Napisałem drugą część, również chyba trochę poetyckim stylem. Mam nadzieję, że będzie się wam podobać. Spróbuję zmienić trochę styl, jeśli ten okaże się zbyt męczący.
Wtem las zajął ogień, który nie dawał za wygraną. Bohater zerwał się na równe nogi z przerażeniem w oczach. Płomienie biczowały go, zadając bolesne rany. Nie mógł tam zostać. Zaczął biec na oślep, przez krzaki, których gałęzie raniły jego ciało niczym ostrza. Nie oglądał się za siebie. Ogień pędził za nim, pragnąc jego śmierci. Ciężki to był bieg. Wtem coś złapało go za nogę, nie chcąc puścić. Padł na ziemię, odczuwając wielki ból. Obejrzał się i ujrzał pułapkę, zastawioną pewnie przez jego wuja, który myślistwem się zajmował. - Przeklęty myśliwy! - krzyknął, dając się ponieść gniewowi. Ogień przybliżał się do niego coraz bardziej, zadając mu niewyobrażalny ból. Czuł żal do bliskiego, mimo iż ten nie ponosił winy. Brakowało mu sił, aby się podnieść i uwolnić nogę. Pogodził się z losem. Taki więc będzie jego koniec, bez chwały, bez pamięci. Zginie jako anonimowy człowiek, bo któż wyprawi mu pogrzeb? Któż będzie dbał o jego grób? Kto będzie go z tęsknotą wspominał, powstrzymując się od łez? Nikt. Zginie samotnie, a jego ciało zjedzą bestie. Nie taki koniec sobie wymarzył. Już traci resztki świadomości, już widzi światełko w tunelu, jeszcze tylko myśl ostatnia: kocham was.
Zerwał się na równe nogi. Rozejrzał się na około. Nie było tam nikogo, prócz drzew wolno kołyszących się na wietrze. Ognia również nie było, ani pułapki, był tylko on. - Nawet sen zadaje mi rany, czym sobie na to zasłużyłem? - pytał sam siebie, nie szukając usprawiedliwienia. Zapadał zmrok, niebezpieczny w tym miejscu. Wstał powoli i ospale, jakby nie chciał dalej iść. Bo po cóż? Żeby oddalić jego i tak już pewną śmierć? Myślał aby zostać, aby oddać się w ofierze na tym zielonym ołtarzu. Coś jednak nie pozwalało mu pozostać. Coś, co mąciło jego duszę przez cały czas. Tak, to była nadzieja, która nie poddaje się i walczy do końca. Nadzieja, która jest matką głupich, ale właśnie za swe dzieci odda życie. Panna błogosławiona. Dawała mu promyk szczęścia w tych ciężkich chwilach, dawała światełko w długim tunelu i oświetlała mu drogę. Środek lasu tworzył piękny w swej naturze labirynt, z którego musiał się wydostać. Rozpoczął tułaczkę. Sekundy zdawały się być minutami, zaś te godzinami. Czy może być gorzej? Oj tak. Dwie bezwzględne bestie upomniały się w końcu o niego; głód i pragnienie. Ostatni swój posiłek jadł w jeszcze beztroskim i rajskim świecie. A teraz nowo narodzony, przybyły z nieba na ziemię, szuka swego odkupienia. Bez skutku. Rozum przestał być rozumem, stając się sercem i podpowiadając mu z czasem coraz bardziej nieprawdopodobne pomysły. Wtem usłyszał pisk. Rozejrzał się dziko wokół siebie. Dźwięk ustał, lecz nie dawał mu spokoju. Podszedł do pobliskich krzaków, niczym przyczajony złodziej. Rozsunął je. Jego oczom ukazała się pułapka, ta sama, w którą wpadł we śnie. Lecz to nie on był jej więźniem, znalazła inną ofiarę. Dla jednych błogosławieństwo, dla niego okazało się przekleństwem. Pułapka złapała za łapę królika, który swymi dużymi oczyma spoglądał na niego, błagając o litość. Został wystawiony na próbę. Po raz kolejny w jego czyste sumienie został zadany cios, którego nie może uniknąć. Patrzył tak na swą ofiarę przez dobrych parę minut, rozważając w głębi siebie co dalej zrobić. W końcu wymyślił. Wykorzystał resztki swych sił, aby otworzyć pułapkę i uwolnić przerażone zwierzę. Litość po raz kolejny wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. Z drugiej strony, czy to nie litość i umiejętność współczucia odróżnia nas od bestii? Następnie zdarł kawałek swej koszuli i owinął krwawiącą kończynę królika, aby w końcu odczuć ulgę ze spełnionego obowiązku. Zamknął szpony pułapki, po czym wstał. Rozejrzał się, wziął głęboki oddech i ruszył w ponownie w nieznane. Wtem wszystko zaczęło krążyć w jego oczach, wokół niego: drzewa, kwiaty i niebo. Coraz szybciej i szybciej, aż padł tracąc powoli resztki świadomości.
Niezbadane są wyroki boskie i wybory ludzkie. Nad lasem zabrzmiał mrożący krew w żyłach skowyt bestii. Szły po niego, głodne niczym on sam, lecz w odróżnieniu od niego, nie miały litości. Nie było ucieczki. Coraz bardziej wyraźny szum zbliżał się do niego z ogromną szybkością. To nie były wilki, ani psy. Czerwone oczy ozdabiały czarną jak noc sierść. Ogromne zębiska połyskiwały w świetle księżyca, budząc przerażenie u każdego. Można było je ujrzeć tylko w nocy, stroniły też od osad i miast, skupiając się na odosobnionych jednostkach. Są już blisko, zaczęły się skradać do swej ofiary, która nie może już nic zrobić. Rytuał jedzenia rozpoczął się. Pierwszy, najstarszy podchodzi do ciała, oglądając je i decydując, który kąsek bierze dla siebie. Tak, to będzie piękna i udana noc dla nich. Podchodzą kolejne, czekając na sygnał dla siebie. Wtem coś usłyszały, ktoś ośmielił się przerwać im, nastawiają swe uszy. Północ. Trzy osoby, ciężko stąpają po mchu. Przyspieszony oddech, boją się. Posiłek nie ucieknie, więc poszły w stronę nowego zagrożenia. Nagle huk rozbrzmiał w dolinie, oznajmiając śmierć jednej z bestii. Broń spełniła swe zadanie. Reszta z watahy wycofała się, nie chcąc podzielić losu swego pobratymca. Mężczyźni szli dalej, biorąc ze sobą ciało jednej z bestii. Będzie z niej dobry posiłek dla ich rodzin. Maszerowali, aż natrafili na jego ciało. Jeden z nich sprawdził funkcje życiowe. Żył, choć był już na krawędzi. W paru słowach naradzili się i w konsekwencji wzięli go ze sobą. To był długi dzień.
A czas dalej płynął, niepowstrzymanie. Słońce wstawało ponad krainą już drugi raz od tamtych zdarzeń. Leżał nieruchomo na łóżku, otulony pościelą.
- Halo, słyszysz mnie? - męski, spokojny głos przemawiał do niego. Otworzył powoli oczy. Ujrzał pociągłą, przyjazną twarz, ozdobioną brązowym wąsem. Mężczyzna miał krótkie włosy i zielone oczy. Patrzył na niego z troską, jakby był jego rodzonym synem.
- Nareszcie - powiedział zadowolony mężczyzna, uśmiechając się - Myśleliśmy, że już po tobie, minęły już dwa dni odkąd tak leżysz. Tam masz ubrania, weź je i zejdź do nas, przygotowaliśmy posiłek - dodał, po czym wstał i wyprostowany wyszedł z pokoju. A więc jednak przeżył. Ktoś nad nim jednak czuwa i opiekuje się nim. Podniósł się lekko, ciągle będąc zamroczonym i rozejrzał się po pokoju. Nie było to pomieszczenie pałacowe, lecz tylko zwykły pokój z drewnianymi ścianami. Prawdopodobnie dziecięcy, ze względu na porozrzucane zabawki. Na ścianie przy łóżku, było jedyne okno, zakurzone i brudne zresztą. Odsunął kołdrę i wziął leżące przy posłaniu ubrania. Lniane spodnie i koszula, były czyste i zadbane. Założył je czym prędzej na siebie i powolnym krokiem wyszedł z pokoju. Znajdował się teraz w pomieszczeniu ze schodami prowadzącymi na dół po lewej stronie oraz innymi drzwiami po stronie prawej. Trzymając się spróchniałej lekko poręczy powoli schodził na dół. Pod jego nogami skrzypiały stopnie, jakby miały się zaraz załamać. - Co to za miejsce - zadawał sobie w myślach to pytanie, nie widząc wcześniej domu w takim opłakanym stanie. Schody wychodziły na pomieszczenie jadalne, z dużym drewnianym stołem na środku, nakrytym skromnie paroma potrawami. Na krzesłach siedział mężczyzna, którego widział wcześniej oraz nieznana mu kobieta. Rozmawiali o czymś. Z okna umieszczonego przy stole, dostawały się do domu promyki światła słonecznego. Nie było tam dużo ozdób, ledwie trzy trofea myśliwskie. Zajął nieśmiało wolne miejsce przy stole, powodując przerwanie rozmowy.
- Ach, jesteś. Proszę rozgość się. - zaczął śmiało mężczyzna, po chwili kontynuując - to jest moja wspaniała małżonka, która przygotowała tą ucztę. Proszę częstuj się. - skończył i sam zabrał się do jedzenia. Uczta to było przesadzone określenie, tylko dwie potrawy bliżej mu nieznane ozdabiały stół. Nałożył sobie na talerz kawałek jakiegoś mięsa i nieśmiało spróbował. Cóż to był za smak, nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadł. Istna ambrozja dla podniebienia.
- Widzę, że ci smakuje - kontynuował po chwili mężczyzna - Nie dziwię ci się.
- To może powiesz nam skąd jesteś? - dodała po chwili nieśmiało jego małżonka.
- Co go od razu stresujesz? Nie widzisz, że jest wyczerpany. Daj mu chwilę spokoju. Może nawet spotkał tych co teraz po okolicy łażą. - wybuchnął niespodziewanie myśliwy. Bohater, popatrzył ze zdziwieniem, nie wiedząc do końca o kogo chodzi. Widząc jego zakłopotanie, mężczyzna dodał po chwili, już spokojnym tonem:
- Ty nie wiesz? Wioska, która spłonęła."Oni" szukają ocalałych.