Towarzysz Lewakowski
Wojciech wiedział, co musi zrobić. Obawiał się tego, ale takie były oczekiwania Ludu. Musiał szybko podjąć decyzję. Silnym ruchem pchnął drzwi szafki z zamiarem bohaterskiego wyłączenia dzwonu kościelnego. Niestetyż, poślizgnął się na jednej z walających się na podłodze mebla rzeczy. Zesztywniałe od przebywania w jednej, niewygodnej pozie blisko kwadrans, mięśnie również nie pomogły. Wojciech upadł w niemalże teatralny sposób, jednakże natychmiastowo powstał i ruszył śmiało w stronę wyłącznika, pomimo przeszywającego bólu w kolanie, na które to przed chwilą upadł. Biegł, czując we włosach wiatr Rewolucji. Biegł, a za nim Towarzysze z całego świata. Szedł, niczym robotnicy w 1905 roku. Nic nie mogło go zatrzymać. Walczył o Sprawiedliwość i Lud. Uniósł swą lewicę ku górze, jakby trzymał w niej sztandar w kolorze intensywnego karminu. Jednym zdecydowanym ruchem nacisnął wyłącznik, wydał odgłos triumfu, po czym rzucił się do wejścia do kościoła górnego. Biegł w tłumie Ludu, prowadził go ku Zbawieniu. Paroma skokami przesadził schody i znalazł się na górze z błyszczącymi oczami.
Po chwili ciężko odkaszlnął, zdał sobie sprawę że ciężko dyszy i jest cały spocony. Z lękiem obejrzał się za siebie, by sprawdzić, czy potwory go gonią.