Buntownik
W domu rodziny Rameau zawsze panował spokój i porządek. Ojciec, pan Bernard, czterdziestoośmioletni wdowiec, posiadał w pobliżu gospodarstwa niewielkie pole, na którym uprawiał zboże, niedaleko miejscowości Chambéry we Francji. Miał on dwójkę dzieci, syna – Bruna, oraz córkę – Michelle. Kiedy rozpoczynamy naszą opowieść, dzieci są już dorosłe. Michelle wyjechała do Paryża, gdzie pracuje w restauracji, a Bruno pomaga ojcu w gospodarstwie. Bernard jest wysokim mężczyzną o brązowych oczach i jasnych włosach, w których widać było już pasma siwizny. W życiu Bernarda oraz jego syna wszystko było poukładane i pewne... Aż do czasu...
10 maja 1940 roku rozpoczęła się ofensywa wojsk niemieckich na Francję. Kilka dni później Bernard otrzymał list, w którym pisano o powszechnym poborze do wojska. Jego syn miał opuścić dom i udać się na front. Spowodowało to dyskusję pomiędzy nimi.
- Ojcze, jeżeli nie odejdę, zostaniesz ukarany. Muszę to zrobić... – rzekł syn –Tak będzie lepiej.
- Jeżeli musisz, to zrób to. Nie wiem, jak sobie bez ciebie poradzę, Bruno.
- Jakoś musisz dać sobie radę. Mam nadzieję, że niedługo ten koszmar się już skończy. – odparł.
I tak oto nasz bohater, sam mieszkał w swoim domu przez długi czas. Regularnie dostawał on informacje od swojego syna, który walczył w 23. Brygadzie spadochroniarzy. Sprawy nie układały się po myśli Francuzów. Po przegranych bitwach nad Sekwaną oraz Oise Francja została zmuszona do kapitulacji 22 czerwca 1940 roku, a Niemcy wkroczyły na jej terytorium. Dotknęło to również i Bernarda, który znajdował się na ziemi okupowanej. Głęboko w świadomości zapadł mu przyjazd Niemców do jego gospodarstwa około miesiąca później. Oficer oznajmił, że okupanci potrzebują jedzenia dla swoich wojsk, więc własności Bernarda przechodzą w ręce Niemców za śmiesznie niską cenę. Od tamtego czasu bohater żył w skrajnym ubóstwie, nie radząc sobie z uprawą całej roli. Na domiar złego od dawna nie dostał on żadnej informacji od swojego syna. Pewnie umarłby śmiercią głodową, gdyby nie zdarzenie z maja 1941 roku. Wtedy to Bernard, pracując na roli spostrzegł cztery osoby biegnące w jego stronę. Dwie dorosłe i dwójkę dzieci w wieku około czternastu lat. Kiedy się zbliżyli, gospodarz ujrzał ich podarte ubrania oraz specyficzne rysy. Od razu rozpoznał w nich Żydów. Starszy mężczyzna, zapewne ojciec rodziny zaczął z nim rozmawiać. Bernard dowiedział się, że są rodziną i uciekają przed nazistami, którzy, jak było powszechnie wiadome, próbują wyeliminować wszystkich Żydów.
- Panie! Prosimy, ukryj nas przed Niemcami, oto moi dwaj synowie – Dawid i Samuel i żona – Magdalena. Pomożemy Ci w utrzymaniu domu, a ty nas w zamian ukryj, błagam! – powiedział ochrypłym głosem Żyd i opadł na kolana w błagalnym geście.
Bernard zgodził się. Zrobił to głównie z myślą o tych młodych chłopcach, którzy mogli pomóc mu w pracach gospodarskich.
I tak mijały kolejne miesiące, pełne strachu, chociaż los naszego bohatera się poprawił. Teraz mógł liczyć na pomoc nie tylko w pracach na roli, lecz w domu czekał na niego świeży obiad, przygotowywany przez Magdalenę. Być może wpływ miał na to lęk o przeżycie lub coś innego, lecz Bernard stał się bardziej twardy i znacznie się zmienił. Ze strachem wypatrywał dnia, w którym Niemcy pojawią się w jego domostwie, by porozmawiać z nim o uciekających na zachód Żydach, którzy mogliby pojawić się w jego gospodarstwie, przygotowywał się na ten dzień, który z pewnością kiedyś musiał nadejść.
I tak też się stało. W końcówce lata słyszeć można było o licznych i częstych kontrolach nazistowskich, podczas których odkrywano rodziny żydowskie w pobliżu miejsca zamieszkania Bernarda, chociaż wielu gospodarzy nie było przychylnych Żydom. Niektóre rodziny wprost dostarczały okupantom informacji o Żydach ukrytych w domach Francuzów. a dokładnie 10 października 1941 roku zdarzyło się to, czego tak bardzo bał się nasz bohater – wizyta Niemców.
Owego dnia Bernard pracował razem z Samuelem i Dawidem na polu niedaleko domu. Należało zebrać pozostałe warzywa, ponieważ przymrozki mogłyby je zniszczyć. Nagle przybiegła do nich zdenerwowana Magdalena, która wykrzyczała, że zbliża się samochód z namalowaną swastyką na drzwiach. Wybuchło zamieszanie, Żydzi ukryli się w specjalnie zbudowanej kryjówce, z której wypatrywali sytuacji, by uciec. Bernard natomiast wyszedł przed dom, na spotkanie z nazistami. Z samochodu wysiadł oficer SS, który przedstawił się jako Heinrich Zimmermann. Gospodarz wszedł z nim do gospodarstwa i usiadł przy stole.
- Witam pana, panie Rameau. Zapewne zna pan cel mojej wizyty, przybyłem, by porozmawiać o Żydach, których mógł pan widzieć, uciekających na zachód. Wie pan coś na ten temat?
- Nie... Nie mam pojęcia o żadnych Żydach. – odparł Bernard
- Hmm... To ciekawe – powiedział oficer, westchnął, a następnie cicho, do siebie, wyszeptał „zawsze tacy sami...” – Może w takim razie pan opowie mi coś o swoim życiu? Jak radzi sobie pan sam z uprawą roli?
- Jakoś daję sobie radę, choć nie jest łatwo. Z pewnością Niemcy, zabierający moje dobra nie pomagają mi w przeżyciu.
- Powinien się pan cieszyć, panie Rameau, że to ja przyjechałem do pana. Podobne słowa wypowiedziane do innego oficera mogłyby się skończyć tragicznie. – rzekł Zimmermann
- Oficerze... wybaczy mi pan wobec tego te słowa. Czy mógłbym w czymś jeszcze pomóc? Jak już mówiłem, nie posiadam żadnych informacji o uciekających Żydach. Jeżeli by jednak coś otarło się o moje uszy, z pewnością skontaktuję się z panem lub innym Niemcem, można być tego pewnym.
Oficer wstał, spokojnie zapalił cygaro oraz, przechadzając się po pomieszczeniu rzekł:
- Dobrze... Mam taką nadzieję. W takim razie mam jeszcze jedno pytanie... Dlaczego kłamie mnie pan w żywe oczy? - Dostałem informację od właściciela pobliskiego gospodarstwa, że ukrywa pan Żydów, a ja akurat jemu wierzę. Jest naszym najlepszym informatorem. Gdzie ukrył pan Żydów?
- Nie powiem tego panu. Nie wydam tego! – wykrzyczał Bernard
- Och! Chyba ich widzę, czyż to nie oni?! – oficer wskazał za okno, gdzie poprzez pole biegły cztery osoby, trzymające się za ręce.
- Owszem... Teraz ich już pan nie dogoni! – rzekł gospodarz i głośno się zaśmiał
Czerwony ze złości oficer wyszedł z gospodarstwa, wykrzyczał coś po niemiecku, a z samochodu wypadło kilku uzbrojonych żołnierzy, którzy wbiegli do domu.
- Wobec tego jestem zmuszony pana zabić, panie Rameau... Żegnam! Au revoir!
Wówczas żołnierze podnieśli karabiny i bez skrupułów rozstrzelali naszego bohatera, którego ostatnią myślą były słowa: „Moje życie miało sens, czuję się spełniony. Pomogłem przeżyć niewinnym ludziom...”