Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: Zmierzch Calradii...  (Przeczytany 3308 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Zmierzch Calradii...
    « dnia: Maja 17, 2013, 15:10:08 »
                                                                   "Zmierzch Calradii"
    Calradia, 1305 r. 13 Września. Kraina, w której 6 królestw toczy ze sobą walkę o władzę nad tymi ziemiami pełnymi spisków, ognia, morderstw, cierpienia, krzyków, płaczu i tortur. Dla nikogo nie liczy się tu dobro swojej ojczyzny, bądź kultury, a własne korzyści, rzadziej honor czy słuszna sprawa.
    Każdy od dziecka jest uświadamiany o okrucieństwach tej części świata i nie tylko. Wszystkie dzieci w wieku 10 lat rozpoczynają pierwsze szkolenia w walce. Są organizowane w nielicznych szkołach, do których chodzą ci, którzy mają zamiar poświęcić swoje życie ojczyźnie bądź zostać stróżem prawa. Nie są jednak tak dokładne i kompletne jak w koszarach, w których przez 3 lata dzieci regularnie ćwiczą walkę wręcz, a niektórzy też na odległość. Są oni przygotowywani w ten sposób do życia, i po za murami miasta, jak i w mieście.
    Takie surowe wychowanie nakazał każdy pan w tej rozdartej krainie, błagającej o zjednoczenie. Według nich, ma to zapewnić większy "spokój" wśród mieszczaństwa i chłopstwa. Z wyjątkiem królestwa Nordów... Są plotki, że obecny pan, Ragnar, posiada państwo rozległe daleko, w drugiej części świata. Może to tłumaczyć zadziwiająco śmiałą i pewną politykę względem pozostałych panów tej krainy. Na jednym spotkaniu, ze wszystkimi królami, jednemu z nich pokazał mapę, na której widnieją tereny skolonizowane przez jego ludność. Nazwane one zostały "nowym światem". Zaś tajemnicą nie jest, że utrzymuje on dobre stosunki z Geroią, ale i także z inną, oddaloną od Calradii na 300 mil, inną krainą. Wielokrotnie próbowano tam dotrzeć, jednak zwiadowcy tam wysyłani bądź ktokolwiek inny, zawsze albo nie wracał, albo wracał, lecz martwy, przyniesiony przez koczownicze plemiona zamieszkujące lodowate góry, za które to się wybierano.

    _______________________________________ _______________________________________ __________

    To jest jak na razie wstęp, mam zamiar napisać dłuższe opowiadanie podzielone na wiele rozdziałów. Piszcie jak się prezentuje. Będę wprowadzał poprawki.
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #1 dnia: Maja 17, 2013, 18:25:17 »
    Rozdział I.

    Było to 13 września, gdy trzech zbrojnych i emisariusz króla Harlausa podążali drogą wiodącą do Reyvadin, stolicy królestwa Vaegirów. Piaszczysta droga pośród deszczu wydawała się coraz trudniejsza do pokonania. Dlatego emisariusz postanowił się zatrzymać w pobliskiej wsi, Ayyike, z której było widać już zarys murów w Reyvadin. Wioska nie wyglądała na zamożną, ale było widać, że mieszkańcy są szczęśliwi. Tak by się wydawało tylko z pozoru. W rzeczywistości, była to wioska jak każde inne, ale tegoroczne zbiory widocznie były udane, co jest niezwykle rzadkie w tych okolicach.
    Za zgodą sołtysa, który natychmiast po ich zauważeniu kazał ich zatrzymać, wstąpili do małej gospody i zasiadłszy przy stole, jeden ze zbrojnych imieniem Dawid, bardziej znany jako "Delor" zawołał do karczmarza o 4 dzbany miodu. Nie wiadomo tak naprawdę skąd wzięło się jego przezwisko, i dlaczego wydawało się być według niektórych dziwnym. Jedna z wielu plotek mówi, że został tak nazwany przez swojego kolegę, cudzoziemca, gdy ten potajemnie wymknął się w czasie trwającego polowania, zorganizowanego w ramach obowiązkowego szkolenia. Miał wtedy 12 lat, i tylko jemu, bo długich naleganiach, powiedział czemu się wymknął. Nie wiadomo czemu, ale wiadomo, że od tej sytuacji został tak nazwany.
    W każdym razie, karczmarz zdawał się być w dobrym nastroju, a nawet czymś uradowany. Na jego twarzy widocznie było widać, że jest z czegoś zadowolony. Przyniósł 4 dzbany miodu, po czym wrócił do następnego klienta. Po wypiciu dzbana miodu, emisariusz zwrócił się do swoich ochroniarzy:
    -Ci ludzie to mają tu lepiej, niż my służąc Harlausowi.
    Na co Delor, z lekkim zdziwieniem odparł:
    -Po co to porównanie?
    -A po to, że muszę codziennie wysłuchiwać, jak to on wiele zrobił dla nas. Jak to winienem być mu wdzięczny, że wyciągnął mnie z domu, gdy moja żona wpadła w panikę, a dzieci płakały i krzyczały, nie wiedząc co się dzieje...
    -A masz gorzej, niż jak trupy sprzątałeś?
    -Wolałbym poświęcić życie na coś innego. Mówiłem o tym królowi, po czym kazał mnie wychłostać, i prawie tydzień nie ruszałem się z bólu.
    -Daj spokój - odparł Kharl, trzeci zbrojny- ty naprawdę myślisz, że jak pójdziesz przez góry, pośród tych dzikusów, to połowę drogi przejdziesz, do tej krainy co to pewnie nawet nie istnieje?
    -To jest tak niedorzeczne - dodał Delor - że chcesz zrobić coś tak głupiego, porzucając służbę u króla.
    -Pokaże ci coś - emisariusz zdjął bluzę, i wskazał miejsce nad piersią, gdzie została mu blizna - tak mnie załatwił jeden z tych dzikusów u Dustum Khana, gdy poszedłem i przekazałem im list od Harlausa. Boli mnie to od 5 lat, i nie zapowiada się, by przestało.
    Zapadł moment ciszy. Zbrojni nie wierzyli własnym oczom, jak można być przeciwieństwem człowieka. Próbowali wgapić się w resztki ich miodu, i je dokończyć by móc ruszyć dalej, ale myśl o tym, co ujrzeli przed chwilą, totalnie ich zamurowała.
    Po 15 minutach ruszyli dalej w drogę. Delorowi nie dawała spokoju rana, którą niedawno ujrzał. Zastanawiał się, co mogło się stać 2 lata temu, gdy Khengieci w liczbie 20 rozgromili ich 100 osobowy oddział pieszy, za czasów gdy jeszcze był piechurem. W końcowej fazie bitwy został ranny, lecz postawa 10 ostatnich żołnierzy sprawiła, że 10 Khengietów uciekło, porzucając nawet złoto zagrabione z jednej z wsi Swadiańskiej. Gdyby ich nie powstrzymali, to ten mały oddział prawdopodobnie schwytał by go, i dokonał takich okrucieństw, na które myśl przechodzą go ciarki. Ocknąwszy się jednak z jego namysłów, nakierował swoją głowę na północ, kierunek w którym zmierzali.


    Jelbegi. Greahtr, radny króla Ragnara, odwiedzał właśnie swoją rodzinną wioskę. Wspominał dawne lata jego dzieciństwa, gdy 30 lat temu, nie było tu kanalizacji. Pomysł ten przybył prawdopodobnie z Geroi, już pół wieku temu, lecz wprowadzenie go zajmowało zbyt dużo środków, według Jarlów, którzy te pieniądze przepijali, bądź inwestowali w coś innego. W każdym razie, był rad że jego rodzinna miejscowość jest zaopatrzona w coś tak wspaniałego. Tak naprawdę, nigdy czegoś takiego nie widział. Mówiło się, że nie było tu żadnej zarazy od 20 lat! Skąd takie cuda - pomyślał - toż to wspaniale! Że też za moich czasów nie było tego, bym takie tu nowości zrobił ooo! Bylebym tylko wiedział... Los mi dopomógł żem radnym króla, i to osobistym, ale on bardzo stary, 70 wiosen za sobą, pewnie ducha wyzionie niedługo, a ja zostanę wyrzucony. Ehhh, oby nie...
    Wtem, usłyszał kroki, jakby marsz jakiegoś oddziału. Nie inaczej, to był Jarl Olaf i jego oddział. Widać, że 30 Hursakli za nim idzie, i tu zaczął się niepokoić. Po cholerę mu ten oddział? Czyżby gwałt tu chciał uczynić? Te myśli przebijały się przez głowę Greahtra. Jego czoło zmarszczyło się pod wpływem gniewu którego doznał na skutek jego myśli, ale także pod wpływem strachu. Wydawało mu się, jakby jeden z Hursakli spoglądał na niego swoim szyderczym wyrazem twarzy. Sam bowiem nie dałby rady 3 hursaklom w boju, może i na treningu tak, ale nie teraz, nie teraz. Postanowił czekać i zobaczyć co się dalej stanie. No szlak! A jeśli to już się zaczyna? A jeśli już trwają przygotowania i gromadzą żywność? Któryś z wieśniaków nie odda zboża, wyrżną wszystkich! Słyszałem rozkazy Ragnara miesiąc temu, gdy do wojny strategie obmyślał. Kazał swoim Jarlom konfiskować żywność bez względu na wszystko. A jeśli zaprotestują... To wyrżnąć w pień.
    To wszystko wydaje się takie nielogiczne, tak nie trzymające się kupy, a jednak takie są rozkazy. O cholera! - z przerażeniem szepnął do siebie Greahtr - po co oni z nimi gadać wyszli? Bogowie, miejcie ich w opiece!
    Sołtys, stojący przed Jarlem, zaczął:
    -Witamy was serdecznie! Czego wam trzeba?
    -Nie zgrywaj głupiego głupi wieśniaku. - zaczął łagodnym tonem Olaf - Wiesz po co tu jesteśmy...
    -To już się zaczyna? - Jarl Olaf złapał go gwałtownie za gardło i uniósł do góry - Zamknij się... Wiesz, że ściany mają uszy. Ale jak chcesz wiedzieć, to jeszcze nie.
    Uff, a więc jeszcze czas spokoju - powiedział do siebie szeptem Greahtr - więc po co tu przyleźli?
    Jeden z hursaklów powiedział do swojego pana:
    -Panie, puść go, to zwykły głupiec jakich wiele. Nie można od nich wymagać za dużo.
    Po czym Jarl Olaf niechętnie go puścił. Sołtys łapczywie zaczerpnął powietrza i odpowiedział szybko - Panie! O panie błagam, na boga się klnę, nie widziałem nikogo oprócz was, żeby ktoś przyjechał do wioski!
    O cholera - znowu do siebie szepnął - to chyba nie po mnie! Zaczął się zastanawiać, czego od niego mogą chcieć. Może, może ktoś się dowiedział? Jeśli tak, niech bogowie mają mnie w opiece. Po tych myślach usłyszał, że Nordowie rozproszą się po wiosce i będą go szukać. Bez namysłu, czmychnął do drugiego domku, i ukrył się za kominem, bowiem było tam tak ciemno, że dawało mu szansę być niezauważonym. Sam dom był zwyczajny, ten jednak miał coś w sobie... Innego, a jednak nie bardzo się wyróżniał.
    Zmówił modlitwę, po czym usłyszał kroki, coraz głośniejsze, zmierzające w stronę tej chaty...


    W Aquarrguia, stolicy Geroi, życie toczyło się lepiej niż można sobie wyobrazić. Ludzie tamtejsi byli szczęśliwi, pracowici i ogólnie zadowoleni z życia, w związku z czym do pracy chodzili zawsze radośnie, pozytywnie nastawieni. Co było dość dziwne, ponieważ bogactwo miasta było na raczej średnim poziomie. Mimo to, coś zachęcało ich do tego. Może zamiłowanie do ojczyzny? Wiadomo, że praca to bardzo ważna rzecz, no ale też trudna, i nie raz żmudna, monotonna i niesamowicie nudna. To wszystko wywołało, że w Geroi technologia, zarówna militarna, jak i ekonomiczna, była rozwijana w zastraszającym tempie. Liczba wszystkich mieszkańców tej krainy, położonej niedaleko Calradii, wynosiła ok. 700 000 mieszkańców, z czego 20 tysięcy pełniło służbę wojskową. To sprawiało, że wielu władców sąsiednich krain, jak np. Król Ragnar, bądź też niektóre klany w sąsiedniej krainie najemników, jak np. "Strażnicy Słonia", bądź też "Konkwistadorzy" zazdrościły szczęście ich mieszkańców. Klany wymienione są podzielone w owej krainie ze względu na taktykę walki, uzbrojenie itp. To jednak nie Calradia. Władzę sprawuje tam jeden władca, niejaki Generał Magnus, jednocześnie przywódca klanu "Armii Ciemności". Reszta klanów jest jego, o ile można to tak nazwać, wasalami, bowiem pieniądze wracają do Generała, a wojska idące na służbę idą od niego.
    Kraina ta ma również dumnych mieszkańców, i praktycznie, jako jedyna jest potężniejsza od królestwa Nordów. Wiele lat temu, w czasie 1 próby inwazji na "krainę najemników", "dom najemników" etc. w roku 1298, Ragnar wysłał od strony morza 5 000 okrętów Nordyckich, a od strony Geroi, 300 000 własnych żołnierzy, wspieranych 8 000 elitarnymi żołnierzami Geroiańskimi. Bitwę morską Nordowie przegrali niszcząc jedynie 20 okrętów "Kompanii Jarlów" oraz 12 okrętów "Konkwistadorów" tracąc przy tym wszystkie swoje. Bowiem technologia w tej krainie jest na zadziwiająco wysokim poziomie, wyższym od Geroi, jednakże szybki rozwój jest niemożliwy, jako iż brakuje rąk do pracy. Co nie oznacza, że nie rozwija się kompletnie. Wracając do tematu inwazji, od strony lądowej również Nordowie ponieśli druzgocącą klęskę. Najemnicy bowiem zastosowali taktykę godną podziwu. Wykorzystując 15 trebuszy, odwrócili uwagę Geroiańskich żołnierzy, najlepszych spośród wszystkich tamtejszych. Zostali zaatakowani z zaskoczenia pod dowództwem Anny z Magdodu, przywódczyni "Hostii Węża". Ciężka piechota uzbrojona jedynie w dwuręczne miecze, skąd ich potoczna nazwa "Zweihanders" co w przetłumaczeniu z tamtejszego języka oznacza "Dwuręki". Byli nadzwyczaj zwinni i silni. Po przebiciu się przez pierwszą linię wroga, reszta wojska spanikowała, słychać było krzyki i błagania o litość, mimo to oddziały Anny dogoniły Geroiańskich żołnierzy i wycięły. Prawdopodobnie do Geroi wróciło tylko 20 uciekinierów. Tym sposobem, do walki przybyło 8 000 najemników z Minos, stolicy i posiadłości obecnie Magnusa, wcześniej rodziny Hanhonsów, uzbrojonych w kopie i wielostrzałowe kusze, będące jednak wynalazkiem Geroianów. Dalsza część bitwy było wielokrotnie fałszowana przez obserwatorów tej 3 dniowej bitwy. Uczestnicy twierdzili, że straty po stronie najemników wyniosły jedynie 200 ludzi, co było niemożliwe - według wielu - czy tak było naprawdę to niestety nie wie nikt.
    Po tych bitwach, najemnicy zorganizowali odwet. Zebrali 5 000 żołnierzy, i uderzyli na Geroię, pustosząc 3 wielkie miasta. Straty były dla nich niewielkie, bowiem nie wróciło tylko 1 000 żołnierzy. Po tych wydarzeniach, by uniknąć zdobycia stolicy Geroi do której najemników dzieliło ledwie kilka miast, został zawarty rozejm. Miejsce miała również kolejna inwazja, a raczej jej próba, rok później, zakończona klęską Nordów pozbawionych wsparcia Geroiańskich żołnierzy, a 3 lata potem kolejna próba, nierozstrzygnięta. Łącznie życie straciło 8 000 000 osób, w tym 1 milion osadników na innych kontynentach, do których w ramach odwetu popłynęła Kira, przywódczyni "Strażników Słonia". Po tych wydarzeniach, Nordowie zaniechali ataków na potężną krainę najemników, a zawiązali umowy najemnicze. W rzeczywistości, najemnicy oddają się każdemu kto dobrze zapłaci, i z tego wynika, że kto ma więcej złota czy też srebra, ten ma władzę.
    Ale czy mowa tu o zdobyciu świata? Czy tak to się skończy? Cały świat, zjednoczony? Fantazje - czy może prawda?
    Zastanawiając się nad tymi pytaniami, "Kniaziówna" Margo, wyruszyła z Aquarrguia do krainy najemników. Po co tam jedzie? Sama zadała sobie to samo pytanie. Dziwne było, że pośród tak szczęśliwych ludzi, ona była... Taka zwyczajna. A była Kniaziówną. Tytuł ten u Geroian znaczy tyle, że jest to osoba zasłużona, nie tylko jako żołnierz, ale także polityk. Za jej sprawą bowiem przeprowadzono wiele reform gospodarczych, i jedną militarną. Jest to oczywiście w dużym skrócie lista jej zasług dla ojczyzny słowami króla i jego wasali. Margo była kobietą z natury spokojną. Miała zielone oczy, wyglądała na dobrze zbudowaną i silną kobietę. W młodym wieku wyglądała jak zwykła, niewyróżniająca się niczym specjalnym dziewka, jednak 2 lata później, zaciągnęła się do wojska. Kapitan u którego była w oddziale był zadziwiony jej talentem żołnierskim oraz charakterem. Bowiem twardo stawiało na swoim, dodając przy tym swoje słowa: "Tylko głupi ustępuje". O dziwo, z tych słów zasłynęła najbardziej, i po potwierdzeniu ich swoimi argumentami przed jednym z oficerów królewskich, została zaproszona do króla jako gość specjalny na ucztę, a następnie na polowanie. Król nie skrywał swojego podziwu jakim obdarzał Margo, i mianował ją Kniaziówną za naleganiami swojego syna, który liczył na poślubienie tej wyjątkowej damy.
    « Ostatnia zmiana: Czerwca 26, 2013, 11:26:59 wysłana przez Rapodegustator »
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Inkaska

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 547
    • Piwa: 11
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #2 dnia: Maja 17, 2013, 20:49:30 »
    To Twoje pierwsze opowiadanie?
    Na kolana nie powala, nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród innych opowiadań tego typu. Myślę, że to największa wada. Poczekam i zobaczę jak to rowiniesz. Oprócz tego rzuciła mi się w oczy zbytnia idealizacja nowej krainy i bohaterów. Jakieś "postępy technologiczne" (sam termin mi nie pasuje), wielostrzałowe kusze... Kanalizacja? Czyli, że oni tam mają system kanałów, ścieków i w ogóle kibelki, umywalki (czy może po prostu ja przesadzam...)?
    Bohaterowie są trochę zbyt "utytułowani" już na początku. Nie ma żadnego szarego człowieka, któremu los umożliwiłby skończenie z nudnym, rutynowym życiem. Ogólnie mówiąc są mało... zróżnicowani, jeśli chodzi o poziom społeczny.
    Poza tym nazwy tych klubów, gildii i innych ugrupowań są kiepsko dobrane. "The black army"? Już lepiej, żebyś to napisał po polsku. "The Jarl team"? Nie nazwałbym tak drużyny w zbijaka, a co dopiero flotę.
    Poczekamy, zobaczymy. Mam nadzieję, że dobrze to rozwiniesz.
    Powodzenia.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #3 dnia: Maja 17, 2013, 22:20:32 »
    Jak mówiłem to moje pierwsze opowiadanie i będą wprowadzane poprawki.
    To że się nie wyróżnia - jestem tego świadomy. Nie wierzę, że napiszę arcydzieło :P
    Postępy technologiczne - trochę fantazji. Wielostrzałowe kusze istniały długo przed XIV w, bodajże Chińczycy takie posiadali w starożytności, chyba już w I wieku n.e. więc to że się tu pojawią jest rzeczą możliwą.
    Kanalizacja - miałem na myśli ścieki, kanały, i prowizoryczne, ale nie najgorsze, właśnie kibelki. Nie ma mowy o umywalkach itp.
    Bohaterowie - szary człowiek z nudnym życiem, właśnie tego chciałem uniknąć. Tak się zaczyna wiele opowiadań o Calradii, chociaż do takiego upodobniłem (co nie do końca wyszło) emisariusza. Nie jest on od razu jakimś magnatem, bądź zamożnym mieszczaninem. Zwykły emisariusz.
    Nazwy klanów - sorki, ale nie każda z nazw brzmi lepiej po polsku. Black Army może i tak, ale to jest wyjątek, a wyjątek tylko potwierdza regułę. Są to po prostu oryginalne nazwy tych klanów i tego wolałbym się trzymać. Tym bardziej, że lepsze mi do głowy nie przyszły :/
    To z tymi flotami klanu "The Jarl Team" miałem na myśli, że jest to flota tegoż klanu. Co powinno być logiczne.
    A jeszcze jeśli o tej technologii mówimy, to zdziwisz się, jakie mi do głowy pomysły przyszły (nie, nie UFO).
    PS: Mówisz o tej technologii, ale o podróżach do Nowego Świata to już nie wspomnisz (a o kanalizacji to tak :O )
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Inkaska

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 547
    • Piwa: 11
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #4 dnia: Maja 18, 2013, 23:37:47 »
    Oj, bo lubię się rozdrabniać ;p
    A co w tych podróżach takiego niezwykłego?
    Z tymi nazwami (jak ze wszystkim zresztą) zrobisz tak, jak będziesz chciał. Uważam tylko, że są mało klimatyczne.
    Z tym postępem technologicznym chodziło mi o to, że jest duża dysproporcja między Calradią i tym nowym światem. Wygląda na to, że są tam zacofani ;p
    O UFO i tak bym Cię nie posądzał, więc jeszcze możesz mnie zaskoczyć ;]

    Offline AdamKur

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1020
    • Piwa: 66
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #5 dnia: Maja 18, 2013, 23:51:44 »
    Tez sie przyczepie nazw- sa po prostu nie klimatyczne, w ogole nie pasuja :P

    Ten emisariusz jakie ma zadanie? I ten oddzial, 3 osoby to troche malo, moim zdaniem.

    "Zweihanders"? Czyli sa niemcami?

    No i po co kanalizacja ma byc doprowadzana do jakis wiosek? I powiem ci smutna prawde- kanalizacja to nie taka prosta sprawa. Ludwik XIV, gdy budowal Versailles, musial wybudac gigantyczny kompleks przy rzece zeby doprowadzic wode do palacu i okolic, a Frydeyk II Wielki nie mial w ogole wody w swoim Sanssouci, a bylo to 4-5 wiekow pozniej niz akcja Warbanda i Fryderyk II na pewno nie nalezal do biednych, a u ciebie maja dostep do kanalizcji (i wyjasnij dokladnie co u ciebie to oznacza. Scieki? Na jedna wioske? Toalety? niby jak, ze sluczka tez?).

    Jak nazywa sie krol tej...Geroi? Jaka jest to kultura? A, no i czy jest tam kult Wielkiego Jaruzelskiego?


    "My name is Ozymandias, king of kings:
    Look on my works, ye Mighty, and despair!"

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #6 dnia: Czerwca 26, 2013, 11:04:54 »
    Rozdział II.

    Greahtr słyszał coraz głośniejsze kroki nadchodzące w jego kierunku. Zdawało mu się, że w jego stronę idzie 5 hursakli. Tym bardziej się wystraszył. Serce waliło mu jak szalone, a pot spływał po czole. Po chwili, jeden z hursakli podszedł do komina, i nakazał swoim ludziom cisze. Po chwili wydał rozkaz:
    -Obserwować wioskę, nikt nie może się przemknąć, jasne? - Po czym jeden z nich przekazał rozkazy wszystkim na zewnątrz. Wyczuwał, że ktoś znajduje się za kominem, i szybko tam zajrzał. Po czym śmiejąc się szyderczo powiedział:
    -No proszę! Kogo my tu mamy? Sam pan Greahtr jak mniemam. Pójdzie pan ze mną. Pan Olaf ma z panem coś do omówienia. - Nord chwycił Greahtra i podniósł, na co ten wydobył z pochwy swój sztylet i wbił mu w szyje. Po chwili jego przeciwnik upadł na ziemie wykrwawiwszy się coraz to bardziej. Pozostali Nordowie bez namysłu ruszyli w kierunku Greahtra. Próbował on podciąć gardło jednemu z napastników, na co ten chwycił jego dłoń i wykręcił mu nadgarstek, a drugi złapał go za drugą rękę. Następnie związali mu nogi i ręce sznurem, po czym wyprowadzili.
    W myślach Greahtra pojawiły się przerażające wyobrażenia. Nie obawiał się o siebie, gdyż jako radny samego króla nie zostałby skazany na śmierć. Co innego jego rodzina. Przeklinał dzień, w którym to zachciało mu się powspominać dzieciństwo, i w tym celu wrócił do tej przeklętej wioski. Obwiniał się o to nieszczęście jakie spadnie na jego rodzinę i prawdopodobnie przyjaciół, gdyż niektórym to powiedział. W końcu jednak, stanął przed nim Jarl Olaf i rozpoczął:
    -Wiesz, po co tu jesteśmy. Chcieliśmy tylko porozmawiać, a ty zabiłeś mojego sierżanta. Kiepskie masz argumenty... - Zdając się mówić naprawdę poważnie, rozkazał – Wyruszamy za morze! - Po czym rzekł do Greahtra - Króla nie ma w tej śmierdzącej krainie, zbuntowali mu się Indianie i nie chcą walczyć z nami. Masz więc cały miesiąc by wymyślić, co powiedzieć królowi.


    Minęły dwa dni jak zbrojni dotarli do Reyvadin. Przez mieszkańców przebijała niechęć do nich, jednak szanowali oni przybyszów z obcych krain, lub też z sąsiednich królestw. Bowiem król Valdyn, wybrany przeszło 10 lat temu na króla, był znany ze swej gościnności i szacunku do obcych, a za złe traktowanie takich osób zapowiedział surowe kary. Mając tego świadomość, emisariusz spokojnym krokiem podążał ku wrotom zamku w którym to miał przedstawić królowi propozycję od króla Harlausa.
    Poseł Swadii osobiście wolał w tym czasie być w domu. Niechętnie służył jako emisariusz bądź też posłaniec. Nie wiadomo do końca dlaczego. Obwiniał wszystkich dookoła, że to nie ktoś z nich, z on musi użerać się z listami od króla, czy też czasem jakiegoś Hrabiego za 200 gram suchego chleba. Wszędzie widział niesprawiedliwość, wiedział o okrucieństwach tego świata, jednak według jego opinii wszystko w porównaniu z jego pracą było lepsze.
    Poseł podszedł do strażnika i przedstawił się:
    -Witam cię. Przybywam od Wielkiego Króla Harlausa do twojego pana, Króla Valdyna. Przepuść nas.
    -A, tak tak tak. Proszę, przechodźcie. Pan już was oczekuje.
    Strażnik nie domagał się zwrotu broni od zbrojnych, co było dla posła mocno podejrzane. Nic nie odpowiedział mu jednak. Chciał to wszystko mieć za sobą. Czy się zgodzi na ten sojusz czy nie, jemu to obojętne. I tak nic z tego nie będzie miał.


    Aquarrguia, 16 września. Do Króla Geroi Emanuosa przybyło poselstwo z sąsiedniej krainy najemników. Całe miasto pełne było tłumów zainteresowanych obywateli. Na czele najemników stał Generał Magnus, wraz z jego posłami i 40 oficerami, z których najważniejszymi byli Kreithr, Detzscht i Lous. Natomiast z królem Emanuosem stało jego 4 senatorów, Gious, Rozmbh, Tighm oraz Raichs. Po za tym z królem stała cała jego rada.
    Niespodziewanie tu przyjechali – te słowa przeszły przez myśli każdego mieszkańca. Takie wizyty się w końcu uprzedza. Może to co pilnego? A może zwykła kpina? Nikt bowiem nie pamiętał takiej wizyty, od 2000 lat, czasów osadzenia się pierwszych osadników, nigdy nie było takiej niezapowiedzianej wizyty.
    Ciekawą rzeczą była armia z jaką przybył tu Magnus. Oddziały, złożone z 1800 dwurękich [zweihanders] oraz 1200 najemnych sierżantów. Ci pierwsi byli z krwi i kości przodkami ludów z Nordlandii, a przed tysiącami laty osiadli za morzem, prawdopodobnie z powodu zagrożenia głodem. Połowa mieszkańców Nordlandii postanowiła wtedy udać się za morze i skolonizować tamte tereny, tworząc własną kulturę i język. Ludność ta było zwana nie raz Germanami. Zaś jeśli chodzi o 2 oddział najemników, byli to zwykli Rhodoccy sierżanci-najemnicy, którzy dość mieli „ciemnoty Calradyjskiej” jak przyszło im to zwać oraz zacofania pod każdym względem.
    Lous podjechał na odległość 20 kroków od króla Emanuosa i zaczął:
    -Panie, panie! Wieści okrutne i straszne!
    Ze zdziwieniem odparł – Jakież to?!
    -Zdrada panie! Zdrada!
    Lous pospiesznie i nie oszczędzając konia oddalił się. Wśród mieszkańców, a szczególnie wśród rady królewskiej zaczęły wrzeć rozmowy o co, o jaką cholerną zdradę chodzi? Wtem do króla coraz bliżej choć powoli nadjeżdżał generał. W końcu zaczął:
    -Pozdrowienia królu Emanuosie.
    -I ty generale. Zechcesz usiąść i się napić?
    -Chętnie. I to szybko. Wieści ponure.
    Generał usiadł przy stole i szybko nalawszy sobie kielich wina, kontynuował:
    -Zdrada panie okrutna. Zawarliśmy rozejm przeszło miesiąc temu, jednak nie wiem jak na to wpłynie pańska decyzja o...
    -Moja decyzja? Przepraszam na chwilę, muszę coś skonsultować. Dosłownie chwilę.
    Król pospiesznym krokiem wszedł do swych komnat i zapytał burzliwym tonem:
    -Gdzie jest pani Margo?
    -P-p-panie... - zaczął jeden z radnych – wyjechała. Ponoć ma coś do skonsultowania z jakąś gildią najemników.
    -Bah! No to świetnie! Jak to wyjechała? Bez wiedzy jej lennika? Jak to tak można?
    Po chwili król powrócił do generała:
    -O co chodziło?
    -Tak, przerwał mi pan i nie dał dokończyć. Otóż prawdopodobnie jedna z pańskich... Oficerek przekroczyła naszą granicę...
    -I o to tyle hałasu? - Zdziwił się Emanous – Toż to przecież..
    -Daj mi panie dokończyć. Po przekroczeniu granicy zaatakowała jednego z naszych pułkowników. Patrolował teren wokół jednej z twierdz klanu niedźwiedzia.
    -To niemożliwe. Jaki masz dowód?
    -Dowód powiadasz... - zaczął lekko zawiedzionym tonem, po czym skończył burzliwym – Pułkownik znalazł ten oto list na ziemi. Obok JEJ konia, którego ustrzeliliśmy kulą. Proszę. Oto list!
    Król zaczął czytać nieco zaniepokojony, ale już po przeczytaniu połowy zaczął stwierdzać rzekome nieprawidłowości – To nie jest jej pismo. Na pewno. A ta pieczęć? Proszę. Zaraz przyniosę kilka państwowych zapisków. Na każdym będzie jej pieczęć. - Pospiesznie zawołał Raichsa, który w 2 minuty później powrócił z listami – Proszę sobie porównać panie Magnusie.
    Generała średnio przekonywały te listy i porównywanie pieczęci. Miał on bowiem tylko jedno, prawe oko i bardzo go takie coś męczyło. Lecz ostatecznie odpowiedział – Dobrze. Ma pan moje błogosławieństwo. Widzieliśmy jedynie jak przekraczała granicę. Ale dobrze. Wierzymy wam. Nie zaatakujemy ani was, ani jej nie aresztujemy. Jednak, sprawa jest wciąż niewyjaśniona. Liczę że pan z panią Margo porozmawia. Ja zrobię to samo. - Ukłoniwszy się królowi zawołał – Kreithr!
    -Tak?
    -Przygotuj konia.
    -Już wracamy?
    -Mamy ważniejsze sprawy niż ucztowanie tutaj. Na koń, i w drogę!
    Pożegnawszy się wszyscy z wszystkimi, najemnicy wyjechali z miasta.
    Król wrócił do zamku. Nie wiedział co myśleć o tym wszystkim. O co tu chodzi? Po co ta cała afera i ten... Stres. Zdenerwowany zawołał – Kirkor! Kirkor!
    -Tak ojcze? Słyszałem co się stało.
    -Noo, to bardzo ciekawe, nie? A może wiesz coś o tym więcej?
    -Właściwie, pytałem się już po co wyjeżdża. Powiedziała tylko, że ma pewien pomysł. Że nie chce marnować swojego talentu tutaj.
    -Nie rozumiem!?
    -Mówiła mi tylko że chce zobaczyć jak wygląda życie tam. Że coś może zarobić...
    -Skończ gadać z głupotami. Co mnie to obchodzi?
    -Nic więcej nie chciała powiedzieć. Zapewniała mnie że wróci jak szybko się tylko da.
    -No to pięknie...
    Zdenerwowany Emanous zaczął się łapać za głowę i powtarzał w kółko: Boże... Boże... BOŻE...


    Folk jechał właśnie przez las w kierunku granicy Królestwa Swadii. Dzień był ponury i deszczowy, na poprawę pogody się nie zapowiadało. Jego zbroja coraz bardziej rdzewiała. Bowiem nosił on gruby kaftan wypchany wełnom z naszytymi żelaznymi płytkami. Miał krótkie włosy, natomiast jego zarost świadczył o tym, że nie mieszkał w zbyt cywilizowanych warunkach. Jednak widać było, że potrafi o siebie zadbać. Także zdawał się być dobrze odżywiony, co nie świadczyło o tym że był biedny. W zasadzie to miał ze sobą kusze i krótki miecz, tak więc różne rzeczy można by sobie o nim pomyśleć.
    Zmęczony drogą przysiadł na kamieniu. Zdjął z pleców kuszę i prawdopodobnie z nawyku sprawdzał czy jego kusza jest dobrze naciągnięta. Myślał w tym czasie o jego ojcu. Biedny pijaczyna. Zainwestował cały dom by zorganizować karawanę do Tulgi nie zostawiając żadnego denara na wypadek gdyby coś się nie udało. Był pewny że 30 strażników wystarczy. Lecz Tulga jest znana z wielu pałętających się wokół kompanii łajdaków którzy napadają wszystkich podróżnych. Karawanę złupiono doszczętnie, a sam nie miał dość środków by udowodnić, że ten łajdacki czyn w ogóle miał miejsce. Tak więc, zaczął kraść, a wszystko przepijał. Folk musiał wtedy odejść od ojca, chodź współczuł mu bardzo i z całego serca życzył, by los się nad nim zlitował.
    Nagle jego myśli się rozpłynęły, gdy usłyszał kroki. To nie był marsz żołnierzy, ale jakiejś grupki. Folk szybko złapał za kuszę i trzymał w pogotowiu. Czekał aż ci ludzie podejdą do niego bliżej, a on będzie udawał że ich nie słyszy. Jeśli coś się zacznie, wystrzeli z kuszy i będzie się bronić. Może to coś pomoże.
    Dosłownie sekundy później zza krzaków wydostał się pierwszy, zarośnięty mężczyzna, a moment po nim 3 jego kompanów. Na widok odwróconego Folka krzyknął:
    – A któż to! Dawać no, na niego!
    Napastników do Folka dzieliło 50 kroków. Folk zerwał się, i szybko wycelowawszy owłosionego napastnika, nacisnął spust od kuszy, która przecięła mu gardło. Folk uznał że zdoła ustrzelić jeszcze jednego, więc przytrzymując kuszę lewą ręką, zaczął energicznie ją naciągać. Naciągnąwszy ją założył bełt i momentalnie wystrzelił. Trafił w nogę kolejnego z nich. Wydobył miecz z pochwy i czekał przez moment na ich ruch. Jeden z nich się zatrzymał i zaczął obchodzić Folka od tyłu, który w tym samym czasie zaczął walkę z drugim przeciwnikiem. Bandyta wyprowadzał cios od lewej strony, który Folk sparował i szybko wyprowadzając kontratak, trafił napastnika w ramię, i dobił mocnym uderzeniem w głowę. Kolejny z nich padł martwy. W tym samym czasie ostatni z rzezimieszków rozbiegł się od tyłu na Folka, przewrócił na ziemię i przytrzymał obydwie jego ręce. Rzecz niespodziewana, ten właśnie bandyta został kopnięty w krocze, kolanem. Mocniej niż przypuszczał sam Folk że go kopnie. Czując słabość napastnika uwolnił prawą rękę, uderzył go pięścią w twarz i wydostał drugą rękę. Przewrócił przeciwnika i podniósł swój miecz. Przyłożył mu do gardła i już miał go dobić gdy nagle się do niego odezwał:
    -Czekaj! Nie rób tego!
    Folk wstrzymał się. Nie obawiał się już go. Po chwili milczenia słuchał dalej:
    -Błagam dlaczego?
    Folk wziął głęboki wdech i odpowiedział: W imię zasad, skurwysynu.   Wykonał szybkie pchnięcie w pierś przeciwnika tym samym go zabijając. Po tym, z ulgą, zrobił wydech.
    Zaczął przeszukiwać ciała zabitych. Znalazł kilka mieczy, sakiewek oraz – ku jego zdziwieniu – całą paczkę, czyli najmniej 200, daktyli.
    Siadł z powrotem na kamieniu i chwilę siedział w spokoju. Nie było sensu by został tu choćby chwilę dłużej. Naciągnął pospiesznie kuszę, zabrał cały swój dobytek i ruszył przed siebie w drogę. W tą całą, cholerną drogę...
    « Ostatnia zmiana: Czerwca 26, 2013, 11:16:49 wysłana przez Rapodegustator »
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #7 dnia: Czerwca 26, 2013, 11:22:36 »
    Rozdział III.
    „Prawda o krainie najemników”

    14 września 1305r.
    Wczesny ranek, gdy Margo wraz ze swoim oddziałem przekraczała granice krainy najemników. Słońce przebijało się przez korony drzew przez które musiała przebyć krótką drogę. Dzień zapowiadał się być ładny i słoneczny.
    Nie minęło wiele czasu, jak po drodze spotkała 15 patrolujących żołnierzy. Na czele stał jeden z bardzo wielu pułkowników. Herb na jego tarczy wskazywał że jest on z Hostii Węża, czyli prościej mówiąc, jednego z wielu tutejszych klanów.
    Wydał rozkaz zatrzymania przybyszów, na co Margo natychmiast zaczęła:
    -Hej, spokojnie. Jestem Kniaziówną Geroi. Nie przybywam w złym celu.
    -Ah tak. Kolejna, Geroiańska dziewka. Nie jesteś pierwszą. Witamy cię tak czy owak. Pułkownik Liechtenstaun. Kłaniam się.
    -Czy mogę przejechać? - Zapytała, niecierpliwiąc się coraz bardziej.
    -Ah, no dobrze. Żegnaj.
    Jednak już chwile później do Margo podszedł jakiś najemnik z tego oddziału i zaczął:
    -Oooh, toż to panienka czego tu szuka? To, to co masz ze sobą. Hah. Mąż ci chyba sprawi lanie jak się dowie żeś mu broń i zbroje zabrała. Hahaa.
    Zdając się mówić naprawdę poważnie, usłyszał odpowiedź:
    -To co tu mam to wszystko zdobyczne. Może wypróbować to na tobie?
    -Coo?! Masz czelność tak do mnie mówić? No chodź tu ty jedna suko...
    Wydobył miecz z pochwy i zadał cios w jej kierunku, na co sparowała atak, podchodząc bliżej do napastnika, a następnie wyrwała mu miecz z ręki. Po czym najemnik poczuł posmak metalu w ustach.
    -Panie Liechtenstaun! Ten pan potrzebuje pomocy! A ty mój drogi sobie uważaj na przyszłość dobrze?
    Najemnik nie do końca usłyszał co do niego mówiła, tracił przytomność aż całkiem zapadł w sen.


    W południe Margo dotarła do Breiire, miasteczka Hostii Węża. Tak naprawdę bardziej to przypominało... Plac treningowy, kilka chatek i nic poza tym. Co było trefnym założeniem. Wewnątrz „zamku” znajdowały się podziemne tunele, dobrze oświetlone, a w nich kwatery dla garnizonu i ledwie 20 ludzi którzy tam pracowali.
    Margo weszła do „zamku” i zaczęła się rozglądać. Chciała znaleźć jakąś karczmę, odpocząć i pomyśleć nad tym, co tu może robić. Czego tu konkretnie szuka? Do cholery, po co tu w ogóle przyjechała? Może... Może, uda się połączyć Geroię i te krainę? W końcu, to zawsze jest możliwe. Ale patrząc na obecny stan rzeczy to są to tylko marzenia.
    Margo po 5 minutach znalazła karczmę. Akurat była tam przywódczyni Hostii Węża, Marta z Magdodu. Ujrzawszy Margo, wskazała coś kilku swoim oficerom a oni do czegoś się szykowali, tylko do czego? W tym czasie Margo zasiadła do wolnego stolika ze swoim sierżantem, który zawołał do karczmarza po 2 dzbany wina.
    Wokół nich zaczęło zbierać się wielu ludzi. Słychać było śmiechy i prawdopodobnie drwiny na jej temat.
    W pewnym momencie jeden z oficerów odszedł od Marty i wraz ze swoimi 5 ludźmi podszedł do Margo. Właściwie to dosiadł się do niej.
    -Witam panią. Cóż to panienka tutaj robi hę?
    Niechętnie przewracając wzrok w jego stronę, odparła:
    -Czego chcesz?!
    -Wybacz moją śmiałość, lecz chcę cię o coś zapytać. Może zechcesz pójść ze mną do mojego pokoju co? Dam ci za to... 10 denarów, hehe.
    W całej karczmie rozgorzały śmiechy i podłe drwiny. W zasadzie nikt nie traktował tu nikogo na poważnie i urządzali sobie ze wszystkich nowych żarty.
    Margo ze wściekłością się podniosła, uderzyła w stół i wywróciła go by potem złapać oficera za gardło i unieść do góry. W sali zapadła martwa cisza. Oficer patrzył jej prosto w oczy, przerażonym wzrokiem. Próbował coś z siebie wydusić, lecz coś jakby go blokowało... Wiedział już że była gotowa sięgnąć po swój sztylet i wbić mu go w szyje, lecz się powstrzymywała. Pośpiesznie jej sierżant złapał ją za rękę i krzyczał:
    -Pani puść go! Same problemy będą! Pani!
    Ze wściekłością wyrzuciła go na drugi koniec karczmy. Gdy powoli otrząsł się z kurzu z podłogi zawołał do swoich ludzi:
    -Dosyć tego. Kamraci, na nią!
    Po czym w pięciu rzucili się na Kniaziównę. Pierwszemu wybiła z 3 zęby, a kolejnego przebiła mieczem na wylot. Trzeci zaś, najsilniejszy z nich wszystkich, wytrącił jej miecz z ręki, chwycił za gardło i zaniósł pod ścianę, coraz mocniej ją zaciskając. Wtem, przez jego głowę przeleciała kula którą wystrzelił jej sierżant. Ocknąwszy się, złapała trupa i rzuciła w czwartego napastnika. Ten zaskoczony, kompletnie na to nieprzygotowany, przewrócił się na stół i potrzaskał szklany kielich, na który się potem przewrócił głową i poranił sobie oko.
    Piątego złapał sierżant, wyrwał mu broń i przewrócił na ziemię. Nie chciał go zabijać, wiedział że oboje są już w niezłych tarapatach, i tyle im zupełnie wystarczy.
    To wszystko działo się tak szybko, że Marta nie zdążyła na czas wezwać nikogo by powstrzymać obie strony walczących. Działo się to szybko, o wiele za szybko.
    Oficer zamurowany tym czego właśnie był świadkiem spojrzał na Margo, która zaraz podbiegła w jego kierunku.
    -Pani, proszę, nie rób ni-iii...
    Chwyciła go, uderzyła w twarz pięścią i rzuciła o ścianę.
    W tym czasie do karczmy wparował zaalarmowany Pułkownik Liechtenstaun z 20 dwurękimi.
    -Pułkownik Liechtenstaun! Natychmiast przestać!
    Nic to nie dało. Oficer otrzymywał kolejne ciosy i kolejne, aż oddział musiał działać. W 4 złapali Margo i ledwo obezwładnili. Wpadła w szał i chciała zemsty. Za tą zniewagę.
    -Puśćcie mnie wy głupi!
    -Chwila, to przecież pani Margo. Przyprowadźcie ją tutaj ale nic nie róbcie! - Pułkowniku, każ mnie puścić. Ten łajdak musi za to zapłacić. Słyszysz? Zapłacisz mi za to, tu i teraz! Ty śmieciu jeden!
    Próbowała się bardziej wyrywać, na nic gdyż ostatecznie cały oddział musiał ją pilnować. Oddział 20 dwurękich, legendarnych żołnierzy znanych ze swej siły i zwinności, ledwo dawało radę... Utrzymać jedną kobietę.


    40 minut później, po wyjaśnieniu całej sprawy, oficer podszedł do Margo siedzącej przed zamkiem:
    -Pani, wybacz mi, z serca cię przepraszam. Ja... Ja za dużo wypiłem. Nie chowaj do mnie urazy o to. Dostałem za swoje, tylko popatrz na moją twarz. Pół roku będę tak wyglądał...
    -Posłuchaj no ty mnie ty psie jeden. Jesteś łajdak i bydlak. A teraz precz!
    W jej głosie była sama wrogość i nienawiść. Zaprawdę wzięła to do siebie i wciąż była rozgniewana.
    Tłum który rozchodził się, patrzał na Kniaziównę z podziwem. Dawno, a może i nigdy, żaden przybysz spoza tej krainy nie zachował się w podobny sposób. Nikt nie odważył się w jej obecności powiedzieć choćby słowa, każdy się bał.
    Oficer który wrócił na moment do zamku, wyszedł z Liechtenstaunem. Zanim odszedł, zatrzymał go oddział Margo:
    -Słuchaj no ty, weźmiesz rannych, i opowiesz jak było. Ty nas zaatakowałeś, a my się broniliśmy, jasne?
    -T-t-tak. Tak było. T-tak powiem. Ju-ju-już idę...
    Po czym wsiadł na pożyczonego konia i popędził do Minos.
    Liechtenstaun podszedł powoli do Margo i z przykrym głosem powiedział jej:
    -Muszę gnać za nim by to generałowi wyjaśnić. Nie odjedziesz stąd dopóki generał nie zadecyduje o tym co z tobą będzie. Ale nie martw się, wstawię się za tobą, a on powie prawdę, tak jak było, dobrze?
    -Dobrze...
    -Pani, podziwiam panią za tą odwagę i śmiałość. Niemniej, zabiła pani 2 naszych żołnierzy a jednego pozbawiła oka. Wierzę że w obronie, na co mam dodatkowo świadków, ale, niech się pani nie gniewa na mnie, ale kobiety nie powinny chwytać za miecz i plamić swoich pięknych dłoni krwią.
    Nic nie odpowiedziała. Siedziała zmartwiona, rozgniewana, zmieszana. Taka jaka była zazwyczaj. Długo myślała o tym, co będzie dalej.


    3 godziny później, Minos.
    -Zaprawdę ufam wam pułkowniku, oficerze Marty z Magdodu, ale nie mogę ci dać żadnego zaszczytu do wyjaśnienia tej sprawy. Przykro mi.
    -Ale, panie Generale! Mówię jak było! Potwierdzi to ten o to pan Liechtenstaun.
    -Tak było Generale. Ta smarkata dziewka rzuciła się na niego bez powodu, prawdopodobnie z pijaństwa. A czemu inni temu zaprzeczają to nie wiem. Pewnie postawiła im kolejkę jakiś pomyj i będą ją teraz bronić.
    -Jak mówiłem, nic nie zrobię z tym, bo nie mogę.
    -A by cie szlak! Hggf! - Cholera, dlaczego ja to powiedziałem??? - Przeszło przez myśl oficera - Już po mnie, już po mnie... A w sumie, wszystko mi jedno co się stanie, wygadam im wszystkim, tu i teraz!
    Generał Magnus powstał i podszedł do niego:
    -Pułkowniku Kisiel! - Nachyliwszy się do niego kontynuował – Proszę nie zapominać, gdzie pana miejsce. I by pana piękna posada, wioska i armia nie zniknęła.
    -Ja tu panie Generale o dobro naszej krainy się staram, a nie o złoto! Ja cenie sobie powagę naszej krainy. My jesteśmy armią z państwem, nie odwrotnie. Ale wy zamiast dbać o jej dobro, chcecie tylko złoto! Jak WY WSZYSCY tu obecni! My, możemy podbić świat i mieć wszystko! Nawet te zasrane, śmierdzące złoto! Zasraną siłę roboczą! Cały pieprzony świat! Ale nie! Lepiej siedzieć, nic nie robić, machnąć łapą by przynieśli kufer złota i koniec! Na tym się kończy mój Panie. Mam tego od dawna dość! Nie możemy tak żyć! Prędzej czy później, wtargnie tu armia Calradyjska, TAK, i ona nas pokona! Nie pokonali nas Nordowie, bośmy bez tego Generała u władzy żyliśmy. Teraz jakieś zacofane małpy nas podbiją! Tak, dobrze słyszycie! Tak, dokładnie tak! Żadne złoto, srebro, diament czy też czarni niewolnicy których sprowadzacie nic nie pomogą! Nie, jeśli jakiś... BARAN nami rządzi! Wybacz mi mój panie, ale nie wytrzymałem. Dusiłem to w sobie. Musisz poznać co o tobie szepczą... Szepczemy po kątach!
    Po tej przemowie, Generał zamurowany, zwróciwszy się w stronę obecnych wojskowych zapytał:
    -No i co wy na to?
    Pułkownik z Nigdee zaczął pierwszy:
    -Panie, jeśli zniewaga, słabość i... Hańba, albo wojna, to oczywista oczywistość.
    -Tak jest! Wojna!
    -Wojna!
    -Wojna?!
    -Wojna!?
    -Wojna!
    -Milczeć! - przerwał Pułkownik Kisiel – Dosyć! Nie wojna! Niee, NIE ZŁOTO, musimy tam wyruszyć, do Geroi, do samego króla Emanuosa. To przecież jego poddana! Musimy wyruszać, teraz, najlepiej... Na czele armii. Jeśli negocjacje zawiodą, to zrobimy im tam bałaganik! Albo, zdobędziemy od razu Geroię! NIE WOLNO NAM tolerować takich aktów prowokacji. Rozumiecie? NIE WOLNO. Ale nie wolno też bezmyślnie rzucać rozkazu o treści: „Atak!!!” jasne? Ci, co zginęli, to byli moi zasłużeni żołnierze. Zasłużeni, mający rodziny. Co mam im powiedzieć? No słucham panów? - Udając że się wsłuchuje, czekał aż ktoś coś powie.
    W końcu po długim milczeniu Liechtenstein zaczął:
    -Generale, błagam. Zrób coś, co jeśli to nieudane prowokacje... Albo szpieg? Po co tu przybyła? No po co? Ha, a może i gorzej. Może zamach na waszą miłość uczynić i okup...
    -Dosyć! - Przerwał generał – Dość tych bzdur!
    Radny króla odezwał się:
    -Panie, to nie bzdury, to poważna sprawa. Co jeśli Nordowie nas chcą... Zaatakować? I współpracują z tymi Geroianami? Pamięta każdy chyba, co się stało w 1298r...
    -Tak, nie przypominaj kanclerzu.
    Po chwili myślenia, dokończył:
    -Dobrze, panowie, wyjazd, na czele armii, zdolnej sforsować każdy śmierdzący zamek i cytadelę! Co wy na to?
    Słychać było już tylko okrzyki wiwat na cześć Magnusa, których nie słychać było w zasadzie to nigdy.
    -Milczeć! Cicho! - Po chwili kontynuował – Ale jakże chcecie wysunąć takie oskarżenie, jak nie mamy ani dowodów, ani chociażby świadków! Mogliście ją Liechtenstaun zatrzymać i przyprowadzić tutaj przecież?
    -W zasadzie – zaczął Liechtenstaun – to sam pan zmienił jedno z praw, na mocy którego nie można aresztować nikogo kto działał w obronie własnej lub kogoś i nie ma dowodów na to że było inaczej. A są właśnie świadkowie którzy tylko potwierdzają jej wersje...
    -A nie mogłeś jej po prostu przyprowadzić? Skoro wyrywała się tylu naszym żołnierzom to mogłeś ją uznać za niebezpieczną dla otoczenia.
    -Tak, ale nie miałem do tego głowy...
    -Ahh, ginęli nasi ludzie a ty nie miałeś głowy by wykombinować jak ją złapać?!
    Liechtenstaun czuł, że zaczyna plątać się w swoich kłamstwach. Kontynuował jednak:
    -To działo się zbyt szybko panie, musisz mi uwierzyć...
    Generał podejrzliwie na niego spoglądał. Nie powiedział do niego już nic i zaczął coś konsultować z radą.


    Przed kwaterą Magnusa na Liechtenstauna czekał już oficer i nerwowo zaczął do niego mówić:
    -No i co? Co teraz? Generał może i jest osłem, ale nawet osioł dostrzeże rzeczy oczywiste...
    -Do cholery z tobą – Przerwał mu Liechtenstaun – 10kg srebra za takie zeznania? Ooo nie, gdyby nie to że mi się to opłaca powiedziałbym jak było, boś jest łotr i śmierdząca gnida. Dawaj no mi 20kg, i nie srebra. A złota. Twoje srebro nie jest warte tego co ryzykuje działając na twoją korzyść!
    -Dobrze, jutro je dostaniesz. A teraz się zamknij i słuchaj. Weź to, i daj potajemnie generałowi, najlepiej jak będziecie w cztery oczy. Wykradłeś to w słusznej sprawie jasne? Jasne? Słyszysz mnie?
    -Tak! Słysze! Dawaj to i idź już stąd!
    -A spróbuj tylko nie zrobić tak jak ci kazałem. Nie ty za to zapłacisz, a ktoś zupełnie inny.
    Oficer z szyderczym uśmiechem odszedł od Liechtenstauna i zostawił go samego. Pułkownik rozmyślał, czy to jest warte takiej małej sumy pieniędzy? Niby nie, ale jego sytuacja jest nagła i nie ma wyjścia. A żeby tego zdrajce szlak na drodze trafił za to co dziś zrobił! Niech ktoś nas zabierze znad tej przepaści nad którą wisimy.

    *Koniec części I*
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Skarbnik

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 596
    • Piwa: 29
    • Płeć: Mężczyzna
    • Kończ waść, wstydu oszczędź.
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #8 dnia: Czerwca 26, 2013, 13:16:59 »
    Zauważyłem parę błędów np. piszę się huskarli, sporo powtórzeń, opowiadanie nie powala na kolana. Na twoim miejscu zrezygnowałbym z pisania książek o fantastyce. Może napisz o łupieżczych wyprawach wikingów? Paryż, klasztor Lindisfaerne, Pomorze o takich miejscach można pisać. Calradia to kraina niezbyt ciekawa, ale jak chcesz. Pieśń duńczyków o Walhalli ahh na Młot Thora!
    Nie przywiązuj się do nikogo, kogo w razie wpadki nie porzucisz w ciągu 30 sekund. - Neil McCauley

    Offline Rapodegustator

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 1334
    • Piwa: -38
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #9 dnia: Czerwca 26, 2013, 13:19:55 »
    Olaboga jakiej fantastyce?
    Zeby osiagnac rzeczy trudne potrzeba czasu. Zeby osiagnac rzeczy niemozliwe potrzeba go troche wiecej.

    Offline Skarbnik

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 596
    • Piwa: 29
    • Płeć: Mężczyzna
    • Kończ waść, wstydu oszczędź.
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #10 dnia: Czerwca 26, 2013, 14:39:32 »
    Jeśli akcja dzieje się w wymyślonej krainie, to jest to powieść fantastyczna. A dialogi jakoś zupełnie mi nie pasują do klimatu. Krótkie i takie nierozbudowane - nie wymądrzam się, ale po prostu udzielam Ci rady.

    Edit: No dobra przepraszam, Twój utwór należy do fikcji. Do fantastyki jeszcze brakuje więc przepraszam za błąd.
    « Ostatnia zmiana: Czerwca 26, 2013, 20:49:40 wysłana przez Skarbnik »
    Nie przywiązuj się do nikogo, kogo w razie wpadki nie porzucisz w ciągu 30 sekund. - Neil McCauley

    Offline Trebron2009

    • 2009
    • Użytkownik
    • Wiadomości: 2166
    • Piwa: 353
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Zmierzch Calradii...
    « Odpowiedź #11 dnia: Czerwca 27, 2013, 10:08:31 »
    Szczerze - to trochę nudne i dość infantylne historie. Widać, że zbyt starasz się wzorować na najpopularniejszym fantasy. Cała opowieść jest odrobinę naiwna + wojownicze kobiety, fuj.