Oto i kawałek drugiej części. Rozrosła mi się strasznie, więc wrzucę fragmentami:
Alex Mercer przykucnął na krawędzi trzydziestopiętrowego budynku i wyjrzał na dół. Cel, na który od trzech dni polował, wciąż był dla niego nieuchwytny. Jego oczy rejestrowały każdy szczegół widzianej z góry ulicy, jakby wszelkie wady i niedoróbki ludzkiego wzroku dla niego nie istniały.
Widział więc wyraźnie rozłożony na skrzyżowaniu tymczasowy punkt dowodzenia Czarnej Straży. Ustawione wzdłuż ulic opancerzone transportery piechoty i barykady stanowiły prowizoryczną, ale skuteczną barierę obronną. Żołnierze stali przy nich na warcie lub grupami patrolowali okolicę. W centrum stał czołg, a obok niego na kilku połączonych razem biurkach rozścielały się mapy i inne dokumenty, których mimo swego ulepszonego wzroku Alex nie był w stanie odczytać. Widział za to pochylającego się nad nimi oficera dowodzącego, słuchającego właśnie innego żołnierza, być może właśnie składającego raport.
Alex bił się myślami. To był już trzeci taki punkt, na jaki trafił, i w żadnym z pozostałych nie znalazł najmniejszych informacji o swoim celu. Szansa na to, że tym razem się uda, nie przedstawiała się więc zbyt wysoko, a ryzykował coraz bardziej. W poprzednich sztabach nie było ani czołgów, ani opancerzonych transporterów. Czarna Straż wprowadzała w pole ciężki sprzęt, a Alex nie miał najmniejszej ochoty sprawdzić, czy jego obecna forma wytrzyma taki ostrzał.
A przecież wystarczyło tylko podejść do dowódcy na odległość kroku i go wchłonąć. Jedna, mała rzecz, a przecież tak skomplikowana w swej prostocie. I wtedy przed oczami stanął mu wizerunek pierwszej osoby, którą wchłonął – żołnierza Czarnej Straży. W czasie potyczki w nocy, Mercer został ciężko ostrzelany z granatników i zmuszony do ucieczki.
Popędził więc na dach najbliższego budynku, wbiegając po pionowej ścianie, ale już na górze poczuł, że coś jest nie tak. Jego ciało zwykle samoistnie regenerowało wszelkie obrażenia w czasie niemal natychmiastowym, ale tym razem mała dziura w jego boku, ślad po wybuchu granatu, pozostał. Wirus oddziaływał na jego tkanki nerwowe, tłumiąc praktycznie uczucie bólu, ale wrażenie pozostawało.
Nie mógł tu zostać, Czarna Straż często wzywała śmigłowce bojowe. Przemieścił się więc kilka przecznic dalej, skacząc po dachach, i zjechał na dół w wąską uliczkę. Szorował ręką po ścianie, wyrywając cegły, ale spowalniając zjazd.
Już na dole, usiadł na ziemi, podpierając się plecami o ścianę między dwoma kontenerami. Poczuł dziwne zmęczenie, nagle ogarniające jego ciało. Przez chwilę walczył z opadającymi powiekami, po czym je zamknął.
Ocknął się nagle, słysząc jakiś hałas. Zobaczył światło latarki przechodzące od jednej do drugiej krawędzi uliczki. Słyszał zbliżające się kroki – ciężkie, żołnierskie buty.
Alex siedział nieruchomo. By go znaleźć, żołnierz musiałby zajrzeć między mały otwór między dwoma kontenerami. Spiął mięśnie i czekał, obserwując widoczną z jego miejsca smugę światła. Zobaczył żołnierza, który minął go bez zwłoki. Nie zauważył. Mercer upewnił się o tym po oddalającym się dźwięku jego kroków. I wtedy znów zobaczył światło, tym razem było go jednak zdecydowanie więcej. A więc ten jeden był tylko zwiadowcą. A pierwszy mijający go żołnierz zerknął akurat w małą lukę, w której się chował.
Alex widział, jak tamten otwiera usta do krzyku, ale nie zamierzał na to czekać. Zerwał się błyskawicznie i skoczył na niego, dosłownie miażdżąc go w rękach. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Z jego dłoni wyrosły maleńkie macki, które wpiły się w jego ofiarę.
Zdumiony obserwował, jak macki i jego własne ręce przysuwają go bliżej, jak z jego własnej klatki piersiowej, ramion… całego ciała wyłaniają się kolejne, wbijając się z mlaskiem w schwytanego mężczyznę, który zaczął się wprost rozmazywać w swej strukturze. Kiedy był już dostatecznie przemielony na coś, czego nie można nazwać ciałem stałym, macki przyciągnęły go jeszcze bliżej, a organizm Alexa otworzył się na to, co pozostało z ofiary i wchłonął to.
Cały proces trwał sekundy, a Mercer poczuł, że znów jest pełen energii. Zerknął przelotnie w dół tam, gdzie do niedawna wciąż był otwór po granatniku. Zniknął bez śladu.
I wtedy jego mózg został zalany setkami, tysiącami myśli i wspomnień. Obrazów. Zobaczył ubranego w białą koszulę, poważnego mężczyznę. Ojciec. Uśmiechnięta kobieta w letniej sukni, z kwiatami we włosach. Matka. Dom, ulubione danie, pies, dziewczyna, klasa, matura, punkt rekrutacyjny, kantyna…
Alex złapał się za głowę czując, jak przepływ informacji maleje. Przez jedną, małą chwilę, cała świadomość, wiedza, umiejętności i wspomnienia tamtego mężczyzny zostały do niego przepompowane. Nie wiedział kim jest, Alexem, czy nie? Czy jego matka nosiła kwiaty we włosach? Nie pamiętam swojej matki, uświadomił sobie. To dało mu oparcie, zaczął odgradzać własne wspomnienia od tamtych, tworzyć solidny mur.
Do rzeczywistości przywróciły go uderzające w jego ciało pociski, rozrywające ubranie i skórę. Wszelkie dziury zabliźniały się natychmiast, materiał odzieży odnawiał się. Zupełnie jak dawniej.
Uśmiechnął się kątem ust i chwycił za stojący obok kontener, zamaszystym ruchem posyłając go w atakującą grupę. Rozrzucił tych po bokach i zmiażdżył stojących w centrum.
Podniósł z ziemi jedną z pozostałych po jego zjeździe, wyrwanych ze ściany cegieł i posłał ją w strzelającego w niego zwiadowcę, który wcześniej go minął. Makabryczny krzyk wzbił się w powietrze, kiedy cegła rozbiła się o klatkę piersiową mężczyzny, gruchocząc żebra, rozbijając wnętrzności i posyłając go do tyłu.
Mercer nie spojrzał na podnoszących się już powoli, ale oszołomionych żołnierzy i wyskoczył kilkadziesiąt metrów w górę, czując euforię wywołaną powrotem sił. Wylądował twardo na jakimś dachu i wtedy zdał sobie sprawę, że zabił tego człowieka. Nie, to nie jest ten człowiek. Już nie, teraz był on jego częścią. Harry Ryan, urodzony trzeciego czerwca 1982 w stanie Waszyngton. Poznał całe jego życie, od najwcześniejszego wspomnienia, czerwonego konika, którego dostał od dziadka, aż do… Zobaczył to jego oczami.
Uczucie zmiażdżenia, kiedy Mercer przycisnął go do ściany i rozgniótł w rękach. Te macki, wczepiające się w jego ciało. Alex poczuł ten sam ból, który odczuwał tamten, zobaczył samego siebie, swoją własną zdumioną twarz. I ciemność.