Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: Nekromancja Praktyczna  (Przeczytany 2254 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Nekromancja Praktyczna
    « dnia: Stycznia 11, 2012, 21:22:19 »
    Ktoś tu całkiem niedawno prosił o jakieś opowiadanie na forum, bo dawno nie było niczego ciekawego. Więc oto ono, jeszcze dość ciepłe, z mojego skromnego warsztatu. Może jak go umieszcze w nowym miejscu to znajdą się chęci na napisanie kontynuacji, kto wie, hah. I przepraszam z góry za całkowity brak akapitów, ale nie mam pojęcia jak go dodać na tym forum. Enjoy:

       Zapadał zmierzch, pierwsze gwiazdy pojawiały się na niebie. Dzienne zwierzęta powoli ustępowały nocnym, zewsząd rozbrzmiewał rosnący w siłę chór świerszczy. Mieszkańcy wsi Skowroniec , znużeni całodniową pracą, wracali do domów lub, co zrobiła spora część z nich, odwiedzali małą karczmę. Bez wątpienia celem pokonwersowania, pośmiania się i ugaszenia narastającego przez cały dzień pragnienia. W dowolnej kolejności, względnie wszystko jednocześnie.
       Gospoda stojąca w centrum wioski wyglądała na dość biedną. Główna sala wystarczyła może na upchnięcie dwudziestki klientów, pod warunkiem, że część z nich będzie piła na stojąco. Było jednak czysto, pajęczyny nie walały się pod powałę, kurz nie zalegał na wszystkim. Rozpalony w kominku ogień hulał wesoło, oświetlając stojące najbliżej dwa zsunięte razem stoły. Siedziała przy nich reprezentacja wioskowej młodzieży, w liczbie pół tuzina chłopców i trzech dziewczyn w wystarczającym wieku, aby pić piwo, ale jeszcze za młodym, by mieć własne rodziny. Pozostałą część klienteli stawili dobrani w kilkuosobowe grupki mężczyźni, którzy wyglądali, jakby wypowiedzieli wojnę na wyniszczenie wszystkim trunkom świata, z twardym postanowieniem, że pokoju nigdy nie zawrą.
       Rozgadane i pijące towarzystwo nie zwróciło więc nawet uwagi na siedzącego w ciemnym kącie chłopaka,  dorównującego wiekiem młodzieńczej kampanii przy kominku. On sam też starał się  tej uwagi nie przyciągać. Pospiesznie jadł udko z kurczaka w sposób prosty, acz skuteczny, dzierżąc je oburącz i odrywane co jakiś czas kawałki dopełniając chlebem. Siedział przy tym odwrócony plecami do reszty towarzystwa, co nie przeszkadzało mu w rzucaniu co chwila ukradkowych spojrzeń na pozostałą część sali.
    Jeden z pijących na umór chłopów, tęgi i wąsaty moczymorda, właśnie osiągnął szczyt swoich możliwości i, żeby ktoś przypadkiem tego nie przeoczył, z donośnym hukiem zwalił się z zajmowanej przez siebie ławki.  Reszta obecnych, z towarzyszami nieszczęśnika na czele, skomentowała to głośnym śmiechem. Nikt więc nie patrzył na drzwi, przez którymi właśnie wkraczali zbrojni z przepaskami Straży Świątynnej na prawym ramieniu. Zauważył to jedynie młodzieniec, który niezwłocznie jeszcze bardziej wcisnął się w otaczającą go ciemność.
       Dopiero gdy trzeci i zarazem ostatni z wchodzących z trzaskiem zamknął za sobą drzwi, uwaga gawędzi skupiła się na nowoprzybyłych. Ucichły rozmowy, radosna atmosfera prysła w mgnieniu oka.
    Prowadzący strażników mężczyzna rozsiadł się za najbliższym stołem, gestem wzywając do siebie karczmarza. Ten ostatni zjawił się wręcz w podskokach, śmiało mogących iść w zawody z sarnimi, przecząc jednocześnie wszelkim mniemaniom o typowej ponoć dla ludzi otyłych opieszałości. Grube paluchy nerwowo wycierał w szmatę, pochylając się nad wzywającym go mężczyzną.
       Siedzący w kącie chłopak nie mógł dosłyszeć, o czym mówią i właśnie w chwili, kiedy znów miał podnieść do ust swoje wciąż niedojedzone udko, karczmarz wyprostował się, odwrócił i pokazał palcem prosto na niego.
       - O, tam siedzi taki – dodał, jakby niepewny jasności uczynionego przed chwilą gestu.
       Młodzieniec zerwał się na równe nogi , upuszczając kurczaka na talerz i rzucił się nie do drzwi, które przecież były zablokowane przez tamtych. Zaczął mocować się z umieszczonym dwa kroki od niego oknem. Nie miał jednak wiele szczęścia. Gdy tylko stara okiennica puściła, jakaś ręka owinęła się wokół jego pasa i z mocą szarpnęła, skutkiem czego próbujący uciekać został unieruchomiony, a wkrótce posadzony przy ławce zajętej przez straż.
       - Proszę, proszę, proszę… kogóż my tu mamy, któż tu do nas wpadł, w nasze czułe i kochające ramiona. Sam Ravenmer, za którym, patrzcie państwo, zupełnym przypadkiem gonimy. Nie uleciałeś daleko, ptaszku.
       Dowódca zaśmiał się krótko, szczerząc pożółkłe zęby. Miał niesłychanie parszywą gębę, usianą krostami i zarośniętą. Patrząc na oblicza pozostałych, można by rzecz, że strategię awansu poprzez upodabnianie się do przełożonego mają opanowaną do perfekcji.
       - A ty czego tu jeszcze stoisz? – warknął na karczmarza młodszy z karierowiczów – W dyrdy do kuchni i naszykować jedzenie, wyciągaj co tam masz najlepszego.
       - I przy okazji przynieś też talerz tego ptaszka, tak szybko chciał ulecieć, że o jedzeniu zapomniał – wtrącił ze śmiechem ten starszy, bardziej nawet zarośnięty od zwierzchnika.
       - Tym bardziej, że tam, gdzie jedziemy, nieprędko go nakarmią – dodał ten ostatni.
       Właściciel zajazdu w pędy ruszył zrealizować zamówienie, zaszywając się w kuchni. Zamiast niego więc dziewka służebna przeniosła niedojedzonego kurczaka.
       - Jedz, jedz, Ravenmer – zachęcił dowódca, gdy tylko uszczypnięta w pośladek dziewczyna uciekła do kuchni. – Do Targeu daleka droga.
       Młodzieniec drżącymi rękoma podniósł do ust swoje udko, które, nawiasem mówiąc, zupełnie straciło dla niego smak. Zimny pot lał mu się plecach, wymyślał naprędce najróżniejsze, dzikie i fantastyczne wręcz fortele. Wszystko to jednak były mrzonki. Sztylet, który wyjął starszy z podkomendnych i używał do czyszczenia paznokci, wyraźnie mu mówił, że lepiej nie próbować. Siedzieć cicho, jeść i czekać. A przede wszystkim - nie dawać pozoru ani okazji, by go bili. Jak powszechnie było wiadomo, Straż Świątynna nie tylko miała ciężką rękę, ale również chętnie i często robiła z niej użytek.
       Ravenmer, co tu dużo mówić, lat miał dwadzieścia i zdążył się już przekonać o zasłużonej reputacji katów i okrutników, jakiej doczekała się straż. Kiedyś, jak zwykle zamyślony wałęsając się po mieście, zupełnym przypadkiem wpadł na idącego w przeciwnym kierunku kapłana. Blada twarz tego ostatniego w mig poczerwieniała z wściekłości, upodabniając się tym samym do nosa – czerwonego, ale od picia. Pech chciał, że kiedy Ravenmer zdał sobie sprawę z tego co zrobił i obrócił się, by zrobić stosowny użytek z nóg, znów na kogoś wpadł. W odróżnieniu od pierwszego wpadnięcia, kiedy to zderzył się z dość miękkim, płóciennym materiałem, tym razem był to twardy, skórzany kaftan. A ręce, które go pochwyciły wkrótce potem, do delikatnych również nie należały.
       Z zamyślenia młodzieńca wyrwał skrzyp kolejny raz już otwieranych drzwi. A do karczmy wszedł zwykły, najzwyklejszy dziad. Wyglądał po prostu jak łapserdak, taki, co to chodzi i żyje z tego, co mu bliźni w jałmużnie podarują. Częściej zresztą po to, aby wreszcie sobie poszedł, niźli z miłosierdzia.
       Podpierając się długim kijem, dokuśtykał do najbliższego stołu, tego, przy którym obozowała straż. Dopiero, gdy się zbliżył, Ravenmer zauważył, że dziadyga nie jest wcale taki stary. Myliły zgarbione plecy, włosy gęsto przeprószone siwizną, trzęsące się ręce i nogi, wreszcie kuśtykanie i podpieranie się kijem. Nie mógł mieć jednak więcej niż czwarty krzyżyk na karku. Dziad stanął przed dowódcą strażników, opierając się o swój kostur.
       - Niechaj łaska bogów nigdy was nie opuszcza – przemówił dość chrapliwie.
       - Czego? – warknął młodszy. – Poszedł won, stare próchno, zanim cię obijem.
       - Zostaw, Tavrik. – Machnął ręką dowódca. – Jak przyszedł to niech gada, może i co ciekawego z tego będzie.
       - Co tu dużo mówić, łaskawy panie. – Zaczął dziadyga, wciąż stojąc – Złe czasy nastały, bardzo złe.
       - Bo kiedyś były lepsze… - mruknął strażnik nazwany Tavrikiem.
       - Zostaw, mówiłem… a ty gadaj, stary, to może i jakaś nieobgryziona kość ci się dostanie.
       - Przeca mówię, ze złe czasy nastały. Bardzo, bardzo złe. – Jego słowa przybrały na sile, rozochocił się widocznie obiecaną nagrodą. – Hyrkańczycy panoszą się, coraz bardziej rozzuchwaleni, tylko patrzeć, jak sforsują wreszcie którąś z twierdz pogranicza, a wtedy biada nam, biada. Mówią, że dzicy to, nie ludzie. Z tygrysami się pono parzą, stąd taka w nich siła. Ludzie gadają, jakoby nawet jeździli na tych bestiach, niby na koniach! Oj, zaprawdę…
       - Co ty nam, dziadzie jeden, za pierdoły opowiadasz? – Znów nie wytrzymał młodszy – Na tygrysach jeżdżą? Rżną się z nimi? Co ty za…
       - Tavrik, psiamać, mówiłem ci coś. – Walnął w ręką stół dowódca – Idź lepiej do kuchni, zobacz, jak tam nasze żarcie.
       - A ty gadaj – rzucił do dziada, kiedy Tavrik wstał i odszedł, klnąc pod nosem zupełnie na przeciw temu, co głosi świątynia, której przecież był strażnikiem.
       Niespodziewanie dla wszystkich, może oprócz Ravenmera, który poznał się już na podstępie i tylko czekał sposobności, wędrowny łapserdak zaatakował. Szybkim ciosem kija posłał na podłogę dowódcę, w tym czasie Ravenmer trzasnął swoim talerzem w twarz zarośniętego i rzucił się do ucieczki za odwracającym się już Ryukiem. Rysy twarzy tego ostatniego zaczęły się już rozmazywać, zmieniając swój kształt na normalny. Również włosy w znacznej mierze stały się rude. A trzęsące się ręce i chwiejące się nogi zniknęły w mgnieniu oka.
       Nim któryś ze strażników zdążył się podnieść, obaj z Ryukiem byli już na zewnątrz. Trzasnęły zamknięte w biegu drzwi, a uciekinierzy dopadli koni przywiązanych nieopodal, zapewne należących właśnie do prześladowców.
       Chwalić odwieczne w straży olewactwo, pomyślał Ravenmer, bez problemu uwalniając niedbale przywiązanego wierzchowca. Obaj, z niedawnym staruszkiem na czele, wsadzili koniom pięty w słabizny i pomknęli w noc. Chłopak zdążył jeszcze kątem oka dostrzec wylatujących z karczmy mężczyzn, zanim porwał go galop.



    Edit: Akapity się jakoś dodało... ręcznie stawiając po trzy spacje, ech. Za brak półpauz też przepraszam, póki co ich nie bedzie, ale chyba jakoś przebolejecie.

    Offline Teblar

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 380
    • Piwa: 6
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #1 dnia: Stycznia 11, 2012, 22:46:35 »
    Na prawdę ciekawe! Chociaż jest kilka momentów zdecydowanie słabszych (głównie na początku) to sumując na prawdę sobrze to wypada :) No i ofc czekam na więciej ^^ Z tego początku da się całą kilkusetstronicową powieść zrobić.
      Mistrzostwa Świata 2012 Europejska Liga (ENL) 2012 Puchar Polski 2012 Puchar Polski 2013

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #2 dnia: Stycznia 12, 2012, 00:22:15 »
    A jakbyś mógł jeszcze napisać co konkretnie było słabsze, to byłoby już coś. Bo tak nie bardzo wiem na czym się skupić.

    Offline Teblar

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 380
    • Piwa: 6
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #3 dnia: Stycznia 12, 2012, 07:08:58 »
    Cytuj
    co zrobiła spora część z nich, odwiedzali małą
    karczmę.
    Cytuj
    W dowolnej kolejności, względnie
    wszystko jednocześnie.
    Cytuj
    wioskowej młodzieży, w liczbie pół
    tuzina chłopców i trzech dziewczyn w
    wystarczającym wieku, aby pić piwo, ale jeszcze za
    młodym, by mieć własne rodziny.
    Cytuj
    stawili dobrani w kilkuosobowe grupki
    mężczyźni, którzy wyglądali, jakby wypowiedzieli
    wojnę na wyniszczenie wszystkim trunkom świata,
    z twardym postanowieniem, że pokoju nigdy nie
    zawrą.

    to ostatnie jest bardzo fajne, jednak wymaga małej poprawki ''wojnę na wuniszczenie wszystkim trunkom świata'' bo może i jest to poprawnie, ale strasznie rzuca się w oczy. Reszta też do małej edycji
    « Ostatnia zmiana: Stycznia 12, 2012, 14:50:11 wysłana przez Teblar »
      Mistrzostwa Świata 2012 Europejska Liga (ENL) 2012 Puchar Polski 2012 Puchar Polski 2013

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #4 dnia: Stycznia 12, 2012, 07:13:33 »
    Dziękować, pomyślimy

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #5 dnia: Stycznia 12, 2012, 11:55:32 »
    Pięknie Mortis,w końcu ktoś podjął się pisania.Wychodzi Ci to lepiej ode mnie.nie rezygnuj tylko kontynuuj;)
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Solejók

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 507
    • Piwa: 6
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #6 dnia: Stycznia 12, 2012, 14:32:14 »
    Opowiadanie porządnie napisane, nie podoba mi się tylko jego temat. Ot, ukrywał się w karczmie, wpadł, przyszedł wybawca, uciekli. Przy tym z opisami ludzi i pomieszczenia, w którym się znajdowali. Zdecydowanie mógłbyś napisać coś ciekawszego, ale to nawet jak na taką tematykę wyszło ci dobrze. Na szczęście nie ma tutaj sztucznych, nieudanych wyrażeń, rodem od ludzi naśladujących Sapkowskiego czy innych pisarzy. Więcej!

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #7 dnia: Stycznia 12, 2012, 17:31:16 »
    To miał być w zamysle sam początek opowieści... która póki co ma dwa "rozdziały", ale ta akcja się ciągnie jak guma do rzucia. Generalnie zanim się tu coś zacznie dziać związanego z tytułem opowiadania to minie masa czasu. Póki co fragment numer dwa:

    Zwolnili dopiero po kilku stajach szalonej jazdy, pod koniec której Ravenmer zaczął się już poważnie obawiać o swoje klejnoty. W kroku bolało niemiłosiernie, ręce, ramiona i nogi opadały z sił. W końcu wstrzymali konie, a ponieważ nie dochodziły ich żadne odgłosy pogoni, ruszyli dalej bez zbytniego ponaglania wierzchowców.
    Wokół, jak okiem sięgnąć, panowała noc. Ravenmer ledwo widział jadącego obok niego Ryuka. Żaden z nich się nie odzywał.
    - Przepraszam… - bąknął w końcu chłopak.
    - Nie teraz, pogadamy rano – uciął ostro Ryuk. – Teraz musimy znaleźć się w małej chatce przy gościńcu, jaką widziałem gdzieś tu w drodze do wioski. Gdybyś nie uciekł, siedzielibyśmy w niej teraz i grzalibyśmy się przy ogniu… ach, nieważne, pogadamy rano.
    Ravenmer milczał. Nie chciał sprowokować swojego towarzysza, wolał zaczekać do rana, a nuż gniew mu przejdzie. Z tą poniekąd krzepiącą myślą posadził się wygodniej w siodle i zajął się pilnowaniem opadających powiek.
    - Halo, obudź się. To chyba tutaj… cholera, przeklęte ciemności.
    Ryuk szepnął coś pod nosem i w następnej sekundzie obaj musieli osłaniać oczy przed rażącym światłem. Znów dał się słyszeć szept magika, tym razem wyraźnie uformowany w przekleństwo i światło odrobinę przygasło. Mimo to, Ravenmer na przemian mrugał i ocierał załzawione oczy dobre kilka chwil, nim się przyzwyczaił. W końcu zobaczył małą kulę światła unoszącą się nad ręką jego towarzysza. Widział już to kilkakrotnie, jego nauczyciel lubił się popisywać. Tym razem chłopak miał zapytać, czemu przyzwał światło tak późno, gdy nagle Ryuk wskazał ręką przed siebie.
    - Ha, miałem rację. Patrz i podziwiaj, młodzieńcze, jak to wewnętrzny zmysł orientacji i wrodzone zdolności przetrwania pomagają w codziennym życiu.
    Ravenmer nie skomentował tego, wolał zająć się ponurą obserwacją stojącej przed nimi rudery. Wyglądała tak ubogo i krucho, że chłopak bał się, czy się nie zawali po tym jak otworzą drzwi. Zresztą z ich znalezieniem też może być problem, całą bowiem zabudowę pokrywał gęsty bluszcz.
    - Ta chata jak nic pamięta czasy Piussa Ślepego. Tu chyba są drzwi… a nie, pomyłka, to zarośnięte okno. – Ryuk zerknął na wciąż stojącego z końmi Ravenmera – Może byś się tak na coś przydał i znalazł te przeklęte drzwi, co?
    - Najpierw naucz mnie wyczarowywać światło.
    - Rączek Thos nie dał? Macaj a znajdziesz. Ja idę z prawej, ty z lewej. A jak się okaże, że były po twojej stronie, a nie znalazłeś, to oporządzasz też mojego konia.
       Chłopak zmielił w ustach komentarz na tę jawną niesprawiedliwość i zajął się intensywnym badaniem ściany. Na nic zdałyby się jego protesty, konia oporządzić będzie musiał nawet gdyby drzwi znajdowały się na dachu.
       - Dobra, chodź tu, znalazłem. – dosłyszał po chwili z drugiej strony budynku.
       Wnętrze okazało się być, nie przecząc przewidywaniom, kompletną ruderą. Rozpadające się łóżko, rozpruty w kilku miejscach fotel i palenisko stanowiły komplet umeblowania.
       - Dałeś jeść wierzchowcom? – zapytał Ryuk, ledwo zrzuciwszy podróżną torbę za próg. – Nie? To zrób to, dobry chłopcze. Przy okazji możesz też zająć się moim Ciapkiem, hm? Ja muszę, khm khm, jakoś urządzić to urocze miejsce.
       Ravenmer przewrócił oczami i wyszedł. Nie był zły, przywykł już do takiego traktowania. Oporządzenie koni, w całkowitych ciemnościach, nie było czynnością ani przyjemną, ani szybką. A w chacie, wbrew obietnicom Ryuka, nie zmieniło się nic a nic. Swego nauczyciela zastał leżącego na łóżku i zabawie wyczarowanym światłem. Latało to tu, to tam po całym pokoju, rzucając co i rusz zmieniające się cienie.
    - Zrobione.
    - Wspaniale. Usiądź, usiądź, drogi chłopcze, nie powinieneś się przemęczać.
       Ravenmerowi nie spodobał się przemiły ton Ryuka, ale nie skomentował tego. Przeczuwał najgorsze i wcale nie musiał czekać długo na potwierdzenie swych obaw.
       -  Czy nasza wizyta u starej Tess nie pomieszała ci czasem zmysłów? – zapytał ciepło nauczyciel .- Czy nie masz czasem zawrotów głowy? Nudności? Nie boli cię nic, hm?
       Młodzieniec, zrezygnowany, tylko pokręcił głową.
       - Nie? A więc nie rozumiem, drogi chłopcze, co ci nagle strzeliło do łba i kazało pojechać do tej przeklętej wioski – głos Ryuka tracił cukierkową otoczkę i nabierał ostrości w miarę, jak wyrzucał z siebie kolejne myśli. – Mówiłem ci setki razy: unikaj ludzi, unikaj. Oni cię nie rozumieją, będziesz dla nich albo obcym, albo w, razie bliższego poznania, odmieńcem. Wydadzą cię Straży bez mrugnięcia okiem, mówiłem ci. A wszystko to jak krew w piach, ty po prostu…
       Ravenmer przestał już słuchać. Wykład nabierał rozpędu i nic nie wskazywało, by miał się wkrótce skończyć. Mógł więc wyłączyć słuchanie i zająć się własnymi myślami, jednocześnie utrzymując skruszoną minę i od czasu do czasu kiwać głową. Wciąż odczuwał związany z pogonią strach i rozpamiętywał w myślach moment, w którym złapali go tamci. W głowie układał elokwentne odpowiedzi, które mógł wygłosić im prosto w twarz, albo wyobrażał sobie, że samodzielnie obezwładnia całą trójkę. Wychodzi wtedy spokojnie, żegnany tęsknymi, pełnymi uwielbienia spojrzeniami ze strony dziewczyn... Ostry głos Ryuka przywrócił go do rzeczywistości.
       - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
       - Hm? Tak, tak… mówiłeś właśnie jaki jestem głupi.
       Ryuk obrzucił go badawczym spojrzeniem, ale zaraz uśmiechnął się kącikiem ust.
       - Spryciarz, cały czas ci mówię o twojej głupocie. No ale nieważne, nie ma co sobie strzępić języka po próżnicy. Znajdź sobie jakiś ciepły kącik i kładź się spać.
       - A ty?
       - A ja, Ravenmerze, jako człowiek stary i strudzony, zadowolę się tym rozklekotanym łóżkiem.
    « Ostatnia zmiana: Stycznia 12, 2012, 20:05:10 wysłana przez Mortis »

    Offline Matim

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 833
    • Piwa: 54
    • Płeć: Mężczyzna
    • Matim loves you
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #8 dnia: Stycznia 12, 2012, 17:50:39 »
    Ja chcę zostać druidem i osiągnąć 40 lvl. Ma ktoś poradnik?

    Offline Gedbard

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 610
    • Piwa: 1
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #9 dnia: Stycznia 12, 2012, 20:51:55 »
    Zapowiada się nieźle, mam ochotę na więcej. Czy dobrze wyczuwam tu wpływy Gry o Tron? Twoi dzicy są jakby mieszanką dzikich zza muru i dothraków z tejże książki ;p A imię Ravenmar kojarzy mi się z Reinmarem vel Reynevanem z książek Sapkowskiego ;)

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #10 dnia: Stycznia 12, 2012, 22:48:49 »
    I dobrze ci się kojarzy. Ale ci dzicy są raczej pozostałościami po twórczości Roberta Howarda (Conan the Barbarian). Czy bedzie kontynuacja... nie obiecuje, ale spróbuje to ogarnąć.

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Odp: Nekromancja Praktyczna
    « Odpowiedź #11 dnia: Stycznia 17, 2012, 13:55:08 »
      To teraz tak dla odmiany bardziej dynamicznie :D Zrobiła się dziura między tymi częściami, którą może załatam... a może nie.

    Uwaga na wulgaryzmy [+18]

       Ravenmer wyszedł z siebie i stanął obok.
        - I to właśnie nazywamy postacią eteryczną – przemówił ustami na wpół przezroczystej postaci.
       Cała klasa wlepiała w niego wzrok. Niektórzy po prostu otwierali szeroko usta, inni wodzili spojrzeniami między jego nową, srebrzystą formą, a wciąż tkwiącym nieruchomo ciałem.
       - Napatrzyliście się już? – zapytał zimno. – Bo jeśli tak, to może łaskawie przejdziemy do ćwiczeń.
       Uczniowie, stojący pośrodku przestronnej, lekko dusznej komnaty, popatrzyli po sobie niepewnie. Ravenmer przewrócił oczami.
       - Tak samo jak wcześniej. Skupiacie się, koncentrując myśli na swoim celu. W tym przypadku musicie wyobrazić sobie, że stajecie się takimi duszkami. To jest, panowie i panie, magia elementarna, więc przestańcie się gapić i do roboty.
       Zanim jeszcze któryś z młodszych zdołał cokolwiek uczynić, drzwi od klasy uchyliły się lekko i ukazała się w nich twarz innego maga, długowłosego blondyna.
       - To pilne – rzekł krótko.
       - Ćwiczcie, dopóki nie wrócę. A kiedy to nastąpi, w tym pokoju ma być już co najmniej jedna projekcja – zastrzegł Ravenmer, kierując się do drzwi.
       Po wyjściu na korytarz, długi, oświetlony licznymi pochodniami i wyłożony dywanem, bez dalszej zwłoki odwrócił się do blondyna.
       - Set,  mam lekcję, o co chodzi?
       - To pilne – powtórzył tamten – wzywają cię na zebranie.
       - Nie mają kiedy robić zebrań…
       Razem ruszyli korytarzem, mijając kolejne klasy.
       - Dlaczego zawsze zaczynasz od projekcji eterycznej? Wiesz, że to dość trudne.
       - Nauczą się tego, nauczą się reszty. A cała trudność tego ćwiczenia leży w tym, by wyobrazić sobie swoją osobę w innej postaci, nic więcej.
       - No właśnie – podkreślił Set. Tak naprawdę nazywał się Setabendorten, ale praktycznie nikomu nie chciało się łamać języka na jego prawdziwym imieniu, szybko więc wymyślono bardziej praktyczny skrót. – Powinieneś zacząć od czegoś prostszego.
       - Ja ci nie mówię, jak masz nauczać. A teraz dowiedzmy się, o co tyle szumu…
       Ravenmer otworzył znajdujące się na końcu korytarza drzwi i po krótkiej wspinaczce po schodach, znaleźli się w rozległej, dobrze oświetlonej komnacie. Na środku sali stał duży, okrągły stół. Prawie wszystkie krzesła były zajęte.
       - Ach, Ravenmer i Set… abendorten. Proszę, usiądźcie.  – siedzący po drugiej stronie sali rektor wskazał im dłonią wolne miejsca, a gdy już usiedli, kontynuował.
       - Przed chwilą był u mnie posłaniec z Kruczej Twierdzy. Wygląda na to, że znów szykuję się nam krucjata, szanowni konfratrzy.
       - Były już krucjaty – zachichotał siedzący obok Ravenmera nekromanta. – Ostatni dowódca, który sprowadził tu armię, został odesłany swemu władcy jako duch.
       - Zły Urok już padł – oświadczył zimno rektor. – Nawet nie zdążyli wezwać pomocy. Tak samo jak cztery inne, pograniczne zamki. W Widmowym Siedliszczu zdołano przynajmniej obudzić okoliczne cmentarzyska, ale na marne.
       - Stop, chwila moment  - zabrał głos starszy czarnoksiężnik, siedzący po prawicy przewodniczącego zebrania. – Widmowe Siedliszcze jest zaledwie dwadzieścia mil stąd.
       - A Krucza Twierdza stoi między nim, a nami. Wiemy. Jednak słuszna uwaga, oni są blisko. Jak blisko? Właśnie obozują pod Kruczą Twierdzą. Ten posłaniec to projekcja pana zamku, ledwo zdążył przekazać wiadomość, nim zabili jego materialne ciało.
       Ostatnie słowa spowodowały lekkie poruszenie wśród zebranych. Zewsząd rozbrzmiały szepty.
       - Cisza, jeszcze nie skończyłem .– Rektor uniósł otwartą dłoń. -  O powadze sytuacji nie muszę już chyba mówić. Pytanie natomiast brzmi: co powinniśmy zrobić? Wysłałem już ducha do stolicy, czekam na odpowiedź. Jednak co teraz?
       - Zbierać wojsko – odezwał się któryś z magów. – Ożywiać jak najszybciej. A jeśli armia jest naprawdę tak duża, powinniśmy tez zaciągnąć… rekrutów.
       Na te słowa wybuchła nowa wrzawa, rektor musiał dwukrotnie uderzył dłonią w stół, nim nastała cisza.
       - Nie mamy kompetencji, by o tym decydować – natychmiast ktoś zabrał głos. – Tylko w przypadku nadzwyczajnej sytuacji, albo za pozwoleniem Nekropolis…
       - I to nie jest nadzwyczajna sytuacja? – przerwał mu spokojnie Set – Prawa są jasne, ludzie wiedzieli, na co się zgadzają, kiedy decydowali się nie przenosić swych wiosek po Triumfie Nekromantów.
       - Ale żeby ich tak, kurwa, po prostu wyrżnąć i zamienić w ożywieńców? – rozdarł się siedzący obok Ravenmera wesołek. – Toż to jest… ten tego, nieetyczne!
       - Nie ma czasu na dyskusje nad moralnością – powiedział dobitnie rektor – Zrobimy wszystko, by się utrzymać. Nathan, zajmiesz się ożywianiem?
       Zagadnięty kiwnął krótko głową i podniósł się ze swojego miejsca.
       - Wezmę tylko kilku starszych adeptów, będzie szybciej.
       Nathan nigdy nie zdołał wykonać tego polecenia. Właściwie, nie zdołał już nigdy wykonać żadnego polecenia. A przynajmniej nie za tego życia. Nie zdążył jeszcze odejść od stołu, kiedy coś z hukiem zwaliło się na dach, posyłając sporą jego część w dół. Skutkiem tego, Nathan został dosłownie przywalony szczątkami.
       Zebrani zerwali się na równe nogi.
       - Są tutaj!
       - Do Mauzoleum, szybko!
       Nekromanci rzucili się do drzwi, kiedy kolejny pocisk wstrząsnął ścianą komnaty. Ravenmer, biegnący na czele magów, kątem oka zauważył, jak jeden z nich zatrzymał się przy oknie i wychylił potężnie.
       - Skurwysyny! – krzyknął, posyłając błyskawicę w stłoczoną pod zamkiem ciżbę.
       Z komnat po obu stronach korytarza zaczęli wysypywać się ludzie. Kolejne pociski z trebuszy rozbijały się o zamek, nie raz uśmiercając przypadkową ofiarę.
       Ravenmer pierwszy dopadł drzwi prowadzących na dziedziniec i otworzył je z mocą na całą szerokość. Akurat na czas, by zobaczyć wyłamywane z zawiasów wrota twierdzy.
       Zagrały trąby, rozległo się tysiące bojowych, ochoczych okrzyków. Spragniona krwi masa zaczęła wlewać się do środka. Runęła w nich fala magicznych pocisków. Ludzie byli siekani, przypalani, zamrażani i porażani, jednak miejsce każdego zabitego natychmiast zastępowali kolejni.
       Ravenmer jednak już tego nie widział. Jako jeden z nielicznych nie wdał się w walkę, tylko pognał ile sił w nogach do podziemnego Mauzoleum. Tam stanął pośrodku, razem z kilkoma innymi, i drżącym głosem zaczął inkantację. W miarę, jak mówił, nowi umarli budzili się do życia. Kolejne pokrywy od sarkofagów wylatywały z hukiem, kiedy na wpół zgniła kupa mięsa wychodziła na zewnątrz. Jak tylko ostatni z ożywieńców wybiegł na zewnątrz, Ravenmer, nie żegnając go spojrzeniem, pognał naprzód, do tajemnego wyjścia. Nic więcej nie mógł zrobić.
       Dość łatwo znalazł odpowiednią dźwignię i otworzył drzwi do tunelu. Razem z nim było jeszcze czterech innych. Żaden nie odzywał się do siebie, zajęty ratowaniem własnej skóry. To właśnie jeden z nich pierwszy dopadł prowadzącej do wyjścia kraty. Na zewnątrz nikt na nich nie czekał, nie było żadnej zasadzki. Jak w pięciu uciekli, tak w pięciu spuścili się na dół. I odbiegli truchtem w pięciu różnych kierunkach.