Od bardzo dawna wyczekiwany VI Rozdział mego skromnego opowiadania. Przepraszam za tak długi czas, lecz byłem zajęty inną formą pisania. I zapewniam, że to opowiadanie nie upadło, będę pisał je dalej. Tak więc komentować, krytykować. Czekam na Wasze opinie. Życzę miłej lektury. :)
Pozdrawiam
Theoden
Rozdział VI - Starzy, nowi przyjaciele. Nie minęła godzina, a już było dość ciemno. Wszyscy szli w zwartym szyku, jednak co chwilę któryś z żołnierzy odwracał się za siebie, by zobaczyć jak daleko jesteśmy. Gdy sam się odwróciłem, wejście do lasu zamieniało się w małą, jasną plamkę światła. Po kilku godzinach nastał mrok. Znaleźliśmy po drodze małą polankę, na którą akurat padało jasne światło księżyca, który był dziś w pełni. Chodzą pogłoski, że podczas takich nocy jak ta, budzi się Grumor. Monstrualne stworzenie, a zarazem legendarne. Wielu miało bliskie spotkanie z tym potworem, jednak nie wielu przeżyło. Od tych, którzy uratowali się ze szponów Grumora, inni dowiadywali się jak to coś wygląda. Ma podobno dwa metry wzrostu, jest owłosione, ma zielone oczy, z postawy przypomina rosłego mężczyznę. Choć to nie człowiek - tak myślę - ma żelazny napierśnik, dość gruby, hełm, z którego wystają rogi i widać jego oczy i dzierży w ręku dwuręczny miecz, którym on posługuje się jedną ręką. Ja choć jestem przesądny, nie wierzę za bardzo w tego Grumora, którego na pewno wymyślił jakiś skald, by miał o czym rozmawiać. Rozkazałem strażnikom, by objęli wartę i żeby co godzinę się zmieniali, zaś pozostałym pozwoliłem, by odpoczęli przy ogniskach. Ja poszedłem na swoje stanowisko i usiadłem na wełnianym kocu. Po chwili podszedł do mnie Mordinghren.
- W końcu będziemy walczyć ramię w ramię, Radoghirze, cieszę się z tego powodu. - oznajmił.
- Ja również się cieszę z tego powodu, mam do ciebie pytanie. - odrzekłem.
- No więc słucham, jakie?
- Czy ty również wierzysz w tego Grumora, o którym ludzie tak gadają? - zapytałem.
- Wiesz, dość długo żyję i się nigdy z nim nie spotkałem ale sądzę, że on może istnieć, a ludzie tak gadają, bo podobno Grumor żyje w tym lesie.
- Gadanie, nie boją się go, gdybym miał okazję wyzwałbym go na pojedynek, klnę się na Imperatora, że bym to zrobił. - powiedziałem.
- Zbyt bardzo się przeceniasz, Radoghirze ale jak uważasz. - Mordinghren rzekł i po chwili odszedł.
Ja siedząc nadal rzuciłem okiem na chleb, który leżał obok. Chwyciłem go szybkim ruchem i odgryzłem dość duży kawałek, ponieważ byłem głodny. Po chwili wchłonąłem cały bochenek. Wstałem i podszedłem do ogniska, przy którym siedzieli Skold, Grindhren, Falhjom, Mordinghren i Dirigen. Przysiadłem się do nich i jak to zwyczaj u nas zaczęliśmy opowiadać sobie różne legendy i historie. W końcu gdy nastała północ wszyscy rozeszliśmy się od ogniska i poszliśmy do swoich miejsc do spania. Ja ułożyłem się na nie zbyt wygodnej ziemi, którą wcześniej nakryłem moją peleryną z futra czarnego wilka. Przykryłem się bawełnianym kocem i po krótkiej chwili zasnąłem. Po trzech godzinach stało się najgorsze. Zostałem obudzony przez jednego z wojowników, który powiedział mi, że do obozu zbliża się coś dużego. Błyskawicznie wstałem, obmyłem twarz zimną wodą i po chwili zacząłem zakładać pancerz. Najpierw założyłem buty, potem zarzuciłem kolczugę, przy pomocy tegoż samego wojownika założyłem główną zbroję, na końcu żelazne rękawice. Strażnik założył mi z tyłu sztandar, a ja chwyciłem za topór ruszyłem w stronę, z której to miało to coś wielkiego przyjść. Wszystkim już zgromadzonym rozkazałem, by stanęli w ścisłym okręgu. To coś zbliżało się. Żołnierze czuli się niepewnie i byli zdenerwowani lekko. Nagle krzaki przestały szeleszczeć, monstrum musiało się zatrzymać jakieś kilkanaście metrów od nas. W końcu krzyknąłem.
- Do cholery wychodź potworze, a nie kryjesz się w cieniu!
Nagle z drzewa w sam środek okręgu, jak piorun, zeskoczył potwór. Nikt nie widział jego sylwetki, bo nie było tak jasnego światła. Po chwili jeden z wojowników z okrzykiem na ustach "Za Imperatora!" pobiegł prosto na postać. Ta bez najmniejszego wysiłku, wzięła szeroki zamach swym dwuręcznym mieczem i cisnęła nim w mojego człowieka. Ten z rozciętym pancerzem i brzuchem wyleciał po za nasz okręg. Po krótkiej ciszy ruszyło kolejnych dwóch żołnierzy. Bestia najpierw lewą ręką trafiła w jednego z nich, który padł jak kłoda, zaś drugiego przebił mieczem na wylot. Wszyscy się o krok zbliżyli do postaci. Wtem księżyc, który był w pełni oświetlił posturę bestii. Ku zdziwieniu wszystkich był to Grumor - legendarny pół człowiek, pół zwierze. Tak jak słyszałem z opowiadań, stwór miał to samo uzbrojenie, ten sam pancerz, jego zielone oczy i futro. Wszystko się zgadzało. Podszedłem bliżej Grumora.
- Ty! - krzyknąłem, wytykając go palcem.
- Ty! Zabiłeś mi trzech wojowników, udajesz, że nic się nie stało, patrzysz się na nas wszystkich, jakbyśmy byli dla ciebie śmieciami i do tego jeszcze się uśmiechasz parszywie! Musisz zapłacić za to! Swoim życiem... - dodałem.
Nagle Grumor zaśmiał się głośno. Podszedł do mnie i lekko się pochylił. Po chwili rozległ się głośny niski głos bestii.
- Co ty mi możesz zrobić marny człowieczku? Możesz mi jedynie pazury wyczyścić hah.
- A wiesz kim ja jestem? Powiem ci! Jestem Radoghir! Syn Dorhinga Walecznego! Zapamiętaj me imię, bo będziesz długo je wspominał! - krzyknąłem.
Ruszyłem w stronę bestii, by go zaatakować. Gdy już brałem zamach toporem, Grumor szybko uskoczył w bok. Szybkim ruchem ominął mnie i ciął w tylną płytę pancerza. Cios był tak mocny, że poleciałem do przodu na mych ludzi. Na szczęście nic im się nie stało. Stworzenie zatrzymało się, i się odwróciło. Grumor spojrzał na mnie i się głośno zaśmiał. Po chwili ruszył na mnie, by mnie zaatakować. Odrzuciłem topór. Bestia już się wybiła do ataku, gdy nagle skoczyłem w drugą stronę, zaś nieprzyjaciel uderzył rogami w drzewo. Tym razem to ja się zaśmiałem i krzyknąłem.
- Takie z ciebie legendarne stworzenie, a nawet takiego marnego „człowieczka” nie potrafisz zabić.
Grumor ryknął ze zdenerwowania i poniżenia. Swój miecz wbił w ziemię i wyskoczył wysoko na drzewo. Nikt, nawet ja nie mógł go wypatrzeć wśród korony drzew. Wtem wyskoczył z wiekowego dębu prosto na mnie. Bardzo szybkim ruchem wyciągnąłem miecz, który wręczył mi mój przybrany ojciec, Mordinghren i przebiłem nim brzuch bestii. Legendarny zwierz złapał się za ranę i spojrzał na mnie litościwym wzrokiem jakby wiedział i znał mnie, moją przyszłość, moją rodzinę. Stwór upadł na kolana i cichym głosem wymówił moje imię. Popatrzyłem przez chwilę na Grumora i nogą odepchnąłem go wyciągając miecz z jego wnętrzności. Bezwładnie przewrócił się na ziemię bez ruchu. Nastała cisza. Wszyscy wojownicy zaczęli zawężać krąg wokół mnie i bestii. Po chwili Stworzenie zaczęło zmieniać swój kształt. Rogi zaczęły się kurczyć, kły również. Sierść spadała z niego, tak jak z zająca latem gdy zrzuca zimowe futro. Jego włosy i broda zmieniła barwę na rudy. W jego oczach ujrzałem kogoś znanego. Po chwili poznałem, że to mój stary znajomy z dzieciństwa. To był mój przyjaciel – Grindhong. Zauważyłem, że jeszcze oddycha, więc kazałem żołnierzom, by przynieśli wodę. Ciężkim głosem umierający odezwał się do mnie.
- Radoghir, czy to ty? Naprawdę ty?
- Tak to ja stary druhu, co ci się stało? Czemu to ty byłeś tą bestią? – rzekłem.
- Ehhh... To długa historia, a na opowiedzenie jej nie starczyłoby mi życia.
- Jednak pomogłeś mi, uratowałeś mnie od klątwy i za to ci dziękuję. – dodał przyjaciel.
- Mogę ci jakoś pomóc, tylko powiedz, mam najlepszego chirurga w całej Myrdanii, zaraz go zawołam i… - nie dokończyłem zdania, gdyż Grindong już nie żył.
Ukląkłem przed nim i pomodliłem się do Imperatora, by zbawił jego duszę w Królestwie Żelaznych Wojowników. Wraz ze mną uklękli wszyscy wojownicy, zdejmując przy tym hełmy, czapki i kaptury. Nasza modlitwa wyglądała tak:
‘’ Spiritu dominatus,
Domine, Libra Nos!
O Imperatorze!
Modlimy się do Ciebie o Imperatorze!
Zbaw oto tego zmarłego wojownika, którego zwą Grumor – Bestia z Lasu Aarea!
O Imperatorze!
Przyjmij go do Swego Królestwa Żelaznych Wojowników, by służył Ci w nieustannej walce z Chaosem!
O Imperatorze!
A Morte Perpetua,
Domine, Libra Nos’’
Potem przez kilka minut wszyscy klęczeli w bez ruchu, wymawiając po cichu imię Grindonga. Po chwili wszyscy wstali założyli hełmy i podeszli do mnie.
- Panie, musimy pochować poległych trzech wojowników i twojego starego przyjaciela. – rzekł jeden z mych ludzi.
Ja stojąc przez chwilę zamyślony, w końcu odpowiedziałem.
- Tak, tak musimy zrobić. Poszukajcie jak największego kamienia i trzy średnie.
- Tak jest kapitanie! – odrzekli wojownicy.
Nie czekając długo, złapałem za łopatę i zacząłem kopać groby dla mych ludzi i zmarłego Grindhonga. Nie wiem jak długo kopałem ale przez ten czas przyciągnięto wielkie głazy, o które prosiłem. Po kilku godzinach złożyliśmy ciała do grobów i ustawiliśmy kamienie. Na trzech z nich, pod którymi leżały zwłoki wojowników napisaliśmy:
‘’Polegli tu wojownicy dowódcy Radoghira w legendarnej walce z bestią z lasu, Grumorem.’’I przy każdym dopisaliśmy ich imiona. Na czwartym z nich, pod którym leżał Grindhong, ja sam napisałem:
‘’Pod tym kurhanem leży ciało legendarnego Grumora o zielonych oczach, to był również mój przyjaciel, który zginął z mojej ręki – podpisano, Radoghir, kapitan kompanii, która walczy z Kiregshordingami.’’Wszystkim pozwoliłem, by mogli się rozejść lub pomodlić się za poległych. Ja zostałem jeszcze przez chwilę przed grobem dzielnych wojowników. Podszedł do mnie mój najlepszy przyjaciel, Skold i rzekł.
- Chyba bardzo go kochałeś jako przyjaciela? Prawda?
- Tak, oczywiście, Skoldzie, jednak teraz to ty jesteś moim najlepszym kompanem, druhem i przyjacielem. Nie wiem czy to było przeznaczenie, że się spotkaliśmy i od tak o pomogłeś mi, jednak cieszę się z twego wyboru. – odpowiedziałem.
- Dlatego ci pomogłem, ponieważ zauważyłem w tobie ten płomień, płomień dowódcy, który kiedyś będzie sławny. To było takie przeczucie. Zapewne sam Imperator maczał w tym palce, hahaha. – zaśmiał się głośno towarzysz, po czym po chwili odszedł.
- Zapewne tak mój przyjacielu, zapewne tak… - powiedziałem cicho.
*******
Po wydarzeniach z wczorajszej nocy, kazałem, by wszyscy spakowali swój inwentarz i stawili się za dwadzieścia minut przy wielkim dębie, przy którym będę czekał. Byłem lekko podłamany tym, że zabiłem własnego przyjaciela, jednak skąd mogłem wiedzieć, że to on. Stałem tak zamyślony i nie wiem jak długo, bo gdy spojrzałem przed siebie, wojownicy stali i się na mnie patrzyli. Zapytałem się jednego z nich jak długo czekają, odrzekł, że około dziesięć minut. Bardzo się zdziwiłem i zmartwiłem, bo jeśli dalej tak pójdzie mogę przez tak błahą rzecz polec w walce, a żaden z mych wiernych ludzi nie chciałby tego. Ruszyłem ścieżką, która nas zaprowadziła w to miejsce. Obraliśmy za cel krzyżówkę, której jedna z dróg prowadzi do Oswinergu. Miała rozpocząć się największa bitwa w całej Myrdanii…