Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.  (Przeczytany 5044 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « dnia: Lutego 11, 2011, 18:04:14 »
                                                                             Odwieczne życie wojownika


        Wstęp


        Jest trzydzieste dziewiąte milenium ery Wojennego Młota. W odległej krainie za Morzem Północnym znajdowała się wioska.
    Praca na polach aż wrzała, a rolnicy pracujący na nich śmiali się i radowali zdobytymi plonami w tym roku. Była to wioska Dangjorg.
    Nigdy tu nie było żadnych problemów, każdy dbał o siebie. Jestem Radoghir. Syn Dorhinga Walecznego. Chcę opisać swą historię w tej księdze, którą Kapelan Maximmus chciałby poświęcić i zachować ją na złotej ambonie w bibliotece Wielkiego Imperatora. Byłem młodym chłopcem, cieszyłem się wraz mymi rówieśnikami i bawiłem się. Pomagałem też ojcu na polu. Mój ojciec służył niegdyś u tutejszego Wirgjorga – Herjongoma II. Niestety władca zmarł i większość jego ludzi przeszło na emeryturę. W tym mój ojciec. Jednak najczęściej spędzałem czas z moim przyjacielem Gindhongiem. Był to chłopiec w moim wieku. Miał zielone oczy, rude włosy i był szczupły. Lubiliśmy spędzać czas nad rzeką czy też pomagać w polu mieszkańcom wioski. Lecz pewnego wieczoru nadjechali bandyci pod wodzą Gandinga Mniejszego. Była to najstraszliwsza banda łupieżców w okolicach. Herszt zszedł ze swojego rumaka i ruszył w stronę chaty naszego wodza. Wyciągnął starszego wioski z chaty, by ten oddał przywódcy całe złoto, które posiadał. Był on w podeszłym wieku, jednak nie był najstarszy ze wszystkich mieszkańców. Wybrano go, ponieważ był bardzo inteligentny i charyzmatyczny. Miał czarne włosy i ciemną długą brodę. Był ubrany w brązową długą szatę, a na stopach miał sandały. Jednak Korigan – starszy wioski odmówił twierdząc, że nic nie ma. Ganding słysząc to, szybkim ruchem wyciągnął sztylet i prosto w gardło wbił go Koriganowi. Nasz wódz zaczął krztusić się krwią. Ciało bezwładnie opadło na ziemię. Bandyci zaczęli gwałcić kobiety i zabijać wszystkich mężczyzn, również dzieci. Wielu z nich pod wodzą mojego ojca zaczęli stawiać opór, lecz to nic nie dało. Ja wychylając się lekko zza domu szybko uciekłem do swojej kryjówki, która znajdowała się w pobliskim lesie. Była to mała grota, którą razem z ojcem zbudowaliśmy kilka lat temu. Była lekko wkopana w ziemię, a ściany i strop był ułożony z wielkich płaskich kamieni. Przysypana ziemią i porośnięta różnej maści roślinami była bardzo trudna do wykrycia.
    Schroniłem się tam, dopóki nie odjechali bandyci. Trwało to około trzech godzin. Gdy wyszedłem z lasu, by sprawdzić co się stało z moim ojcem i resztą osady, ujrzałem trawione ogniem, drewniane chaty. Nikt nie przeżył. Nawet mój ojciec, emerytowany wojownik, który służył dawniej władcy tych ziem. Upadłem na kolana przed jego ciałem i zacząłem żałośnie płakać. Leżałem przy jego ciele około dnia. Już byłem tak głodny, że w końcu wziąłem się w garść i nie patrząc za siebie, zmierzałem ku Wielkiemu Portowi w Dornhjomie. Było to nie wielkie miasto portowe, które słynęło z najznakomitszych ryb w całym królestwie Wingerenów. Błąkałem się po porcie zaledwie dwa dni, gdy kapitan galery "Morskie Oko" zaproponował mi układ. Był to wysoki mężczyzna, miał czarne włosy, lecz krótkie. Jego zarost na twarzy był dość długi i upleciony w warkocz. Przy prawym oku była długa blizna, która sięgała do czoła. Wyglądał mniej więcej na czterdzieści dwa lata. Był przyodziany w koszulę kolczą, a nią zarzucone było futro z białego niedźwiedzia. Przy boku widniał miecz jednoręczny. Na plecach zaś zawieszona była okrągła tarcza.
    - Hej chłopcze! - krzyknął do mnie dowódca.
    - Yyy... tak... tak panie? - odpowiedziałem z lękiem.
    - Ile masz lat? - zapytał kapitan.
    - Siedemnaście już... już skończyłem. - rzekłem.
    - Hymm... jesteś może zainteresowany, by do mojej załogi dołączyć? - zapytał z zadowoleniem kapitan.
    - Jeśli to... to nie problem, to z wielką chęcią. - powiedziałem z lekkim uśmiechem na ustach.
    - Więc witaj na "Morskim Oku" kamracie! Nazywam się Mordingrehn! - krzyknął dowódca.
    - Jestem... jestem Radoghir. - odpowiedziałem z zadowoleniem.
    Mordingrehn zaopiekował się mną i zabrał mnie na statek, który właśnie zmierzał do Thorngrodu - miasta najbardziej walecznych wojowników, którzy zabijali w imię Ghorna - Boga Wojny.
    Podróż trwała bardzo długo, ponieważ przez te 3 lata przytrafiło nam się wiele przygód takich jak ataki piratów, czy ogromne sztormy. Raz tylko przybiliśmy do brzegu Latarni Morskiej, by zapoznać się z jej kustoszem. Naprawdę nie było dużej potrzeby, by przybijać do brzegu, ponieważ statek był pełny żywności, która była bardzo dobrze zakonserwowana. Przez te lata Mordingrehn nauczył mnie wszystkiego na temat władania bronią dwuręczną jak i jednoręczną. Gdy dopłynęliśmy do Thorngrodu, pożegnałem się z moim opiekunem i życzyłem mu pomyślności w dalszym życiu.
    - Dziękuję Ci bardzo Mordingrehnie za te wszystkie lata poświęcone mi... - rzekłem lecz opiekun przerwał mi.
    - Radoghirze, nie dziękuj mi. To ja tobie dziękuję, że bez wahania dołączyłeś do nas. Byłeś dla mnie jak syn... i nadal jesteś. - powiedział Mordingrehn ze smutkiem.
    - Chciałem Ci jeszcze podziękować za to, że zastąpiłeś mi ojca. - powiedziałem ze wzruszeniem.
    - Synu mój, weź ten miecz. Był on ważny dla mojego ojca, lecz ja go zachowałem na taką okazję. Proszę zabierz go. - odrzekł Mordingrehn wręczając mi półtora ręczny miecz.
    - Jeszcze raz ci dziękuję. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy Mordingrehnie. Żegnaj.
    - Ja też mam taką nadzieję. Żegnaj Radoghirze.
     Tak więc w wieku dwudziestu lat zszedłem z pokładu "Morskiego Oka" i zaczynając nowe życie powędrowałem do pobliskiej tawerny "Pod Toporem"  i usiadłem przy wolnym stoliku. Siedząc tak i wsłuchując się w opowieści wędrownego skalda. Nagle podszedł i dosiadł się do mnie krępy mężczyzna. Był średniego wzrostu, miał blond włosy do ramion związane w kilka warkoczy i bujną przystrzyżoną jasną brodę. Był przyodziany w srebrny napierśnik, na którym widniał smok, miał też skórzane spodnie oraz buty kolcze. Przy pasie miał mały zdobiony sztylet, a na plecach wielki miecz dwuręczny. Nie miałem pojęcia czemu akurat dosiadł się do mnie.
    - Witaj wędrowcze w Myrdanii. - powiedział wesoło mężczyzna.
    - Witam szlachetnego pana. - odpowiedziałem z niepewnością.
    - Haha "szlachetnego"? Proszę bez takich. Mów mi Skold.
    - Hmmm... powiedz mi wędrowcze jak Cię zwą, bo do tej pory nie przedstawiłeś mi się jeszcze. - dodał.
    - Wybacz mi. Nazywam się Radoghir, syn Dorhinga Walecznego. - odpowiedziałem z dumą.
    Więc skąd pochodzisz Radoghirze? - zapytał z ciekawością.
    - Pochodzę z małej wioski Dangjorg za Morzem Północnym. Niestety została doszczętnie spalona, ale nie chcę o tym rozmawiać. - odpowiedziałem ze smutkiem.
    - Rozumiem cię chłopcze. - rzekł Skold.
    Po długiej rozmowie razem z nowym towarzyszem zanocowaliśmy w tawernie. Gdy powoli zasypiałem, ciągle myślałem o swojej wiosce...


          Rozdział I - Podróż do Dorinergu


      Po ciężkiej nocy, obudziłem się rano. Zauważyłem, że Skold już wstał. Więc jak najszybciej zarzuciłem swoją skórzaną zbroję i przypiąłem do pasa swój miecz.
    - Dokąd się wybieramy? - zapytałem z ciekawością.
    - Musimy pojechać do Dorinergu, by tam kupić zapasy na dalszą podróż. - odpowiedział.
    - A czy nie możemy kupić towarów tutaj?
    - Nie Radoghirze, tu jest zbyt drogo. - rzekł Skold.
    - Dobrze, więc przygotuję się do wyjazdu. - odpowiedziałem z uśmiechem.
    Po chwili przygotowywania wyszedłem razem ze Skoldem do stajni po konie i wyruszyliśmy w podróż. Nie minęła jeszcze godzina, a już natknęliśmy się na grupę bandytów. Było ich siedmiu. Przygotowałem swój miecz i tarczę, którą dostałem od swojego kompana, zaś Skold nie zwrócił zbytnio uwagi na to, widać było po nim, że w większych bitwach walczył, a to była dla niego pestka.
    - Zejdź z konia. - powiedział spokojnie Skold.
    Kiwnąłem tylko głową i wykonałem jego polecenie.
    - Do ataku! - krzyknął nagle przywódca bandy.
    Biegli w naszą stronę, byli około stu metrów od nas.
    - Na pewno sobie poradzisz Radoghirze. Idź i zaatakuj z drugiej strony. - polecił mi towarzysz.
    Podbiegł do pierwszego bandyty i wykonał obrót i cięcie w pasie. To było nie do wiary jak przeciął nieszczęśnika w pół, a potem wykonał pchnięcie w serce. Ja zaś gdy miałem w zasięgu swojego pierwszego przeciwnika, najpierw kopnąłem go w brzuch, a gdy ten upadł wbiłem swój miecz prosto w serce. Skold pokonał już pięciu przeciwników. Ostatniego bandytę, kompan zostawił mi. Gdy ten podbiegł do mnie zasłoniłem się tarczą. Bandyta odbił się od niej i upadł. Bardzo szybko wstał kopnął mnie w brzuch i upadłem. Łupieżca chciał wykonać już pchnięcie w moje serce, ale szybko złapałem za miecz i ugodziłem go pierwszy. Ssunął się po moim mieczu i leżał tak przez chwilę na mnie. Skold podszedł zdjął martwego bandytę ze mnie i pomógł mi wstać.
    - Haha, dobrze ci poszło Radoghirze. - zaśmiał się głośno Skold.
    - Tobie jeszcze lepiej przyjacielu. - odpowiedziałem z zadowoleniem.
    Obaj ucieszeni z małej potyczki wskoczyliśmy na konie i pojechaliśmy dalej ku Dorinerg. Była już późna godzina, więc ze Skoldem zatrzymaliśmy się nie daleko traktu wiodącego ku miastu.
    - Tutaj odpoczniemy. - powiedział kompan.
    - Dobrze, ale co będzie gdy bandyci nas napadną? - odpowiedziałem z niepokojem.
    - Hmmm... Masz rację. - odrzekł Skold.
    - Będziemy na zmianę podejmować wartę. - dodał.
    - Oczywiście. - odpowiedziałem.
    - Ja będę pierwszy. - rzekł.
    Ognisko przygotowaliśmy razem. Na kolację przed pierwszą wartą Skolda, zjedliśmy pieczonego królika, którego przyjaciel kupił na targu w Thorngrodzie. Oczywiście nie był on od razu upieczony, lecz surowy do szybkiego przygotowania.
    - Mmm... Bardzo pyszne mięso. - powiedziałem z pełnymi ustami.
    - Mi też bardzo smakuje. - odrzekł Skold.
    - No dobra idź już spać Radoghirze, bo za trzy godziny twoja kolej.
    Zrobiłem tak jak powiedział przyjaciel poszedłem spać. Gdy już zasnąłem miałem dziwny sen. Dwóch mężczyzn w potężnych nie znanych pancerzach. Jeden z nich wyglądał jak rycerz. Miał biało - czarną zbroję, a na jego wielkich naramiennikach złote krzyże, zaś na napierśniku złoty ptak z dwoma głowami. W lewej ręce dzierżył narzędzie, które wyglądało chyba jak piła. W prawej ręce trzymał coś dziwnego nie wiem co to było. Twarz miał jak każdy człowiek, był łysy, miał krótką przystrzyżoną siwą brodę. Miał bliznę na lewym policzku. Drugi mężczyzna był w trochę innym pancerzu. Był cały czarny, a na lewym z jego naramienników była jakaś księga. Na żelaznym kiju na plecach miał zamontowany świecznik. W prawej ręce trzymał wielki złoty młot, o którym nigdy nie marzyłem. Hełm miał na kształt czaszki. Gdy go zdjął wzdrygnąłem się, pół jego twarzy to była żywa czaszka.
    - Grrr... Słuchaj Beckett on nie jest na to jeszcze gotowy, zrozumiałeś?! - krzyknął mężczyzna z młotem.
    - Kapelanie Maximmus, Imperator nad nim czuwa, na pewno da sobie radę. - odparł ten drugi.
    - Nie!!! Jest zbyt młody, musimy jeszcze poczekać. - ponownie krzyknął ten pierwszy.
    - Hmmm... Dobrze więc, trzymam cię za słowo, ale jeśli on... - nie kończąc zdania powiedział rycerz.
    - Nie zginie, Imperator ma go w swojej opiece hahaha... - zaśmiał się czarny rycerz.
    Nie wiem co było dalej, bo Skold obudził mnie nagle, iż nadeszła teraz moja kolej na wartę.
    - Wstawaj chłopcze, twoja kolej. - uśmiechnął się kompan.
    - Już wstaję Skold. - odparłem.
    Gdy już Skold zasnął stało się to, czego obawiałem się znowu - bandyci. Nie wiem ilu ich było. Natychmiast po cichu obudziłem towarzysza mówiąc mu o zaistniałej sytuacji. Skold zerwał się szybko i dobył miecza.
    - Chodź za mną. - szepnął kompan.
    Kiwnąłem głową i poszedłem za nim. Zaszliśmy bandytów od tyłu. Skold stwierdził, że jest ich piętnastu. Chowaliśmy się za drzewami i po cichu łapaliśmy jednego po drugim i podcinaliśmy im gardła.
    - Zostało tylko pięciu. - szepnął Wingeren.
    - Zaatakujemy ich w otwartej walce. - dodał.
    - Dobrze. - odpowiedziałem.
    Wyskoczyliśmy gwałtownie zza drzew i zaczęliśmy biec w stronę bandytów. Jeden ze strachu zaczął uciekać przed nami, zaś reszta się nam postawiła. Skold szybkim ruchem wyciągnął sztylet i rzucił nim w jednego z łupieżców. Dostał w ramię ale biegł dalej. Kompan złapał za miecz, unosząc go do góry i po chwili opuszczając, wbił oręż w głowę ofiary. Krew, która lała się bandycie z głowy obryzgała przy tym Skolda. Do mnie podbiegło dwóch. Jednego z nich pchnąłem tarczą, przeciwnik się przewrócił. Drugi zaś bandyta drasnął mnie w prawą nogę, lecz ja po chwili zrobiłem unik i odciąłem mu lewą dłoń. Ofiara tak zaczęła krzyczeć, że zaczął uciekać. Darowałem mu i nie goniłem za nim. Bandyta, którego wcześniej pchnąłem zaczął błagać o litość.
    - O miłościwy panie okaż litość. - jęknął bandyta.
    - A co ja będę z tego miał, jeśli daruję ci życie? - warknąłem.
    - Nigdy mnie już nie spotkasz na swej drodze, przyrzekam na Ghorna. - błagał nadal łupieżca.
    Odwróciłem się do przyjaciela i się go zapytałem.
    - Skoldzie, jak sądzisz zabić go, czy wypuścić? - zapytałem.
    Towarzysz milczał przez chwilę, w końcu rzekł.
    - Jak uważasz Radoghirze, to twoja zdobycz.
    Bandyta spojrzał się na mnie z miną nieszczęśnika.
    - Hmmm... Masz rację.
    - Ciesz się, łupieżco. Jesteś wolny. - odpowiedziałem w końcu.
    - Ach dziękuję ci panie. Już więcej mnie nie spotkasz.- odrzekł bandyta, po czym szybko uciekł w głąb lasu.
    - Hmmm... zadziwiasz mnie Radoghirze. - spojrzał z dumą na mnie towarzysz.
    Ja tylko się uśmiechnąłem, poczym wróciliśmy do obozowiska. Podjąłem się warty, lecz nagle zasnąłem...
        Miałem znowu ten sam sen co poprzednio, lecz rozmowa była już inna.
    - Bracie Beckett, czy widziałeś jak rozprawił się z tymi bandytami? - powiedział Kapelan Maximmus.
    - To było zdumiewające, lecz musi przestać okazywać litość, to nie jest naszym celem. Mamy obowiązek oczyścić wszystkich niewiernych nie okazując im litości. - rzekł ten drugi.
    - Tak, masz rację. - potwierdził Kapelan.
    - Bardzo długo potrwa jego trening, bardzo długo. - dodał.
    Szybko się obudziłem, iż stwierdziłem, że to nie był zwykły sen.
        Był już ranek. Obudziłem Skolda, by powiedzieć mu, że trzeba zwijać już obóz i wyruszyć w dalszą podróż do Dorinergu. Gdy tak jechaliśmy była cisza, nikt się nie odzywał. W końcu rzekłem.
    - Daleko jeszcze do miasta?
    - Nie, zostało jeszcze około dwóch godzin drogi. - odrzekł Skold.
    - Możliwe, że znajdziemy tam mały oddział najemników. - dodał.
    - Po co nam najemnicy? - zapytałem.
    - Ach zapomniałem ci powiedzieć Radoghirze. Ja sam jestem najemnikiem i jeśli znajdziemy jakichś innych ochotników, to najmiemy się u obecnego króla Hargjorga, który rezyduje w mieście Girdenholm. - odpowiedział Skold.
    - Hmmm... No dobrze, a czy mamy wystarczająco dużo złota, by im zapłacić? - znowu zapytałem.
    - Tak, tak sądzę, że pięć tysięcy złota wystarczy. - odrzekł towarzysz.
    - Och spora sumka. - powiedziałem z podziwem.
    -Hmmm... - odrzekł zamyślony Skold.
    Tak po dłuższej rozmowie dotarliśmy do Dorinergu. Było to miasto nie wiele większe od Thorngrodu. We wschodniej stronie miasta znajdował się mały port, lecz brak było statków oprócz bark rybackich. Zaś w środku znajdował się rynek, bardzo głośno tam było. Ciągle były jakieś sprzeczki o różne towary, lecz sprzedawca zawsze wygrywał. Na wzgórzu znajdował się dwór tutejszego Wirgjorga. Nie zachodziliśmy tam, gdyż mieliśmy inne plany. Po dziesięciu minutach znaleźliśmy tawernę. Gdy weszliśmy, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem ogromną salę z zewnątrz tawerna nie wyglądała tak jak wewnątrz. Było bardzo dużo ludzi, karczmarz nie wyrabiał się z zamówieniami. Podeszliśmy do lady.
    - Poproszę dwa kufle miodu. - rzekł Skold do karczmarza.
    - Już podaję panie. - odrzekł mężczyzna.
    Po krótkiej chwili karczmarz postawił na stole dwa kufle pysznego miodu. Napiłem się tego wspaniałego trunku.
    - Mmm... Ale to wspaniałe, dawno tego nie piłem. - powiedziałem zadowolony.
    - Mi też bardzo smakuje. Nawet w Thorngrodzie było mniej słodkie. - odpowiedział uśmiechnięty Skold.
    Po wypiciu miodu, wstaliśmy i podeszliśmy do stołu, gdzie siedziało około dwudziestu wojaków. Wszyscy z różnej maści toporami i mieczami przy boku, siedzieli i popijali piwo i wino, śmiejąc się i radując. Nagle Skold się odezwał.
    - Witajcie. - oznajmił głośno kompan.
    Wszyscy najemnicy spojrzeli się na nas i również się przywitali.
    - Witajcie wędrowcy. Nazywam się Falhjom. Co was sprowadza do Dorinergu? - zapytał dowódca najemników.
    Był wyższy od nas, był bardziej zbudowany. Miał długą rudą brodę i włosy splecione w warkocz. Był przyodziany w grubą koszulę kolczą, pod ręką trzymał swój rogaty hełm, na nogach miał żelazne nagolenniki.
    - Nazywam się Skold i jestem towarzyszem mojego kompana. Poszukujemy grupy najemników, którzy będą wierni dla swojego dowódcy - Radoghira. - odpowiedział Skold.
    - Czemu akurat dla niego, a nie dla ciebie? - zapytał Falhjom.
    Tym razem to ja się wtrąciłem.
    - Bo ponieważ ja jestem dowódcą, choć mam dopiero dwadzieścia lat. - odpowiedziałem twardo.
    - Hmmm... Zaczynasz mi się podobać Radoghirze. Skąd pochodzisz? - zapytał dowódca.
    - Pochodzę z wioski Dangjorg, która leży za Północnym Morzem. Niestety została doszczętnie spalona. - odpowiedziałem ze smutkiem.
    - Współczuję ci chłopcze. A jak nazywał się twój ojciec jeśli można spytać?
    - Zwał się Dorhing Waleczny. - odrzekłem.
    - Dorhing Waleczny?! Ha! Pamiętam Dorhinga jeszcze za czasów bojów w imię króla, to  było dobre dwadzieścia lat temu. - rzekł zadowolony Falhjom.
    - Niestety oddał życie za wioskę. - dodałem.
    - Hmmm.... Przykro mi z tego powodu chłopcze. - westchnął dowódca.
    - Dobrze więc, możemy dołączyć do ciebie za pół ceny. Czyli razem tysiąc wingoldów. - zaproponował Falhjom.
    - Proszę, o to tysiąc wingoldów. - powiedział Skold.
    Uściskiem dłoni zapieczętowaliśmy nową przyjaźń z Falhjomem i jego ludźmi.
    « Ostatnia zmiana: Czerwca 10, 2011, 19:27:16 wysłana przez Theoden »

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #1 dnia: Lutego 11, 2011, 18:05:30 »
          Rozdział II -  Spotkanie w Mgielnych Górach


        Tak więc wraz ze Skoldem, Falhjomem i jego dwudziestoma ludźmi, było nas teraz dwudziestu trzech. Przez dłuższy czas naradzaliśmy się czy iść w stronę Wielkiego Stawu, czy też wybrać się do Mgielnych Gór - do Przepowiedni. Tak naprawdę nie wiem co to było, ale słyszałem z legend, że przepowiada przyszłość. Każdy z nas chciał wiedzieć co go czeka więc wybraliśmy Przepowiednię. Mgielne Góry leżały na południe od Thorngrodu, który zdążyłem ze Skoldem już zwiedzić. Od Dorinergu musieliśmy się wrócić tą samą drogą, którą przybyliśmy do miasta. Gdy byliśmy w połowie drogi do Mgielnych Gór natrafiliśmy na bandę korsarzy. Było ich na oko dwudziestu sześciu. Byli to bandyci morscy, którzy napadali na statki kupieckie. Nikt z nas nie wiedział co ich skłoniło do zejścia na ląd, ale jedno było pewne - trzeba się z nimi rozprawić.
    - Skold, weź pięciu ludzi i spróbuj ich zajść od tyłu. - rzekłem do kompana.
    - Już się robi towarzyszu. - odpowiedział.
    - Ty zaś Falhjomie, weź dziesięciu ludzi i uderz z lewej strony. - oznajmiłem.
    - Dobrze, ale co ty zrobisz? - zapytał najemnik.
    - Ja zaatakuje od przodu, by mieli pewność, że wygrają. - odrzekłem na zapytanie.
    - Tak jest. - odpowiedział Falhjom.
    Tak więc po ustaleniu taktyki ruszyliśmy na swoje pozycje. Naszym sygnałem do ataku był gwizd. Ja wraz z pięcioma ludźmi ruszyłem w stronę korsarzy. Ci od razu na nasz widok zaczęli strzelać z łuków. Ja mając w swoim składzie dwóch łuczników weteranów, kazałem im posłać nasze strzały. Schowaliśmy się za wielkimi kamieniami, by nikt z nas nie został ranny. Jeden z moich strzelców miał takiego cela, że jednego z korsarzy trafił w lewe płuco. Ten lecąc na ziemię, krzyknął.
    - Do ataku! Do ataku! - po czym upadł i prawdopodobnie zmarł.
    Wszyscy bandyci zaczęli biec w naszą stronę. Gwizdnąłem, by Skold i Falhjom ruszyli do ataku. Gdy biegłem z moimi żołnierzami w stronę korsarzy, krzyknąłem, by uformowali zwarty szereg. Ci wykonawszy rozkaz, wcięli się w grupę bandytów jak nóż w masło. Podbiegłem do jednego z przeciwników, którego szybkim ruchem ciąłem w udo. Ten jęcząc z bólu zamachną się i przez przypadek trafił swojego kompana w brzuch. Pchnąłem miecz w tego pierwszego, by go dobić. Drugi zaś został godzony włócznią w gardło przez jednego z ludzi Falhjoma. Tak oto przez dwadzieścia minut biliśmy się i cięliśmy z korsarzami. Po wygranej walce z naszej strony zostało dwóch rannych, zaś ze strony korsarzy prawie wszyscy. Zabraliśmy ze sobą pięciu jeńców, by sprzedać ich pośrednikowi okupów.
    - Wspaniała walka! - krzyknął Falhjom.
    - Przyznam, że bardzo odważny byłeś Radoghirze ustalając taką wspaniałą taktykę. - dodał.
    - Dziękuję Falhjomie. - odpowiedziałem.
    - Gdzie teraz zmierzamy kapitanie? Sprzedać więźniów, czy nie zmieniamy naszego celu? - zapytał jeden z wojowników.
    - Hmmm... Najpierw pójdziemy sprzedać więźniów. - odpowiedziałem.
        Jak rzekłem, powędrowaliśmy do Thorngrodu, by sprzedać jeńców. Długo to nie trwało. Przekazałem więźniów pośrednikowi, zaś ten wydał mi od razu tysiąc wingoldów.
    Zadowoleni dniem, wszyscy przenocowaliśmy w mieście. Drugiego dnia znalazłem w tawernie medyka do wynajęcia. Był niski, miał rudą, krótką brodę, włosy również miał krótkie i rude. Był średniej postury. Ubrany był w futro z niedźwiedzia, buty zaś miał skórzane. 
    - Witaj przyjacielu. Czy jesteś może medykiem do wynajęcia? - zapytałem mężczyznę.
    - Witaj. Tak oczywiście. Zajmuję się opatrywaniem ran, chirurgią i tym podobnymi sprawami. - odpowiedział.
     - Czy może masz ochotę dołączyć do mojej grupy najemników? Przydałby się nam medyk. - rzekłem.
    - Tak. Z wielką chęcią. Lecz proszę o zapłatę w kwocie dwustu wingoldów. - oznajmił.
    - Proszę oto one. Nazywam się Radoghir. - wręczyłem pieniądze i przedstawiłem się.
    - Dziękuję. Zwą mnie Grindhern. - odpowiedział z uśmiechem na twarzy chirurg.
    Wraz z nowym towarzyszem poszedłem do naszej kompanii, by przedstawić Grindherna reszcie. Po zapoznaniu się z najemnikami, żołnierze zebrali się pod bramą miasta i czekali na mnie, Skolda, Falhjoma i Grindherna. Gdy doszliśmy pod bramę, razem z moimi ludźmi ruszyliśmy w stronę Mgielnych Gór. W ciągu czterech godzin doszliśmy do skrzyżowania. Na południe znajdowała się Przepowiednia, na wschód od Thorngrodu, Dorinerg, a na północy znajdowała się stolica Wingerenów - Girdenholm. Zmierzaliśmy w stronę gór, co raz bardziej zaczynał zmieniać się klimat. Ludzie zaczynali odczuwać temperaturę, lecz to nie zmieniło naszego tępa marszu. Byliśmy już u podnóża gór. Wszyscy bardzo się zdziwili jak ogromne są szczyty Mgielnych Gór z bliska. Znaleźliśmy ścieżkę wiodącą do Przepowiedni. Ruszyliśmy tym szlakiem, lecz konie musieliśmy zostawić wcześniej w Thorngrodzie. Podróż trwała około trzech godzin. Gdy dotarliśmy na poziom góry gdzie znajdowała się Przepowiednia było już popołudnie. Szczyty Mgielnych Gór były całe ośnieżone i było bardzo ślisko nawet na ścieżce. W końcu doszliśmy do wrót Przepowiedni. Weszliśmy ostrożnie do środka. Do wielkiej sali, która była cała ze złota, a na środku był wielki posąg, to chyba wyrocznia.
    - Niczego nie dotykać. Trzymać się razem. - oznajmiłem.
    Wszyscy skinęli głową lecz jeden z żołnierzy nie powstrzymał się przed pokusą, by dotknąć ścian pięknej komnaty. Gdy to zrobił włócznia, która była zainstalowana w ścianie przebiła nieszczęśnikowi głowę na wylot. Nikt nie podszedł do niego, by nie stracić kolejnego z ludzi. Jako pierwszy podszedłem do Przepowiedni, reszta została na tyłach. Posąg miał wysuniętą prawą dłoń, więc dotknąłem jej. Nagle wszystko zakręciło się w około i upadłem na ziemię tracąc przytomność. Zauważyłem dziwne obrazy, które przelatywały mi między oczami. Na pierwszym z nich widniało wielkie miasto, zmierzała tam wielka grupa żołnierzy i chyba ja. Drugi z obrazów był to Wielki Port w Dornhjom. Palił się. Moja rodzima wioska również płonęła. Kolejny obraz. Wielka, ogromna bitwa, w której uczestniczyłem wraz ze Skoldem, Falhjomem i Grindhrenem. Walka trwał bardzo długo, nie wiem jak określić ile czasu ona pochłonęła. Na następnej wizji była Wielka Góra Lodowa. Wpłynąłem tam wraz ze swoimi ludźmi lecz wszystko nagle się zerwało. Ostatni obraz jaki zauważyłem był najdziwniejszy. Tych rycerzy, których widziałem w snach byli również tutaj. Było ich o wiele więcej może z pięćdziesięciu wojaków, lecz byli innych barw niż tamci ze snów. Ci byli w jasno-niebieskich pancerzach, z czarnymi naramiennikami, a na lewym z nich widniał obraz głowy wilka. Mieli dziwne statki, które latały. Jeden z nich stał z toporem dwuręcznym, którego nigdy nie widziałem. Miał czarne długie włosy splecione w warkocze, również broda była spleciona w dwa warkocze. Nagle krzyknął.
    - Space Wolves! Szybciej! Nie możemy zostawić tu swoich braci! Szybciej!
    Nagle otworzyłem oczy i ku mojemu zdziwieniu... posąg Przepowiedni zaczął się sypać. Cała sala zaczęła się walić.
    - Uciekamy stąd! - krzyknąłem i zerwałem się na nogi.
    Szybko wybiegliśmy z groty i zaczęliśmy schodzić w dół, lecz głazy, które sypały się z sali Przepowiedni toczyły się za nami.
    - Wszyscy pod ścianę! - krzyknąłem do swych ludzi.
    Kamienie ominęły nas, lecz istniało zagrożenie lawiny więc zaczęliśmy coraz szybciej schodzić. Gdy znaleźliśmy się na dole natknęliśmy się na bandę szesnastu korsarzy. Nie pozostało nam nic innego jak tylko walczyć. Ściągnąłem z pleców swój miecz i pobiegłem w stronę napastników. Pchnąłem miecz w klatkę piersiową jednego z nich. Padł natychmiast. Moi żołnierze rzucili się na resztę, ja zaś wycofałem się na tyły do Grindhrena, ponieważ po wszystkich wizjach głowa bardzo mnie rozbolała. Po szybkim rozprawieniu się z korsarzami, spaliliśmy ich ciała na stosie. Wycofaliśmy się z pod gór do pobliskiego lasu, by tam odpocząć i zanocować, ponieważ był już wieczór. Ustaliliśmy razem ze Skoldem, Falhjomem i Grindhrenem kto stanie na warcie.
    - Powiedz nam Radoghirze, co widziałeś po dotknięciu Przepowiedni? - zapytał Skold.
    - Powiedz, bardzo nas to ciekawi. - dodał Falhjom.
    - Hmmm... Mieliśmy więcej ludzi, służyliśmy jako najemnicy u jakiegoś króla. Były jakieś walki. Nic więcej nie pamiętam. - rzekłem, lecz nie powiedziałem im o tych "Space Wolves".
    - Yhym. W porządku. - powiedział Skold.
    Było już ciemno. Wszyscy zasnęli, lecz ja ciągle rozmyślałem nad tym ostatnim obrazem przyszłości. Nie wiem co to mogło znaczyć, ale jedno było pewne. Było powiązane to z moimi "snami".
        Następnego ranka kazałem ludziom, by spakowali sprzęt i przygotowali się, iż musieliśmy wrócić po konie do Thorngrodu. Gdy doszliśmy do skrzyżowania powiedziałem im, by tu zostali, a ja razem ze Skoldem, Grindrehnem, Falhjomem i dwoma wojownikami ruszymy sami po konie. Jeszcze przed południem dotarliśmy do miasta i zabierając konie wyruszyliśmy w drogę powrotną na skrzyżowanie.

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #2 dnia: Lutego 11, 2011, 18:10:39 »
        Rozdział III - Bitwa o Girdenholm


        Wracaliśmy do swoich żołnierzy przez godzinę. Bardzo podejrzane było to, że nikt nas do tej pory nie zaatakował. Nie zwracając dłużej na to uwagi dojrzeliśmy już swoich ludzi. Cierpliwie czekali na mój powrót. Po dłuższej rozmowie ze wszystkimi podjęliśmy się wybrać do Girdenholmu, by tam wynająć większą ilość najemników do dalszych wypraw. Ruszyliśmy na północ. Tam gdzie panowała wieczna zima. Tam gdzie byli najgroźniejsi z Wingerenów. Tam gdzie panował najmężniejszy z króli - król Weigrohjom II Mężny, syn Weigrohjoma I Zabójcy. Byliśmy już nie daleko Wielkiego Stawu. Znajdowała się tam jedynie tawerna. "Może znajdę tam nowych wojowników". Pomyślałem. Ujrzałem z daleka dym, który ulatniał się z komina budynku. Nagle zaczął padać deszcz, więc przyśpieszyliśmy tępo, by jak najszybciej dotrzeć do tawerny. Wchodząc tam wszyscy razem, ci którzy byli w pomieszczeniu gwałtownie się odwrócili, by zobaczyć intruzów w wejściu.
    - Jesteśmy zwykłymi najemnikami. - powiedziałem.
    Wszyscy wrócili na swoje miejsca i schowali broń. Podszedłem do karczmarza i zapytałem czemu tak ludzie zareagowali na nas. Barman wyjaśnił mi, że nie dawno zaatakowana została tawerna przez korsarzy, lecz została obroniona przez tutejszych wojowników króla.
    - Dlatego ludzie są nie ufni do obcych. - rzekł karczmarz.
    -Teraz rozumiem ich reakcję. Poproszę dwadzieścia dwa kufle miodu dla moich ludzi.
    - Już się robi panie. - odpowiedział mężczyzna za ladą.
    Tak więc wraz z mymi najemnikami wypiliśmy miód, po czym ja poszedłem z kompanami szukać chętnych do kompanii. Przy stole spotkaliśmy jedenastu wojaków. Domyślałem się, że w wielu walkach i bitwach uczestniczyli ci Wingereni. Podszedłem do nich i się przywitałem. Po dłuższej rozmowie zgodzili się dołączyć, lecz też chcieli udziału w łupach jakie zdobędziemy w czasie naszych podróży. Oczywiście zgodziłem się na ten układ, ponieważ nie miałem nic przeciwko. Wraz z nowymi żołnierzami poszliśmy do reszty grupy, która siedziała w drugiej części tawerny. Wszyscy moi ludzie przywitali nowych towarzyszy broni bardzo ciepło i razem wypili po wielkim kuflu miodu lub piwa. Była już północ. Wyszedłem przed tawernę i rozmyślałem tak o swoich snach i ostatnim obrazie przepowiedni. Nagle zauważyłem, że woda w stawie lekko się zaświeciła na jasny kolor. Było to nie daleko brzegu więc poszedłem w tamtą stronę  i spojrzałem jeszcze raz w to samo miejsce. Po raz kolejny zauważyłem to światło. Zdjąłem miecz z pleców, ściągnąłem moją lekką kolczugę i skórzane buty. Powoli wszedłem do wody i zbliżając się do tego miejsca, ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że to był dwuręczny topór. Miał po obu stronach trzonu dwa ostrza, cały chyba był z żelaza, rękojmię miał ze złota i był zakończony żelazną czaszką. Oręż był długi jak ja. Nie wiem jaki to mistrz kowalstwa wykonał takie dzieło, ale broń bardzo mi się spodobała, więc wyciągnąłem ją z wodnego mułu i wytargałem na brzeg. Założyłem na siebie kolczugę, buty oraz zarzuciłem na plecy miecz. Topór wziąłem w obie ręce i powróciłem do tawerny. Skold szybko podbiegł do mnie.
    - Radoghirze gdzieś ty się podziewał? - rzekł zaniepokojony towarzysz.
    - Byłem nad brzegiem stawu. Zobacz co znalazłem na dnie. - zadowolony pokazałem Skoldowi swoją nową broń. Ten z uśmiechem na twarzy zaczął oglądać topór.
    - Piękne dzieło. Ciekawe kto to wykonał? - zapytał kompan.
    - Sam nie mam pojęcia. Ale zatrzymam sobie go na stałe. - odrzekłem i uśmiechnąłem się.
    Wraz ze Skoldem dosiadłem się do reszty wojowników, radowaliśmy się i piliśmy różnego rodzaju trunki. Nie wiem, która już była godzina, lecz poinformowałem swych najemników, by odpoczęli, ponieważ przed południem wyruszamy dalej do Girdenholmu. Po kilku godzinach biesiadowania poszedłem na piętro do pokoju, by się przespać. W środku znajdowała się słomiana prycza, która była okryta bawełną. Nie wyglądała na przyjemną, lecz jak się położyłem była nawet wygodna. Wstałem i zdjąłem koszulę kolczą, butów nie ściągałem, ponieważ było chłodno. Ponownie ułożyłem się na łóżku i rozmyślałem tak co tam robił ten topór. Po chwili myślenia zasnąłem. Rankiem obudziłem się, ubrałem i zszedłem na dół. Moich żołnierzy tam nie było, więc znowu wszedłem na górę i sprawdziłem w pokojach, również ich tam nie było. Z nie pokojem wyszedłem przed tawernę. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy najemnicy krzyknęli "sto lat!". Wszyscy zaczęli mi składać życzenia. Zapomniałem, że dziś moje dwudzieste pierwsze urodziny. Bardzo się z tego powodu uradowałem, że pamiętali o mnie moi wojownicy. Po chwili jak zaplanowałem, wyruszyliśmy do Girdenholmu, by tam nająć się u króla jako najemnicy. Podróż była bardzo długa, a utrudniały nam najbardziej nie wielkie zamiecie śnieżne. Szliśmy dalej minęło już około pół dnia, gdy zadecydowałem, by rozbić obóz i zostać tam do kolejnego dnia. Dziś w nocy nie działo się nic nadzwyczajnego ale byłem lekko przygnębiony, że nie miałem na czym wypróbować nowej broni. Nawet nigdzie bandytów nie spotkaliśmy. Pomyślałem więc, że pójdę trochę dalej od obozu i sprawdzę topór na drzewach. Gdy już byłem przy jednym z wielu drzew, czaszka, która była na orężu zaświeciła się lekko jasnym, złotawym błyskiem. Przyjrzałem się jej bardziej, lecz nie znalazłem w niej nic nadzwyczajnego. Wykonałem pierwszy cios. Ostrze wbiło się do połowy drzewa, które na oko miało około sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu lat. Uderzyłem po raz drugi. Drzewo upadło z hukiem. Po chwili podbiegł Skold i zapytał co się stało. Odpowiedziałem mu z uśmiechem, że testowałem swą nową broń. Stwierdził, iż jest to potężny oręż.
    - Tak, ja również sądzę, że to jest coś więcej niż broń. - odparłem.
    - Chodź już do obozu Radoghirze. - rzekł Skold.
    - Już idę przyjacielu.
    Wraz z kompanem wróciliśmy do obozu. Wszyscy byli uradowani na mój widok. W końcu byłem solenizantem. Na drugi dzień wszyscy zabrali swój ekwipunek i ruszyliśmy w dalszą drogę do miasta. Bardzo podobał mi się tutejszy krajobraz. Wszystko przykryte zimowym puchem. Przez chwilę byłem tak zapatrzony na te wszystkie drzewa i krzewy, gdy nagle podbiegł do mnie zwiadowca i oznajmił iż widział dużą grupę najemników zmierzającą do miasta. Powiedziałem o tym Falhjomowi, Skoldowi i Grindhrenowi. Naradziliśmy się, by zabrać kilku jeźdźców i pogalopować do tamtej grupy wojowników. Szybkim pędem wyruszyliśmy w ich stronę. Gdy dotarliśmy, zatrzymaliśmy się przed wysokim mężczyzną w rogatym hełmie. Lecz na nasz widok zdjął go. Był bardzo wysoki, miał długie czarne włosy i krótką brodę. Było widocznych kilka blizn na twarzy. Miał przy pasie miecz bardzo piękny ze złotą rękojmią. Na plecach tarczę, średnią, okrągłą. Przyodziany był w kolczugę, a pod nią skórzany pancerz. Buty były wykonane z żelaza i wzmocnione na goleniach. Spojrzał się na mnie krzywo.
    - Hmmm... Witaj wędrowcze. Kim jesteś, by stanąć nam na drodze z uzbrojonymi jeźdźcami? - rzekł niskim tonem mężczyzna.
    - Nazywam się Radoghir, a to są moi kompani Skold, Falhjom i Grindhren, nasz chirurg. - odpowiedziałem.
    - Jam jest Dirigen Mściwy. Ja i moi ludzie zmierzamy do Girdenholmu, by tam nająć się u króla i walczyć w nadchodzącej bitwie. - powiedział wojownik.
    - Powiadasz nadchodzącej bitwie? Hmmm... Mam dla ciebie propozycję Dirigenie. Ja oraz dwudziestu dziewięciu moich ludzi, szukamy najemników do wspólnej kompanii, by żyć, walczyć i podróżować razem po świecie. Oczywiście zapłacę z góry za przystąpienie. - odrzekłem spokojnie.
    - Niech się zastanowię. Ja mam tu czterdziestu wojowników zdolnych do walki, lecz nie mamy wykwalifikowanego lekarza, a ty go masz Radoghirze. Masz rację zgadzam się na ten układ.
    - Dobrze więc od dziś należysz do naszej elity.
    - Dajcie mu konia! - krzyknąłem do swych ludzi.
    Dirigen po otrzymaniu konia ruszył z nami do moich żołnierzy, którzy czekali nie opodal stąd. Jego drużyna ruszyła za nami. Zauważyłem, że nowy członek elity z podziwem patrzył się na mój topór. Gdy już dotarliśmy i wszyscy się przywitali ruszyliśmy dalej w stronę miasta. Wędrówka miała potrwać według zwiadowców, jeszcze około dnia drogi. Dotarliśmy do kręgu wielkich ułożonych w koło kamieni. Na jednym z nich, który znajdował się w centrum okręgu, widniała podobizna Ghorna. Miał dwa małe topory w obu rękach. Hełm jakiś taki dziwny z rogami po obu stronach i dwa rogi z przedniej strony hełmu. Miejsce to, było bardzo dziwne lecz żaden z moich ludzi się nie pomodlił. Odczuwali niepokój. Wszyscy byli przygotowani do ewentualnej walki. Nagle wyskoczyło pięciu korsarzy. Bardzo dziwnie się poruszali. Ludziom kazałem zostać na tyłach, zaś ja i moi kompani ruszyliśmy w stronę wroga. Żaden z nich się nie odezwał. Gdy byliśmy już około dziesięciu metrów od nich ujrzałem jak jednemu z nich zaświeciły się oczy. W pewnym momencie zaczęli biec w naszą stronę. Chwyciłem mocniej za topór i ciąłem nim w jednego z korsarzy. Momentalnie przecięło go w pół. Nawet nie zajęczał. Nie wiem czemu ale wszyscy nie przyjaciele rzucili się w moją stronę. Skold szybkim ruchem odciął rękę jednemu z nich, lecz ten nie zmienił swojego celu - szedł prosto na mnie. Dirigen swoim pięknym mieczem odciął mu nogę. Przewrócił się, lecz z trudem czołgał się do mnie. Gdy już był obok mnie, uniosłem topór wysoko w górę i wbiłem w plecy korsarzowi. Dałem rozkaz, by wszyscy wojownicy rzucili się do ataku. Po chwili walki najemnicy wyrżnęli korsarzy w pień. Lecz jeden z nich, który był cięty w pasie czołgał się do mnie. Złapałem za miecz i ugodziłem go prosto w serce. Jego oczy zgasły, a z rany wypłynęła czarna krew. W oddali słychać było tylko głośny szyderczy śmiech. Ludzie się przestraszyli. Wydałem rozkaz, by wszyscy natychmiastowo ruszyli w kierunku Girdenholmu. Byliśmy jakieś kilka kilometrów od tamtego kręgu. Jednak wojownicy nie zdjęli ręki z miecza. Wysłałem dwóch zwiadowców, by sprawdzili ile nam zostało podróży nim dotrzemy do miasta. Po godzinie wrócili i oznajmili, że za kolejnym wzniesieniem znajduje się stolica. Wszyscy czekali aż ujrzą Nie Zdobyte Miasto. Gdy przeszliśmy te wzgórze, o którym donieśli zwiadowcy, wszyscy zauważyli miasto. Palisada Girdenholmu była bardzo wielka i zapewne zbudowana z najgrubszych drzew w całym królestwie. Miasto nie posiadało żadnych wież, ponieważ w palisadzie były specjalne otwory dla łuczników. Zbliżaliśmy się do bramy. Było już popołudnie, lecz strażnicy wpuścili nas bez problemu. Zapewne stało się tak, iż wiedzą, że mają ogromne szanse nas pokonać gdy zaczniemy robić jakieś zamieszki. Wewnątrz miasta było bardzo dużo drewnianych domów, duża ilość targów. Znajdował się tu również wielki port, większy niż ten, który znajdował się w Dornhjomie. Pozwoliłem mym żołnierzom, by rozeszli się i pozwiedzali miasto. Jednak mają się spotkać ze mną w tawernie "Założyciel Miasta" po zamknięciu rynku. Wraz z kompanami poszliśmy do zbrojmistrza. Mieliśmy wystarczającą ilość wingoldów. Podobno jest to najlepszy zbrojmistrz w całej Myrdanii. Była to niewielka kuźnia z połączeniem do sklepu. Jedynie słychać było dźwięk kutej stali. Poszedłem do pracowni, zaś Skold Falhjom, Dirigen i Grindhren rozejrzeli się po sklepie. Zauważyłem krępego mężczyznę, który trudził się z rozgrzaną stalą na kowadle.
    - Witam. Przepraszam, że przeszkadzam ale mam pewną sprawę jeśli można. Nazywam się Radoghir. - przywitałem i przedstawiłem się zbrojmistrzowi.
    - Ach nie zauważyłem cię chłopcze. Nazywam się Malik i jestem właścicielem tej kuźni. Witam. - odpowiedział mistrz.
    Wraz ze zbrojmistrzem weszliśmy do pomieszczenia gdzie rozglądali się przyjaciele. Mężczyzna stanął za ladą i zapytał.
    - Czego wam trzeba moi mili?
    - Potrzebuję pancerza na zamówienie.- odpowiedziałem.
    Po chwili wszyscy trzej, oprócz Dirigen kompani stwierdzili, iż potrzebują nowych zbroi. Skold zamówił u kowala kolczugę, wzmacnianą płytami żelaznymi na ramionach i klatce piersiowej, również nowe buty, które miały być w pełni płytowe wykonane z żelaza. Falhjom za życzył nowego hełmu z rogami i nową kolczugę przepasaną dwoma pasami. Grindhren, jako medyk od razu zakupił średniej wagi zbroję skórzaną. Namawiali go, by zamówił jak reszta kolczugę, lecz ten odmówił, ponieważ jest medykiem i nie potrzebny mu ciężki pancerz. Zapytał kowala czy wykonałby dla niego nowy miecz, ponieważ ten już był stary i uszkodzony. Zbrojmistrz się zgodził. Jedynie Dirigen nic nie zamawiał mówiąc nam, że nic mu nie trzeba nowego. Na końcu zostałem ja. Bardzo długo trwało to opisywanie, lecz jednak szybko się z tym uporałem. Poprosiłem kowala, by wykuł dla mnie dwa naramienniki na długość mniej więcej do połowy ramienia, który prawy z nich miał mieć żelazną osłonę na twarz nie zbyt wielką żebym mógł widzieć teren po prawej stronie. Standardowo koszula kolcza, na nią napierśnik dużej grubości tak, by zamykał się z tyłu na plecach, na nogi żelazne buty płytowe z ochraniaczami na kolana. I na koniec jeszcze dodałem, że chcę rękawice płytowe i hełm, który miał mieć tylko małe, okrągłe otwory na ustach, bym mógł oddychać i oczywiście otwory na oczy. Po dłuższych oględzinach wyjaśniłem zbrojmistrzowi co i jak ma wyglądać. Po chwili namysłu stwierdził, że swój pancerz będę mógł odebrać za około dwa miesiące. Po chwili podziękowaliśmy kowalowi i wyszliśmy ze sklepu. Było już późno więc ruszyliśmy w stronę tawerny "Założyciel Miasta", by spotkać się z moimi wojownikami. Szliśmy tak około pięciu minut zanim znaleźliśmy tawernę. Gdy weszliśmy do środka było sporo ludzi, lecz bardzo szybko odnaleźliśmy swoich wojaków. Siedzieli i pili razem miód i piwo. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać. Po chwili odszedłem od stołu, by poszukać chętnych wojowników. Znalazłem trzydziestu trzech najemników, którzy byli zainteresowani przyłączeniem do mnie.

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #3 dnia: Lutego 11, 2011, 18:13:47 »
    Przepraszam, lecz nie zmieścił się cały trzeci rozdział.
    _______________________________________ _______________________________________ _______________________________________ ________________________



                                                 *******


        Po miesiącu pobytu w Girdenholmie przyszedł do mnie kowal, u którego zamawialiśmy nasze opancerzenie. Zaszliśmy do kuźni, a tam czekał na mnie moja zbroja i zbroje moich towarzyszy. Spojrzałem na te piękne arcydzieło, które miesiąc temu zamówiłem u zbrojmistrza. Wyglądał on dosłownie jak go opisałem, miał dwa wielkie naramienniki wykonane z żelaza z osłonką, o którą prosiłem kowala. Gdy przywdziałem się w pancerz, wyglądałem jak ci, których widziałem w mych snach i wizjach. Oczywiście mój pancerz był bardzo prymitywny w porównaniu do tych pięknych zdobionych dwóch zbroi. Gdy zobaczyli mnie w nim kompani bardzo się uradowali z tego widoku, że będą mieli wspaniałego kapitana i przyjaciela. Jednak zdziwili się tym, że jestem w stanie udźwignąć tyle żelastwa i jeszcze ten wielki topór. Sam byłem zdziwiony, lecz jednak szybko to przeminęło. Skold i reszta dostali to czego chcieli. Każdy z nas był zadowolony ze sprzętu. Podziękowałem Malikowi i zapłaciłem mu za jego poświęcenie i trud. Razem wszystko wyniosło równo dwadzieścia pięć tysięcy wingoldów. Mieliśmy jeszcze o wiele więcej monet, lecz jednak na bardzo długo się nie rozstanę z moim nowym pięknym pancerzem. Nasze pieniądze wydajemy na żywność i oczywiście opłacam swoich żołnierzy. Gdy wyszliśmy ze sklepu zatrzymaliśmy się na chwilę czy warto pójść do króla Weigrohjoma II. Po chwili przystałem do tej propozycji, by nająć się u władcy. Wróciliśmy do tawerny i poinformowaliśmy o tym swych braci. Na następny dzień w przyodziany w samą kolczugę ruszyłem z kompanami do siedziby króla. Przed wejściem zaszedł na drogę strażnik z toporem i powiedział, że z orężem nie ma wstępu do domu króla. Oddaliśmy mu swą broń, lecz topór oddałem jednemu z mych żołnierzy i kazałem mu z nim wrócić do tawerny i tam go pilnować. Po chwili zostaliśmy wpuszczeni do pałacu. W środku było bardzo pięknie. Cały budynek był wykonany z twardych dębów. Filary były rzeźbione i bardzo wysokie. Z resztą cała konstrukcja była bardzo wysoka. Na środku znajdował się długi dębowy stół. Przy nim na ogromnym tronie siedział król Weigrohjom II we własnej osobie. Zaprosił nas, jakby się nas już spodziewał. Był to mężczyzna w średnim wieku. Miał blond włosy do ramion i krótko przystrzyżoną brodę. Miał na sobie złotą kolczugę i kilka kolczyków w lewym uchu. Przy boku błyszczał jego miecz. Piękny, zdobiony szlachetnymi kamieniami.
    - Witam na moim dworze wędrowcy. - przywitał nas ciepło król.
    - Proszę siadajcie. - dodał.
    Usiedliśmy wszyscy przy stole i przywitaliśmy się z władcą.
    - Witam cię panie, nazywam się Radoghir, a to jest Skold, Falhjom, Dirigen i Grindhren. - odpowiedziałem.
    Przez godzinę rozmawialiśmy z królem o tym kim jesteś i skąd pochodzimy. W końcu rzekłem.
    - Mam dla króla propozycję.
    - Proszę, kontynuuj. - odpowiedział Weigrohjom.
    - Jesteśmy grupą najemników liczącą aktualnie siedemdziesięciu wojowników gotowych do bitwy, która ma niedługo być rozpętana tu pod Girdenholmem. - rzekłem.
    - Masz rację Radoghirze ma rozpętać się tu walka niedługo, więc poszukujemy zdolnych żołnierzy, którzy zgodziliby się walczyć dla mnie i za królestwo. - odparł król.
    Po dłuższej rozmowie z Weigrohjomem dowiedzieliśmy się, że atak chce przypuścić królestwo zza Północnego Morza, najbardziej fanatyczni zabójcy Ghorna - Kriegshordingowie. Nigdy o nich nie słyszałem, lecz dowiedziałem się od władcy, że byli to kiedyś mężni wojownicy. Wingerenowie wierzą w Boga Wojny ale oni nie zostali przez niego opętani tak jak Kriegshordingowie. Ich kontynent jest bardzo wielki i panuje tam mroczna aura. Stolicą ich królestwa jest Oswinerg, a panuje w niej lord Kherigesh. Powiadają, że to przez niego spadł tak ciężki los na to królestwo. Gdy już wyjaśnił mi król w czym rzecz zgodził się i przyjął mnie i mych wojowników, jako najemników. Zapytał mnie czemu nie wszedłem w swej zbroi i z bronią. Odpowiedziałem mu, że nie zostałbym wpuszczony. Po chwili władca zawołał dwóch strażników, którzy mieli pójść ze mną po swą broń i pancerz. Wraz z kompanami i przyboczną strażą króla wyszliśmy z pałacu i powędrowaliśmy do tawerny. Tam przyodziałem się w pancerz i zabrałem ze sobą topór. Wróciliśmy na dwór króla, który czekał na nas na zewnątrz. Gdy zobaczył, że tak wielki i piękny oręż niosę w jednej ręce, zapytał się mnie ile mam lat. Odpowiedziałem, że skończyłem już dwadzieścia jeden wiosen. Władca pozostawił to bez komentarza. Poprosił bym zademonstrował walkę moim toporem z udziałem adeptów. Odmówiłem, ponieważ nie chciałem żadnego z nich zranić, a tym bardziej zabić. Więc podstawiono mi kilka manekinów zrobionych z twardego dębu. Założyłem na głowę swój hełm i wziąłem topór oburącz. Gdy byłem już gotów zrobiłem zamach z prawej strony i ciąłem nim manekina. Kukła po chwili zsunęła się ze swojej dolnej podstawy. Król Weigrohjom nie chciał uwierzyć, że tak młody kapitan zrobił taki pokaz walki. Nie prosił mnie już o trening, bo pokazałem władcy wystarczająco dużo jak na jedną kukłę. Powiedział, że zostanę jednym z pięciu głównych dowódców podczas przyszłej bitwy. Oczywiście zgodziłem się na to i po chwili przyniesiono kilka sztandarów, z których miałem wybrać sobie jeden z nich. Na jednym z nich widniał złoty smok na czarnym tle, na drugim dwa topory skrzyżowane ze sobą na żółtym tle, a na trzecim widniał niebieski wąż w zygzaku na szarym tle. Po chwili wybrałem ten trzeci sztandar, iż najbardziej pasował do naszej drużyny. Po dłuższej rozmowie z królem na temat nadchodzącej bitwie, wróciliśmy do tawerny "Założyciel Miasta" i pokazałem swoim wojownikom nasz nowy sztandar.
    - Każdy z was, najemnikom pod wodzą Radoghira, ogłaszam iż macie obowiązek wytatuowania na przedramieniu prawej ręki niebieskiego węża. - oznajmiłem wszystkich.
    - Wypijmy teraz za nowy sztandar i za was wszystkich! - dodałem, krzycząc.
    Wszyscy odpowiedzieli donośnym krzykiem "Niech żyje Radoghir!". Po chwili dosiadłem się do swej świty i świętowaliśmy przez całą noc.                                             

                                                   *******

        Szybkim pędem wpadł do mojego pokoju posłaniec króla. Powiedział, że mam nie zwłocznie stawić się u władcy. Podziękowałem mężczyźnie i dałem mu za tą informację sto wingoldów. Bardzo mi podziękował poczym wyszedł z pomieszczenia. Ja szybko ubrałem się i przyodziałem w swój pancerz. Zabrałem ze sobą topór i zszedłem na parter po mych przyjaciół. Zapytałem ich, czy towarzyszyli by mi w drodze na dwór króla. Zgodzili się, poczym szybko się uzbroili i ruszyli za mną. Gdy wyszliśmy z tawerny, zdziwiło mnie to, że bardzo mało ludzi było na ulicach Girdenholmu. Nie zastanawiając się nad tym dłużej poszliśmy w stronę dworu. Weszliśmy do sali, a tam czekał na nas zamyślony król. Poprosił byśmy usiedli i słuchali uważnie. Powiedział, że z doniesień królewskich zwiadowców armia Kherigesha zmierza statkami ku Girdenholmowi. Z jednej strony ucieszyłem się z nadchodzącej bitwy, gdzie wypróbuję swój topór na wrogu, zaś z drugiej strony martwiłem się tym, że miasto może upaść pod tak wielką falą Kriegshordingów, która liczyła podobno osiemset tysięcy wojowników, a garnizon miasta liczy około pięciuset tysięcy żołnierzy plus około sto tysięcy najemników. Moi ludzie byli zaledwie garstką w porównaniu do tak wielkich armii, lecz król Weigrohjom przydzielił nas do głównej gwardii króla, która miała bronić i walczyć przy boku władcy. Zapytałem się go za ile dotrą wrogowie do Girdenholmu. W odpowiedzi otrzymałem, że za nie cały tydzień dobiją do brzegów Wingerenii. Po dłuższej rozmowie z Weigrohjomem wyszliśmy z pałacu i spokojnym tempem powędrowaliśmy do tawerny gdzie stacjonowali moi wojownicy. Oznajmiłem ich, by się przygotowali, bo za nie cały tydzień spotka ich zapewne najkrwawsza z bitew w ich życiu. Najemnicy byli zadowoleni i po chwili większość poszła trenować, a reszta wypytywała się mnie o szczegóły. Po omówieniu większości spraw z kompanami, poszedłem na górę, by po długim dniu spokojnie zasnąć w łóżku.
        -  Hmmm... Widziałeś Kapelanie Maximmus jak bardzo zadowolony jest z tej bitwy nasz młody Radoghir? - rzekł Beckett.
    - Tak, lecz on nie wie, że to są siły Chaosu w całkiem innej postaci niż ci, których mamy teraz, ci wyglądają tak, tak normalnie. - odpowiedział Kapelan.
    Po chwili wbiegł do wielkiej i pięknej sali z dwugłowym orłem na środku pomieszczenia, jakiś mężczyzna w podobnym pancerzu jak Brat Beckett. Miał normalną twarz, bez żadnych blizn, włosy krótko strzyżone.
    - Kapelanie Maximmus, Bracie Beckett za chwilę lądujemy na Kronusie, by zacząć wielkie oczyszczanie, proszę byście zeszli na pokład i usiedli w bezpiecznych miejscach. - oznajmił mężczyzna.
    - Dziękujemy za informacje Bracie Hektus. Wracaj na swoje miejsce. - odrzekł Kapelan.
    Brat Hektus wyszedł z sali, a za nim Maximmus i Beckett.
    Szybko się obudziłem i przetarłem oczy. "Znowu jeden z tych dziwnych snów", pomyślałem. Przez chwilę myślałem nad tymi snami i zdałem sobie sprawę, że to nie był zwykły sen lecz widzenie w przyszłości. Dopiero teraz sobie przypomniałem jak mój ojciec opowiadał mi o legendarnych rycerzach z kosmosu, którzy co dziesięć lat przylatywali na ogromnych statkach latających lub żelaznych ptakach, którzy zabierali najsilniejszych i najtwardszych ludzi z Myrdanii, lecz nigdy sam ich nie widział, bo nigdy nie odwiedzali Dangjorg. Nie wiem czemu akurat oni mnie nawiedzają tymi widzeniami, ale jedno jest pewne - w niedalekiej przyszłości na pewno i mnie zabiorą do swych żelaznych statków, a co będzie dalej to nie mam pojęcia.
        W końcu na horyzoncie zwiadowcy zauważyli wrogie statki. Natychmiast mnie o tym powiadomiono. Przygotowałem się więc i sprawdziłem czy wszystko dobrze zapiąłem. Po chwili zszedłem na parter tawerny i oznajmiłem wszystkich mych wojowników. Bardzo się z tego powodu uradowali, że będą mieli okazję walczyć u mego boku w tak epickiej bitwie. Wyszedłem z tawerny i ruszyłem w kierunku pałacu, a wszyscy najemnicy za mną. Gdy już doszliśmy do drzwi, nagle wyszedł zdenerwowany król.
    - Radoghirze, weźmiesz swych wojowników i sto tysięcy mych najemników i wyjdziesz przed bramy Girdenholmu. Będziesz pierwszą linią szturmową, która zaatakuje ten Chaos po chwili ja wraz z mą gwardią wyruszymy ku tobie, by cię wspomóc. - rzekł Weigrohjom.
    Gdy usłyszałem w jego słowach "Chaos" przypomniał się mój sen. Tam też wspomniano o Chaosie.
    - Tak panie, ale powinny na murach stać szeregi łuczników. - odpowiedziałem.
    - Oczywiście, masz rację zrobimy tak. - odrzekł władca.
    Król wrócił do swych komnat, a ja jeszcze pobiegłem do kuźni Malika z pewną sprawą. Poprosiłem go, by na mój sztandar zrobił specjalne uchwyty na plecach. Gdy to zrobił, trzon sztandaru zamontował mi Skold i po chwili zawiesił na nim nasze godło. Żelazny kij był długości mego topora i miał na samej górze zamontowaną prostopadłą poprzeczkę, a na niej była zawieszona flaga, a na niej napis:" For Imperator! And They Shall Know No Fear" (Za Imperatora! Ale Nigdy Nie Zaznamy Strachu). Podziękowałem Malikowi i wyszliśmy po chwili z pracowni. Zmierzaliśmy w stronę bramy, a tam czekał już na nas jeden ze zwiadowców króla. Powiedział nam, że na razie wróg wyładowuje swoje katapulty i rozstawia się na polu bitwy. Podziękowałem mu za tą informację i wyszedłem wraz ze swymi żołnierzami za bramy miasta. Pole walki było całe zaśnieżone, lecz słońce było rozpromienione nad naszymi głowami. Wiele ogromnych głazów stało na tym terenie. Tam czekało na nas sto tysięcy najemników. Po ich twarzach widać było, że się boją. Moi wojownicy stanęli przed nimi i zaczęli uderzać orężem o tarczę krzycząc "au-au-au-au-au...". Po chwili dołączyło się sto tysięcy mężczyzn gotowych do walki. Ja stałem na skale wraz ze Skoldem, Falhjomem, Dirigenem i Grindhrenem, patrząc na tych wspaniałych wojowników. Po chwili zaczęli krzyczeć "Za Radoghira! Za Radoghira!". Ucieszyłem się z tego powodu, więc przemówiłem do nich.
    - Dziś stoczycie swoją najważniejszą z walk w życiu i ja was do niej poprowadzę, walczycie dziś za Girdenholm, za swój dom, za mnie! - krzyknąłem do nich.
    Znowu rozległo się uderzanie o tarcze i głośne "au-au-au-au-au...". Odwróciłem się w stronę wroga. Zauważyłem, że głośno krzyczą i bluzgają w naszą stronę. Pomyślałem sobie "zabiję tych heretyków". Zaczęło się głośne wycie w rogi. Kriegshordingowie ruszyli w naszą stronę. Było ich mniej więcej trzysta tysięcy. Odwróciłem się w stronę mego wojska i krzyknąłem odruchowo.
    - Za Imperatora! Ale nigdy nie zaznamy strachu!
    W odpowiedzi otrzymałem głośnym chórem. "Ale nigdy nie zaznamy strachu!". Po chwili znowu odwróciłem się w stronę morza i z krzykiem na ustach, zacząłem biec w stronę wroga, a wszyscy wojownicy za mną. Zanim dobiegliśmy do tych heretyków, salwa strzał łuczników króla spadła jak grad na Kriegshordingów. Nie wiem ilu ich zabili ale padło bardzo dużo ludzi. Byliśmy mniej więcej sto metrów od nich. Pierwszego wroga pchnąłem z barku i przerzuciłem za siebie. Wbiliśmy się w nich jak nóż w masło. Moi wojownicy zaczęli siekać wroga swymi toporami i różnej maści mieczami. Podbiegł do mnie jeden heretyk, który z wywieszonym językiem bluzgał na mnie. Wziąłem szybki zamach toporem i ciąłem go w bok. Padł w moment. Atakowałem każdego z wrogów. Widziałem jak jeden z nich dwoma toporkami uderzył w głowę jednego z moich wojowników. Krew z jego czaszki rozlała się na boki, przy czym śmiał się jego zabójca. Pobiegłem w tam tą stronę. Uniosłem oręż w górę i cisnąłem nim w czaszkę napastnika. Upadł na kolana, po czym upadł na śnieg. Spojrzałem się na martwe ciało i podbiegłem do kolejnych wrogów. Jeden gdy biegł, wielkim zamachem odciąłem mu nogę przy kolanie, po czym trzon topora wbiłem w jego klatkę piersiową. Gdyby nie jeden z mych ludzi straciłbym sztandar. Drugi z heretyków chciał uderzyć mnie w plecy, by ściąć flagę, by ludzie stracili morale i mieli pewność, że zginąłem. Jednak jeden z najemników wbił mu miecz w trzewia, a potem ugodził wroga mieczem w czaszkę, ratując przy tym sztandar i mnie. Podziękowałem mu i pobiegłem w swoją stronę. Nie czułem nic zabijając tych chorych ludzi. Usłyszałem tylko w dali:
    - Radoghirze! Radoghirze szybko tutaj! - krzyknął Skold.
    - Już biegnę towarzyszu! - odpowiedziałem.
    Szybko udałem się do kompana. Zauważyłem, że napierało na niego około dziesięciu heretyków. W biegu wybiłem się z kamienia z toporem nad głową uderzyłem w dwóch Kriegshordingów. Zdziwiłem się jak ja to zrobiłem, Skold również. Ucieszył się z mojej wizyty i zaśmiał się głośno. Ramię w ramię wcinaliśmy się bardziej we wroga, który przy morzu miał swój obóz. Po chwili dołączyli się do nas Dirigen, Grindhren, Falhjom i kilku z mych wojowników. Nagle zza bramy Grindenholmu wybiegła ciężka jazda króla, który sam w niej uczestniczył. Z krzykiem na ustach i z toporami w górze przybyli nam pomóc. Najemnicy z tego widoku zaczęli bardziej wypierać wroga z tych ziem. Gdy dobiegłem z wojownikami do obozu wroga, zauważyliśmy jak kilka statków zaczęło odbijać od brzegu. Tłukliśmy się z heretykami. Nagle jeden z wojowników złapał za pochodnie, których było sporo w ich obozowisku i rzucił w jeden z odpływających statków. Zaczął powoli płonąć. Reszta wojowników również zaczęła ciskać pochodniami w okręty. Dwa z nich uszły cudem, a trzeci dostał, lecz płynął za tamtymi dwoma jednak spowalniał. Po kilku godzinach wyrżnęliśmy wrogów, którzy nie zdążyli uciec przed nami. Ostatniego z nich dorwałem i ściąłem mu głowę jak kat. Żołnierze króla Weigrohjoma zaczęli oczyszczać pole bitwy z heretyków i dobijali tych, którzy jeszcze byli przy życiu. Podszedłem do władcy.
    - Królu melduję, iż wszyscy zostali zgładzeni jednak trzy statki uciekły, jeden z nich jeszcze płonął. - zameldowałem ze spokojem.
    - Dziękuję ci Radoghirze. Okazałeś się wspaniałym generałem. Jednak dziś będziemy opłakiwać tych którzy dziś polegli - twoich i moich dzielnych wojowników. - odpowiedział ze smutną miną.
    - Jutro zaczniemy pogoń za tymi, którzy zdołali uciec przed moim gniewem. - dodał ze zdenerwowaniem.
    Po chwili zaczęliśmy przeglądać to co zostawili Kriegshordingowie. Gdy to czytałem miałem czarne myśli. Po chwili usłyszałem w głowie " odłóż to Bracie! Nie czytaj tego!" odrzuciłem gwałtownie księgę. Kazałem wyjść wszystkim z namiotu. Złapałem za pochodnię i rzuciłem w namiot. Zaczęły płonąć, lecz po chwili usłyszeliśmy szyderczy śmiech, taki sam jak wtedy przy kręgu. Wszyscy rozejrzeli się dookoła, lecz nic nie zauważyli. Po kolejnych godzinach sprzątnęliśmy poległych, którzy walczyli w imię Imperatora i tych, którzy byli przeciwko nam. Podszedł do mnie król Weigrohjom i zapytał o co chodzi z tym "Imperatorem". Odpowiedziałem mu nie jasno, ponieważ sam nie wiedziałem kto to, a ci, których widziałem w swych widzeniach wychwalali Boga-Imperatora. W pałacu władcy odbyła się wielka uczta za zmarłych i za zwycięstwo.


    _______________________________________ _______________________________________ _______________________________________ _____________________

    Proszę o szczere komentarze. Bardzo mi zależy na Waszej krytyce, tej dobrej i tej złej. :)
    Pozdrawiam
    Theoden

    Offline Lord Dawo

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 241
    • Piwa: 0
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #4 dnia: Lutego 13, 2011, 10:52:52 »
    Bardzo fajne.
    "Również mam tą grę z Komputer
    Świat i grałem w nią 4 lata a po 3
    latach się skapłem że żeby
    budować budynki muszą być one
    połączone chodnikiem."
    acoaco122

    "[Nd 12:01] <Elsevier> a ja nie mam kompa bo w naprawie! Od 3dni pisze na tawernie na komie. Jestem hardcorem :>
    [Nd 12:04] <Zowi> I teraz Dawo wchodzi do gry... :P
    [Nd 12:04] <Lord Dawo> Ja synku robię moda mając neta tylko na komórce to ja jestem hardcorem mnie nie przebijesz :D
    Nd 12:04] <Zowi> Haha a nie pisałem? :D"
    :D

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #5 dnia: Lutego 20, 2011, 19:39:21 »
    Chcesz krytyki? Proszę bardzo :)

    Historia jest bardzo schematyczna, ułożona na wzór powieści fantasy z dawnych lat. Trochę powtórzeń, błędów ortograficznych, składniowych, interpunkcyjnych, ale nie jest tragicznie. Widzę, że nawet zrobiłeś akapity, co jest rzadkością na tym forum. Z kolei mocno rzucają się w oczy liczne nielogiczności. Nawet ci część z nich wymienię, żebyś wiedział o co mi chodzi: podróż morska trwająca trzy lata z jednym zejściem na ląd (co w tym czasie jedli?), pochodzenie ojca głównego bohatera (królewski wojownik nie mieszkałby na wsi), Skold dołączający do Radoghira nie wiadomo z jakiego powodu, garnizon miasta składający się z 500 tysięcy żołnierzy (Dla porównania - W całej Polsce wojsko obecnie liczy ok. 100 tysięcy, w Polsce Mieszka I w drużynie książęcej służyło trzy tysiące wojów). To tylko część absurdów. Muszę też zwrócić uwagę na nazwy, jakie wymyśliłeś. Przeliteruj sobie na głos słowo "Kriegshordingowie" i spróbuj zapamiętać.

    No dobra, ja tu ciągle narzekam, a przecież nie jest wcale tak źle. Powiem więcej, jest całkiem dobrze, jeżeli to twoje debiutanckie opowiadanie. Pomimo wielu zrobionych przez ciebie błędów wykazałeś, że umiesz układać historię, masz wyobraźnię. Warsztatu można się nauczyć, a wyobraźni i umiejętności opowiadania nie :)
    Jeżeli mam ci poradzić - ćwicz i czytaj, a będzie coraz lepiej.

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #6 dnia: Lutego 20, 2011, 20:00:57 »
    Dziękuję za krytykę. :) Na takie coś czekałem od dawna. Tak wiem trochę sporo tych jak to powiedziałeś absurdów ale co do tej trzy letniej podróży to dlatego,  bo jak to pisałem to stwierdziłem, iż będzie to nie ważne co robili i ile razy przybijali do brzegu. Co do wielkości armii - w tym opowiadaniu nie przyciągałem dużej wagi do realizmu wielkości wojsk. Przepraszam również za wiele powtórzeń. Jest tak ponieważ piszę opowiadanie późno w nocy i na telefonie, więc trzeźwo ja się nie czuję i nie sprawdzam tego co napisałem tylko od razu spać idę. Tak więc po raz drugi dziękuję za szczerość i życzę, by również Tobie dobrze szło opowiadanie. :)
    Pozdrawiam
    Theoden

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #7 dnia: Lutego 22, 2011, 14:58:07 »
    Rozdział IV - "W odwiedzinach" na wyspie lorda Kherigesha


        Rano, po wczorajszej uczcie, obudziłem się z bólem głowy. Wszyscy jeszcze spali. Ja jednak wyszedłem z pałacu nikogo nie budząc na zewnątrz. Słońce świeciło, lecz był mroźny wiatr. Zarzuciłem na siebie futro z czarnego wilka i poszedłem w stronę bramy miasta, która była zwrócona w stronę morza - wczorajszej walki. Wszedłem po drewnianych schodach na palisadę, by mieć lepszy widok na pobojowisko. Śnieg był prawie pokryty czerwoną krwią. Mało widoczny był śnieżno-biały puch. Nagle podszedł do mnie Skold.
    - Witaj przyjacielu. Gdybym cię wtedy nie zawołał, na pewno straciłbym życie, a chcę jeszcze w nie jednej bitwie uczestniczyć u twego boku Radoghirze. - rzekł zadowolony towarzysz.
    - Witam cię. W porządku, zawsze możesz na mnie liczyć. Jednak nie mogę zrozumieć jednego. - odpowiedziałem ze zmartwieniem.
    - Czego? Mi możesz powiedzieć. - odpowiedział Wingeren.
    - Tego, że w tak młodym wieku tyle osiągnąłem. Ta siła, ten topór i ten pancerz. - powiedziałem, zniżając swój głos.
    - Sam nie wiem. Też ciągle się zastanawiałem, może i po ciebie przylecą ci dziwni rycerze z żelaznych statków.
    Skold uśmiechnął się. Wyglądał jakby sam ich już widział. Spojrzałem na słońce, które zlewało się razem z morzem. Gdy chciałem się zapytać przyjaciela co wie o tych rycerzach, już go nie było. Zdziwiłem się i dalej podziwiałem wschód słońca. Po pewnym czasie wróciłem się do pałacu. Wszyscy już się obudzili. Podszedłem do króla i poprosiłem go, by dał mi jeden okręt na stu ludzi, ponieważ miałem zamiar podjąć pogoń za uciekinierami. Zgodził się, lecz gdy dotrzemy do Oswinergu, przybędzie wspomóc mnie w bitwie o te miasto zaludnione heretykami. Zawarliśmy więc taki układ. Po chwili przysłał do siebie swoich strażników, by ci zaprowadzili mnie do portu. Wraz z kompanami i gwardią króla wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w kierunku stoczni. W ciągu dziesięciu może piętnastu minut dotarliśmy do celu. Cumowało tam wiele pięknych statków. Jeden ze strażników pokazał nam okręt z ilością stu dwudziestu miejsc. Wybraliśmy go. Był bardzo długi, około dwudziestu pięciu metrów. Cały był wykonany z drzewa dębowego i pomalowany rozcieńczoną żywicą z sosny. Na jego przedzie widniała piękna rzeźba. Był to o dziwo dwugłowy orzeł z rozpostartymi skrzydłami, który był pomalowany złotą farbą. Nagle przypomniał mi się ten posąg z mego widzenia, był to ten sam ptak. Wszedłem na pokład, by przyjrzeć się okrętowi bliżej. Na środku statku widniała krata w kształcie prostokąta. Oświetlała ona dolny pokład, w którym znajdowały się miejsca dla tych, którzy mieli wiosłować. Powiedziałem strażnikom, by przygotowali okręt na jutro rano. Przyjęli rozkaz, po czym poszli po pomocników. Jeszcze przez kilkanaście minut podziwiałem z kompanami statek. Po chwili przyszło piętnastu robotników, którzy od razu zaczęli przygotowywać "Dwugłowego Orła", bo tak nazywał się okręt.  Zeszliśmy z pokładu i powędrowaliśmy do "Założyciela Miasta". Tam siedzieli nasi wojownicy. Stu ludzi, którzy byli pod moją komendą, ci którzy walczyli za mnie w ostatniej bitwie. Usiadłem z nimi i zaczęliśmy rozmowę na temat uciekinierów. Ciągle mnie prosili, byśmy wyruszyli i ich zgładzili. Zaskoczyłem ich odpowiedzią, że statek jest już przygotowywany do jutrzejszej pogoni. Wszyscy się uradowali, po czym rozeszli, by przygotować się do podróży.
    Na drugi dzień o świcie kazałem jednemu z wojowników, by zbudził wszystkich żołnierzy i powiedział im, żeby się przygotowali do podróży. Przyjął rozkaz i odszedł, by je wykonać. Ja zaś umyłem się w misce ciepłej wody, po czym założyłem na nogi skórzane spodnie i żelazne buty z futrzanymi wkładkami. Przyodziałem się w koszulę z bawełny, nałożyłem na nią koszulę kolczą i założyłem mój wspaniały pancerz wykonany przez mistrza kowalstwa - Malika. Topór i hełm wziąłem pod rękę i zszedłem na parter. Wszyscy stali już przygotowani na moje rozkazy. Powiedziałem im, by ruszyli w stronę portu, prosto na pokład "Dwugłowego Orła". Zebrałem ze sobą moich przyjaciół i poszliśmy na statek. Czekał tam już na nas król. Podszedłem do niego i powiadomiłem go, że jestem gotów, by wyruszyć za Lordem Kherigeshem.
    - Radoghirze uważaj na siebie, nie daj się zabić, ponieważ jesteś bezcennym wojownikiem. - rzekł Weigrohjom.
    - Oczywiście królu. - odpowiedziałem z uśmiechem na twarzy.
    - Ty też uważaj na siebie. - dodałem.
    - Ja oraz moje wojsko będziemy płynęli jakieś dwa dni za tobą. - odrzekł z powagą na twarzy.
    Po krótkiej rozmowie sprawdziliśmy wszystko dokładnie, po czym odbiliśmy od brzegu. Wszyscy ludzie na lądzie machali nam rękoma na pożegnanie. Król wraz ze swymi strażnikami stał na baczność i nawet się nie ruszył. Po chwili za salutował i odszedł.


                                        *******

        Minęły już dwa dni od kiedy wypłynęliśmy z Girdenholmu. Na razie nie było żadnych oznak, byśmy wytropili tych tchórzy.
    - Kapitanie! Kapitanie! - krzyknął jeden z ludzi.
    Podbiegłem szybko do niego. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o brązowych krótkich włosach, broda również była brązowa, lecz dłuższa niż włosy.
    - Co się stało Ofing? - zapytałem z niepokojem.
    - Proszę spojrzeć przez lunetę. - odpowiedział zdenerwowany.
    Chwyciłem za lunetę, a tam ujrzałem jeden ze statków wroga. Niestety już płonął. Kazałem Ofingowi podpłynąć bliżej, by zbadać co się stało. Byliśmy jakieś kilka set metrów od wraku gdy usłyszeliśmy czyjś jęk. Ja wraz z kilkoma wojownikami i Skoldem zeszliśmy na zniszczony okręt. Było pełno trupów ludzi, którzy spłonęli na statku. Zauważyłem coś dziwnego co się poruszyło pod pokładem pobiegłem tam szybko lecz nic nie było. Nagle coś na mnie wskoczyło. Zacząłem z tym czymś się szamotać. Krzyknąłem, by wszyscy zeszli na dół. Jednak to coś się nie spłoszyło, chciało mnie zabić. Po chwili przybiegli moi ludzie. Wszyscy stali w osłupieniu, bo sami nie wiedzieli co to. W końcu jeden z wojowników wziął się w garść i cisnął toporem prosto w to stworzenie. Upadło bez ruchu na ziemię. Miało jajowatą, jasną głowę i wielkie czerwone oczy w kształcie elipsy, było trochę niższe od nas i było dziwnego kształtu - miał szerokie barki, które były wydłużone. Na lewej piersi widniał jakiś czerwony klejnot. Jednak gdy się na nie, nie patrzy wygląda zupełnie jak człowiek oprócz głowy i czarnej skóry lub pancerza. Jego uzbrojenie to dwa zakrzywione ostrza na ramionach. Niestety przez mój pancerz nie mógł się przebić. Podeszliśmy do tego bliżej. Leżało bez ruchu z toporem w plecach. Pociągnąłem za trzon oręża, wyciągnąłem go i podałem Heksingowi. Mężczyzna o blond włosach w wieku około czterdziestu lat. Jak każdy z mych wojowników, dobrze zbudowany. Na twarzy miał kilka blizn jednak jemu to nie przeszkadzało. Ukląkłem przed tym stworzeniem i chciałem sprawdzić czy to coś ma hełm czy to jego twarz. Okazało się, że to hełm. Powoli go zdjąłem, ku naszemu zdziwieniu był to człowiek, choć w pradawnych wierzeniach Wingerenów istniały Elfy, które żyły o wiele setek lat dłużej od ludzi, miały nieskazitelną cerę, szpiczaste uszy i bardzo widoczne rysy twarzy, byli szczupli i mniej więcej naszego wzrostu. Ten pasował do opisu pradawnych Elfów. On zaś miał srebrne włosy i złowrogie brwi. Odsunęliśmy się od niego. Odwróciliśmy się na moment, bo ktoś z naszych krzyknął na pokładzie "Dwugłowego Orła". Gdy chcieliśmy zabrać ciało, by zbadać je dokładniej na okręcie - nie było go. Pozostała tylko czarna, wypalona plama w kształcie tego "elfa". Powoli się wycofaliśmy na górny pokład. Jesteśmy twardymi wojownikami, lecz to nas trochę wystraszyło. Wraz ze Skoldem weszliśmy do pomieszczenia kapitana statku. Książki po lewej stronie pokoju były po rozrzucane, ubrania, jakieś przedmioty, również. Spojrzeliśmy na prawą stronę, a tam naszym oczom ukazało się zmasakrowane ciało kapitana tego wraku. Był metalowymi kołkami przybity do ściany. Były ich cztery. Ręce wysoko po bokach, a w dłoniach te żelazne narzędzia, nogi również szeroko na bokach i w stopach kolejne dwa kołki. Jego brzuch był jednym słowem jakby rozerwany, wnętrzności ujrzały światło dzienne. Zauważyliśmy również przerwany kręgosłup. Wszystko to, wyglądało jakby ktoś dwoma ostrzami przebijał się przez jego ciało. Spuściliśmy głowy i wyszliśmy z pomieszczenia, w którym czuć było zgniliznę. Na górnym pokładzie również nic ciekawego. Ciała wojowników Kherigesha leżały wszędzie - rozerwane na pół, bez kończyn. Pomyślałem sobie wtedy "co za zła istota mogła uczynić coś takiego?". I wtedy przypomniał mi się ten Elf z dolnego pokładu. To na pewno on zrobił tą całą masakrę. Po chwili wróciliśmy na nasz statek i z niego wyrzuciliśmy kilka pochodni na okręt wroga. Zaczął płonąć jasno żółto-pomarańczowym ogniem. Spojrzałem na błękitne niebo i kazałem ruszać w dalszą podróż. Wieczorem rozpaliliśmy ogień na palenisku i przygotowaliśmy kilkanaście kurczaków, które spakowaliśmy przy przygotowywaniu do wyprawy.
    - Ach... Smaczne mięso. - stwierdziłem z uśmiechem na twarzy.
    - No oczywiście, przecież to mojej roboty Radoghirze hahaha. - zaśmiał się głośno Falhjom.
    - Ciebie zawsze się trzyma humor przyjacielu. - odpowiedziałem uradowany, po czym wytarłem swą brodą usta z tłuszczu.
    Po dłuższym jedzeniu i piciu ułożyłem się do snu. Większość wojowników poszła spać pod dolnym pokładem. Ja jednak wolałem zostać na górze i spać pod gwiazdami. Zawsze to uwielbiałem w dzieciństwie. Z rękoma pod głową leżałem i podziwiałem miliony migoczących światełek nade mną, które mieniły się w blasku księżyca. Marzyłem, by zobaczyć kosmos, lecz przy naszej technologii to nawet podbić nieba nie potrafiliśmy. Jednak to mnie najmniej martwiło. Najbardziej się zastanawiałem co się stanie gdy dotrzemy na wyspę Lorda i gdy dojdzie do bitwy pod jego miastem, król Weigrohjom nie dotrze. My zaś polegniemy w walce. Z resztą to była moja decyzja, by wyruszyć za niedobitkami. Po krótkim rozmyślaniu w końcu na me oczy zsunęła się czarna kurtyna snu.
        Na drugi dzień rano obudziłem się dość wcześnie jak na mnie. Niebo było jeszcze blado-pomarańczowe, a słońce powoli wyłaniało swoje promienie zza morza. Powietrze było mroźne jednak śnieg nie padał. Zauważyłem, że Ofing i Heksing również nie śpią i dopatrują się czegoś przed naszym statkiem. Podszedłem do nich spokojnie.
    - Witam was. Co tam wypatrujecie? - zapytałem wojowników z ciekawością.
    - O! To pan, panie kapitanie. Miałem właśnie budzić ciebie. - odrzekł wystraszony moją obecnością Heksing.
    - Więc słucham co macie mi do powiedzenia.
    Zdenerwowany Ofing zaczął mówić.
    - Radoghirze, w naszą stronę zmierza jakiś okręt. Zapewne statek korsarzy. Nie wiemy ilu ich jest, jednak za jakąś godzinę dopłyną do nas, a widząc po ich rozwieszonych żaglach wiedzą o naszej obecności. Proszę o natychmiastowe zbudzenie wojowników.
    - Dobrze, lecz wszyscy ukryjemy się gdy podpłyną i zaatakujemy gdy wejdą na nasz pokład. - powiedziałem spokojnym tonem.
    - Tak będzie szefie. - odrzekł Ofing.
    Ja po chwili odszedłem i teraz moim celem było obudzenie wszystkich wojowników i powiadomienie ich o zaistniałej sytuacji. Gdy zszedłem pod pokład większość już nie spała. Niektórzy siedzieli i jedli śniadanie, inni zaś polerowali broń lub pomagali sobie nawzajem założyć pancerz.
    - Słuchajcie mnie wszyscy. - odezwałem się głośno, po czym wszyscy spojrzeli na mnie.
    - W naszą stronę zmierza okręt korsarzy i na pewno są nastawieni wrogo.
    Wszyscy zaczęli się śmiać i cieszyć, gdyż będą mieli szansę potrenować przed oblężeniem.
    - Haha... W końcu kapitanie jakaś pożyteczna rzecz na tym morzu. - odpowiedział jeden z wojowników, wyglądał na silnego chłopa z resztą jak cała reszta mych żołnierzy i po krótkiej chwili zaśmiali się wszyscy obecni nawet ja.
    - Tak, masz rację, ale bądźmy poważni, nie wiemy ilu ich jest, lecz mam pewien plan.
    Wszyscy usiedli z ciekawością i nastała cisza.
    - Tak więc wszyscy ukryjemy się na statku, spuścimy wiosła, by statek się zatrzymał. Gdy wrogowie już podpłyną i wejdą na nasz pokład, po chwili wyjdę ja i zapytam o co chodzi. Jeśli zaczną grozić, zawołam was, a wy róbcie co żyw nie podoba i zabijcie ich dla Imperatora.
    Wszyscy wykrzyczeli głośno moje imię i nasz okrzyk wojenny: "Ale Nigdy Nie Zaznamy Strachu!" co oznaczało jednym słowem, że się zgodzili na taką taktykę. Kazałem im, by się przygotowali i czekali na mój znak. Wróciłem do Heksinga i Ofinga i spytałem ich o stan rzeczy. Dowiedziałem się, że za kilkanaście minut korsarze będą przy naszej lewej burcie. Wróciłem do paleniska - bo właśnie tam zostawiłem swój pancerz i broń. Założyć zbroję pomógł mi Grindhren. Podziękowałem mu i złapałem za topór. Ci, którzy jeszcze się nie ukryli kazałem, by to już zrobili. Po dłuższej chwili podpłynął okręt wroga. Ja wyglądałem lekko zza wielkiej beczki wraz ze Skoldem. Nagle na pokład zeszło pięciu korsarzy. Widać było po ich minach, że są zadowoleni ze znaleziska. Gdy spojrzałem na ich statek naliczyłem ich z moim przyjacielem, że jest ich mniej więcej tyle co nas, więc walka będzie wyrównana i sprawiedliwa. Wraz z tym, że zaczęło ich coraz więcej schodzić się na "Dwugłowego Orła", wyszedłem z ukrycia, z toporem na ramieniu i Skoldem przy boku stanąłem na środku statku. Wszyscy stali wryci. Większość była przyodziana w stare dziurawe kolczugi i przeszywanice, mieli różnego typu hełmy, szyszaki, czapki filcowe, kaptury kolcze, nawet posiadali rogate hełmy, w których walczyli Kriegshordingowie. W ręku dzierżyli różnego typu miecze krótkie, półtora ręczne i dwuręczne, w drugim ręku większość trzymała stare okrągłe tarcze, niektórzy mieli topory, lecz żaden nie miał tak wspaniałego jak mój oręż. Zwykłe buty skórzane lub wykonane z futra wilków i niedźwiedzi, tylko jeden miał buty płytowe, który po chwili wyłonił się z grupy piratów morskich. Miał na sobie pszeszywanice, na niej kolczugę, a na kolczudze, zbroję płytową, lecz nie pełną i pordzewiałą. Nie miał ochrony na całej lewej ręce i barku, dziura w płycie, która była po lewej stronie nad miednicą i zabity gwoździami kawałek metalu na sercu. Najwyraźniej łotr zdobył pancerz od jakiegoś innego najemnika, którego ciął w lewy bok, a później wbił metalową włócznię w serce, by dobić nieszczęśnika. W lewej dłoni trzymał wielką okrągłą tarczę, a w prawej dłoni również pordzewiały jak pancerz - miecz półtora ręczny - w którym nie było nic nie zwykłego. Twarz jego była pełna blizn, włosy miał brązowe i dość długie, jednak nie miał brody i to było trochę dziwne, bo każdy Wingeren ma obowiązek mieć zarost na twarzy. Najwyraźniej nim nie był.
    - O! Chłopcy jednak ten statek ma właściciela! Hahaha. - zaśmiał się głośno przywódca.
    - Najwyraźniej tak korsarzu. Czego chcesz?! - odkrzyknął zdenerwowany Skold.
    - A chcieliśmy i chcemy przygarnąć to cudo, broń i pancerz twojego towarzysza, bo przydałby mi się nowy hahaha. -  również z nim zaśmieli się wszyscy oprócz nas.
    - No to masz pecha nie dostaniesz żadnej z tych rzeczy. - odpowiedziałem z dumą.
    Spojrzał się na nas korsarz i zaśmiał się głośno.
    - A co możecie nam we dwóch zrobić chłopczyku? - parszywie zapytał.
    - Wycofaj się lub giń. - odpowiedziałem mu z pogardą.
    - Dziś to ty zginiesz! - krzyknął i ruszył w moją stronę.
    - Za Imperatora! - wykrzyknąłem głośno i po chwili zaczęli wybiegać moi ludzi ze swych ukryć.
    Ich dowódca był już blisko. Ja zaś szybko wziąłem zamach od tyłu i uniosłem broń do góry jak kat i cisnąłem toporem prosto we wroga. Oręż wbił się w czaszkę nieszczęśnika. Gdyby nie jego pancerz miałbym dwie części ich kapitana, tak silna była siła ciążenia. Skold rzucił się w wir walki i zabijał z szaleńczym atakiem w lewy bok. Inni równie dobrze radzili sobie z wrogiem, Falhjom któremuś odciął dłonie, Dirigen przebijał się mieczem przez pancerze i trzewia wroga na wylot, a Grindhren zabierał rannych, przyjaznych wojowników i robił im opatrunki. Zadowolony z współpracy mych ludzi, z większym zadowoleniem walczyłem i zabijałem ich. Walka była wyrównana, ponieważ było nas tylko o kilku więcej. Następnym celem było przeniesienie walki na ich statek. Gdy spychaliśmy ich po kładce na pokład wroga, niektórzy z nich spadali do lodowatej wody z powodu braku miejsca na długich i szerokich deskach, po których dostali się do nas. Wraz z rytmem walki odcinałem ręce i nogi, rozcinałem brzuch i wypadały wnętrzności, ci którzy leżeli na ziemi nie zdolni do walki trzonem topora dobijałem ich, wbijając kolec w serce. Po kilku godzinnej walce na morzu mogliśmy odpocząć. Nie zabieraliśmy im cennych rzeczy, bo to nie było w naturze Wingerenów. Jedynie skonfiskowaliśmy im żywność i różnego rodzaju trunki od przeróżnych piw, po miód i wino. Nikt z nich nie przeżył, bo nie mieliśmy zamiaru ich zabierać ze sobą. Wszystkich ułożyliśmy na środku ich statku z orężem na piersi. Gdy już to zrobiliśmy oblaliśmy wszystko i wszystkich poległych naftą. Weszliśmy na swój okręt, zapaliliśmy pochodnie i wrzuciliśmy na sąsiedni statek. Kazałem, by pięćdziesięciu wojowników zeszło pod pokład i zaczęło wiosłować. Długimi kijami odepchnęliśmy ich statek od naszego. Zrobiliśmy godny pochówek dla tych, którzy godnie z nami walczyli.

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #8 dnia: Lutego 22, 2011, 14:59:22 »
    Przepraszam za multi post, jednak znowu się nie zmieściło całe:( Przepraszam bardzo mocno. Tak wiem strasznie to długie, ale jak opowiadanie to opowiadanie. I po raz kolejny przepraszam za kilka postów na raz.




                                               *******


        Po tygodniu podróży na horyzoncie zauważyliśmy ląd. Ofing powiedział, że jeśli przyśpieszymy, to jutro rankiem dobijemy do brzegu. Ucieszyłem się z tej informacji, lecz byłem zawiedziony, iż nie wykonałem swojego głównego celu - odnalezienie i dobicie uciekinierów spod Girdenholmu. Wróciłem do paleniska gdzie siedzieli moi towarzysze broni. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że nasz medyk ma dziś urodziny. To była już jego czterdziesta wiosna.
    - Wszystkiego najlepszego Grindhren. - powitałem towarzysza z uśmiechem na twarzy.
    - O! Witam i dziękuję Radoghirze. - odrzekł najwyraźniej ucieszony medyk.
    Przyniosłem jedną świnię, którą miałem zamiar upiec nad paleniskiem i ucztować z urodzin Grindhrena. Po dwóch godzinach świnia była gotowa. Wraz z Dirigenem i Skoldem przygotowaliśmy ją i zrobiliśmy ucztę. Na środku stołu znalazła się pieczona dziczyzna, obok zaś kilkanaście pęków kiełbasy, chleb, różne warzywa takie jak oliwki czy pomidory, również znalazło się kilka kręgów sera, było też winogrono i kilka koszów jabłek. Z trunków na stole znalazło się piwo, wino i miód. Wszystko zdążyliśmy przygotować na wieczór. Słońce powoli chowało się za morzem, a wody były dziś spokojne. Zwołałem wszystkich wojowników na pokład, by zasiedli do uczty za Grindhrena, bo gdyby nie on to wielu z nas, by już nie żyło. Po chwili rozeszło się głośne "Sto lat!...Sto lat!...". Wszyscy byli najwyraźniej zadowoleni z urodzin Grindhrena. Wszyscy zasiedli na swoich miejscach. Dziś wyjątkowo medyk usiadł na środku, ja po jego prawej stronie, a Skold po jego lewej stronie. Wszyscy pili, jedli i opowiadali sobie różne powiastki w jakich to oni walkach i bitwach uczestniczyli. Po długo godzinnym ucztowaniu wszyscy zasnęli. Ja jako jedyny byłem jeszcze w stanie stać trzeźwo na nogach, więc podszedłem na dziób statku. Księżyc dziś bardzo jasno świecił i wyglądał jakby miał zaraz zetknąć się z morzem. W jego blasku widziałem również wyspę, na której mamy o świcie lądować. Była naprawdę wielka. Zastanawiało mnie to, że wróg tak szybko nam umknął lub w ogóle nie dopłynął do celu. Po chwili wróciłem do paleniska i ułożyłem się spać.
        Rano bardzo szybko mnie zbudzono. To był Heksing.
    - Co się stało przyjacielu? - powiedziałem ziewając.
    - Radoghirze! Szybko wstawaj! Zaraz będziemy cumować i wychodzić na ląd. - krzyknął, by zapewne mnie ocucić ze snu. Udało mu się to.
    - Dobrze już, ale musisz mi pomóc założyć pancerz i zawiesić na nim sztandar. - poprosiłem Heksinga. Zazwyczaj sam go zakładam, lecz to dłużej trwa.
    Nie mówiąc nic towarzysz zaczął mi pomagać się przygotować. Podziękowałem mu za to i poszedłem w stronę Ofinga, który wypatrywał czegoś. Zauważyłem już, że za jakąś godzinę będziemy przy brzegu. Uśmiechnąłem się z tego powodu, lecz nie wiadomo co nas czeka na wyspie. Zauważyłem jakiś las. Powiedziałem Ofingowi, by nas tam skierował. Wykonał szybko mój rozkaz i zaraz popłynęliśmy w stronę tego boru. Po godzinie dotarliśmy do wskazanego celu. Krajobraz był inny. Śnieg na tej wyspie roztapiał się już, widać było już ciemną trawę, która rosła pod puchem. Las był mieszany, iglasty i liściasty, drzewa bardzo wysokie i masywne. W dali zauważyłem jakiś most. Zeszliśmy ostrożnie na ląd. Ja szedłem na przedzie grupy, a ci, którzy pozostali na okręcie przygotowywali statek, by ukryć go gałęziami i porostami, aby nie został wykryty przez wroga. Zatrzymałem się przed lasem, a cała reszta za mną. Nagle podszedł do mnie Skold.
    - Radoghirze, statek ukryty, a ludzie gotowi do wymarszu w głąb lasu. - ze spokojną miną powiadomił mnie o tym.
    - Tak, za chwilę ruszymy Skoldzie. - odpowiedziałem mu z niepokojem.
    Po dłuższej chwili, gdy słońce rozjaśniło wejście do boru, ruszyłem w jego stronę przebijając się przez różne chaszcze, a cała kompania za mną.

    Offline Mortis

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 589
    • Piwa: 3
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #9 dnia: Lutego 26, 2011, 23:29:10 »
    Hmmm...przeczytałem, na początku z pewnymi oporami, ale jakoś poszło. I ogólnie wrażenia, szczerze mowiac, srednie. Sporo powtorzen, z jednej strony pelna pompa, z drugiej dosc zabawny na przyklad kawalek z pieczeniem miesa. Z opisu wywnioskowalem, ze choc mieli ogien to zjedli go na surowo, jak skomentowali bohaterowie? "mmm, pyszne miesko" "mi tez bardzo smakuje"......strasznie nienaturalnie. Opisy walki tez troszke nierealne, Skold jednym cieciem przecina bandyte na pol i jeszcze dźga go prosto w serce? I w nastepnym zdaniu znow cios w serce.
    Na przyszlosc jesli tworzysz dialogi, sprobuj je potem przeczytac na glos i sprobuj ocenic, czy wygladaja one naturalnie, to pomaga. Aha, jeszcze jedno, kiedy w zdaniu jeden bohater zwraca sie do drugiego po imieniu, przed tym imieniem stawia sie przecinek na przyklad - "podaj mi to krzeslo, Skold", a o tym czesto zapominasz. i Staraj sie nie pisac przy dialogach za kazdym razem kto co powiedzial / rzekl / odrzekl itp, bo raz, ze to wydluza tekst, dwa, ze to nieladnie wyglada, a trzy - dzieki temu unikniesz powtorzen, z ktorymi chyba sobie nie radzisz. No, ale generalnie nie uwazam ostatnich kilkunastu minut za czas stracony, pisz dalej :)

    Offline Luciferek

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 224
    • Piwa: -1
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #10 dnia: Marca 02, 2011, 23:08:13 »
    Ładne opowiadanie,podobało mi się,tak jak kolega wyżej mogę ci tylko poradzić czytania duuuuuużo ksiązek. Ucz się od innych pisarzy zabawy słowem pisanym,tworzenia oraz obmyślania,opracuj własny,oryginalny styl który będzie trzymał wysoki poziom,nie będę jednak tylko wylewał na ciebie pomyj. Tekst naprawdę mi się podobał pomimo tego że chwilami są tam rzeczy nierealne,a wręcz powiedziałbym,irracjonalne : P Pozdrawiam i czekam na więcej,oraz na lepsze : )


    Uploaded with ImageShack.us

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #11 dnia: Marca 03, 2011, 08:23:55 »
    Przeczytałem ,i co stwierdzam...bardzo ciekawa opowieść, nie będę krytykował bo jakoś nic mnie w tekście nie uraziło. Pomysł ciekawy, ciekawi mnie Twój sposób pisania i ukazywania rzeczywistości. Coś mi ten sposób przypomina ale zapewniam że mam pozytywne wrażenia. Jestem pod wrażeniem ilości tekstu, ja po napisaniu dwóch rozdziałów mojego opowiadania cierpiałem z bólu ręki. Myślę że z każdym kolejnym rozdziałem nabierzesz większej wprawy. Poza tym....idzie Ci o niebo lepiej ode mnie, gratuluję szczerze. Pisz dalej i się nie poddawaj;)
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #12 dnia: Marca 08, 2011, 22:36:10 »
    Serdecznie dziękuję za szczerą krytykę. Staram się, by każdy z kolejnych rozdziałów był coraz lepszy i z mniejszą ilością błędów. Jeszcze raz dziękuję bardzo za krytykę. : )

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #13 dnia: Kwietnia 12, 2011, 11:44:05 »
    Dość długo wyczekiwany piąty rozdział mojego skromnego opowiadania. P.S. Przepraszam za tak długi czas wyczekiwania.  


        Rozdział V - Las Aarea


        Nie wiem ile już szliśmy przez ten bór, ale na pewno było już południe. W końcu zatrzymałem się i stwierdziłem, że powinniśmy tutaj odpocząć przez chwilę i ruszyć dalej. Nie miałem ochoty tu zostawać, ponieważ nie znamy tej wyspy i nie wiadomo co nas czeka w nocy. Po dłuższym odpoczynku znowu podjęliśmy się podróży w nie znane. Kolejne godziny mijały. W końcu dojrzeliśmy w oddali unoszący się dym i zapach pieczonego kurczaka. Przyśpieszyłem tempo marszu. W oddali zauważyłem dość duży budynek wykonany z grubych bali dębu. Wokół niego było kilka barykad. Zauważyłem również kilku wojowników, którzy stali na warcie. Kazałem żołnierzom, by byli ostrożni. Możliwe, że byli to wojownicy Kriegshordingów. Byliśmy zaledwie kilkaset metrów od nich.
    - Kto wy?! - krzyknął jeden z tam tych.
    - Przyjaciele. A wy kto?! Kriegshordingowie?! - odpowiedziałem.
    - Na głowę żeś upadł człowieku?! Jesteśmy ich wrogami!
    - Kim więc jesteście?! - dodał strażnik.
    - Jesteśmy Wingerenami. Jam jest Radoghir Wspaniały, syn Dorhinga Walecznego.
    - Ach Wingereni! I kapitan Radoghir we własnej osobie! Witamy w tawernie "Czarny Wilk".
    Po chwili podeszliśmy do barykady, przy której stał strażnik. Miał na głowie hełm, który zakrywał jego twarz. Jednak z pod niego wystawała ruda broda. W prawej dłoni dzierżył wielki młot, zaś w lewej okrągłą tarczę. Miał skórzane buty na nogach, a na sobie kaftan ze skóry czarnego wilka, która była w połowie zakryta kolczugą.
    - Tak w ogóle Radoghirze Wspaniały po co tu przybyłeś? - zapytał ciekawy strażnik.
    - Ponieważ przybyliśmy odbić tę krainę z rąk Lorda Kherigesha. - odpowiedziałem mu uradowany.
    - Tak z setką wojowników? Powiem wam, że nie macie na co liczyć panie, iż wojsko Lorda Chaosu składa się z ponad ośmiuset tysięcy wojowników.
    - Nie sądzę. Najlepsi wojownicy króla Weigrohjoma II zmierzają na podbój tego plugawego królestwa. - odpowiedziałem z dumą.
    Strażnik pozostawił to bez komentarza. Po chwili wyjaśnień przepuścił nas i wszyscy ruszyliśmy w stronę tawerny. Był dobrze zadbana, iż zapewne było to jedyne spokojne miejsce na tak zatrutej wyspie. Złapałem za klamkę i otworzyłem drewniane drzwi. Zaskrzypiały od pchnięcia. Wszyscy się odwrócili i spojrzeli na nas. Po chwili wrócili do swych zajęć, iż mieli pewność, że nic nie zrobimy, bo wtedy, by nas strażnicy nie wpuścili. Kazałem wszystkim swym wojownikom, by odpoczęli i zajęli się swoimi sprawami. Ja zaś poszedłem do karczmarza i zamówiłem pokoje dla stu ludzi. Znalazł je i powiedział, że przez nas zostały tylko trzy wolne. Byłem trochę zły, ponieważ tyle dla siebie zabrałem, lecz po chwili mężczyzna głośno się zaśmiał. W tłumie zauważyłem kompanów przy jednym ze stolików podszedłem i przysiadłem się do nich. Rozmawialiśmy na temat tej karczmy, że tak długo ukrywa się przed Kriegshordingami no i oczywiście ma świetny miód, lecz nie aż tak dobry, by dorównać temu, który piłem w miastach Wingerenii. Przez chwilę zapatrzyłem się w mężczyznę, który siedział kilka stolików dalej. Był dość krępy, lecz miał już siwe włosy. Wyglądał na oko pięćdziesiąt lat. Przyodziany był w ciężką kolczugę, a na niej skórzany pancerz. Hełm, który stał na stole, przy którym siedział mężczyzna, był mi o dziwo znajomy. Możliwe, że widziałem już go gdzieś, jednak wielu wojowników nosiło takie hełmy. Miecz, który wisiał u boku swego właściciela był długi i szeroki u podstawy rączki i zwężający się ku końcowi ostrza. Mężczyzna był znajomy z twarzy. Ta blizna przy prawym oku sięgająca do czoła i broda upleciona w jeden warkocz. Wstałem i przeprosiłem przyjaciół. Ruszyłem w stronę tegoż to mężczyzny, by lepiej się mu przyjrzeć i przy okazji porozmawiać. Wojownik uniósł wysoko głowę i spojrzał się na mnie. Przez chwilę obserwował mnie, po czym wstał i krzyknął.
    - A niech mnie piorun strzeli! Czyż to nie nasz dzielny Radoghir?!
    Zdziwiłem się trochę i stałem jak wryty, iż samotnik znał moje imię. W końcu się domyśliłem kto to.
    - Mordinghren?! Czy to ty? Co tu robisz i gdzie twoja załoga? - zapytałem.
    - Usiądźmy chłopcze i spokojnie porozmawiajmy.
    Usiedliśmy przy jego stoliku i zaczęliśmy rozmowę.
    - Ach Radoghirze, złe wieści. Mój statek zatonął na tym zabójczym morzu i większość załogi utopiła się. Ja i paru mych kompanów dotarliśmy cudem do lądu i znaleźliśmy tą karczmę. Po czasie wszyscy się rozeszli, ja zaś zostałem stałym bywalcem w "Czarnym Wilku". Cieszę się bardzo, że cię w końcu ujrzałem chłopcze i również mnie poznałeś. Co u ciebie mój synu?
    - Również cieszę się z twego widoku Mordinghrenie. Ja zwiedziłem kilka miast, aż w końcu dotarłem do Girdenholmu gdzie tam poprosiłem mistrza kowalstwa - Malika, by wykonał mi ten pancerz i sztandar. Byłem jednym z głównych generałów podczas oblężenia miasta, który odparliśmy. Teraz jestem tu z setką najwierniejszych ludzi i zmierzamy do Oswinergu, by zniszczyć raz na zawsze tych Kriegshordingów. Nie długo dotrą tu oddziały króla Weigrohjoma II, by wspomóc mnie w walce. - odpowiedziałem swemu przybranemu ojcu.
    Ucieszył się bardzo z mych poczynań i pogratulował mi. Zauważyłem, że jest gotów do walki, więc złożyłem mu swą propozycję dotyczącą dołączenia do mnie i mego wojska. Mordinghren zgodził się natychmiast, po czym wstał z krzesła, zabrał hełm i zaprowadziłem go do swych przyjaciół, którzy przyjęli go bardzo ciepło i ucieszyli się z nowego towarzysza. Przez kilka godzin wspominaliśmy wszyscy razem stare dobre czasy. Jak to było gdy się miało te dziesięć lat i pomagało ojcom w polu. Potem wszyscy odeszliśmy od stołu i ruszyliśmy w stronę swoich pokoi. Przez chwilę szliśmy przez przyciemniony korytarz, a potem po schodach w dół. Domyśliłem się, że dlatego w tawernie jest tyle pokoi, ponieważ były one pod ziemią. Było kilka tuneli, które rozchodziły się w różne strony. Wszystko wokół było oświetlone pochodniami, które oświetlały zejście jak i również korytarze. Ruszyliśmy w kierunku północnym, bo tak się nam zdawało. Nagle znienacka pojawił się jeden ze strażników karczmy, który powiedział nam, że zaprowadzi nas do pokoju. Miał długie, siwe już włosy i długą siwą brodę, na której widniało jeszcze trochę brązowych włosów.  Zgodziliśmy się i ruszyliśmy za nim. Szliśmy dość długo mijając pokoje i ludzi po drodze. W końcu się zatrzymał przed drzwiami jednego z pomieszczeń.
    - Panie, to jest wasz pokój z miejscami na sześć osób. - oznajmił.
    - Dziękuję ci za doprowadzenie nas tutaj. - odrzekłem, po czym wręczyłem mężczyźnie sto wingoldów. Uśmiechnął się i po chwili odszedł.
    Jako pierwszy wszedłem do komnaty. Była to grota wykopana w ziemi i po części wykuta w skale. Na przeciwko mnie przy ścianie leżało sześć prycz, które były wsparte na drewnianych nogach. Podszedłem do jednej i ręką nacisnąłem na łóżko, by sprawdzić z czego zostało wykonane posłanie. Pod dłonią wyczułem dużą ilość suchego siana, a na niej cienka warstwa wełny i przykryte to wszystko aksamitem. Trochę się zdziwiłem, że w takiej karczmie dostaniemy pokoje najwyższej jakości. W pomieszczeniu zauważyłem również sześć misek na wodę. Był również drewniany stolik przykryty białym obrusem oraz cztery taborety, na których można było sobie odpocząć. Towarzysze ucieszyli się z pokoju. Po chwili zdjęli z siebie pancerze i ułożyli się na pryczach, a obok siebie położyli broń, gdyby coś się stało. Ja usiadłem przy stoliku i przez chwilę się zamyśliłem. W końcu wstałem i bez żadnego pośpiechu zdjąłem z siebie pancerz i sztandar. Broń postawiłem przy łożu tak jak zrobili to towarzysze. Położyłem się patrząc się w sufit z rękoma ułożonymi pod głową. Myśląc, że wszyscy już zasnęli nagle odezwał się Mordinghren.
    - Cieszę się, że w końcu ujrzałem cię mój synu.
    - Ja również cieszę się z twego widoku ojcze.
    Nagle nastała cisza, w pokoju zrobiło się ciemno, bo zgasiłem świeczkę, która stała obok mego łóżka. Po dłuższym wpatrywaniu się w nicość, przekręciłem się na lewy bok i zasnąłem.
      

                                            *******


        Rano obudziłem się z bólem głowy. Tak strasznie mnie bolała, że myślałem, że zwariuje zaraz. Jednak uspokoiłem się i usiadłem na brzegu łóżka. Do pokoju wszedł Skold, który oznajmił mnie, że za kilka minut będzie wspólne śniadanie z wojownikami. Odpowiedziałem mu, że za chwilę przyjdę na górę. Towarzysz wyszedł zostawiając za sobą otwarte drzwi, ja zaś podszedłem do miski z wodą i obmyłem twarz oraz ramiona i klatkę piersiową. Wytarłem się bawełnianą szmatą i zacząłem po woli się ubierać. Zarzuciłem na siebie tylko koszulę kolczą, skórzane spodnie i żelazne buty, ponieważ nie było takiej potrzeby, by zakładać na siebie pełny pancerz. Na koniec przypasałem do siebie półtora ręczny miecz, który otrzymałem od Mordinghrena dwa lata temu, kiedy to opuszczałem jego statek i załogę "Morskiego Oka". Był taki jak każdy inny, lecz czułem w swych dłoniach jego moc. Wykonany został z dość grubej warstwy żelaza, jednak był na tyle ostry, by rozciąć ludzkie ciało bez żadnego trudu. Rękojeść była zdobiona znakami pradawnych przodków Wingerenów. Gdy tak przyglądałem się tym hieroglifom dojrzałem wśród nich postać ze skrzydłami. Na chwilę usiadłem na krześle i przyjrzałem się dokładniej. Była to postać odziana w podobny pancerz jakie mają Brat Beckett i Kapelan Maximmus, których widzę często w mych wizjach. Nad głową widniała aureola, a za jego plecami widniały dwa ogromne skrzydła. Postać stała w lekkim rozkroku dzierżąc miecz, który stał przed mężczyzną. Na przednim pancerzu - na klatce piersiowej widniało wielkie "U" z wyciągniętymi na boki końcami. Po chwili po raz kolejny wszedł do pomieszczenia Skold, który powiedział, że wszyscy na mnie czekają. Tak więc wstałem z krzesła, miecz wsunąłem do pochwy i ruszyłem wraz z towarzyszem na górny poziom karczmy.


                                            *******


        Po dłuższej pogawędce z przyjaciółmi przy stole, podjęliśmy się, by wyruszyć w stronę armii króla Weigrohjoma II. Gdy wychodziłem jako ostatni, usłyszałem jak jakiś starzec coś majaczył.
    - Las... las... niech nikt tam nie idzie... nie... to zbyt niebezpieczne... jaki las?... co ja opowiadam... to ciemny bór samego Krwiopijca... aaaah... Las Aarea! - wykrzyknął siwobrody mężczyzna.
    Nie dosiadałem się do niego, Powiedziałem towarzyszom, by zaczekali chwilę, gdyż mam pewną sprawę do załatwienia. Przyjęli to i zatrzymali się przy barykadzie. Podszedłem do karczmarza i zapytałem.
    - Przepraszam, czy wiesz może gdzie leży Las Aarea?
    - Hmmm... możliwe. Ale ta informacja będzie cię kosztować sto wingoldów. - odpowiedział.
    Z mieszka, który miałem przywiązany przy boku wyjąłem pożądaną kwotę i po chwili wręczyłem ją mężczyźnie za ladą.
    - Hmmm tak więc z tego co mi wiadomo, las ten leży na północ od "Czarnego Wilka", w skutej lodem krainie, w której podobno żyją demony Chaosu. Nie wiem czy to prawda, bo nigdy tam nie byłem, ale również słyszałem, że śmiałek, który się tam za puści na więcej niż godzinę albo znika bez śladu albo doznaje jakiegoś uszkodzenia mózgu. To tyle mi wiadomo.
    - Dziękuję za tą informację. Dowidzenia. - uśmiechnąłem się i odszedłem z czarną myślą na temat lasu.
    Podszedłem do barykady, przy której czekali moi wojownicy i kompani. Powiedziałem im, że zmieniamy plany i ruszamy w stronę Lasu Aarea. Nikt się nie sprzeciwił, jednak były pytania czemu akurat tam. Wiele ode mnie się nie dowiedzieli, bo sam mało wiedziałem. Po kilku minutach sprawdzania sprzętu ruszyliśmy na północ. Gdy minęło parę godzin zażądałem odpoczynek oraz zbiórkę, by sprawdzić czy wszyscy są. Dotarliśmy do polany wylotowej z lasu gdzie znajduje się karczma. Było kilka drzew i śnieg. Pełno śniegu cała okolica była okryta białym puchem. Nie zaszkodziło nam to, ponieważ Wingereni są przystosowani do ostrych warunków. Przez krótką przerwę nic się nie działo ciekawego. W końcu oznajmiłem wszystkich, że ruszamy w dalszą drogę. Jednak się zatrzymałem i zawołałem pięciu zwiadowców i jednego posłańca. Tropicielom kazałem ruszyć przed nami i poinformować nas o dalszej drodze, a temu drugiemu kazałem, by wrócił się do tawerny i czekał tam na wojska króla Weigrohjoma. Wszyscy ruszyli natychmiast. My również ruszyliśmy w obraną podróż. Po kolejnych kilku godzinach dotarliśmy do krzyżówki, przy której stał ogromny, samotny dąb. Wyryte na nim były kierunki drogi. Jeden prowadził do Oswinergu, drugi do Lasu Aarea, a trzeci na zachód - do górzystych terenów. Gdy się dobrze przyjrzało, można było zauważyć w oddali jałową ziemię, a jeszcze dalej pustynię. Jednak ledwo widoczne były ośnieżone góry, które zdradzały, że na samym końcu drogi jest znów zimowa atmosfera - ta droga prowadziła do Oswinergu. Byłem bardzo tym zdziwiony, ponieważ jeszcze nigdy nie spotkałem się z takim dziwnym klimatem. Nawet moi najodważniejsi wojownicy nie widzieli czegoś takiego. Minął już drugi dzień podróży. Nagle jeden z moich zwiadowców powrócił. Był bardzo rozstrzęsiony i był cały we krwi. Zapytałem go co się stało. Ten odpowiedział, że zostali zaatakowani przez coś co już spotkaliśmy na uszkodzonym okręcie Kriegshordingów. Mówił, że wybiegły te stworzenia z lasu Aarea. Wszyscy zwiadowcy polegli oprócz niego, który zdążył uciec. Wysłałem go do Grindhrena, by sprawdził czy wszystko w porządku. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę ku mrocznemu borowi. Grindhren powiadomił mnie, że do lasu został dzień drogi i na jutro tam dotrzemy. Ucieszyłem się z tej wiadomości bardzo. W końcu nadszedł zmierzch. Rozkazałem, by warta została wzmocniona, ponieważ jesteśmy blisko lasu. Rankiem, gdy wszyscy się obudzili ruszyliśmy w stronę boru Aarea. Byliśmy już dość blisko. Las był ogromny i ponury. Już z kilkuset metrów można było dojrzeć jak ciemno jest w głębi. Jednak żaden z mych wojowników nie przestraszył się. Zaraz przed samym wejściem do boru leżały ciała poległych zwiadowców. Przez godzinę zostaliśmy, by pochować ich. W końcu ruszyliśmy dalej. Nie miła atmosfera biła z ponurych drzew. W końcu weszliśmy. Po przejściu zaledwie kilku metrów zrobiło się ciemno jakby zapadł zmierzch.
    « Ostatnia zmiana: Kwietnia 12, 2011, 11:50:19 wysłana przez Theoden »

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: "Odwieczne życie wojownika" - opowiadanie.
    « Odpowiedź #14 dnia: Czerwca 13, 2011, 20:22:44 »
    Od bardzo dawna wyczekiwany VI Rozdział mego skromnego opowiadania. Przepraszam za tak długi czas, lecz byłem zajęty inną formą pisania. I zapewniam, że to opowiadanie nie upadło, będę pisał je dalej. Tak więc komentować, krytykować. Czekam na Wasze opinie. Życzę miłej lektury. :)

    Pozdrawiam
    Theoden    
        


        Rozdział VI - Starzy, nowi przyjaciele.


        Nie minęła godzina, a już było dość ciemno. Wszyscy szli w zwartym szyku, jednak co chwilę któryś z żołnierzy odwracał się za siebie, by zobaczyć jak daleko jesteśmy. Gdy sam się odwróciłem, wejście do lasu zamieniało się w małą, jasną plamkę światła. Po kilku godzinach nastał mrok. Znaleźliśmy po drodze małą polankę, na którą akurat padało jasne światło księżyca, który był dziś w pełni. Chodzą pogłoski, że podczas takich nocy jak ta, budzi się Grumor. Monstrualne stworzenie, a zarazem legendarne. Wielu miało bliskie spotkanie z tym potworem, jednak nie wielu przeżyło. Od tych, którzy uratowali się ze szponów Grumora, inni dowiadywali się jak to coś wygląda. Ma podobno dwa metry wzrostu, jest owłosione, ma zielone oczy, z postawy przypomina rosłego mężczyznę. Choć to nie człowiek - tak myślę - ma żelazny napierśnik, dość gruby, hełm, z którego wystają rogi i widać jego oczy i dzierży w ręku dwuręczny miecz, którym on posługuje się jedną ręką. Ja choć jestem przesądny, nie wierzę za bardzo w tego Grumora, którego na pewno wymyślił jakiś skald, by miał o czym rozmawiać. Rozkazałem strażnikom, by objęli wartę i żeby co godzinę się zmieniali, zaś pozostałym pozwoliłem, by odpoczęli przy ogniskach. Ja poszedłem na swoje stanowisko i usiadłem na wełnianym kocu. Po chwili podszedł do mnie Mordinghren.
    - W końcu będziemy walczyć ramię w ramię, Radoghirze, cieszę się z tego powodu. - oznajmił.
    - Ja również się cieszę z tego powodu, mam do ciebie pytanie. - odrzekłem.
    - No więc słucham, jakie?
    - Czy ty również wierzysz w tego Grumora, o którym ludzie tak gadają? - zapytałem.
    - Wiesz, dość długo żyję i się nigdy z nim nie spotkałem ale sądzę, że on może istnieć, a ludzie tak gadają, bo podobno Grumor żyje w tym lesie.
    - Gadanie, nie boją się go, gdybym miał okazję wyzwałbym go na pojedynek, klnę się na Imperatora, że bym to zrobił. - powiedziałem.
    - Zbyt bardzo się przeceniasz, Radoghirze ale jak uważasz. - Mordinghren rzekł i po chwili odszedł.
    Ja siedząc nadal rzuciłem okiem na chleb, który leżał obok. Chwyciłem go szybkim ruchem i odgryzłem dość duży kawałek, ponieważ byłem głodny. Po chwili wchłonąłem cały bochenek. Wstałem i podszedłem do ogniska, przy którym siedzieli Skold, Grindhren, Falhjom, Mordinghren i Dirigen. Przysiadłem się do nich i jak to zwyczaj u nas zaczęliśmy opowiadać sobie różne legendy i historie. W końcu gdy nastała północ wszyscy rozeszliśmy się od ogniska i poszliśmy do swoich miejsc do spania. Ja ułożyłem się na nie zbyt wygodnej ziemi, którą wcześniej nakryłem moją peleryną z futra czarnego wilka. Przykryłem się bawełnianym kocem i po krótkiej chwili zasnąłem. Po trzech godzinach stało się najgorsze. Zostałem obudzony przez jednego z wojowników, który powiedział mi, że do obozu zbliża się coś dużego. Błyskawicznie wstałem, obmyłem twarz zimną wodą i po chwili zacząłem zakładać pancerz. Najpierw założyłem buty, potem zarzuciłem kolczugę, przy pomocy tegoż samego wojownika założyłem główną zbroję, na końcu żelazne rękawice. Strażnik założył mi z tyłu sztandar, a ja chwyciłem za topór ruszyłem w stronę, z której to miało to coś wielkiego przyjść. Wszystkim już zgromadzonym rozkazałem, by stanęli w ścisłym okręgu. To coś zbliżało się. Żołnierze czuli się niepewnie i byli zdenerwowani lekko. Nagle krzaki przestały szeleszczeć, monstrum musiało się zatrzymać jakieś kilkanaście metrów od nas. W końcu krzyknąłem.
    - Do cholery wychodź potworze, a nie kryjesz się w cieniu!
    Nagle z drzewa w sam środek okręgu, jak piorun, zeskoczył potwór. Nikt nie widział jego sylwetki, bo nie było tak jasnego światła. Po chwili jeden z wojowników z okrzykiem na ustach "Za Imperatora!" pobiegł prosto na postać. Ta bez najmniejszego wysiłku, wzięła szeroki zamach swym dwuręcznym mieczem i cisnęła nim w mojego człowieka. Ten z rozciętym pancerzem i brzuchem wyleciał po za nasz okręg. Po krótkiej ciszy ruszyło kolejnych dwóch żołnierzy. Bestia najpierw lewą ręką trafiła w jednego z nich, który padł jak kłoda, zaś drugiego przebił mieczem na wylot. Wszyscy się o krok zbliżyli do postaci. Wtem księżyc, który był w pełni oświetlił posturę bestii. Ku zdziwieniu wszystkich był to Grumor - legendarny pół człowiek, pół zwierze. Tak jak słyszałem z opowiadań, stwór miał to samo uzbrojenie, ten sam pancerz, jego zielone oczy i futro. Wszystko się zgadzało. Podszedłem bliżej Grumora.
    - Ty! - krzyknąłem, wytykając go palcem.
    - Ty! Zabiłeś mi trzech wojowników, udajesz, że nic się nie stało, patrzysz się na nas wszystkich, jakbyśmy byli dla ciebie śmieciami i do tego jeszcze się uśmiechasz parszywie! Musisz zapłacić za to! Swoim życiem... - dodałem.
    Nagle Grumor zaśmiał się głośno. Podszedł do mnie i lekko się pochylił. Po chwili rozległ się głośny niski głos bestii.
    - Co ty mi możesz zrobić marny człowieczku? Możesz mi jedynie pazury wyczyścić hah.
    - A wiesz kim ja jestem? Powiem ci! Jestem Radoghir! Syn Dorhinga Walecznego! Zapamiętaj me imię, bo będziesz długo je wspominał! - krzyknąłem.
    Ruszyłem w stronę bestii, by go zaatakować. Gdy już brałem zamach toporem, Grumor szybko uskoczył w bok. Szybkim ruchem ominął mnie i ciął w tylną płytę pancerza. Cios był tak mocny, że poleciałem do przodu na mych ludzi. Na szczęście nic im się nie stało. Stworzenie zatrzymało się, i się odwróciło. Grumor spojrzał na mnie i się głośno zaśmiał. Po chwili ruszył na mnie, by mnie zaatakować. Odrzuciłem topór. Bestia już się wybiła do ataku, gdy nagle skoczyłem w drugą stronę, zaś nieprzyjaciel uderzył rogami w drzewo. Tym razem to ja się zaśmiałem i krzyknąłem.
    - Takie z ciebie legendarne stworzenie, a nawet takiego marnego „człowieczka” nie potrafisz zabić.
    Grumor ryknął ze zdenerwowania i poniżenia. Swój miecz wbił w ziemię i wyskoczył wysoko na drzewo. Nikt, nawet ja nie mógł go wypatrzeć wśród korony drzew. Wtem wyskoczył z wiekowego dębu prosto na mnie. Bardzo szybkim ruchem wyciągnąłem miecz, który wręczył mi mój przybrany ojciec, Mordinghren i przebiłem nim brzuch bestii. Legendarny zwierz złapał się za ranę i spojrzał na mnie litościwym wzrokiem jakby wiedział i znał mnie, moją przyszłość, moją rodzinę. Stwór upadł na kolana i cichym głosem wymówił moje imię. Popatrzyłem przez chwilę na Grumora i nogą odepchnąłem go wyciągając miecz z jego wnętrzności. Bezwładnie przewrócił się na ziemię bez ruchu. Nastała cisza. Wszyscy wojownicy zaczęli zawężać krąg wokół mnie i bestii. Po chwili Stworzenie zaczęło zmieniać swój kształt. Rogi zaczęły się kurczyć, kły również. Sierść spadała z niego, tak jak z zająca latem gdy zrzuca zimowe futro. Jego włosy i broda zmieniła barwę na rudy. W jego oczach ujrzałem kogoś znanego. Po chwili poznałem, że to mój stary znajomy z dzieciństwa. To był mój przyjaciel – Grindhong. Zauważyłem, że jeszcze oddycha, więc kazałem żołnierzom, by przynieśli wodę. Ciężkim głosem umierający odezwał się do mnie.
    - Radoghir, czy to ty? Naprawdę ty?
    - Tak to ja stary druhu, co ci się stało? Czemu to ty byłeś tą bestią? – rzekłem.
    - Ehhh... To długa historia, a na opowiedzenie jej nie starczyłoby mi życia.
    - Jednak pomogłeś mi, uratowałeś mnie od klątwy i za to ci dziękuję. – dodał przyjaciel.
    - Mogę ci jakoś pomóc, tylko powiedz, mam najlepszego chirurga w całej Myrdanii, zaraz go zawołam i… - nie dokończyłem zdania, gdyż Grindong już nie żył.
    Ukląkłem przed nim i pomodliłem się do Imperatora, by zbawił jego duszę w Królestwie Żelaznych Wojowników. Wraz ze mną uklękli wszyscy wojownicy, zdejmując przy tym hełmy, czapki i kaptury. Nasza modlitwa wyglądała tak:


    ‘’ Spiritu dominatus,
    Domine, Libra Nos!
    O Imperatorze!
    Modlimy się do Ciebie o Imperatorze!
    Zbaw oto tego zmarłego wojownika, którego zwą Grumor – Bestia z Lasu Aarea!
    O Imperatorze!
    Przyjmij go do Swego Królestwa Żelaznych Wojowników, by służył Ci w nieustannej walce z Chaosem!
    O Imperatorze!
    A Morte Perpetua,
    Domine, Libra Nos’’


    Potem przez kilka minut wszyscy klęczeli w bez ruchu, wymawiając po cichu imię Grindonga. Po chwili wszyscy wstali założyli hełmy i podeszli do mnie.
    - Panie, musimy pochować poległych trzech wojowników i twojego starego przyjaciela. – rzekł jeden z mych ludzi.
    Ja stojąc przez chwilę zamyślony, w końcu odpowiedziałem.
    - Tak, tak musimy zrobić. Poszukajcie jak największego kamienia i trzy średnie.
    - Tak jest kapitanie! – odrzekli wojownicy.
    Nie czekając długo, złapałem za łopatę i zacząłem kopać groby dla mych ludzi i  zmarłego Grindhonga. Nie wiem jak długo kopałem ale przez ten czas przyciągnięto wielkie głazy, o które prosiłem. Po kilku godzinach złożyliśmy ciała do grobów i ustawiliśmy kamienie. Na trzech z nich, pod którymi leżały zwłoki wojowników napisaliśmy:


    ‘’Polegli tu wojownicy dowódcy Radoghira  w legendarnej walce z bestią z lasu, Grumorem.’’


    I przy każdym dopisaliśmy ich imiona. Na czwartym z nich, pod którym leżał Grindhong, ja sam napisałem:


    ‘’Pod tym kurhanem leży ciało legendarnego Grumora o zielonych oczach, to był również mój przyjaciel, który zginął z mojej ręki – podpisano, Radoghir, kapitan kompanii, która walczy z Kiregshordingami.’’


    Wszystkim pozwoliłem, by mogli się rozejść lub pomodlić się za poległych. Ja zostałem jeszcze przez chwilę przed grobem dzielnych wojowników. Podszedł do mnie mój najlepszy przyjaciel, Skold i rzekł.
    - Chyba bardzo go kochałeś jako przyjaciela? Prawda?
    - Tak, oczywiście, Skoldzie, jednak teraz to ty jesteś moim najlepszym kompanem, druhem i przyjacielem. Nie wiem czy to było przeznaczenie, że się spotkaliśmy i od tak o pomogłeś mi, jednak cieszę się z twego wyboru. – odpowiedziałem.
    - Dlatego ci pomogłem, ponieważ zauważyłem w tobie ten płomień, płomień dowódcy, który kiedyś będzie sławny. To było takie przeczucie. Zapewne sam Imperator maczał w tym palce, hahaha. – zaśmiał się głośno towarzysz, po czym po chwili odszedł.
    - Zapewne tak mój przyjacielu, zapewne tak… - powiedziałem cicho.


                                                                                                                    *******


        Po wydarzeniach z wczorajszej nocy, kazałem, by wszyscy spakowali swój inwentarz i stawili się za dwadzieścia minut przy wielkim dębie, przy którym będę czekał. Byłem lekko podłamany tym, że zabiłem własnego przyjaciela, jednak skąd mogłem wiedzieć, że to on. Stałem tak zamyślony i nie wiem jak długo, bo gdy spojrzałem przed siebie, wojownicy stali i się na mnie patrzyli. Zapytałem się jednego z nich jak długo czekają, odrzekł, że około dziesięć minut. Bardzo się zdziwiłem i zmartwiłem, bo jeśli dalej tak pójdzie mogę przez tak błahą rzecz polec w walce, a żaden z mych wiernych ludzi nie chciałby tego. Ruszyłem ścieżką, która nas zaprowadziła w to miejsce. Obraliśmy za cel krzyżówkę, której jedna z dróg prowadzi do Oswinergu. Miała rozpocząć się największa bitwa w całej Myrdanii…
    « Ostatnia zmiana: Czerwca 13, 2011, 21:30:47 wysłana przez Theoden »