAR!!!
    Ciężkozbrojna piechota podążyła za resztą. Drabiny były już prawie na miejscu. Isolla, wciąż ogarnięta złymi
    emocjami, zawołała po swojego konia. Dwóch gwardzistów przyprowadziło jej opancerzonego, szlachetnego ogiera.
    Migiem na niego wsiadła, ścisnęła łydkami jego brzuch i ruszyła w stronę czekających na rozkaz rycerzy.
    Wyjechała przed ich szeregi. Darła się do nich, bardzo pewna siebie:
    — Te podstępne kundle nie wiedzą czym jest szacunek! Uprowadzają bezbronnych, sprzedają w świat, a teraz... -
    głupio się zaśmiała i westchnęła ramionami. - ZABILI GO DLATEGO, ŻE BYŁ LEPSZY! - Kontynuowała widząc
    uznanie w oczach swoich żołnierzy. - Bracia, nie idziemy walczyć za Swadię. Idziemy po coś więcej. Idziemy dla
    wszystkich mieszkańców Calradii, oraz tych wszystkich, na których te ścierwa podniosły ręke! Teraz nie ma czasu na
    zwątpienie. Są przerażeni! Niby czemu zabili Herovitha? Ha?
    Rycerze wznieśli broń ku górze, wykrzykując:
    — Niech żyje królowa Isolla! Niech żyje królowa Isolla!
    — PSY NIEWIERNE! - posłała obelgę w stronę obrońców miasta. - Dziś zapłacicie za wszystkie wasze zbrodnie, albo
    niech diabeł dusze mą wywlecze!
    Okrzyki na jej cześć wzmogły się. Teraz każdy Swadianin, co do jednego, gotów był wytoczyć krew zdradzieckim
    psom. Palili się do walki, niecierpliwie oczekując polecenia ataku.

    — Strzelać bez rozkazu!!!
    — Szybciej! Szybciej!
    Na murach słychać było przekrzykujących się nojonów i świsty wypuszczanych strzał. Prawie za każdym razem
    łucznicy trafiali w jakiegoś przeciwnika. Ale to było za mało. Drabiny dosięgły murów. Wystraszeni obrońcy
    obserwowali jak ciężka infanteria pędzi w stronę miasta.
    — Allah Akbar! - krzyknął Tochta, unosząć szablę do góry. Pięciu jego nojonów, dowodzących wojskiem na murach,
    krzyczało do żołnierzy to samo. Podnosili w ten sposób morale obrońców, wiedząc, że jedyne co mogą zrobić, to zabić
    jak najwięcej intruzów.
    Pierwsi atakujący wdrapali się na mury, ginąc od cięć szabli, grotów oszczepów i strzał z wież strzelniczych. Ale gdy
    tylko przebili się głębiej, łucznicy rozstawieni na murach dobyli szabel, a morale napastników wzrosło. Nie nękani
    strzałami spadającymi z nieba, pędzili do drabin z jeszcze większą ochotą.
    Pierwsze linie przedarły się na mury, walcząc z coraz bardziej spychanymi obrońcami. Pierwsze oddziały lekkiej
    piechoty właśnie zaczęły wspinać się na górę.
    Tochta i jego dziesięciu ochroniarzy rzuciło się w bój, dodając woli walki swoim zdziesiątkowanym żołnierzom.
    Wahający się, myślący o ucieczce zmienili zdanie. Gdzieś słychać było:
    — To zaszczyt zginąć u twego boku, panie!
    To zaś wzmocniło samego chana. Ciął na lewo i prawo, brudząc się krwią zabitych.
    Pięć minut później obrońców było znacznie mniej. Posiłki z centrum miasta właśnie przybyły. Lansjerzy i dargowie
    widząc jak przegrywają, wbiegli po schodach na mury wesprzeć pozostałych.
    Isolla widząc jak sprawnie idzie zajmowanie murów, zawołała:
    — Taran pod bramę!
    Posłaniec na koniu pogalopował do obozu, a kilka minut później sześciu ludzi pchało tarana ku bramie miejskiej.
    Królowa osobiście chciała poprowadzić swoich rycerzy do walki. Chorągwie khengieckie zaczęły się przewracać.
    Kolejne części murów były zdobywane, a piechota zaczęła spychać obrońców wgłąb miasta. Walka zaczęła przenosić
    się do centrum.
    — Ani kroku wstecz! - ryknął Tochta, zły że jego wojska coraz bardziej się cofają.
    Ale to nie była ich wina. Pod nawałnicą mieczy ustępowali prawie dwudziestokrotnie przeważającym liczebnie
    wrogom. Pod jedną z flag chan dostrzegł, jak nojon Aurka został przebity włócznią. Chwilę po tym, jakieś dwadzieścia
    kroków od samego Tochty, padł kolejny wódz, Dyimig. Był wściekły, ale w pełni świadom, że nie mają najmniejszych
    szans. Starał się nie przerywać linii i walczyć do końca.
    Pod murami wewnątrz miasta jeździł oddział kawalerii. Donosił, że taran zbliża się pod bramę. Niestety, łucznicy byli
    zajęci walką wręcz, nie byli w stanie nic zrobić.
    Za taranem jechała Isolla, a tuż za nią podążali jej piesi gwardziści i rozciągnięte na kilometr, zwarte oddziały
    rycerstwa.
    Ale taran nie był potrzebny. Atakujący mury zdołali otworzyć wrota. Rycerze rzucili się do walki. Nie napotkali
    żadnego oporu. Garstka harcowników stojąca w bramie rzuciła się do ucieczki. Wojska Isolli wbiegły do miasta.
    Część elity zakleszczyła resztki oporu na murach, a reszta pognała do zamku w centrum miasta. Kobiety uciekały z ulic
    do domów, niektóre nawet porzucając swoje dzieci. Swadianie nie mieli litości - chcieli zemsty za setki lat
    prześladowań. Mordowali każdego, kogo mieli po drodze. Wyważali drzwi domostw, rabowali wszystko co miało
    jakąkolwiek wartość, i puszczali je z dymem.
    Isolla musiała jechać za armią, nikt jej nie przepuścił.
    Jednego mogła być pewna - z tego miasta ni kamień się nie ostanie.
    ---------------------------------
    Bella res est morte arte sua mori - Piękną rzeczą jest umrzeć przed swoją własną śmiercią
    Saepe enim causa moriendi est timide mori - Często przyczyną śmierci jest lęk przed śmiercią
    Memento mori - Pamiętaj o śmierci



    ______________________________________

    Dziady cholerne, akapity mi gdzieś zjadły. Eh. Będzie to trzeba ogarnąć.
    A po za tym czytajcie! :D Ponoć z książek mądre rzeczy się wynosi.
    « Ostatnia zmiana: Stycznia 16, 2017, 20:31:16 wysłana przez Rapodegustator »
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.