Rozdział I - Podróż do Dorinergu
Po ciężkiej nocy, obudziłem się rano. Zauważyłem, że Skold już wstał. Więc jak najszybciej zarzuciłem swoją skórzaną zbroję i przypiąłem do pasa swój miecz.
- Dokąd się wybieramy? - zapytałem z ciekawością.
- Musimy pojechać do Dorinergu, by tam kupić zapasy na dalszą podróż. - odpowiedział.
- A czy nie możemy kupić towarów tutaj?
- Nie Radoghirze, tu jest zbyt drogo. - rzekł Skold.
- Dobrze, więc przygotuję się do wyjazdu. - odpowiedziałem z uśmiechem.
Po chwili przygotowywania wyszedłem razem ze Skoldem do stajni po konie i wyruszyliśmy w podróż. Nie minęła jeszcze godzina, a już natknęliśmy się na grupę bandytów. Było ich siedmiu. Przygotowałem swój miecz i tarczę, którą dostałem od swojego kompana, zaś Skold nie zwrócił zbytnio uwagi na to, widać było po nim, że w większych bitwach walczył, a to była dla niego pestka.
- Zejdź z konia. - powiedział spokojnie Skold.
Kiwnąłem tylko głową i wykonałem jego polecenie.
- Do ataku! - krzyknął nagle przywódca bandy.
Biegli w naszą stronę, byli około stu metrów od nas.
- Napewno sobie poradzisz Radoghirze. Idź i zaatakuj z drugiej strony. - polecił mi towarzysz.
Podbiegł do pierwszego bandyty i wykonał obrót i cięcie w pasie. To było nie do wiary jak przeciął nieszczęśnika w pół, a potem wykonał pchnięcie w serce. Ja zaś gdy miałem w zasięgu swojego pierwszego przeciwnika, najpierw kopnąłem go w brzuch, a gdy ten upadł wbiłem swój miecz prosto w serce. Skold pokonał już pięciu przeciwników. Ostatniego bandytę, kompan zostawił mi. Gdy ten podbiegł do mnie zasłoniłem się tarczą. Badyta odbił się od niej i upadł. Bardzo szybko wstał kopnął mnie w brzuch i upadłem. Łupierzca chciał wykonać już pchnięcie w moje serce, ale szybko złapałem za miecz i ugodziłem go pierwszy. Ssunął się po moim mieczu i leżał tak przez chwilę na mnie. Skold podszedł zdjął martwego bandytę ze mnie i pomógł mi wstać.
- Haha, dobrze ci poszło Radoghirze. - zaśmiał się głośno Skold.
- Tobie jeszcze lepiej przyjacielu. - odpowiedziałem z zadowoleniem.
Obaj ucieszeni z małej potyczki wskoczyliśmy na konie i pojechaliśmy dalej ku Dorinerg. Była już późna godzina, więc ze Skoldem zatrzymaliśmy się nie daleko traktu widącego ku miastu.
- Tutaj odpoczniemy. - powiedział kompan.
- Dobrze, ale co będzie gdy bandyci nas napadną? - odpowiedziałem z niepokojem.
- Hmmm... Masz rację. - odrzekł Skold.
- Będziemy na zmianę podejmować wartę. - dodał.
- Oczywiście. - odpowiedziałem.
- Ja będę pierwszy. - rzekł.
Ognisko przygotowaliśmy razem. Na kolację przed pierwszą wartą Skolda, zjedliśmy pieczonego królika, którego przyjaciel kupił na targu w Thorngrodzie. Oczywiście nie był on od razu upieczony, lecz surowy do szybkiego przygotowania.
- Mmm... Bardzo pyszne mięso. - powiedziałem z pełnymi ustami.
- Mi też bardzo smakuje. - odrzekł Skold.
- No dobra idź już spać Radoghirze, bo za trzy godziny twoja kolej.
Zrobiłem tak jak powiedział przyjaciel, poszedłem spać. Gdy już zasnąłem miałem dziwny sen. Dwóch mężczyzn w potężnych nie znanych pancerzach. Jeden z nich wyglądał jak rycerz. Miał biało - czarną zbroję, a na jego wielkich naramiennikach złote krzyże, zaś na napierśniku złoty ptak z dwoma głowami. W lewej ręce dzierżył narzędzie, które wyglądało chyba jak piła. W prawej ręce trzymał coś dziwnego nie wiem co to było. Twarz miał jak każdy człowiek, był łysy, miał krótką przystrzyżoną siwą brodę. Miał bliznę na lewym policzku. Drugi mężczyzna był w trochę innym pancerzu. Był cały czarny, a na lewym z jego naramienników była jakaś księga. Na żelaznym kiju na plecach miał zamontowany świecznik. W prawej ręce trzymał wielki złoty młot, o którym nigdy nie marzyłem. Hełm miał na kształt czaszki. Gdy go zdjął wzdrygnąłem się, pół jego twarzy to była żywa czaszka.
- Grrr... Słuchaj Becket on nie jest na to jeszcze gotowy, zrozumiałeś?! - krzyknął mężczyzna z młotem.
- Kapelanie Maximmus, Imperator nad nim czuwa, na pewno da sobie radę. - odparł ten drugi.
- Nie!!! Jest zbyt młody, musimy jeszcze poczekać. - ponownie krzyknął ten pierwszy.
- Hmmm... Dobrze więc, trzymam cię za słowo, ale jeśli on... - nie kończąc zdania powiedział rycerz.
- Nie zginie, Imperator ma go w swojej opiece hahaha... - zaśmiał się czarny rycerz.
Nie wiem co było dalej, bo Skold obudził mnie nagle, iż nadeszła teraz moja kolej na wartę.
- Wstawaj chłopcze, twoja kolej. - uśmiechnął się kompan.
- Już wstaję Skold. - odparłem.
Gdy już Skold zasnął stało się to, czego obawiałem się znowu - bandyci. Nie wiem ilu ich było. Natychmiast po cichu obudziłem towarzysza mówiąc mu o zaistniałej sytuacji. Skold zerwał się szybko i dobył miecza.
- Chodź za mną. - szepnął kompan.
Kiwnąłem głową i poszedłem za nim. Zaszliśmy bandytów od tyłu. Skold stwierdził, że jest ich piętnastu. Chowaliśmy się za drzewami i po cichu łapaliśmy jednego po drugim i podcinaliśmy im gardła.
- Zostało tylko pięciu. - szepnął Wingeren.
- Zaatakujemy ich w otwartej walce. - dodał.
- Dobrze. - odpowiedziałem.
Wyskoczyliśmy gwałtownie zza drzew i zaczęliśmy biec w stronę bandytów. Jeden ze strachu zaczął uciekać przed nami, zaś reszta się nam postawiła. Skold szybkim ruchem wyciągnął sztylet i rzucił nim w jednego z łupieżców. Dostał w ramię ale biegł dalej. Kompan złapał za miecz, unosząc go do góry i po chwili opuszczając, wbił oręż w głowę ofiary. Krew, która lała się bandycie z głowy obryzgała przy tym Skolda. Do mnie podbiegło dwóch. Jednego z nich pchnąłem tarczą, przeciwnik się przewrócił. Drugi zaś bandyta drasnął mnie w prawą nogę, lecz ja po chwili zrobiłem unik i odciąłem mu lewą dłoń. Ofiara tak zaczęła krzyczeć, że zaczął uciekać. Darowałem mu i nie goniłem za nim. Bandyta, którego wcześniej pchnąłem zaczął błagać o litość.
- O miłościwy panie okaż litość. - jęknął bandyta.
- A co ja będę z tego miał, jeśli daruję ci życie? - warknąłem.
- Nigdy mnie już nie spotkasz na swej drodze, przyrzekam na Ghorna. - błagał nadal łupieżca.
Odwróciłem się do przyjaciela i się go zapytałem.
- Skoldzie, jak sądzisz zabić go, czy wypuścić? - zapytałem.
Towarzysz milczał przez chwilę, w końcu rzekł.
- Jak uważasz Radoghirze, to twoja zdobycz.
Bandyta spojrzał się na mnie z miną nieszczęśnika.
- Hmmm... Masz rację.
- Ciesz się, łupieżco. Jesteś wolny. - odpowiedziałem w końcu.
- Ach dziękuję ci panie. Już więcej mnie nie spotkasz.- odrzekł bandyta, po czym szybko uciekł w głąb lasu.
- Hmmm... zadziwiasz mnie Radoghirze. - spojrzał z dumą na mnie towarzysz.
Ja tylko się uśmiechnąłem, poczym wróciliśmy do obozowiska. Podjąłem się warty lecz nagle zasnąłem...
Miałem znowu ten sam sen co poprzednio, lecz rozmowa była już inna.
- Bracie Beckett, czy widziałeś jak rozprawił się z tymi bandytami? - powiedział Kapelan Maximmus.
- To było zdumiewające, lecz musi przestać okazywać litość, to nie jest naszym celem. Mamy obowiązek oczyścić wszystkich niewiernych nie okazując im litości. - rzekł ten drugi.
- Tak, masz rację. - potwierdził Kapelan.
- Bardzo długo potrwa jego trening, bardzo długo. - dodał.
Szybko się obudziłem, iż stwierdziłem, że to nie był zwykły sen.
Był już ranek. Obudziłem Skolda, by powiedzieć mu, że trzeba zwijać już obóz i wyruszyć w dalszą podróż do Dorinergu. Gdy tak jechaliśmy była cisza, nikt się nie odzywał. W końcu rzekłem.
- Daleko jeszcze do miasta?
- Nie, zostało jeszcze około dwóch godzin drogi. - odrzekł Skold.
- Możliwe, że znajdziemy tam mały oddział najemników. - dodał.
- Po co nam najemnicy? - zapytałem.
- Ach zapomniałem ci powiedzieć Radoghirze. Ja sam jestem najemnikiem i jeśli znajdziemy jakichś innych ochotników, to najmiemy się u obecnego króla Hargjorga, który rezyduje w mieście Girdenholm. - odpowiedział Skold.
- Hmmm... No dobrze, a czy mamy wystarczająco dużo złota, by im zapłacić? - znowu zapytałem.
- Tak, tak sądzę, że pięć tysięcy złota wystarczy. - odrzekł towarzysz.
- Och spora sumka. - powiedziałem z podziwem.
-Hmmm... - odrzekł zamyślony Skold.
Tak po dłuższej rozmowie dotarliśmy do Dorinergu. Było to miasto nie wiele większe od Thorngrodu. We wschodniej stronie miasta znajdował się mały port, lecz brak było statków oprócz bark rybackich. Zaś w środku znajdował się rynek, bardzo głośno tam było. Ciągle były jakieś sprzeczki o różne towary, lecz sprzedawca zawsze wygrywał. Na wzgórzu znajdował się dwór tutejszego Wirgjorga. Nie zachodziliśmy tam, gdyż mieliśmy inne plany. Po dziesięciu minutach znaleźliśmy tawernę. Gdy weszliśmy, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem ogromną salę z zewnątrz tawerna nie wyglądała tak jak wewnątrz. Było bardzo dużo ludzi, karczmarz nie wyrabiał się z zamówieniami. Podeszliśmy do lady.
- Poproszę dwa kufle miodu. - rzekł Skold do karczmarza.
- Już podaję panie. - odrzekł mężczyzna.
Po krótkiej chwili karczmarz postawił na stole dwa kufle pysznego miodu. Napiłem się tego wspaniałego trunku.
- Mmm... Ale to wspaniałe, dawno tego nie piłem. - powiedziałem zadowolony.
- Mi też bardzo smakuje. Nawet w Thorngrodzie było mniej słodkie. - odpowiedział uśmiechnięty Skold.
Po wypiciu miodu, wstaliśmy i podeszliśmy do stołu, gdzie siedziało około dwudziestu wojaków. Wszyscy z różnej maści toporami i mieczami przy boku, siedzieli i popijali piwo i wino, śmiejąc się i radując. Nagle Skold się odezwał.
- Witajcie. - oznajmił głośno kompan.
Wszyscy najemnicy spojrzeli się na nas i również się przywitali.
- Witajcie wędrowcy. Nazywam się Falhjom. Co was sprowadza do Dorinergu? - zapytał dowódca najemników.
Był wyższy od nas, był bardziej zbudowany. Miał długą rudą brodę i włosy splecione w warkocz. Był przyodziany w grubą koszulę kolczą, pod ręką trzymał swój rogaty hełm, na nogach miał żelazne nagolenniki.
- Nazywam się Skold i jestem towarzyszem mojego kompana. Poszukujemy grupy najemników, którzy będą wierni dla swojego dowódcy - Radoghira. - odpowiedział Skold.
- Czemu akurat dla niego, a nie dla ciebie? - zapytał Falhjom.
Tym razem to ja się wtrąciłem.
- Bo ponieważ ja jestem dowódcą, choć mam dopiero dwadzieścia lat. - odpowiedziałem twardo.
- Hmmm... Zaczynasz mi się podobać Radoghirze. Skąd pochodzisz? - zapytał dowódca.
- Pochodzę z wioski Dangjorg, która leży za Północnym Morzem. Niestety została doszczętnie spalona. - odpowiedziałem ze smutkiem.
- Współczuję ci chłopcze. A jak nazywał się twój ojciec jeśli można spytać?
- Zwał się Dorhing Waleczny. - odrzekłem.
- Dorhing Waleczny?! Ha! Pamiętam Dorhinga jeszcze za czasów bojów w imię króla, to było dobre dwadzieścia lat temu. - rzekł zadowolony Falhjom.
- Niestety oddał życie za wioskę. - dodałem.
- Hmmm.... Przykro mi z tego powodu chłopcze. - westchnął dowódca.
- Dobrze więc, możemy dołączyć do ciebie za pół ceny. Czyli razem tysiąc wingoldów. - zaproponował Falhjom.
- Proszę, o to tysiąc wingoldów. - powiedział Skold.
Uściskiem dłoni zapieczętowaliśmy nową przyjaźń z Falhjomem i jego ludźmi.
_______________________________________ _______________________________________ _______________________________________ _____________________
Z góry przepraszam za spam :)
Proszę o szczere komentarze :)
Pozdrawiam Theoden :)