Nie napisałem, że polska edukacja nie istnieje, albo że jesteśmy sto lat za
Murzynami Afroamerykanami, tylko że nie działa - w domyśle dobrze.
To że jesteśmy ponadprzeciętni na tle reszty krajów, nie znaczy że mamy się zachwycać jacy to jesteśmy wspaniali i udawać, że nic nie da się poprawić. Bo jeśli na 195 krajów jakiś jest w rankingu szkolnictwa 95, to też jest w górnej połowie. A mógłby jeszcze wiele poprawić.
Zaczynając od rzeczy tak banalnych jak godziny zajęć. Obecnie w Polsce zajęcia zaczynają się od 8:00, choć AAP już kilka lat temu stwierdziła, że najzdrowiej i najlepiej dla uczniów na poziomie gimnazjum i liceum byłoby, gdyby zajęcia zaczynały się między 8:30 a 9:00 (a na pewno nie przed 8:30). Odsyłam do szczegółowego dokumentu:
(klik!).
Idąc dalej, mój największy problem, tj. język polski. Po pierwsze, absurdem jest to jak nauczany jest ten język. Nie wiem jak to podręcznikowo z punktu widzenia MENu powinno wyglądać ale wiem jak to wyglądało przez całą moją edukację – a konkretniej, od 4 klasy podstawówki, przez gimnazjum, na liceum skończywszy.
Otóż na pierwszych zajęciach omawiania lektury jest wejściówka, tj. kartkówka ze znajomości lektury. Kartkówka ta jest absurdalna, bo zamiast badać zrozumienie dzieła, pyta się o to, jak nazywała się jakaś drugoplanowa postać, bo – cytując jedną z moich polonistek – "inaczej nie mam jak sprawdzić czy rzeczywiście przeczytaliście lekturę, a nie streszczenie". Cóż, niby tak... Gdyby nie to, że ta metoda nie działa. Ja, kiedy mam do czynienia z jakimś tekstem kultury – np. właśnie książką, skupiam się na problematyce i interpretacji, a nie na imionach postaci, które pojawią się w 2 scenach na krzyż. Póki czytałem lektury, miałem z tych kartkówek 2 i 3. Więc zacząłem zamiast tego czytać streszczenia i wykazy bohaterów i nie tylko oszczędziłem czas, ale moje oceny się poprawiły na 3 i 4.
No, ale wejściówkę mamy za sobą, to pora na kilka nudnych lekcji omawiania zdarzeń z książki. TO JEST TAK GŁUPIE... Po co powtarzać treść książki? Każdy kto ją przeczytał zna treść książki i się nudzi, a ci co nie przeczytali siedzą cicho, żeby jeszcze pani ich o coś nie zapytała. To są stracone godziny.
A na koniec mamy pointę całego segmentu i stwierdzenie, że ta książka jest ważna, bo jest ważna, bo ktoś tak kiedyś stwierdził, zupełnie jak u Gombrowicza.
A można ten system ulepszyć. Na co najmniej kilka sposobów.
Po pierwsze należy zmienić sposób podejścia do literatury. Dziś w Polsce tylko 38% osób rocznie czyta przynajmniej jedną książkę. Jesteśmy daleko w tyle nie tylko za takimi krajami jak USA czy Francja, ale także za krajami bardziej zbliżonymi do nas – w Czechach ten odsetek wynosi 83%.
Spory udział ma w tym edukacja. Należy po pierwsze zmienić podejście do lektur jako Graali, które są ważne, bo tak i narzucać ludziom jedną ścieżkę interpretacji. Zajęcia poświęcone konkretnej lekturze powinny być oparte o dyskusję nt interpretacji i pozwolenie uczniom na dojście samemu do logicznych wniosków, zamiast ciskać im je w twarz.
Kolejną kwestią jest aktualizacja listy lektur. I nie mam na myśli dodania Niezgodnej czy jakichś innych bzdur pokroju Zmierzchu. Mam na myśli dodanie dla ostatnich lat takich pozycji jak np. Grona gniewu Steinbecka czy W drodze Kerouaca. W ogóle, jak przy Kerouacu jesteśmy... przeżyłem spory szok, gdy okazało się, że obecnie na języku polskim Beat Generation poświęca się tylko 2 zdania – było sobie Beat Generation i czołowymi jego przedstawicielami byli Kerouac, Ginsberg i Burroughs. Serio?
Oczywiście należałoby się zastanowić, co trzeba z listy lektur usunąć. Moim faworytem jest romantyzm - przez całe liceum poświęciliśmy mu w sumie niemalże całą drugą klasę, zrealizowaliśmy bez wątpienia najwięcej lektur z tej epoki. Ale czemu właściwie? To znaczy ja rozumiem, że Słowacki Mickiewicz wielcy wieszcze, ale nie przesadzajmy.
Idąc dalej, nigdy nie przemawiał do mnie ten dziwny podział, w którym mamy język polski (obejmujący głównie polską literaturę, ale także światową, poezję plus ciekawostki w stylu chwyty erystyczne czy drzewo języków europejskich), wiedzę o kulturze (która w 75% skupiała się na malarstwie i rzeźbie, z pewnym dodatkiem nt. performance'ów, architektury i muzyki), dziennikarstwo (które było tak nijakie, że jedyne co z niego pamiętam to tę lekcję, która się w sumie nie odbyła, bo koleżanka z bio-chemu przyszła nas uczyć języka migowego oraz że na końcową ocenę mieliśmy zrobić pseudogazetkę) i filmoznawstwo, z którego nic się o filmach nie dowiedziałem i szczytem kabaretu były ostatnie zajęcia, kiedy mieliśmy na ocenę zinterpretować obejrzany na zajęciach film Joanna Feliksa Falka, choć wcześniej nie dostaliśmy narzędzi do tego potrzebnych – czyli jakichkolwiek wskazówek, jak to robić. Tylko ja dostałem 5, bo interesowałem się filmem poza szkołą. I każdy z tych przedmiotów był obowiązkowy.
Nie zastanawiałem się nigdy na ten temat dłużej, bo nie pracuję w MENie i nikt mi za to nie płaci, ale na pewno jakoś inaczej bym posegregował wiedzę z zakresu kultury i języka, bo ten podział jest dla mnie po prostu nielogiczny – a przy tym niekonsekwentny. Przykładowo – skoro filmoznawstwo było w 3 klasie, dziennikarstwo w 2, a wiedza o kulturze w 1, to czemu nie omówiliśmy na którymś z tych przedmiotów podstawowych założeń interpretacji dzieł sztuki i przełożenia tej interpretacji na tekst, zamiast robienia jakichś głupich gazetek?
BTW, musimy jeszcze wrócić do tego, jak naucza się lektur. Tekst powstaje jako luźny zapis przemyśleń, jakie akurat pojawiają się w mojej głowie, więc niewykluczone, że takie odwołania do wcześniejszych punktów się pojawią, nie mam czasu ich porządkować.
A więc uważam, że te omówienia lektur to obecnie stracona szansa na dyskusję o interpretacjach/adaptacjach dzieł kultury do innych mediów – czyli o np. ekranizacjach książek. Obejrzenie, w ramach podsumowania lektury jej adaptacji i dyskusja o tym z uczniami byłaby moim zdaniem bardzo pożyteczna. I nie sądzę, żeby to było podejście nieracjonalne. Chodziłem do szkół w mieście mającym kilkadziesiąt mieszkańców, wszystkie były państwowe, a moje początkowe etapy edukacji realizowałem nawet przed wejściem Polski do UE, a więc gdy byliśmy relatywnie biedniejsi i bardziej zacofani technologicznie, niż dzisiaj. I nawet w podstawówce mieliśmy kilkanaście telewizorów z odtwarzaczami VHS w zestawie, plus dwa odtwarzacze płyt DVD. Dziś nawet tego nie trzeba do obejrzenia filmu czy nagrania sztuki teatralnej – wystarczy laptop, który ktoś może przynieść ze sobą plus rzutnik, a te chyba zdecydowana większość szkół już ma.
Dalej najbardziej bezużyteczny przedmiot kiedykolwiek, czyli WDŻWR. Jest absolutnie zbędny, miałem go od 4 klasy podstawówki do 3 klasy liceum i nie dowiedziałem się na nim NIC. Nie działał jako jakaś wersja edukacji seksualnej (bo w ogóle nie poruszano na nim takich tematów, raz tylko w 2 gimnazjum pani przyniosła ze sobą gumkę w opakowaniu), nie było tam nic o zagrożeniach na jakie młoda osoba może trafić (poza tym jak raz wspomniała, że narkotyki są złe i w ogóle, poświęciła na to jakąś minutę). Jedyne co mi z tych zajęć utkwiło, to to, że w podstawówce mieliśmy narysować na kartce papieru domek z opisu nauczycielki. A nie, przepraszam, w gimanzjum robiliśmy jeszcze test osobowości. To było w sumie ciekawe, oddam honor w tej jednej sprawie.
Tu nie jestem w stanie dać uwag, jak ten przedmiot poprawić, bo nadal nie rozumiem, co miał właściwie osiągnąć. W sumie to dosyć zabawne, bo to co (chyba) WDŻ miał realizować, realizowała… religia. To na niej poruszany był temat uzależnienia od papierosów, alkoholu, pożycia seksualnego, prostytucji, rasizmu, homoseksualizmu, in vitro, aborcji i innych bardziej życiowych tematów. I o ile tematom nt. narkotyków czy papierosów nie mogę nic zarzucić, alt-right też skutecznie wypunktowano, o tyle jeśli chodzi o homoseksualizm to już miałem generalnie bekę z tego. W sensie, ja rozumiem, że zdaniem katolicyzmu homoseksualizm to grzech i spoko, każdy ma prawo wierzyć w co chce. Tyle, że zamiast podejść do tego stricte religijnie – tj. skupieniu się na tym, że zgodnie z Biblią i Katechizmem KRK stosunek seksualny między dwiema osobami tej samej płci to grzech i wyjście od tego punktu, zabrali się za to „naukowo” XD
Czyli pani katechetka z dumą przedstawiła nam filmiki z dawno obalonymi w środowisku naukowym hipotezami, uprawiające cherry-picking i nie ukrywam, że mam na takie triki najzwyczajniej w świecie alergię.
W ogólnym rozrachunku osobiście nie mam tak negatywnego stosunku do religii jak niektórzy, między innymi dlatego, że jak wspomniałem wyżej, w obliczu niedziałającego kompletnie WDŻWR religia poniekąd w niektórych polach je zastępuje i robi to czasami kompetentnie. Natomiast osobiście widziałbym ją nie jako naukę jednego systemu wierzeń, a skupienie się na innych aspektach przedmiotu, tym bardziej ekumenicznym. Nie wiem jak to u was wyglądało, ale u mnie bardzo dużą część w 3 klasie liceum poświęcono innym odłamom chrześcijaństwa i judaizmowi, a także buddyzmowi oraz islamowi (ale w mniejszym stopniu). I prawdę mówiąc tę część zajęć z religii uważałem i nadal uważam za najciekawszą, fajniejszą nawet od oglądania filmów. Można było bardzo dużo dowiedzieć się o innych wyznaniach i różnicach między nami wierzącymi z ust samych innowierców, gdyż do powstania materiałów zaangażowano przedstawicieli i duchownych polskich wspólnot religijnych reprezentujących akurat omawianą wiarę. TBH, gdyby właśnie na tym położono większy nacisk, byłbym skłonny pozostawić religię w szkołach.
Następnie, mam sporo uwag do tego jak naucza się języków, ale je już wyraziłem w temacie adriankowatego nt trudności w nauce języka w formie skróconej. Tutaj odnośnik do mojego posta ->
(klik!).
A teraz matematyka. To jest ciekawy przypadek.
Część z was zapewne widziała informacje z NIKu o maturze podstawowej z matematyki
(klik!). Zgodnie z nimi, co szósty maturzysta nie zdał podstawy z matematyki. To jest jakiś kabaret. Zdawałem maturę w 2016 roku i wówczas po fakcie trafiłem na artykuł nauczyciela matematyki, który udowadniał, że do zdania tegorocznej matury wystarczało opanować:
1) podstawowe elementy wiedzy, którą powinno poznać się w gimnazjum,
2) korzystanie z kalkulatora prostego,
3) korzystanie z tablic matematycznych, które każdy dostawał razem z arkuszem.
Teraz nie mogę znaleźć tego artykułu niestety, ale trafiłem na coś innego – post na wykopie:
(klik!), który pokazuje dokładnie to samo. Jeśli poziom nauczania matematyki w Polsce jest taki świetny, to jakim cudem można tej matury nie zdać?
Nie ukrywam, że osobiście ani fanem, ani geniuszem tego przedmiotu nie jestem, więc sam propozycji żadnych nie przedstawię. Można za to przyjrzeć się propozycjom NIKu – poza tą o zawieszeniu matury obowiązkowej z tego przedmiotu. Przecież to są absolutne podstawy. Jeśli ktoś ich nie jest w stanie opanować, to pytanie, czy powinien w ogóle studiować? Celem matury jest chyba odsianie części mniej pracowitych uczniów po liceum.
Dobra, mógłbym poruszyć inne przedmioty, ale mi się już nie chce. Może później.