Ktoś tu całkiem niedawno prosił o jakieś opowiadanie na forum, bo dawno nie było niczego ciekawego. Więc oto ono, jeszcze dość ciepłe, z mojego skromnego warsztatu. Może jak go umieszcze w nowym miejscu to znajdą się chęci na napisanie kontynuacji, kto wie, hah. I przepraszam z góry za całkowity brak akapitów, ale nie mam pojęcia jak go dodać na tym forum. Enjoy:
Zapadał zmierzch, pierwsze gwiazdy pojawiały się na niebie. Dzienne zwierzęta powoli ustępowały nocnym, zewsząd rozbrzmiewał rosnący w siłę chór świerszczy. Mieszkańcy wsi Skowroniec , znużeni całodniową pracą, wracali do domów lub, co zrobiła spora część z nich, odwiedzali małą karczmę. Bez wątpienia celem pokonwersowania, pośmiania się i ugaszenia narastającego przez cały dzień pragnienia. W dowolnej kolejności, względnie wszystko jednocześnie.
Gospoda stojąca w centrum wioski wyglądała na dość biedną. Główna sala wystarczyła może na upchnięcie dwudziestki klientów, pod warunkiem, że część z nich będzie piła na stojąco. Było jednak czysto, pajęczyny nie walały się pod powałę, kurz nie zalegał na wszystkim. Rozpalony w kominku ogień hulał wesoło, oświetlając stojące najbliżej dwa zsunięte razem stoły. Siedziała przy nich reprezentacja wioskowej młodzieży, w liczbie pół tuzina chłopców i trzech dziewczyn w wystarczającym wieku, aby pić piwo, ale jeszcze za młodym, by mieć własne rodziny. Pozostałą część klienteli stawili dobrani w kilkuosobowe grupki mężczyźni, którzy wyglądali, jakby wypowiedzieli wojnę na wyniszczenie wszystkim trunkom świata, z twardym postanowieniem, że pokoju nigdy nie zawrą.
Rozgadane i pijące towarzystwo nie zwróciło więc nawet uwagi na siedzącego w ciemnym kącie chłopaka, dorównującego wiekiem młodzieńczej kampanii przy kominku. On sam też starał się tej uwagi nie przyciągać. Pospiesznie jadł udko z kurczaka w sposób prosty, acz skuteczny, dzierżąc je oburącz i odrywane co jakiś czas kawałki dopełniając chlebem. Siedział przy tym odwrócony plecami do reszty towarzystwa, co nie przeszkadzało mu w rzucaniu co chwila ukradkowych spojrzeń na pozostałą część sali.
Jeden z pijących na umór chłopów, tęgi i wąsaty moczymorda, właśnie osiągnął szczyt swoich możliwości i, żeby ktoś przypadkiem tego nie przeoczył, z donośnym hukiem zwalił się z zajmowanej przez siebie ławki. Reszta obecnych, z towarzyszami nieszczęśnika na czele, skomentowała to głośnym śmiechem. Nikt więc nie patrzył na drzwi, przez którymi właśnie wkraczali zbrojni z przepaskami Straży Świątynnej na prawym ramieniu. Zauważył to jedynie młodzieniec, który niezwłocznie jeszcze bardziej wcisnął się w otaczającą go ciemność.
Dopiero gdy trzeci i zarazem ostatni z wchodzących z trzaskiem zamknął za sobą drzwi, uwaga gawędzi skupiła się na nowoprzybyłych. Ucichły rozmowy, radosna atmosfera prysła w mgnieniu oka.
Prowadzący strażników mężczyzna rozsiadł się za najbliższym stołem, gestem wzywając do siebie karczmarza. Ten ostatni zjawił się wręcz w podskokach, śmiało mogących iść w zawody z sarnimi, przecząc jednocześnie wszelkim mniemaniom o typowej ponoć dla ludzi otyłych opieszałości. Grube paluchy nerwowo wycierał w szmatę, pochylając się nad wzywającym go mężczyzną.
Siedzący w kącie chłopak nie mógł dosłyszeć, o czym mówią i właśnie w chwili, kiedy znów miał podnieść do ust swoje wciąż niedojedzone udko, karczmarz wyprostował się, odwrócił i pokazał palcem prosto na niego.
- O, tam siedzi taki – dodał, jakby niepewny jasności uczynionego przed chwilą gestu.
Młodzieniec zerwał się na równe nogi , upuszczając kurczaka na talerz i rzucił się nie do drzwi, które przecież były zablokowane przez tamtych. Zaczął mocować się z umieszczonym dwa kroki od niego oknem. Nie miał jednak wiele szczęścia. Gdy tylko stara okiennica puściła, jakaś ręka owinęła się wokół jego pasa i z mocą szarpnęła, skutkiem czego próbujący uciekać został unieruchomiony, a wkrótce posadzony przy ławce zajętej przez straż.
- Proszę, proszę, proszę… kogóż my tu mamy, któż tu do nas wpadł, w nasze czułe i kochające ramiona. Sam Ravenmer, za którym, patrzcie państwo, zupełnym przypadkiem gonimy. Nie uleciałeś daleko, ptaszku.
Dowódca zaśmiał się krótko, szczerząc pożółkłe zęby. Miał niesłychanie parszywą gębę, usianą krostami i zarośniętą. Patrząc na oblicza pozostałych, można by rzecz, że strategię awansu poprzez upodabnianie się do przełożonego mają opanowaną do perfekcji.
- A ty czego tu jeszcze stoisz? – warknął na karczmarza młodszy z karierowiczów – W dyrdy do kuchni i naszykować jedzenie, wyciągaj co tam masz najlepszego.
- I przy okazji przynieś też talerz tego ptaszka, tak szybko chciał ulecieć, że o jedzeniu zapomniał – wtrącił ze śmiechem ten starszy, bardziej nawet zarośnięty od zwierzchnika.
- Tym bardziej, że tam, gdzie jedziemy, nieprędko go nakarmią – dodał ten ostatni.
Właściciel zajazdu w pędy ruszył zrealizować zamówienie, zaszywając się w kuchni. Zamiast niego więc dziewka służebna przeniosła niedojedzonego kurczaka.
- Jedz, jedz, Ravenmer – zachęcił dowódca, gdy tylko uszczypnięta w pośladek dziewczyna uciekła do kuchni. – Do Targeu daleka droga.
Młodzieniec drżącymi rękoma podniósł do ust swoje udko, które, nawiasem mówiąc, zupełnie straciło dla niego smak. Zimny pot lał mu się plecach, wymyślał naprędce najróżniejsze, dzikie i fantastyczne wręcz fortele. Wszystko to jednak były mrzonki. Sztylet, który wyjął starszy z podkomendnych i używał do czyszczenia paznokci, wyraźnie mu mówił, że lepiej nie próbować. Siedzieć cicho, jeść i czekać. A przede wszystkim - nie dawać pozoru ani okazji, by go bili. Jak powszechnie było wiadomo, Straż Świątynna nie tylko miała ciężką rękę, ale również chętnie i często robiła z niej użytek.
Ravenmer, co tu dużo mówić, lat miał dwadzieścia i zdążył się już przekonać o zasłużonej reputacji katów i okrutników, jakiej doczekała się straż. Kiedyś, jak zwykle zamyślony wałęsając się po mieście, zupełnym przypadkiem wpadł na idącego w przeciwnym kierunku kapłana. Blada twarz tego ostatniego w mig poczerwieniała z wściekłości, upodabniając się tym samym do nosa – czerwonego, ale od picia. Pech chciał, że kiedy Ravenmer zdał sobie sprawę z tego co zrobił i obrócił się, by zrobić stosowny użytek z nóg, znów na kogoś wpadł. W odróżnieniu od pierwszego wpadnięcia, kiedy to zderzył się z dość miękkim, płóciennym materiałem, tym razem był to twardy, skórzany kaftan. A ręce, które go pochwyciły wkrótce potem, do delikatnych również nie należały.
Z zamyślenia młodzieńca wyrwał skrzyp kolejny raz już otwieranych drzwi. A do karczmy wszedł zwykły, najzwyklejszy dziad. Wyglądał po prostu jak łapserdak, taki, co to chodzi i żyje z tego, co mu bliźni w jałmużnie podarują. Częściej zresztą po to, aby wreszcie sobie poszedł, niźli z miłosierdzia.
Podpierając się długim kijem, dokuśtykał do najbliższego stołu, tego, przy którym obozowała straż. Dopiero, gdy się zbliżył, Ravenmer zauważył, że dziadyga nie jest wcale taki stary. Myliły zgarbione plecy, włosy gęsto przeprószone siwizną, trzęsące się ręce i nogi, wreszcie kuśtykanie i podpieranie się kijem. Nie mógł mieć jednak więcej niż czwarty krzyżyk na karku. Dziad stanął przed dowódcą strażników, opierając się o swój kostur.
- Niechaj łaska bogów nigdy was nie opuszcza – przemówił dość chrapliwie.
- Czego? – warknął młodszy. – Poszedł won, stare próchno, zanim cię obijem.
- Zostaw, Tavrik. – Machnął ręką dowódca. – Jak przyszedł to niech gada, może i co ciekawego z tego będzie.
- Co tu dużo mówić, łaskawy panie. – Zaczął dziadyga, wciąż stojąc – Złe czasy nastały, bardzo złe.
- Bo kiedyś były lepsze… - mruknął strażnik nazwany Tavrikiem.
- Zostaw, mówiłem… a ty gadaj, stary, to może i jakaś nieobgryziona kość ci się dostanie.
- Przeca mówię, ze złe czasy nastały. Bardzo, bardzo złe. – Jego słowa przybrały na sile, rozochocił się widocznie obiecaną nagrodą. – Hyrkańczycy panoszą się, coraz bardziej rozzuchwaleni, tylko patrzeć, jak sforsują wreszcie którąś z twierdz pogranicza, a wtedy biada nam, biada. Mówią, że dzicy to, nie ludzie. Z tygrysami się pono parzą, stąd taka w nich siła. Ludzie gadają, jakoby nawet jeździli na tych bestiach, niby na koniach! Oj, zaprawdę…
- Co ty nam, dziadzie jeden, za pierdoły opowiadasz? – Znów nie wytrzymał młodszy – Na tygrysach jeżdżą? Rżną się z nimi? Co ty za…
- Tavrik, psiamać, mówiłem ci coś. – Walnął w ręką stół dowódca – Idź lepiej do kuchni, zobacz, jak tam nasze żarcie.
- A ty gadaj – rzucił do dziada, kiedy Tavrik wstał i odszedł, klnąc pod nosem zupełnie na przeciw temu, co głosi świątynia, której przecież był strażnikiem.
Niespodziewanie dla wszystkich, może oprócz Ravenmera, który poznał się już na podstępie i tylko czekał sposobności, wędrowny łapserdak zaatakował. Szybkim ciosem kija posłał na podłogę dowódcę, w tym czasie Ravenmer trzasnął swoim talerzem w twarz zarośniętego i rzucił się do ucieczki za odwracającym się już Ryukiem. Rysy twarzy tego ostatniego zaczęły się już rozmazywać, zmieniając swój kształt na normalny. Również włosy w znacznej mierze stały się rude. A trzęsące się ręce i chwiejące się nogi zniknęły w mgnieniu oka.
Nim któryś ze strażników zdążył się podnieść, obaj z Ryukiem byli już na zewnątrz. Trzasnęły zamknięte w biegu drzwi, a uciekinierzy dopadli koni przywiązanych nieopodal, zapewne należących właśnie do prześladowców.
Chwalić odwieczne w straży olewactwo, pomyślał Ravenmer, bez problemu uwalniając niedbale przywiązanego wierzchowca. Obaj, z niedawnym staruszkiem na czele, wsadzili koniom pięty w słabizny i pomknęli w noc. Chłopak zdążył jeszcze kątem oka dostrzec wylatujących z karczmy mężczyzn, zanim porwał go galop.
Edit: Akapity się jakoś dodało... ręcznie stawiając po trzy spacje, ech. Za brak półpauz też przepraszam, póki co ich nie bedzie, ale chyba jakoś przebolejecie.