Rozdział I.
Było to 13 września, gdy trzech zbrojnych i emisariusz króla Harlausa podążali drogą wiodącą do Reyvadin, stolicy królestwa Vaegirów. Piaszczysta droga pośród deszczu wydawała się coraz trudniejsza do pokonania. Dlatego emisariusz postanowił się zatrzymać w pobliskiej wsi, Ayyike, z której było widać już zarys murów w Reyvadin. Wioska nie wyglądała na zamożną, ale było widać, że mieszkańcy są szczęśliwi. Tak by się wydawało tylko z pozoru. W rzeczywistości, była to wioska jak każde inne, ale tegoroczne zbiory widocznie były udane, co jest niezwykle rzadkie w tych okolicach.
Za zgodą sołtysa, który natychmiast po ich zauważeniu kazał ich zatrzymać, wstąpili do małej gospody i zasiadłszy przy stole, jeden ze zbrojnych imieniem Dawid, bardziej znany jako "Delor" zawołał do karczmarza o 4 dzbany miodu. Nie wiadomo tak naprawdę skąd wzięło się jego przezwisko, i dlaczego wydawało się być według niektórych dziwnym. Jedna z wielu plotek mówi, że został tak nazwany przez swojego kolegę, cudzoziemca, gdy ten potajemnie wymknął się w czasie trwającego polowania, zorganizowanego w ramach obowiązkowego szkolenia. Miał wtedy 12 lat, i tylko jemu, bo długich naleganiach, powiedział czemu się wymknął. Nie wiadomo czemu, ale wiadomo, że od tej sytuacji został tak nazwany.
W każdym razie, karczmarz zdawał się być w dobrym nastroju, a nawet czymś uradowany. Na jego twarzy widocznie było widać, że jest z czegoś zadowolony. Przyniósł 4 dzbany miodu, po czym wrócił do następnego klienta. Po wypiciu dzbana miodu, emisariusz zwrócił się do swoich ochroniarzy:
-Ci ludzie to mają tu lepiej, niż my służąc Harlausowi.
Na co Delor, z lekkim zdziwieniem odparł:
-Po co to porównanie?
-A po to, że muszę codziennie wysłuchiwać, jak to on wiele zrobił dla nas. Jak to winienem być mu wdzięczny, że wyciągnął mnie z domu, gdy moja żona wpadła w panikę, a dzieci płakały i krzyczały, nie wiedząc co się dzieje...
-A masz gorzej, niż jak trupy sprzątałeś?
-Wolałbym poświęcić życie na coś innego. Mówiłem o tym królowi, po czym kazał mnie wychłostać, i prawie tydzień nie ruszałem się z bólu.
-Daj spokój - odparł Kharl, trzeci zbrojny- ty naprawdę myślisz, że jak pójdziesz przez góry, pośród tych dzikusów, to połowę drogi przejdziesz, do tej krainy co to pewnie nawet nie istnieje?
-To jest tak niedorzeczne - dodał Delor - że chcesz zrobić coś tak głupiego, porzucając służbę u króla.
-Pokaże ci coś - emisariusz zdjął bluzę, i wskazał miejsce nad piersią, gdzie została mu blizna - tak mnie załatwił jeden z tych dzikusów u Dustum Khana, gdy poszedłem i przekazałem im list od Harlausa. Boli mnie to od 5 lat, i nie zapowiada się, by przestało.
Zapadł moment ciszy. Zbrojni nie wierzyli własnym oczom, jak można być przeciwieństwem człowieka. Próbowali wgapić się w resztki ich miodu, i je dokończyć by móc ruszyć dalej, ale myśl o tym, co ujrzeli przed chwilą, totalnie ich zamurowała.
Po 15 minutach ruszyli dalej w drogę. Delorowi nie dawała spokoju rana, którą niedawno ujrzał. Zastanawiał się, co mogło się stać 2 lata temu, gdy Khengieci w liczbie 20 rozgromili ich 100 osobowy oddział pieszy, za czasów gdy jeszcze był piechurem. W końcowej fazie bitwy został ranny, lecz postawa 10 ostatnich żołnierzy sprawiła, że 10 Khengietów uciekło, porzucając nawet złoto zagrabione z jednej z wsi Swadiańskiej. Gdyby ich nie powstrzymali, to ten mały oddział prawdopodobnie schwytał by go, i dokonał takich okrucieństw, na które myśl przechodzą go ciarki. Ocknąwszy się jednak z jego namysłów, nakierował swoją głowę na północ, kierunek w którym zmierzali.
Jelbegi. Greahtr, radny króla Ragnara, odwiedzał właśnie swoją rodzinną wioskę. Wspominał dawne lata jego dzieciństwa, gdy 30 lat temu, nie było tu kanalizacji. Pomysł ten przybył prawdopodobnie z Geroi, już pół wieku temu, lecz wprowadzenie go zajmowało zbyt dużo środków, według Jarlów, którzy te pieniądze przepijali, bądź inwestowali w coś innego. W każdym razie, był rad że jego rodzinna miejscowość jest zaopatrzona w coś tak wspaniałego. Tak naprawdę, nigdy czegoś takiego nie widział. Mówiło się, że nie było tu żadnej zarazy od 20 lat! Skąd takie cuda - pomyślał - toż to wspaniale! Że też za moich czasów nie było tego, bym takie tu nowości zrobił ooo! Bylebym tylko wiedział... Los mi dopomógł żem radnym króla, i to osobistym, ale on bardzo stary, 70 wiosen za sobą, pewnie ducha wyzionie niedługo, a ja zostanę wyrzucony. Ehhh, oby nie...
Wtem, usłyszał kroki, jakby marsz jakiegoś oddziału. Nie inaczej, to był Jarl Olaf i jego oddział. Widać, że 30 Hursakli za nim idzie, i tu zaczął się niepokoić. Po cholerę mu ten oddział? Czyżby gwałt tu chciał uczynić? Te myśli przebijały się przez głowę Greahtra. Jego czoło zmarszczyło się pod wpływem gniewu którego doznał na skutek jego myśli, ale także pod wpływem strachu. Wydawało mu się, jakby jeden z Hursakli spoglądał na niego swoim szyderczym wyrazem twarzy. Sam bowiem nie dałby rady 3 hursaklom w boju, może i na treningu tak, ale nie teraz, nie teraz. Postanowił czekać i zobaczyć co się dalej stanie. No szlak! A jeśli to już się zaczyna? A jeśli już trwają przygotowania i gromadzą żywność? Któryś z wieśniaków nie odda zboża, wyrżną wszystkich! Słyszałem rozkazy Ragnara miesiąc temu, gdy do wojny strategie obmyślał. Kazał swoim Jarlom konfiskować żywność bez względu na wszystko. A jeśli zaprotestują... To wyrżnąć w pień.
To wszystko wydaje się takie nielogiczne, tak nie trzymające się kupy, a jednak takie są rozkazy. O cholera! - z przerażeniem szepnął do siebie Greahtr - po co oni z nimi gadać wyszli? Bogowie, miejcie ich w opiece!
Sołtys, stojący przed Jarlem, zaczął:
-Witamy was serdecznie! Czego wam trzeba?
-Nie zgrywaj głupiego głupi wieśniaku. - zaczął łagodnym tonem Olaf - Wiesz po co tu jesteśmy...
-To już się zaczyna? - Jarl Olaf złapał go gwałtownie za gardło i uniósł do góry - Zamknij się... Wiesz, że ściany mają uszy. Ale jak chcesz wiedzieć, to jeszcze nie.
Uff, a więc jeszcze czas spokoju - powiedział do siebie szeptem Greahtr - więc po co tu przyleźli?
Jeden z hursaklów powiedział do swojego pana:
-Panie, puść go, to zwykły głupiec jakich wiele. Nie można od nich wymagać za dużo.
Po czym Jarl Olaf niechętnie go puścił. Sołtys łapczywie zaczerpnął powietrza i odpowiedział szybko - Panie! O panie błagam, na boga się klnę, nie widziałem nikogo oprócz was, żeby ktoś przyjechał do wioski!
O cholera - znowu do siebie szepnął - to chyba nie po mnie! Zaczął się zastanawiać, czego od niego mogą chcieć. Może, może ktoś się dowiedział? Jeśli tak, niech bogowie mają mnie w opiece. Po tych myślach usłyszał, że Nordowie rozproszą się po wiosce i będą go szukać. Bez namysłu, czmychnął do drugiego domku, i ukrył się za kominem, bowiem było tam tak ciemno, że dawało mu szansę być niezauważonym. Sam dom był zwyczajny, ten jednak miał coś w sobie... Innego, a jednak nie bardzo się wyróżniał.
Zmówił modlitwę, po czym usłyszał kroki, coraz głośniejsze, zmierzające w stronę tej chaty...
W Aquarrguia, stolicy Geroi, życie toczyło się lepiej niż można sobie wyobrazić. Ludzie tamtejsi byli szczęśliwi, pracowici i ogólnie zadowoleni z życia, w związku z czym do pracy chodzili zawsze radośnie, pozytywnie nastawieni. Co było dość dziwne, ponieważ bogactwo miasta było na raczej średnim poziomie. Mimo to, coś zachęcało ich do tego. Może zamiłowanie do ojczyzny? Wiadomo, że praca to bardzo ważna rzecz, no ale też trudna, i nie raz żmudna, monotonna i niesamowicie nudna. To wszystko wywołało, że w Geroi technologia, zarówna militarna, jak i ekonomiczna, była rozwijana w zastraszającym tempie. Liczba wszystkich mieszkańców tej krainy, położonej niedaleko Calradii, wynosiła ok. 700 000 mieszkańców, z czego 20 tysięcy pełniło służbę wojskową. To sprawiało, że wielu władców sąsiednich krain, jak np. Król Ragnar, bądź też niektóre klany w sąsiedniej krainie najemników, jak np. "Strażnicy Słonia", bądź też "Konkwistadorzy" zazdrościły szczęście ich mieszkańców. Klany wymienione są podzielone w owej krainie ze względu na taktykę walki, uzbrojenie itp. To jednak nie Calradia. Władzę sprawuje tam jeden władca, niejaki Generał Magnus, jednocześnie przywódca klanu "Armii Ciemności". Reszta klanów jest jego, o ile można to tak nazwać, wasalami, bowiem pieniądze wracają do Generała, a wojska idące na służbę idą od niego.
Kraina ta ma również dumnych mieszkańców, i praktycznie, jako jedyna jest potężniejsza od królestwa Nordów. Wiele lat temu, w czasie 1 próby inwazji na "krainę najemników", "dom najemników" etc. w roku 1298, Ragnar wysłał od strony morza 5 000 okrętów Nordyckich, a od strony Geroi, 300 000 własnych żołnierzy, wspieranych 8 000 elitarnymi żołnierzami Geroiańskimi. Bitwę morską Nordowie przegrali niszcząc jedynie 20 okrętów "Kompanii Jarlów" oraz 12 okrętów "Konkwistadorów" tracąc przy tym wszystkie swoje. Bowiem technologia w tej krainie jest na zadziwiająco wysokim poziomie, wyższym od Geroi, jednakże szybki rozwój jest niemożliwy, jako iż brakuje rąk do pracy. Co nie oznacza, że nie rozwija się kompletnie. Wracając do tematu inwazji, od strony lądowej również Nordowie ponieśli druzgocącą klęskę. Najemnicy bowiem zastosowali taktykę godną podziwu. Wykorzystując 15 trebuszy, odwrócili uwagę Geroiańskich żołnierzy, najlepszych spośród wszystkich tamtejszych. Zostali zaatakowani z zaskoczenia pod dowództwem Anny z Magdodu, przywódczyni "Hostii Węża". Ciężka piechota uzbrojona jedynie w dwuręczne miecze, skąd ich potoczna nazwa "Zweihanders" co w przetłumaczeniu z tamtejszego języka oznacza "Dwuręki". Byli nadzwyczaj zwinni i silni. Po przebiciu się przez pierwszą linię wroga, reszta wojska spanikowała, słychać było krzyki i błagania o litość, mimo to oddziały Anny dogoniły Geroiańskich żołnierzy i wycięły. Prawdopodobnie do Geroi wróciło tylko 20 uciekinierów. Tym sposobem, do walki przybyło 8 000 najemników z Minos, stolicy i posiadłości obecnie Magnusa, wcześniej rodziny Hanhonsów, uzbrojonych w kopie i wielostrzałowe kusze, będące jednak wynalazkiem Geroianów. Dalsza część bitwy było wielokrotnie fałszowana przez obserwatorów tej 3 dniowej bitwy. Uczestnicy twierdzili, że straty po stronie najemników wyniosły jedynie 200 ludzi, co było niemożliwe - według wielu - czy tak było naprawdę to niestety nie wie nikt.
Po tych bitwach, najemnicy zorganizowali odwet. Zebrali 5 000 żołnierzy, i uderzyli na Geroię, pustosząc 3 wielkie miasta. Straty były dla nich niewielkie, bowiem nie wróciło tylko 1 000 żołnierzy. Po tych wydarzeniach, by uniknąć zdobycia stolicy Geroi do której najemników dzieliło ledwie kilka miast, został zawarty rozejm. Miejsce miała również kolejna inwazja, a raczej jej próba, rok później, zakończona klęską Nordów pozbawionych wsparcia Geroiańskich żołnierzy, a 3 lata potem kolejna próba, nierozstrzygnięta. Łącznie życie straciło 8 000 000 osób, w tym 1 milion osadników na innych kontynentach, do których w ramach odwetu popłynęła Kira, przywódczyni "Strażników Słonia". Po tych wydarzeniach, Nordowie zaniechali ataków na potężną krainę najemników, a zawiązali umowy najemnicze. W rzeczywistości, najemnicy oddają się każdemu kto dobrze zapłaci, i z tego wynika, że kto ma więcej złota czy też srebra, ten ma władzę.
Ale czy mowa tu o zdobyciu świata? Czy tak to się skończy? Cały świat, zjednoczony? Fantazje - czy może prawda?
Zastanawiając się nad tymi pytaniami, "Kniaziówna" Margo, wyruszyła z Aquarrguia do krainy najemników. Po co tam jedzie? Sama zadała sobie to samo pytanie. Dziwne było, że pośród tak szczęśliwych ludzi, ona była... Taka zwyczajna. A była Kniaziówną. Tytuł ten u Geroian znaczy tyle, że jest to osoba zasłużona, nie tylko jako żołnierz, ale także polityk. Za jej sprawą bowiem przeprowadzono wiele reform gospodarczych, i jedną militarną. Jest to oczywiście w dużym skrócie lista jej zasług dla ojczyzny słowami króla i jego wasali. Margo była kobietą z natury spokojną. Miała zielone oczy, wyglądała na dobrze zbudowaną i silną kobietę. W młodym wieku wyglądała jak zwykła, niewyróżniająca się niczym specjalnym dziewka, jednak 2 lata później, zaciągnęła się do wojska. Kapitan u którego była w oddziale był zadziwiony jej talentem żołnierskim oraz charakterem. Bowiem twardo stawiało na swoim, dodając przy tym swoje słowa: "Tylko głupi ustępuje". O dziwo, z tych słów zasłynęła najbardziej, i po potwierdzeniu ich swoimi argumentami przed jednym z oficerów królewskich, została zaproszona do króla jako gość specjalny na ucztę, a następnie na polowanie. Król nie skrywał swojego podziwu jakim obdarzał Margo, i mianował ją Kniaziówną za naleganiami swojego syna, który liczył na poślubienie tej wyjątkowej damy.