R O Z D Z I A Ł I
CarpeDiem
Podmuchy wiatru rozwiewały piasek na cztery strony jednej z miejskich aren. Zalegał on wszędzie, w każdym zakątku tego maneżu. Na wznoszących się wysoko w górę trybunach, w podziemnych celach, którymi wojownicy dostawali się do środka, a także w centralnym kręgu, ograniczonym z każdej strony kamiennym murkiem, z wyjątkiem dwóch naprzeciwległych wyrw, które służyły jako wejścia. Mimo że nie był on wysoki, większość śmiałków miała problemy z przeskoczeniem go. Miejskie legendy głoszą, że został on wzniesiony w zamierzchłych czasach przez istoty pozaziemskie z materiału, który wytwarzał nad sobą osobliwą aurę, odbierającą siły witalne. Jak każda legenda, tak i tutaj kryje się ziarnko prawdy - konstrukcja ta była bardzo stara. Być może stała tu jeszcze zanim dookoła wzniesiono miasto.
CarpeDiem stał na jednej z kolumn, dzielących obwód wewnętrznego kręgu na sześć równych części. Miał na sobie granatową tunikę, pod którą widoczna była wydatna muskulatura, a na plecach nosił wielki, dwuręczny miecz. Rozglądał się po arenie, podczas gdy wiatr muskał jego wygoloną czaszkę. Jego ludzie porozchodzili się na wszystkie strony. Najbardziej po lewej, przy wywróconym drewnianym wozie, Sebek dawał popis swoich umiejętności szermierczych, odbijając, blokując i parując ataki aż trzech przeciwników jednocześnie. Jego białawe wąsy, swoim kolorem przywodzące na myśl siwiznę oraz kościste policzki dodawały mu lat i postarzały. Jego obronę próbowali przełamać Freesh, RedBull i Aleksandros. O ile pierwszy był wyluzowany i ewidentnie rozbawiony zaistniałą sytuacją, o tyle pozostała dwójka dwoiła i troiła się w pełnym skupieniu, jednak bezskutecznie. Na prawo od nich rudobrody Error grzmocił swoją włócznią o migdałową tarczę Willa, zwanego Fietnamczykiem. Wyraz jego twarzy, która na co dzień i tak wyglądała, jakby przegalopowała po niej swadiańska ciężka kawaleria, a następnie przeciągnięto ich śladem rhodockie trebusze, tego dnia przywoływał rozmyślania nad sensem egzystencji przeciętnego człowieka w Calradii.
Znowu palił to sarranidzkie zielsko - pomyślał poirytowany Carpe.
Nie pamiętał już, skąd wzięła się ksywka
Fietnam, ale mogło mieć to jakiś związek z jego niezdrowym zamiłowaniem do zieleniny. Nie przeszkadzało to jednak dwóm mniej doświadczonym towarzyszom broni Errora i Willa, których wzrok był skierowany w szybko pomykający grot włóczni. Matios i Francuz najwyraźniej odbierali właśnie szybką lekcję tego zabójczego tańca. Swoim doświadczeniem dzielił się również Arthasan. Siedząc na koniu, uczył Cwanego Trolla, innego saraceńskiego kawalerzystę, którego przezwisko było ironicznie zbudowane na zasadzie kontrastu, jak przy pomocy zwykłego miecza i tarczy odbijać lance jeźdźca szarżującego z przykucnięciem w siodle. Za spieszony obiekt treningowy służył ..
Habrak?! - zdziwił się.
Jego młodszy brat znowu dał się wykorzystać. Nie był taki, jak on. Brakowało mu tej charyzmy i wrodzonego talentu do przewodzenia ludziom.
Zrobię z niego jeszcze mężczyznę - dopowiedział w myślach i dodał kolejny cel do zrealizowania na swojej długiej liście.
Kolejna grupa osób stała pod jedną z bliźniaczych wież strzelniczych, przy niskiej, drewnianej palisadzie. Rudowłosy wojownik o południowej urodzie ludzi pustyni nazywał się Abdullah. Po jego lewej stał Prusak, blondyn o nieco germańskich lub skandynawskich rysach twarzy. Jego krótka, spiczasta broda sztywno sterczała, gdy butnie unosił podbródek. Mimika jego twarzy rzadko się zmieniała, w przeciwieństwie do jego towarzysza, który mówił z wyraźnym ożywieniem. W centrum uwagi pozostawał jednak stojący naprzeciwko nich kędzierzawy szatyn. Nazywali go Dyktatorem lub zdrobniale Dykciem. W przeszłości był liderem Panów Ragnaroku, grupy, do której przynależała cała trójka, zanim zaciągnęli się do Saracenów.
Tak łatwo mu nie zaufam. Nie dam mu prowadzić tutaj swoich gierek, widzę to w jego oczach. - myślał, patrząc na ciemnowłosego przywódcę upadłej już drużyny.
Tuż nad nimi stał Prince. Kolejny były lider, tym razem znacznie szerzej znanego ugrupowania Polskich Orłów, które również odeszło już do lamusa. Jego kadencja, która przypadała na sam koniec istnienia klanu, wraz z przejściem do Saracenów nieoficjalnie zakończyła długotrwały spór między tymi dwoma zespołami. Teraz stał na podeście wieży i trzymał w rękach długi, napięty łuk bojowy. To samo robił stojący w wieży znajdującej się w przeciwległym końcu areny Talar, znany również jako Amras. Najwyraźniej szlifowali swoje umiejętności strzeleckie.
Nie wszyscy jednak preferowali cudze towarzystwo. Zawsze wesoły sucharmistrz Virus przykucnął na uboczu i naprawiał swój krótki łuk. Również samotnie, jeśli nie liczyć jego siwej maści konia, stał Dominique. Jego długie, blond włosy powiewały na wietrze, gdy cicho klnąc, mocował się ze strzemionami siodła.
- Saraceni! - zagrzmiał CarpeDiem - Zapraszam wszystkich do kręgu. Ustawcie się wokół, przy ścianach muru. Dostałem bardzo ważne wieści z ratusza, przez co musimy omówić pewne istotne sprawy, ale do tego potrzebuję ..
Habrak opuścił łuk skierowany w odwracającego się Arthasana, gdy tylko zorientował się, że jego starszy brat przerwał swoją przemową otwierającą spotkanie i trening.
- .. waszej niepodzielnej uwagi - dokończył. - Krzysiu, czy możesz przestać się bawić i posłuchać przez chwilę?!
- Wybacz Michał, już idę - wolał nie denerwować teraz brata, bo wiedział, że nikogo przy nich nie będzie, gdy udadzą się w drogę powrotną, do domu.
- IvE ogłosił wczoraj wieczorem kolejny Puchar Four Ways - kontynuował swoją przemowę. - W zeszłym roku nie poszło nam najlepiej, ale to srebro było tylko przedsmakiem do złota, po które sięgniemy w tym roku!
- Ja tam mam już złoto - mruknął cicho Prince, uśmiechają się tajemniczo, jak to w jego stylu często bywało.
- Nie wydaje mi się, aby w tym roku startował ktokolwiek, kto by mógł nam zagrozić - ciągnął Carpe, udając, że nie słyszał uwagi. - Nie znaczy to jednak, że nie będziemy trenować. Czeka nas długa droga i ciężka praca, ale obiecuję wam, że wrócimy ze złotymi krążkami!
Mówiąc to wyprostował się i wypiął dumnie klatkę piersiową. Musiał być silny. Tylko silni ludzie osiągają sukcesy.
- Czy to oznacza, że ty również wracasz? - wypalił Sebek, po czym zapadła cisza.
W ostatnich miesiącach sytuacja drużyny nie była najlepsza. Po osiągnięciu szczytu potęgi i szeregu perfekcyjnych występów na wielkich turniejach w Zendar, coś zaczęło się sypać. Ludzie tracili zapał, zaczynali się rozchodzić i jako drużyna byli coraz mniej skuteczni w starciu z czołowymi klanami. Upadek zaczął się od remisu z Synami Imperatora. Ostatnim gwoździem do trumny było leniwie nadchodzące lato oraz przegrana w remeczu z Renegatami. Saraceni postanowili wtedy odejść w cień, jednak nie wszyscy odłożyli swój oręż do najgłębszych zakamarków szafy. Niektórzy, tak jak Michał, odnaleźli swoje miejsce w zupełnie nowych szeregach. Wybrał Gwardię Istiniar ze względu na ich bogatą przeszłość, duże siły mobilizacyjne oraz jednego z najlepszych dowódców w całej Calradii - Harmana, który jeszcze pół roku temu pełnił rolę kapitana jego reprezentacji narodowej.
Teraz jednak byli tutaj wszyscy. Pełni energii i gotowi, by stanąć raz jeszcze do boju z nieprzejednanymi szeregami wroga i sięgnąć po niezliczone tytuły mistrzowskie, które w przeciągu ostatniego roku zgarnięto im sprzed nosa. Najpierw zostali pokonani przez Polskie Orły w finale Pucharu Four Ways, a potem ten rozpad klanu, gdy sięgali już po podium prestiżowej Ligi Calradii. Po drodze udało im się zwyciężyć w mniejszej lidze ludów słowiańskich, ale to tylko zaostrzyło apetyty po więcej, dlatego też wraz z Sebkiem reaktywował radę klanu i zwołał wszystkie chorągwie.
Cholera, wiedziałem, że ktoś o to w końcu zapyta. - Oczywiście, że będę z wami grał w tym Pucharze - słowa Carpego niemalże przecięły gęstniejącą ciszę.
- A co z turniejami w Zendar? - podjął temat Arthasan - W nich wystąpi również twoja nowa drużyna, a nie można reprezentować dwóch klanów równocześnie.
- Na razie nic się tam nie dzieje - odparł.
- Z tego, co słyszałem, to w planach są zupełnie nowe mistrzostwa, rangą dorównujące Lidze Calradii - do dyskusji włączył się Dyktator - I mają się zacząć już niedługo, na jesień.
To ja tu dowodzę, ciebie nikt nie pytał o zdanie! - Posłuchajcie - westchnął Carpe - na ten moment nic nie mogę obiecać. W tych lokalnych zawodach zagram z wami na pewno, nie wiem jednak, co będzie dalej. Mam nadzieję, że rozumiecie.. - urwał na chwilę, szukając odpowiednich słów - Po tym, co wydarzyło się ostatnio, nie mam pewności, czy ta sytuacja się nie powtórzy. Dlatego postanowiłem na razie pozostać w Gwardii, ale dalej będę tutaj dowodził. Tyle, że w meczach z zagranicznymi zespołami będę grał w masce i pod pseudonimem
Machete.
Jego nowa ksywka rozbawiła wszystkich tak samo, jak tytuł
Overlorda, który nadał sobie przed rozpadem i reaktywacją. Ale przynajmniej rozwiało to narastającą, ponurą atmosferę.
Zamierzał przejść już do części treningowej żeby zmienić temat, gdy nagle usłyszał chrzęszczący piasek za swoimi plecami. W ułamku sekundy odwrócił się i zobaczył nadchodzącą postać.
Jak zwykle się spóźnił. Ciekawe, jakie tym razem będzie miał wytłumaczenie. Lepiej żeby było dobre, inaczej pokażę mu miejsce w szeregu. - Blacha! - zawołał - miałeś stawić się tutaj przed rozpoczęciem spotkania, nie po.
- Wiem, wiem. Ale słuchaj, co się wydarzyło ziom - mówił Blacha zbliżając się szybko - Była ta amnestia, nie? I w jej wyniku zostałem ponownie wpuszczony do Four Ways, tak jak wielu innych wygnanych. Ale dali mi jeden warunek - przez kilka miesięcy od amnestii miałem raz w tygodniu meldować się w ratuszu żeby mogli sprawdzić, czy nic nie odwaliłem, taka beka.
Pośród Saracenów przeszedł szmer westchnień irytacji, ale spóźniony kontynuował, jakby tego nie słyszał.
- No to przychodzę wczoraj wieczorem i stoję w tej kolejce do sali audiencyjnej. I tak czekam i czekam i w końcu wchodzi ostatnia osoba przede mną. Strasznie się dłużyła ta ostatnia rozmowa, to w końcu zniecierpliwiony podchodzę, by zapukać i w tym momencie wrota się otwierają i wychodzi ten gbur z młotem, nie pamiętam, jak się nazywał. Mówię, że przychodzę do namiestnika, a ten mi odpowiada, że się zabawimy, no rozumiesz ziom? I zaczyna mnie ciągnąć do lochu, a ja krzyczę:
stary, zmieniłem się!. A ten dalej swoje. Oszczędzę wam już opisu tego, co zrobił na miejscu, ale ostatecznie wypuścił mnie ten drugi, od bibliotek, ale stało się to dopiero dzisiaj, ledwie godzinę temu. Tak więc stary, plan jest taki. Nie zdążyłem dzisiaj nawet nic zjeść, więc wy sobie ustalcie wszystko, co musicie, a ja wpadnę jeszcze później i wszystko mi opowiecie. Narka!
Zapadła głucha cisza i trwała do momentu, aż ich głośny kompan opuścił arenę. Wtedy właśnie Carpe postanowił podjąć temat treningu.
- Dobra, dosyć gadania. Trzeba przypomnieć sobie pewne podstawy - wszyscy zwrócili ku niemu swoje znudzone usłyszanym przed chwilą monologiem spojrzenia - stuny i hitslashe! Podzielimy się teraz na ..
- Ale my już to umiemy - przerwał mu Error.
- Zróbmy w końcu coś ciekawego - dodał Virus.
- Na przykład trening z udziałem konnych! - zawołał Arthasan.
Bądź silny, musisz być. To jedyna droga do sukcesu. - Czyżby? Zawsze tak mówicie, a potem wychodzą gdzieś braki w podstawach - odparł poirytowany Carpe.
- A skoro już mowa o koniach - wtrącił Dominique - to czy naprawdę potrzebujemy tych południowych szkap? Raz się walnie i zaraz padają. Co innego taki Łowca. Albo w pełni opancerzony sarranidzki bojowy, o!
Carpe miał już go skarcić za narzekanie, gdy z trybun rozległ się donośny śmiech. Świetnie go rozpoznawał, jednak aby ujrzeć powstającą z ławy sylwetkę, musiał osłonić oczy dłonią, ponieważ słońce świeciło jasno w zenicie.
- Netoman! - krzyknął- A co ty tam robisz? Mówiłeś, że jedziesz do mroźnych krain północy.
- Mówiłem? - udał zdziwionego Netoman, gdy już zszedł na dół - Nie, coś musiałeś pomylić, bo jadę tam dopiero w przyszłym tygodniu.
Mógłbym przysiąc, że mówił to samo w zeszłym tygodniu. - Ale cieszę się, że jednak tu wpadłem - kontynuował - bo nie wiedziałem, że z Dominika taki koniobijca - zaśmiał się.
Dominique poczerwieniał, ale odpowiedział szerokim uśmiechem.
- Skoro jednak jeszcze tu z nami jesteś, to ustaw się z resztą i słuchaj - zaczął ponownie Carpe - a ty Error chodź na środek. Będziesz stunował ze mną, skoro takie to dla ciebie łatwe. A ty Sebek będziesz się bronił - zanim skończył mówić, odnotował jeszcze, że Netoman dołączył się do grupki Dykcia i zaczęli wymieniać się informacjami szeptem, ledwo powstrzymując śmiech.
Bądź silny Michał. Nie ma tu nikogo innego, kto by mógł podjąć się tego zadania. Musisz wytrzymać te wybryki i poprowadzić Saracenów raz jeszcze ku chwale.