Z polskich dowódców, o których wiele nie wiem, lubię generała Stanisława Maczka, był to jeden z niewielu przykładów, jak to Winston Churchill ujął w kontekście polskich lotników: "Gdy tak niewielu, zrobiło tak wiele, dla tak wielu." lub coś o podobnym znaczeniu :) Jego udział w bitwie pod Falaise uważam za znaczący. Dowódców wcześniejszych pominę, bo choć doceniam ich odwagę, to po wyparciu Husarii przez nową technologię staliśmy się trochę bezradni, ujmę to tak - skuteczność husarii ich rozleniwiła. Warto jeszcze wspomnieć, hmm, bohaterów amerykańskiej rewolucji, lub francuskiej (bleh) dominacji w północnych Włoszech, czyli Pułaskiego, Kościuszkę i Dąbrowskiego, a także dorzućmy Haller'a :>
P.S.
Heinz Guderian - ze względu na przełomowość jego taktyk.
Bernard Montgomery - za "ujarzmienie" Lisa Pustyni, wbrew obiegowej opinii o jego niższości wobec Rommla, który wedle mnie ze względu na szereg czynników był porównywalnym dowódcą. Typuję go również ze względu na szereg takich operacji jak bitwa pod Beda Fomm, choć Dwight Eisenhower przejął strategiczne dowództwo nad tym frontem, jego uważam za duchowego spadkobiercę takich akcji.
Pewien brytyjski major (nie pamiętam nazwiska, wstyd) - który jako jeden z niewielu dostrzegł potencjał komandosów i oddziałów specjalnych, wobec amerykańskiego "konserwatywnego" podejścia do wojny (prócz D. Eisenhower'a).
Harald Hardraada - czysty sentyment ze względu na jego wyszkolenie i legendę, która stworzył ze swoją bandą w Bizancjum, jako najemnik.
Carl Gustaf Mannerheim - za umiejętności strategiczne w budowaniu linii umocnień jego imienia w obliczu wojny z ZSRR.
Giorgij Żukow - ... ;) Romantyczny "wojownik".