Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: Firnaeńska Gwiazda  (Przeczytany 2637 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Firnaeńska Gwiazda
    « dnia: Stycznia 09, 2011, 14:22:47 »
    Postanowiłem napisać małe fan fiction w częściach. Miłego czytania                                                 
                                     

                                                                                                                           Firnaeńska Gwiazda


                                                                                                                                                     1


          – ... Ten Khergit na koniu pędzi wprost na mnie, a ja powoli, kłusem jadę w jego stronę. Psubrat dobiega, bierze zamach tym swoim stepowym żelastwem! Powiadam wam, towarzysze, szabla to była wspaniałej roboty, choć khergicka. Ale do rzeczy – on się zamacha, ale nie zdąża! Nim cios zada, to ja żem już mu konia powalim. Rozpłatałem rumakowi bok cały. A jeździec wyleciał z siodła jak z katapulty, he he! – Cała kompania gromadzona przy karczemnym stole wybuchła gromkim śmiechem. Zdążyli jeszcze wznieść toast na pohybel "stepowych psów", nim krzykacz kontynuował swą opowieść. – Tak zarył w ziemię, że już myślałem, iż się nie podniesie, ale wstał! Gdym głowę odwrócił, by mu w oczy spojrzeć... ujrzałem w
    nich czystą nienawiść. Złapał z powrotem za swą szabelkę i piechotą niemalże mego konia dogonił, jakby go jakie upiory gnały. Mówię wam, nieźle się mój wierzchowiec nabiegać musiał, nim ja tego suczego syna w końcu usiekał!
    Kolejna salwa śmiechu rozbrzmiała w gospodzie. Ośmiu awanturników natchnęło wesołością tą zwykle ponurą, podmiejską tawernę.
     – Widzicie to? Jego dzieło – ciągnął dalej herszt grupy, wskazując na szramę umiejscowioną tuż obok ust, po ich lewej stronie.
     – Jest takie przysłowie – mruknął jeden z towarzyszy – zabijając Khergitowi konia, zabijasz mu duszę.
     – Mawiają też: zarżnij Khergitowi wierzchowca, a on w odwecie zarżnie ci matkę! – dodał drugi.
    Nic nie wskazywało na to, by strumienie – a może raczej wodospady – piwa przestały się lać, a radosne i nieskładne rozmowy ustać. Kto mógłby przepuszczać, że jedna osoba byłaby w stanie momentalnie to zmienić...
          Owa osoba zbliżyła się niepostrzeżenie do przywódcy poszukiwaczy przygód. Należy nadmienić, że od tyłu. 
    Nim ktokolwiek zorientował się w powadze sytuacji, tajemnicza persona złapała dowódcę za bark i odezwała się tymi słowy:
     – Zacni panowie, muszę prosić was o spokój.
     – Taa...? A jak nie, to co? - rzekł, otępiony piwem nie rozpoznając głosu ani nie spoglądając na twarz tajemniczej postaci. Widział za to nietęgie oblicza swych towarzyszy. Gdy wreszcie zdecydował się przyjrzeć natrętowi, mina również mu zrzedła.
     – A jak nie, to wypieprzę was stąd, zanim którykolwiek zdąży dopić swoje piwo! – ryknęła siejąca grozę, pękata karczmarka z taką siłą w głosie, że połowa oberży zamilkła i skierowała ku zajściu mniej lub bardziej ukradkowe spojrzenia. – Wy durnie! W tym zajeździe zasiadają dwaj przybysze z dalekich krain, zmierzający prosto na dwór króla Harlausa. – Kobieta gwałtownie przeszła z krzyku i uniesienia do szeptu i jakby konspiracji. – Słyszysz, Rozrad, zawszony ośle? Zapłacili mi sowicie, zatem nie chcę im sprawić zawodu, szczególnie, że mają tu zostać do jutrzejszego popołudnia. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrali moją mizerną karczmę, ale na pewno nie po to, by wysłuchiwać pokrzykiwań jakieś parszywej najemnej gromady, do licha! – Kilka ostatnich słów wywrzeszczała znów podniesionym głosem.
          Cholera, dobrze że baby z reguły nie biorą się za wojaczkę, pomyślał sobie "zawszony osioł". Taka osóbka położyłaby tabun chłopa samym krzykiem.
     – A ostatnio gadałaś, że my tu zawsze mile widziani, hę?
     – Różne dziwne rzeczy się gada, jak ci kto mieszek pełen pod nos podstawi. Że też jeszcze się tego nie nauczyłeś! Swoją drogą, gdzie wy się tak wtedy obłowiliście?
    Dowódca poszukiwaczy przygód nic nie odrzekł, lecz tylko poklepał po plecach jednego ze swoich kompanów i stuknął się z nim kuflem.
     – A ci dwaj wędrowcy to kto zacz? Jacyś wielmoże? – zapytał mężczyzna zwany przez towarzyszów
    Borcha.
     – To nie twoja sprawa. Zresztą sama nie wiem. Najważniejsze, że nie żałują denarów.
    Nastała chwila względnej ciszy. To niecodzienne zjawisko w kontraście z bandą rozrabiaków wydało się oberżystce przyjemne, a zarazem dziwne i niepokojące.
     – Dobra kobieto, skiń na dziewki, by nam piwa doniosły – przywrócił sytuację do normalności Rozrad.
     – Oczywiście dopisać do długu?
     – Jakżeby inaczej. Znasz nas. Wypłacim się z nawiązką, jak wpadnie coś grubszego w sakwę.
          Gospodyni machnęła ręką ze zrezygnowaniem i odeszła. Członkowie kompanii nie byli pewni, czy kobieta spełni ich prośbę. Ale nie zaprzątali sobie teraz tym głowy. Spoglądali ponuro na dwóch odzianych na czarno podróżników siedzących w kącie izby i milczeli. Jednak pewien groźny błysk w ich oczach mówił za nich. Błysk ten miał stać się powodem późniejszych wydarzeń.
    « Ostatnia zmiana: Sierpnia 04, 2012, 15:00:13 wysłana przez TakiJedenTyp »

    Offline Zawisza

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #1 dnia: Stycznia 09, 2011, 15:50:40 »
    Bardzo dobre opowiadanie, bardzo podoba mi się styl i ogólny klimat. Takie miałem wrażanie jakbym czytał książkę, a nie opowiadanie na forum. Dobra robota.

    Jak dla mnie 10/10, czekam na kolejne części.

    Szczególnie spodobał mi się fragment:

    Cytuj
    - Jest takie przysłowie - mruknął jeden z towarzyszy - zabijając Khergitowi konia, zabijasz mu duszę.
     - Mawiają też: zarżnij Khergitowi wierzchowca, a on w odwecie zarżnie ci matkę! - dodał drugi.
    Wracam do M&B ;)

    Offline Dravic

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 674
    • Piwa: -1
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #2 dnia: Stycznia 10, 2011, 21:01:24 »
    Bardzo dobre, niestety JESZCZE nie opowiadanie, a bardziej wstęp do takowego. Boć powinien już wiedzieć, waszmość pan, że się tu nie chwali pokazywać z  swoim jedynie kuflem; winno się od razu przynieść beczkę ze sobą!

    Na razie - 9/10, wszystko fajnie, tylko długość :)
    -i oczywiście saga Sienkiewicza- Wiedźmin

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #3 dnia: Stycznia 10, 2011, 22:02:44 »
    Jak wspomniałem na początku, to jedynie zalążek. Ciąg dalszy nastąpi. Dzięki z komentarze.

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #4 dnia: Lutego 13, 2011, 19:27:33 »
                                                                                                                                                       2

       
          W Uxkhal nie brakowało wąskich, przepełniających trwogą uliczek. Można by wręcz stwierdzić, że to one nadawały duszę temu smętnemu miastu. Wprawdzie dwa wozy obok siebie nie miały prawa się zmieścić, wprawdzie pomyje wylewane wiadrami z okien leciały wprost na głowy przechodniów, ale cóż z tego? Liczył się każdy sążeń przestrzeni mieszkalnej.
          Nie wiadomo skąd, w środku nocy w jednym z takich zaułków znalazło się dwóch ichmościów. Płaszcze tychże zlewały się z otoczeniem w jedną, bezkształtną, czarną masę. Z rzadka wybijał się z niej jakiś kolor, kontur czy ruch widoczny dla ludzkiego oka. Mężczyźni szli nieśpiesznie, jakby urządzali sobie spacer po zalanym mrokiem mieście. Wyglądali dość nietypowo, ale na pewno nie na bogaczy. Płaszcze, choć uszyte z egzotycznej, ciężkiej do rozpoznania tkaniny sprawiały wrażenie żebraczych. Nie mieli koni ani pochodni. Jeden z nich, ewidentnie starszy, używał surowego kija w charakterze laski. Nie założone kaptury luźno spoczywały na ich karkach, w czym zresztą nie było nic dziwnego; okolica nie widziała deszczu od dłuższego czasu. Ich blizny i rysy twarzy były jak księga, w której zapisana została ciekawa, barwna historia życia dwóch dojrzałych mężczyzn. Oczywiście żaden człowiek, gdyby nawet pojawił się w pobliżu, nie zdołałby dostrzec ani jednej z tych rzeczy.
     – Mistrzu – szepnął ten bez kostura, tak, że nawet sam mógł siebie nie dosłyszeć – nie możemy iść szybciej?
     – Nie. – Okazało się, że mentor ma naprawdę dobry słuch.
     – Dlaczego?
     – Przekonasz się. Bądź czujny.
    Ucznia zaniepokoiła ta zdawkowa rozmowa. Po chwili stało się jasne, dlaczego.
          Zza plecami, w oddali rozbrzmiał spokojny stęp wielu koni. Choć był to cichy odgłos, to i tak uderzył w uszy wędrowców jak grom. Gdy odwrócili się, koński chód znacznie przyśpieszył, by po kilku sekundach przerodzić się w galop. Odziani w czerń niewzruszenie utrzymywali swą pozycję. Czekali do ostatniego momentu. Gdy dwa rzędy jeźdźców, po czterech w każdym zbliżyły się na wyciągnięcie ręki, czy raczej miecza, podróżni zeskoczyli im z drogi, upadając ciałem na twardy bruk. Nie był to miły upadek, ale i tak nieporównywalnie lepszy od otrzymania ciosu w głowę z galopu. Konni pognali przed siebie. Nie było łatwo zatrzymać i obrócić konia w tak ciasnej uliczce, zajęło im to trochę czasu. Mężczyźni w płaszczach mieli dobrą okazję do ucieczki. Nie wykorzystali jej. Bez pośpiechu podnieśli się z ziemi i dobyli broni. Okazało się, że starszy trzymał w zanadrzu krótki miecz, a jego podopieczny ukrywał za pazuchą nadziak. Spoglądali bez słowa na jeźdźców. Konni mieli na sobie przerdzewiałe kolczugi i skórzane kaftany z ćwiekami, co czyniło ich widocznymi w tych mrokach.
          Choć w liczebności siła, a zbirów było ośmiu, to i tak czuli, jak gęsty mrok oblepia im ciała, dusze, nie oszczędzając również umysłów. Wydawało im się, że ci dwaj mężczyźni są jego częścią. Mimo wszystko nie bali się. Częściowo za sprawą wypitego piwa. Szybko zamknęli przeciwników w półpierścieniu, gdyż ci wycofali się aż pod sam mur. Bandyta o najbogatszym rynsztunku zsiadł z wierzchowca, a za jego przykładem poszła reszta. Konie na nic by się nie zdały w tej ciasnocie.
          Pierwszy odezwał się mistrz.
     – Chcemy przejść. Zejdźcie z drogi, proszę.
     – Mości panowie, gdzieżby nam wchodzić w drogę? Me imię brzmi Rozrad, kłaniam się. Jesteśmy tylko zwykłymi żebrakami. Żyjemy z jałmużny. Może waszmościowie także zechcą nas wspomóc? Kwotą... Powiedzmy... Wszystkiego co macie. – Jego głos był trochę bełkotliwy.
    Kilka gardeł zarechotało.
     – Przybywamy do tej krainy z polecenia Wywyższonego arcykapłana Goregora drugiego, władcy Firnae i głowy firnaeńskiego Kultu, by zakrzewić wiarę w waszych bezbożnych, calradyjskich duszach. Bez tego nigdy nie uda wam się zjednoczyć i zakończyć tych bezsensownych konfliktów – oznajmił, następnie postawił laskę pod ścianą. Spod kołnierza wydobył sześcioramienną gwiazdę na łańcuchu, roztaczającą wokół słaby, srebrny blask. Ramiona były ostre i zygzakowate niczym języki węży. Po chwili znów ukrył ją w otchłani płaszcza i sięgnął po kostur. Wszystko to wykonał lewą ręką, bo prawa zajęta była trzymaniem miecza.
     – Ech, durnie... – powiedział Rozrad po chwili namysłu. Nie był głupi. Wiedział, że Gwiazda Firnae przysługuje tylko dostojnikom Kultu i najwyższym rangą misjonarzom, głosicielom. Czarni byli wysoko postawieni, jednak to nic nie zmieniało. – Jesteśmy synami wojny! Myślicie, że komuś z nas zależy na zaniechaniu walk?
     – Nie rozumiecie. Południowe księstwa w każdej chwili mogą zaatakować pod pretekstem wojny o wiarę. Nawrócenie się to wasza jedyna szansa!
     – Nie boimy się południowców. Jeżeli się tu pojawią, zrobimy z nimi to samo, co z wami, jak nie oddacie wszystkiego.
    Coraz bardziej zacieśniał się pierścień wokół otoczonych. Rozochoceni alkoholem awanturnicy w każdej chwili mogli rzucić się osaczonym do gardeł. Głosiciel zmienił strategię.
     – I pomyśleć, że w karczmie wydaliście mi się porządnymi wojownikami. Najwyraźniej pomyliłem się. Mam rozumieć, że jesteście plugawymi złodziejami, którzy bez skrupułów plamią ręce i dusze niewinną krwią?! – Mistrz mówił, a jego protegowany próbował spopielić agresorów wzrokiem.
     – W tym momencie minąłeś się z prawdą jak żywo. I dodatkowo zraniłeś mą duszę, do której się odwołujesz. Nigdy nie napadli my na uczciwych, prawych Swadian. Co innego na jakiś pokątnych wędrowców, szlajających się nocami po ciemnych zaułkach. A wracając do duszy; rzecz to delikatna i takoż trzeba się z nią obchodzić. Ducha łatwo obrazić, a obrażony duch pod wpływem gniewu skłonny do wielu radykalnych działań. Rozumiecie, do czego zmierzam?
    Każdy z zebranych rozumiał. Misjonarze nie potrafili dojść, ile żartu było w wywodzie Rozrada. Zacisnęli palce na rękojeściach, zarzucając na głowę kaptury, co uczyniło ich jeszcze bardziej zamaskowanymi.
     – Dość tego, panowie Firnaeńczycy, nadęte pyszałki. Kamraci, do dzieła!
          Najpierw ruszyło dwóch. Przysadzisty dryblas z toporem i tarczą oraz wyższy, ale równie barczysty i muskularny pałkarz. Zginęli niemal natychmiast. Ich porąbane i pogruchotane zwłoki wtrącono kopniakami pod nogi pozostałym zbirom. Jednak oni nie tracili rezonu. Każdy z misjonarzy musiał zmierzyć się naraz z trzema szarżującymi awanturnikami.
          Mistrz nie pozwolił, by przeciwnicy zaatakowali pierwsi. Wykonał szeroki wymach laską i choć wprawdzie nie trafił nikogo, to nie pozwolił też nikomu zadać ciosu. Za to druga ręka zrobiła dobry użytek z dzierżonego miecza. Błyskawicznym ruchem przebiła bandycką kolczugę osobnika najbardziej po prawej, przebiła ją wraz z ciałem. Zaatakowany wydał cichy jęk i osunął się na ziemię, barwiąc wszystko wokół szkarłatem. Później poszło jeszcze szybciej. Pozostałe zbiry nie potrafiły utrzymać przewagi i, zasypywane gradem ciosów, same rychło dały się przyprzeć do muru, kontratakując niemrawo i nieskutecznie. Gdy jeden z nich dotknął plecami zimnej, wilgotnej powierzchni, osłabła jego obrona, co nie mogło pozostać niewykorzystane. Dwa precyzyjne cięcia pobawiły go ręki, a kolejne poszerzyło mu uśmiech do absurdalnych rozmiarów. Ostatni hultaj z tej grupki zrobił jedyną rzecz, która dawała mu jakiekolwiek szanse na przeżycie. Porzucił walkę, szaleńczo czmychnął na bok, wystawiając się na ciosy. Może chciał wskoczyć na któregoś z pozostawionych tam koni, a może zbiec pieszo. Co by nie było, gruchnięto go bezceremonialnie kosturem w czubek głowy, tak, że nie tylko na kosturze, ale i na jego czaszce pojawiła się niewielka rysa. Najwyraźniej jednak w jego wypadku pojęcie twardej głowy odnosi się nie tylko do umiejętności wypicia dużej ilości alkoholu. Drab nawet nie zmniejszył prędkości. Mistrzowi przemknęło przez myśl, że potrzebna będzie pogoń, lecz nie docenił swego szczęścia. Rabuś poślizgnął się na bliżej niezidentyfikowanej kończynie jednego ze swych martwych kumotrów, co zaowocowało widowiskowym fikołkiem i przywaleniem głową w kamienną drogę. Po czymś takim świadomość musiała go opuścić.
          W tym samym czasie młodszy boży sługa również toczył energiczną walkę, a jego głównym orężem był nie nadziak, lecz zwinność i szybkość. Gdy trójka łotrów całym pędem, na jaki mogła sobie pozwolić
    zaszarżowała na niemal niewidoczny cel, adept zgrabnym piruetem wymknął się ze strefy zagrożenia. Trzy zderzenia stali o twardą powierzchnię ściany rozległy się szczęknięciami. Jeden z tych odgłosów został wydany przez grot włóczni, broni zdecydowanie za długiej do toczenia walki w takich miejscach. Włócznik miał tego świadomość. I był przerażony. Wiedział, że nie zdąży się odwrócić, gdy wojownik zajdzie go od tyłu, wiedział, że gdy to się stanie, jego szyszak zamieni się w bezkształtny kawał blachy, wypełniony miazgą z mózgu i czaszki. Okazało się, że mężczyzna z włócznią był bardzo przewidujący.
     – Przeklęci... kaznodzieje...
    Były to ostatnie słowa, a zarazem myśli umierającego człowieka.
          W tym momencie trywialne tłuczenie gdzie popadnie przemieniło się w prawdziwe starcie. Ostatni dwaj bandyci, a wśród nich Rozrad, prezentowali całkiem inny poziom. Potrafili korzystać z parad, fint, utrzymywali tempo kroków i zadawali precyzyjne uderzenia. Byli też opancerzeni i stosunkowo szybcy. Jednak nie widzieli dokładnie swojego przeciwnika, a to mogło przesądzić o wyniku walki. Rozpoczął się bitewny taniec, w którym żadna ze stron nie mogła zyskać przewagi. Co jakiś czas oręż ocierał się o skórę ubranego w czerń. Walka powoli stawała się uciążliwa. Raz doszło do tego, że doskoczyli do niego z dwóch stron i zaatakowali jednocześnie. Jednego ciosu uniknął, drugi sparował, omal nie wypuszczając z rąk nadziaka. Kości ramienia odezwały się tępym bólem. Zaczynał powoli zdawać sobie sprawę, że nie wygra tej walki samodzielnie. Jego jedyną szansą stał się towarzysz broni, zajęty kończeniem własnego pojedynku. Młody misjonarz musiał wybić z rytmu przeciwników, tylko to dałoby mu szansę na zwycięstwo... Postawił wszystko na jedną kartę.
      Wślizgnął się pomiędzy zbirów i z półobrotu wymierzył każdemu po jednym błyskawicznym ciosie. Popełnił błąd. Żadne uderzenie nie sięgnęło celu, a on sam wpadł prosto w łapy wrogów. Znalazł się dokładnie pomiędzy nimi. Wódz bandytów przywalił mu metalową tarczą, jego podkomendny poprawił jelcem pótoraka. Młody adept zatoczył się do tyłu, ledwo utrzymawszy na nogach, a hultaje w tym czasie sposobili się do ostatecznego uderzenia.
          Rzucili się do ataku dopiero po chwili. Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji był bez szans. Jednak ciemność i alkohol zrobiły swoje. Oba wyprowadzone ciosy świsnęły mu nad głową, gdy w ostatnim momencie uchylił się, miast zasłaniać. Zaraz potem zrobił coś niespodziewanego. Tuż przed sobą miał herszta tej pechowej kompanii ze wspomnianym puklerzem, bogato zdobionym mieczem jednoręcznym, w kolczudze z elementami zbroi płytowej i hełmie nordyckim, wielkiego jak tur. Ostatkiem sił skoczył na niego, wybijając się mocno z ziemi. Pancerny wojownik zastawił się tarczą, tyle że mężczyzna w czerni nie zamierzał zadawać standardowych ciosów. Właściwie był zbyt otępiony otrzymanymi uderzeniami, by cokolwiek planować. Po prostu bezmyślnie wpadł na zbrojnego przeciwnika, cudem nie nadziewając się na jego miecz. Tym samym odkrył największą lukę w obronie Rozrada. Przed laty awanturnika spotkał przykry wypadek - został kopnięty przez konia w lewą goleń. Nie w bitwie, lecz w znacznie mniej chlubny sposób, a mianowicie podczas wizyty w stajni. Było to zdarzenie tak niefortunne, że do dziś herszt nie odzyskał pełnej sprawności w lewej nodze. W końcu to musiało się na nim zemścić.
          Uczeń, napierając na jego tarczę całym ciałem nagle usłyszał gniewny pomruk. Zamiast zadać spodziewane cięcie w bok, bandyta zachwiał się, przechylił, aż w końcu runął. Upadł boleśnie, przygniatany nie tylko ciężarem człowieka w płaszczu, lecz również swego pancerza. Jednak na rękojeści miecza nadal zaciskały się palce Rozrada. Nie wiadomo, jak długo utrzymałby się taki stan, gdyby inicjatywy nie przejęła niedoszła ofiara i nie wyjęła sztyletu z cholewy, by przebić nim dłoń leżącego przeciwnika. Rozdzierający krzyk, który wyrwał się z gardła bandyty po chwili ustąpił miejsca rzężeniu, jakie wydobywa się z przebitej ostrzem tchawicy.
          Gdy adept próbował obrócić się na plecy, przed oczyma mignęła mu jeszcze zbliżająca się, niewyraźna plama koloru metalu, która musiała być jedynym niespacyfikowanym dotąd awanturnikiem. Niewyobrażalnym wysiłkiem cisnął w jego stronę sztyletem, jednak improwizowany pocisk nawet nie dotknął pancerza. Jednak nie miało to już znaczenia. Bandyta upadł na kolana, z jego przeoranych ostrzem pleców wypływał strumyczek posoki. Za konającym zbirem stał mistrz.
          Minęło trochę czasu, nim głosicielowi i młodemu misjonarzowi udało się ocucić rabusia obdarzonego czaszką twardości litej skały. Wraz z pojawiającymi się na jego twarzy oznakami świadomości znalazł się tam także grymas przerażenia. Na podkreślenie charakteru swej mimiki wydał przeraźliwie głośny wrzask, który zapewne odegnał sen od niejednego mieszkańca tej okolicy. Ocalały miał na imię Borcha, choć nikt pozostały wśród żyjących nie mógł o tym wiedzieć. Dzierżący nadziak boży sługa dał się ponieść emocją. Złapał łotra i trzepnął nim o zakrwawioną ścianę. Gdy ten niezdarnie próbował odpełznąć w pozycji poziomej od swoich oprawców, dostał jeszcze przesadnie zamaszystego kopniaka w brzuch. Adept nie chciał przeciągać tej zabawy.
     – Zabijecie bezbronnego, tak?! W imię waszej religii?! Jesteście bezdusznymi barbarzyńcami! – Borcha postanowił zgrywać hardość, lecz na widok zbliżającego się dzioba nadziaka momentalnie zmiękł. – Oszczędźcie! Rozrad, to wszystko on... Oszczędźcie!
     – Nie licz na to.
    Broń, kierowana sprawną ręką krzewiciela wiary uniosła się niebezpiecznie. Lecz jeden mały gest drugiego odzianego w czerń sprawił, że orężna dłoń towarzysza powróciła do pierwotnej pozycji. Starszy, podpierając się kijem postąpił krok w stronę leżącego zbira.
     – Darujemy życie. Ale nie myśl, że to Kult zmusza nas do okazywania miłosierdzia. Po prostu chcemy, żeby ktoś opowiedział, co się tu stało, dla naszego spokoju. Mam wraz z tym młodzieńcem kilka spraw do załatwienia, niech nikt nam nie przeszkadza. Twoi przyjaciele mają drżeć, gdy usłyszą o tym nieprzyjemnym zajściu. Tylko nie pomiń żadnego szczegółu! Zrozumiałeś, szczęśliwcze?
    Misjonarze uznali energiczne potrząsanie głową za zgodę. Borcha wstał, nie pytając się o pozwolenie wsiadł na jedynego konia, który nie uciekł w tym całym zamieszaniu, po czym odjechał, nie oglądając się za siebie.
          Odziani w czerń nie zdjęli kapturów. Nad miastem poczęły kłębić się czarne chmury. W oddali huknął piorun.
    « Ostatnia zmiana: Sierpnia 04, 2012, 15:03:31 wysłana przez TakiJedenTyp »

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #5 dnia: Lutego 20, 2011, 19:39:45 »
    Po mimo kilku błędów, które to są powtórki jednak bardzo podobała mi się druga część. :) Liczę na kolejną część :) życzę powodzenia w dalszym pisaniu :)
    Pozdrawiam
    Theoden

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #6 dnia: Kwietnia 13, 2011, 12:46:48 »
                                                                                                                                           3


          Yaragar okazało się bardziej gościnne, niż przypuszczali. Tuż przy bramie do miasteczka jakiś roztropny mieszczanin wybudował karczmę, przybytek nieodzowny dla każdej obszerniejszej osady. Bywalcy gospody okazali się być bardzo dobrze poinformowani w sprawach wszelakich, szczególnie tych związanych z polityką i wojną. Szkoda tylko, że każdy z nich mówił co innego, a ci najbardziej pijani twierdzili, że król nie ma czasu na wojaczkę, gdyż zajmuje się konsumpcją świeżo zawartego małżeństwa. Gęsto padały też nieprzystojne słowa opisujące wspomnianą konsumpcję. Jakiś lider lokalnej społeczności rzekł: "Prędzej nam palisadę szczury rozgryzą, niźli stary Harklaus Rhodoków pobije". W oberży wybuchła wrzawa, jako że goście podzielili się na dwie grupy – zwolenników i przeciwników króla, a każda z nich nie przebierała w środkach, by przekonać tych drugich do swych racji. W końcu dwóch przybyszów wyszło, uznając, że dalsze marnowanie czasu w tym miejscu nie ma sensu, na co zresztą nikt nie zwrócił uwagi.
          Mieścina nie obfitowała w nic interesującego poza małym, murowanym ryneczkiem, na którym odbywały się festyny i egzekucje. Dzisiaj jednak panował tu względny spokój, dla tego skierowali się od razu do domu wójta.
     – Eee, kimże wy są? Domokrążcy? Won! – powitał ich zwyczajowo.
     – A widzisz gdzieś jakieś towary? - zwrócił uwagę starszy z wędrowców. Młodszy w naturalny dla siebie sposób milczał ponuro, trzymając się z boku.
    Przedstawiciel miejscowej władzy zamyślił się, zmarszczywszy czoło. Jego zadumę gwałtownie przerwał widok sakiewki w wyciągniętej ku niemu dłoni przybysza. Wójt łapczywie zgarnął trzos i wprowadził interesantów w głąb budynku. Lokum od wewnątrz było znacznie mniej okazałe niż ze strony zewnętrznej. Widać było, że głowie miasteczka zależy na prezencji domu.
         Gdy wszyscy zasiedli za dębowym stołem w największej izbie, pani domu o pulchnej figurze postawiła na nim dzban wypełniony, rzecz jasna, piwem oraz trzy kufle.
     – Wybaczcie, panowie, że nie przyjąłem was odpowiednio. Po ulicach kręci się kupa hołoty, doprawdy nie wiada, kto porządny chłop, a kto zbój nikczemny. Rozumicie, wojna. I to przegrywana. Najemni żołdacy miast bojować na granicy, w królestwie nierząd szerzą. Do tego jeszcze biedota za czynienie gwałtów się wzięła, podobnie jak wieśniaki...  Przestępców nie brakuje. I te oszukańce wszystkie, te zawszone krętacze, kuglarze i złodzieje! Jeszcze dwa tygodnie nazad setkami na front szli najemnicy, wasale królewscy wraz z drużynami, ochotnicy niskiego stanu nawet! A dzisiaj co? Wszyscy, jak jeden mąż jeno patrzą, jak by tu wymigać się od bitki! Wielu po prostu czmycha w głąb kraju, nawet panowie pasowani. Najwyraźniej honor strasznie im ciąży, skoro się go tak raźnie pozbywają. Dlategoż nie dziwujcie się, że na was nieufnym okiem spoglądałem. Ech, ja wam tu plotę, a wy sami swej sprawy jeszcze nie wyłożyliście. Słucham przeto. Ale najpierw imiona swe podajcie, bym wiedział, żeście prawi ludzie, a nie jakie poszukiwane zbiry. Ja sam zwę się Gradin.
    Zapadło naprawdę długie milczenie. Słychać było jedynie stuk opuszczanych na blat stołu kuflów i dźwięki z zewnątrz.
     – Jestem... Morhal – wyrzekł powoli, jakby wielką trudność sprawiało mu pozbawienie się anonimowości. – A mój czeladnik to Bregander.
     – Wyśmienicie. Proszę, mówcie.
     – Nasze, wójcie, interesy niedaleko odbiegają od twoich zmartwień. I jednym, i drugim na imię wojna. Podążamy w stronę głównego zgrupowania królewskich sił. Tylko, że tutejsi jakoś nie kwapią się do podania nam żadnych rzetelnych informacji. 
     – Gadają bez sensu?
     – Tak, właśnie, a nam zależy na czasie. Pomyślałby kto – wojna pod nosem, a wy nie macie o niej pojęcia.
     – Widzicie, ludzie, to jest tak. – Mieszczanin głęboko się zamyślił. – Król przegrywa z kretesem. Zaczął bać się szpiclów i tych... dywersantów. Zresztą to całkiem rozumne, w kraju dumają tylko, jak pozbyć się go z tronu, Rhodokowie do ostatecznej rozprawy z nim się szykują, w innych królestwach też się na niego zamierzają. Ale co ja tam o sprawach władców wiem.
     – Czyli nie wiecie, gdzie stacjonują wojska swadiańskie? – rzucił głosiciel, a w jego tonie kryła się groźna nuta.
     – Nie wyciągaj wniosków zbyt pochopnych, Morhal. – Wójt zignorował nie udzielającego się nieznajomego, zwracając się tylko do bezpośredniego rozmówcy. – Wczoraj do miasta przybyli z południa gońcy królewscy. Bezczelne bestie, prawdziwie bezczelne! Dwóch ich było. Chudzi, brudni, śmierdzący, a przez miasto szli jak hrabiowie jakowyś. Idą główną ulicą i drą się, by ludzie żywność i konie szykowali, gdyż nazajutrz pojawi się tu specjalny oddział zaopatrzeniowy, który zabierze wszystko dla królewskiej armii. A przecież płaciliśmy już czynsze na rzecz naszego pana, barona Ademara, a baron do bitki podążył, więc podatek poszedł na cele wojenne. Ale ci wysłannicy, tępi jacyś chyba, nie posłuchali uczciwych mieszczan i dalej swoje. Ludzie porzucili zdrowy rozsądek, niewiele zabrakło, by bez ceregieli za pały chwycili i... Musicie wiedzieć, że ludność przez tę zawieruchę wojenną okropnie się drażliwa zrobiła. Na szczęście ja byłem w pobliżu. Szybko wysłanników do domu zabrałem, a tam już jakoś udało mi się z nimi dogadać... No, coby nie było, oni mają swoją żywność, ja mam zaś cenne informacje.
    Przybysze stawali się coraz bardziej zniecierpliwieni. Gradin musiał to dostrzec.
     – No dobrze, przejdę do rzeczy. Powiedzieli mi, iż to oblężenie Vyincourd było takim... eee, manewrem taktycznym. Harklaus nie ma wystarczających sił, by zamek odbić. Nie może sobie pozwolić na walną bitwę, prowadzi wojnę szarpaną, rozbija małe oddziały wroga, a gdy zbliża się do niego trzon sił rhodockich, wycofuje się. Widzicie, jego żołnierze to głównie kawaleria, a wróg ma od groma ciężkiej piechoty. Jest od nich szybszy i bardziej mobilny. Tak właściwie, Rhodocy mogliby ominąć królewskie siły i pójść przez rzekę na Uxkhal, po drodze natrafiając na nasze miasto, ale nie chcą zostawiać sobie za plecami głównej armii królestwa. Posłańcy mówili też o posiłkach Rhodoków. Cztery tysiące rekrutów, świeżych wprawdzie, ale za to pod wodzą samego króla Gravetha! Podobno są już pod zamkiem Ergellon i zmierzają na północ, by połączyć się z główną armią. Harklaus postanowił działać. Zostawił dużą cześć sił w okolicach Vyincourd, aby dalej nękały wrogie wojsko, a sam wyruszył na spotkanie Gravethowi. Zamierza przyjąć bitwę gdzieś w okolicy doliny Linor, tam radziłbym szukać jego armii. Jeżeli odniesie zwycięstwo nad rhodockim królem, cała ta tchórzliwa swadiańska szlachta, chowająca się w zamkach i na dworach, być może zechce wspomóc go w walce. To będzie wielkie starcie, które zadecyduje o dalszych losach wojny.

    ***

         To będzie wielkie starcie, które zadecyduje o dalszych losach wojny, pomyślał król Harklaus, stojąc wraz z awangardą armii na wzgórzu. Spoglądał na wrogą tłuszcz stłoczoną w czymś, co umownie można by określić mianem formacji. Jego własna armia, licząca obecnie nieco ponad tysiąc głów ulokowała się na rozległym wzniesieniu, a także u jego stóp. Czuli się jak szykujące do polowania sokoły, a w rolę ofiar ich szponów oraz dziobów wcielić się mieli rhodoccy rekruci. Motłoch rysujący się daleko przed oczami monarchy istotnie przypominał tylko czekającą na rozgromienie zgraję szczurów, a nawet gryzoni jeszcze pośledniejszych. Władca, mimo wszystko, liczył się z tym, że nawet szczurzy szczep jest w stanie pokonać sokolich łowców, jeżeli tylko posiądzie wystarczająco dużą przewagę liczebną. Nie raz ofiara przejmowała rolę myśliwego, w zamian oddając mu swoją.
         Król, rzecz jasna, nie mógł z tej odległości dostrzec oblicza żadnego z adwersarzy. Choć obdarzony sokolą szybkością, to jednak brakowało mu dalekosiężnego wzroku cechującego tych szlachetnych drapieżników.
     – Wasza wysokość, zwiadowcy wracają. Byłbym wdzięczny, gdybyś pozwolił mi osobiście odebrać od nich raport  – rzekł oficjalnie hrabia Montewar stojący u boku króla. Monarcha niedbałym ruchem ręki zezwolił, nie spuszczając wzroku z kłębiących się w oddali antagonistów. Wasal wdrapał się na pięknego, śniadego ogiera i wyjechał na spotkanie zwiadowcom, uprzednio nie zapomniawszy zabrać dwóch rycerzy z osobistego orszaku. Gdy zjeżdżał w dół zbocza, żołnierze rozstępowali się przed nim z szacunkiem i strachem, chyląc drzewce i hełmy.
         Harklaus, nie będąc w stanie zobaczyć wśród linii wroga niczego godnego uwagi, zaczął zastanawiać się nad losem swojego królestwa, gdyby doszło do sytuacji, w której wojskowa dyscyplina przestałaby obowiązywać. Myślał, ile razy od początku wojny rhodocy zdążyliby go pobić. Z drugiej strony, gdyby nie żelazna dyscyplina może duża część rycerstwa nie postanowiłaby zaniechać walki w nieoficjalnym akcie kapitulacji. Każde przedsięwzięcie może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.
    Po chwili jednak król odegnał te myśli, dochodząc do tego, że Swadia była znacznie słabsza militarnie od południowego sąsiada już na samym początku tej wielkiej waśni. Jeżeli nie żelazny rygor, to coś innego skłoniłoby strachliwą cześć szlachty do opuszczenia albo nie stawienia się w jego szeregach, a trzymając krótko resztę sił przynajmniej zapewnił sobie możliwość zadania wrogom silnego ciosu. Przecież bitność wojska była równie znacząca, co przewaga liczebna. Rozejrzał się. Stał w sercu potężnego mechanizmu, wojaków, na barkach których spoczywała przyszłość ich żon, dzieci i ojców, co więcej żołdacy zdawali sobie z tego sprawę. Zmęczenie, czyli nieodłączny towarzysz ciągłego marszu i musztry, głód spowodowany brakiem pozostawionych wiele mil stąd taborów – to wszystko przestawało mieć znaczenie w obliczu morderczych zdolności bojowych jego poddanych.
         Oddziałek hrabiego powrócił w zmienionym składzie. Poza dwoma przybocznymi teraz Montewarowi towarzyszyło jeszcze pięciu lekkich jeźdźców w skórzanych zbrojach. Możny z pokłonem wręczył swemu suwerenowi zwitek pergaminu. Kto by pomyślał, że zwykli najemni zwiadowcy będą potrafili pisać?
         No właśnie, najemnicy. Żadna z armii nie obfitowała w nich - król wyczytał to z raportu – lecz po swadiańskiej stronie znajdował się pewien oddział, w którym Harklaus pokładał wielkie nadzieje i obdarzał zaufaniem. To właśnie z tejże grupy pochodzili zwiadowcy. Była to złożona głównie z lekkiej jazdy rota, licząca niewiele ponad sześćdziesiąt głów, świetna do walki manewrowej. Wiedział, że są oni wojownikami wiernymi, wprawionymi w starciach na wszystkich frontach, że bez wahania można powierzyć im swe życie. Mimo to nie mógł polegać na nich za bardzo w czasie bitwy. Straciłoby na tym morale rycerzy, którym to przecież najbardziej zależało na łupach i zaszczytach.
         Piątka konnych dołączyła do rodzimej formacji. Zarówno w raporcie, jak i w pamięci króla tkwiła informacja o tym, że wysłano dziewiątkę zwiadowców. Cóż, rhodockie bełty nie oszczędzą nawet najzwinniejszego jeźdźca. Jednak król nie mógł nie zauważyć, iż ocalali nie mają najmniejszych śladów zranienia. Poturbowania, pochlastania przez świeże witki owszem, ale nie trafienia pociskiem. Nawet jeden ze znaczniejszych rycerzy, stojący w otoczeniu króla wyraził swe zdziwienie. To nie był jednak czas na przejmowanie się takimi błahostkami.
         Swadianie stali równo, spokojnie i, co ciekawe, na własnych nogach. Chociaż większość żołnierzy w czasie bitwy dosiądzie koni, to teraz wszyscy, nie wyłączając króla i jego największych wasali, tkwili twardo na ziemi, wierzchowca mając u prawego boku. Miało to dwa cele. Po pierwsze sprawić, aby zarówno Graveth, jak i rhodoccy szeregowcy nie mogli zdać sobie sprawy z liczebności wroga. Po drugie miało to "rozepchać" formację. W tej postaci armia wydawała się liczniejsza, poza tym niespodziewana salwa kuszników na ich pozycję nie wyrządziłaby tak wielkich szkód, gdyż konie posłużyłyby za żywe tarcze. Ale strzelcy znajdowali się zbyt daleko i nic nie wskazywało na zmianę tego aspektu sytuacji.
         Harklausowi było wiadome, że rhodockich wojowników łączył jednaki autorament. Chłopi i mieszczanie z branki siłą wcieleni do wojska, a także lokalne milicje, które w życiu nie mierzyły się z prawdziwym przeciwnikiem, to właśnie był kadłub tegoż dziurawego i brudnego okrętu, który Graveth szumnie nazwał armią królewską. Należy dodać do tego jeszcze drobną, pieszą szlachtę. Główną przywarą ich wszystkich było nic innego, jak podatność na strach. Zamierzano bezlitośnie wykorzystać tę wadę.
         Po obu stronach panował względny bezruch. Względny, bo wrogowie trzęśli się i ocierali z potu. Król tego nie widział, lecz zdawał sobie sprawę. Każda chwila działała na niekorzyść przeciwników, dlatego król nie śpieszył się z natarciem. Zwlekanie było najlepszym wyjściem, ale z niczym nie można przesadzać. Strach ma tendencję do zamieniania się w gniew lub desperację.
         Mijały minuty, a żadna ze stron nie podejmowała działań. Zniecierpliwione wojsko odezwało się cichym szmerem i pomrukami. Harklaus mógł stłumić to jednym słowem, lecz nie zrobił tego. Oczekiwanie dobiegło końca. Plan był prosty. Ciężka jazda miała przeprowadzić frontalną szarżę na główne zgrupowanie wroga, a celem lżejszych jednostek było zaatakowanie z flanki, od strony lasu. Piechota, zwykła i strzelecka, ma wyruszyć tuż za ciężkozbrojną kawalerią.
     – Bierz swych ludzi i natychmiast wyjeżdżaj. – Tak brzmiał rozkaz wydany dowódcy najemników,  Kabradowi Rychłemu. Oczywiście jego oddział samodzielnie nie miałby żadnych szans z wrogiem. Pod komendę Rychłego przeszła cała swadiańska lekka jazda, czyli około trzysta koni.
    Dowódcy nie trzeba było powtarzać. Rumak stanął dęba i wraz z chmarą innych runął w dół zbocza, znikając niebawem w gąszczu. Król w międzyczasie zdążył wydać stosowne polecenia. Całe wojsko, jak jeden mąż znalazło się w siodle.
         Kolejny okrzyk króla, wzmocniony siłą głosów krzykaczy-łączników, rozsyłanych, by informować dowódców o kolejnych królewskich rozkazach, wprawił w ruch potężną, stalową ścianę broni i tarcz. Rycerstwo posuwało się przodem, ospale, lecz konsekwentnie zwiększając prędkość. Gdy pierwsze bełty spadły w ich okolicy, na ustach zagościła stara, wojenna pieśń, pamiętająca jeszcze czasy Cesarstwa. Groty, coraz mocniej wbijające się w tarcze nie przeszkadzały wojakom w snuciu swej piosenki. Gdy śpiew doszedł do momentu mówiącego o Bitwie o Wybrzeże, pierwsze trupy zaścieliły rozrywaną kopytami ziemię. Krzyki bólu i przekleństwa umierających nie były jednak w stanie zagłuszyć coraz bardziej wściekłego pienia żołnierzy.
         Poczet Harklausa znajdował się na tyle rozpędzonej armii, skąd rozciągał się widok na całą dolinę. Król szczególnie bacznie obserwował lasy i tereny wokół nich, gdyż to tam jego lewa flanka złożona z lekkiej konnicy miała rozpocząć natarcie. Czujność króla wreszcie została nagrodzona, lecz nie do końca tak, jak by tego chciał. Z lasów wyłoniła się może połowa wysłanych żołnierzy, co więcej jadących zdecydowanie zbyt wolno i w nieładzie. Rhodoccy strzelcy, ustawieni na samym przodzie tamtejszych oddziałów bez problemu oddali dwie salwy, które jeszcze bardziej przetrzebiły jazdę.
         Władca, zdziwiony i wzburzony rozwojem sytuacji, musiał zwrócić oczy przed siebie, gdyż pierwsze szeregi jego rycerzy – także mocno nadwątlone ostrzałem – już wpadały z impetem na słynnych jaleńskich pawężników, mających powstrzymać pierwszą szarżę. Elitarne oddziały Gravetha obracały się w niwecz z szybkością, jakiej nie spodziewali się nawet atakujący. Gdzieś za plecami prących wciąż naprzód rycerzy uchowało się trzech rhodockich wojowników, na swe nieszczęście znaleźli się oni tuż przed osobistym orszakiem króla. Monarcha postanowił spożytkować swą złość. Poderwał konia, zostawiając poczet tuż za sobą. Jeden z wrogów oberwał zamaszystym kopniakiem w skroń, pechowo nieosłoniętą hełmem, drugi dosłownie stracił głowę z powodu królewskiego miecza, trzeciego staranował opancerzony wierzchowiec. Władca znów spojrzał w stronę lasów i okolicznych błoni.
         Wszystkie monarsze plany związane z lewą flanką chybotały się niebezpiecznie w zapowiedzi szybkiego upadku. Zdziesiątkowana rota nie mogła się dłużej utrzymywać. Kontrszarża piechoty dopełniła dzieła rozbicia i zamętu. Padającej pod ciosami mieczy, gizarm, rohatyn, włóczni i toporów konnicy pozostała tylko desperacka ucieczka. W ślad za umykającymi kawalerzystami posłano jeszcze jedną salwę, lecz jeźdźcy byli tak przerzedzeni, iż tym razem bełty nie wyrządziły zbyt wielkich strat. Większość ocalałych konnych pognała jak najdalej od toczącej się walki, mijając nadciągającą piechotę, a zaledwie dwadzieścia pięć mieczy dołączyło do głównych sił.
         Druzgocząca klęska jedynej flanki odbiła się echem wśród rycerstwa. Zaczęli wyraźnie się wycofywać, bardziej broniąc się, niż atakując, jakby myśleli o ucieczce. Po kilku chwilach, ważniejszych dla niektórych niż całe lata, doszło do czegoś, co uniemożliwiło Swadianom wypełnienie wcześniejszych zamiarów. Otóż Rhodocy otoczyli swadiańskie rycerstwo, napływając ze wszystkich stron. Porażka lekkiej jazdy sprawiła wprawdzie, że wyraźnie podupadła wola walki, ale nie wola przeżycia. Zaciekłość zbrojnej szlachty znów wzrosła, jak u niedźwiedzia złapanego na łańcuch. Nadejście piechoty jeszcze bardziej natchnęło jazdę bojowością. Piechurzy, początkowo w nieładzie, by zmniejszyć szansę otrzymania trafienia, teraz zbili się w ciasną formację i dopiero w tej postaci podjęli walkę. Z tyłu zostali kusznicy, nie mogący się wprawdzie równać jakością ani liczebnością z rhodockimi, ale i tak ich wpływ był znaczny. To wszystko pozwoliło rycerzom Harklausa na powrót uformować coś w stylu szeregu, tyle że owy szereg był wygięty na kształt łuku, by przeważający liczbą przeciwnik nie był w stanie zajść go od tyłu.
    « Ostatnia zmiana: Sierpnia 04, 2012, 15:09:51 wysłana przez TakiJedenTyp »

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #7 dnia: Kwietnia 13, 2011, 12:52:13 »
         Zastępy obu armii topniały, choć nierównomiernie. Poddani króla Gravetha ponosili znacznie cięższe straty w porównaniu ze swoimi wrogami – mężnym rycerstwem i wspierającymi ich pachołkami z gminu. Wojsko Harklausa trzymało się dzielnie swego oręża i mocno swej pozycji, w przeciwieństwie do Rhodoków, wśród których wrzało jak w kotle, co uniemożliwiało im przełamanie szyku przeciwników. Poczet króla początkowo trzymał się z boku, by teraz dołączyć do bitwy ramię w ramię z najpośledniejszymi wojownikami. Mimo wszystkich starań i umiejętności, Swadianie nie mogli zwyciężyć z nawałem przeciwników. Nie mieli pola do manewru, mogli jedynie utrzymywać pozycję i odpierać ataki wrogich sił.
         Wśród swadiańskich formacji w końcu pojawiła się luka. Rhodocy bez zastanowienia to wykorzystali, popisując się zaciekłością, której dotychczas im brakowało. Król dobrze wiedział, że nie zależało im na zwycięstwie. Chcieli jak najszybciej zakończyć tą bitwę, najlepiej w parze z wojną, by móc jak najprędzej wrócić do domów. W tym momencie pojawiła się możliwość kompletnego rozbicia nieprzyjacielskiej armii, co byłoby równoznaczne z natychmiastowym zakończeniem wojny, przynajmniej na jakiś czas. Dlatego rhodoccy kupcy, kmiecie, rzemieślnicy, ziemianie i inni nie szczędzili oręża na przełamane w jednym punkcie wojska.
         Król wraz z niezaangażowanymi nigdzie wojakami rzucił się w stronę wyrwy, by zamknąć ją własnym ciałem. Przeciwnicy nie byli w stanie oprzeć się kontratakowi samego królewskiego orszaku i najprzedniejszych rycerzy, więc pod naporem ciosów wycofali się, zostawiając za sobą trupy. Jednak zapłacić za to krwią musiało wielu monarszych przybocznych. Gdy tylko sytuacja się unormowała, osobista gwardia Harklausa zajęła bezpieczne pozycje w objęciu sojuszniczego szyku, tymczasowo nie uczestnicząc w walce. Król zdawał sobie sprawę, że następny wyłom będzie tym ostatnim. Postanowił chwycić się ostatniej deski ratunku.
         Szybko udało mu się zgromadzić na tyłach mały oddział złożony wyłącznie z najlepszej jazdy. Te kilkadziesiąt głów musiało mu wystarczyć. Król i jego żołnierze pognali prosto w tył tak, żeby wyglądało to na ucieczkę. Po oddaleniu się od głównego zgrupowania obu sił, z całym pędem, na jaki pozwalały im konie pogalopowali na sam tył wrogiej armii, a przeciw nim stanęło może kilkunastu Rhodoków.
         Oddział zmierzał w stronę Gravetha i jego orszaku. Gdy niemal wszyscy Rhodocy uwikłali się w walkę, króla broiło może ze sto mieczy. Tyle, że cała ta królewska gwardia składała się - podobnie jak swadiańska – z konnych. Po części byli to rhodoccy szlachcice o dziwo nie bojący się siodła, ale w większości najemnicy z kompanii Kabrada, którzy to zaatakowali w lesie swych towarzyszy i wymknęli się, zostawiając ich na pastwę Rhodoków. Teraz zdrajcy obserwowali bitwę z wygodnych pozycji, myśląc, że są całkowicie bezpieczni.
         Swadiański król patrzył na Gravetha i na jego dłonie, uzbrojone w wielki miecz. Choć może właściwszym słowem byłoby "ustrojone". Harklaus bardzo wątpił, że rhodocki król pojawi się na polu bitwy. I miał słuszność. Gdy cały rhodocki oddział ruszył na Swadian z kontrszarżą, Graveth został na tyłach z kilkoma towarzyszami.
         Zderzenie obu oddziałów było jak zetknięcie się żywiołów. Rhodocy i najemnicy byli wypoczęci, skoncentrowani i pewni zwycięstwa. Swadianie odczuwali skutki zmęczenia i licznych ran. W walce wspierała ich jedynie nadzieja. Mimo to przeciwnicy nie dorównywali im zajadłością ani rycerski kunsztem. Król własnym mieczem powalił trzech wrogich szlachciców, a jego poddanym udało się ubić większość oddziału wraz z chorążym. Gdy tylko sztandar z pięknym, srebrnym niedźwiedziem stojącym na dwóch łapach na zielonym polu wpadł w pokrywające łąkę błoto, resztki oddziału wykonały pewien manewr, który później przez nich samych nazwany został odwrotem taktycznym. Swadianie określali go nieco bardziej kolokwialnie.
     – Spieprzają, panie.
    Harklaus mógł tylko przytaknąć rycerzowi. Oczywiście wycieńczone konie nie dawały żadnej nadziei na pogoń. Kabrad, pod którym ubito wierzchowca stał teraz pośrodku oddziału, dysząc ciężko. Był hardym człowiekiem, ani myślał prosić o łaskę.
       Jeden z rycerzy Harklausa zsiadł z wierzchowca.
     – Kabrad, chociaż raz w życiu zaznaj honorowej walki – rzekł, po czym rzucił kolczą rękawicę najemnikowi w twarz. Ten zaś zgrabnym cięciem zamienił ją w chmarę wirujących w powietrzu stalowych kółek. Dla orszaku był to jednoznaczny sygnał. Zatłukli go, nie dbając wcale, by wyglądało to na zgodne z etosem rycerskim. A po Gravethu zostały tylko ślady końskich kopyt w rozmiękłej ziemi.
    Ale wciąż ścierający się żołnierze obu stron nie mieli o tym pojęcia. Widzieli za to, co zdarzyło się za plecami Rhodoków.
         Ta potyczka przyniosła dwa zasadnicze skutki – Swadianie nabrali nowego ducha, a ich antagoniści całkowicie stracili motywację do walki. Armia rodem z Yalen, Veluki i Jekali, wciąż znacznie liczniejsza w porównaniu z resztkami wojsk Harklausa, zaczęła rozpierzchać się we wszystkie strony, a ci, którzy zostali na placu boju niebawem ugięli się pod miażdżącymi mieczami rycerstwa. Bitwa dobiegła końca.
         Jeńców nie potraktowano w jednakowy sposób. Część z nich wypuszczono, by siali w rhodockim królestwie wieść o klęsce, część pojmano, a tych, którzy najbardziej zapalczywie uczestniczyli w wojennych zmaganiach, pozbawiono życia różnymi wymyślnymi sposobami. Ostatnią część, zdecydowanie najmniejszą, stanowili jeńcy, których król przyjął na służbę. Ludzie ci byli pod wrażeniem swadiańskiej woli walki i sami chcieli stanąć pod sztandarami Harklausa. Spotkałoby się to z wielką dezaprobatą szlachty, gdyby nie to, że wśród garstki rhodoków wcielonych do wojska znaleźli się słynni na całym świecie Strażnicy Honoru – Harlad z Ibdeles, Nerdag Błękitny i Kales z Urtalu. Tych trzech znanych mężów cieszyło się niemałym poważaniem swadiańskiego narodu i zamiast obniżać morale wojska, podwyższali je.
         Tej nocy w obozie Harklausa nie szczędzono wina ani jadła, bo przecież uciekający Rhodocy porzucili swoje tabory. Podobna uczta odbyła się nieopodal, na pobojowisku, tyle, że tu pokarmem były zmasakrowane trupy, których nikomu nie chciało się grzebać, a ucztującymi kruki, wrony i wilki.

    « Ostatnia zmiana: Sierpnia 04, 2012, 15:12:09 wysłana przez TakiJedenTyp »

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #8 dnia: Kwietnia 14, 2011, 14:38:33 »
    Jestem pod wrażeniem, i to jak najbardziej pozytywnym. Nie wiele osób na tym forum pisze jakieś opowiadania. Ale jak już Ktoś się tego podejmie to efekt jest powalający. Bardzo mi się Twoje opowiadanie podoba. Na błędy i tak nie zwracam uwagi bo sam w swoim robię parę błędów ortograficznych. Życzę determinacji i chęci w tworzeniu ciągu dalszego opowieści. Po przeczytaniu Twojego opowiadania aż mi głupio zamieszczać dalsze części swojego. Twoje opowiadanie to pełna profeska;) Twórz dalej! ;)
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #9 dnia: Kwietnia 14, 2011, 19:37:12 »
    Po raz drugi wyrażę swą opinię na temat tego opowiadania. W porównaniu do mojego, to jest mistrzostwem, aż chwilami mam chęć przestania pisać swojego gdy widzę takie coś. Również jak kolega Aldred, nie zwracam na błędy ortograficzne, bo czasem również mi trafią się takowe. Z cierpliwością czekam na czwartą część. :)

    Pozdrawiam
    Theoden.

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #10 dnia: Kwietnia 15, 2011, 18:42:30 »
    Nie pozostaje mi nic, jak tylko podziękować :) Szczerze mówiąc, im dłużej to opowiadanie piszę, tym mniej mi się podoba. Mam wrażenie, że popełniam coraz więcej błędów. Powodem może być to, że mało czasu poświęcam pisaniu i coraz bardziej gmatwam opowieść, która w założeniu miała być prosta jak drut. Co by nie było, biorę się za pisanie reszty.

    Offline Aldred

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 542
    • Piwa: 16
    • Płeć: Mężczyzna
    • No Trance No Life.....
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #11 dnia: Kwietnia 15, 2011, 19:34:55 »
    Pod żadnym pozorem nie zaprzestawaj pisać;) Masz ogromny potencjał, a że wydaje Ci się że "gmatwasz"...Częste uczucie kogoś kto pisze i nie jesteś  jedyny, uwierz;) Każdy watek, scena wydająca się prosta może zyskać drugie dno. To dobrze że mimo ograniczonego czasu nadal piszesz. Nie wiem jakie by to było dzieło gdybyś miał na to mnóstwo czasu. Pisz dalej bo na prawdę masz talent. Sam po sobie wiem że czasem nie ma kompletnie weny i w tedy lepiej dać sobie trochę odpoczynku, ale jak się czuje ta parę , chęć ,to niezwłocznie należy zabrać się do pisania. Nawet nie wiadomo jakim sposobem czas tak szybko mija przy pisaniu;) Człowiek nabiera wprawy, łapie swój styl, i kto wie możliwe że zostanie zauważony kiedyś na rynku, marzenia odległe, ale za to się nie płaci;) Powodzenia w dalszej drodze pisania.
    Zwycięstwo nie wymaga tłumaczenia,porażka na nie nie pozwala.Wymówki to schronienie dla słabych.-Wielki Książe Ostlandu Hals von Tasenick.

    http://adi88pl.wrzuta.pl/audio/88OeZEtUsq1/kingdom_of_trance_nev_year_2012_adi_mix
    Pora promować muzykę trance i swoją twórczość;)

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #12 dnia: Kwietnia 16, 2011, 09:37:20 »
    To, że gmatwam samo w sobie złe nie jest... Po prostu chciałem się trzymać pierwotnych założeń, ale coraz mniej mi się to udaje. Jak na ironię właśnie po to piszę to opowiadanie, żeby tą przypadłość zwalczyć :) Bez samodyscypliny nikt nie jest w stanie napisać czegokolwiek bardziej złożonego. Drugą zwalczaną "przypadłością" są te myśli, które próbują nakłonić mnie do porzucenia pomysłu. Piszę w częściach właśnie po to, żeby mieć motywację do dalszego pisania (skoro zacząłem, to muszę skończyć) i żeby mieć się czego trzymać (tz. nie zmieniać całego tekstu w połowie pisania). Zasadniczo jest to opowiadane "terapeutyczne". No dobra, koniec tych wynurzeń :)

    Offline TakiJedenTyp

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 37
    • Piwa: 0
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #13 dnia: Lipca 02, 2011, 20:27:38 »
                                                                                                                                          4


         Obóz Swadian, rozbity niedługo po wojskach Gravetha, tętnił życiem. Większość obozowego życia toczyła się w pobliżu ustawionych obok siebie trzech namiotów – osobistej kwatery króla, miejscu obrad dowódców oraz najbardziej ekskluzywnego w obozowisku burdelu, pełniącego również funkcje lazaretu. Ten ostatni, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, nie był ozdobiony zdobycznymi chorągwiami.
         Poza żołnierzami namiotowisko roiło się od kurtyzan, medyków wraz z ich pomocnikami, handlarzy, nietrudno było też znaleźć szulerów, kucharzy ani żadnego innego rodzaju markietanów. Wśród tej pokątnej, wojennej braci nie brakowało też tajemniczych osobników, którzy zazwyczaj nieszkodliwie krążyli po obozie, z rzadka tylko odcinając komuś sakiewkę, toteż i strażnicy niespecjalnie zwracali na nich uwagę.
    Chłostę stosowano tu dość sporadycznie, a sroższe kary zarezerwowane były wyłącznie dla dezerterów, których przecież po wygranej bitwie było tak wiele jak dziewic w pobliskiej, często odwiedzanej przez żołnierzy wiosce.
         Pomiędzy namiotami przemykało dwóch mężczyzn, zdecydowanie nienależących do grona typowych osobistości. Ich dostojne twarze kontrastowały z czarnymi, starymi odzieniami. Każdy, kto posiadałby trochę wiedzy na temat zagranicznych tkanin zauważyłby, że z pozoru nieciekawy materiał w rzeczywistości jest na tyle drogi, iż przeciętny mieszczanin musiałby sprzedać się wraz z rodziną w niewolę, by było go stać na belę tegoż wyrobu tkackiego.
         Ichmoście zostali obdarzeni uwagą żołnierzy dopiero, gdy znaleźli się w umownym centrum namiotowej osady. Dla strażników nie wyglądali na takich, których stać było na wynajęcie najdroższych dziwek z zamtuza, a wszystkie tanie, jak donosiła plotka, zostały zarażone rozmaitymi chorobami, nie tylko wenerycznymi, i każdy trzymał się od nich z daleka. Nie wyglądali też na w żaden sposób rannych, zresztą żołnierze i tak mieli pierwszeństwo. Wartownikom nawet przez myśl nie przeszło, że mogliby być jakimiś ważnymi personami, które szukały czegoś pod płachtą namiotu rady czy króla. Baczny wzrok odprowadził ich aż do królewskich gwardzistów, strzegących swoistego "pałacu z płótna".
         Widać było, że strażnicy wyćwiczeni byli w teatralnych gestach, wszakże skrzyżowane halabardy były tylko podkreśleniem statusu tego miejsca. Gdyby przybysze naprawdę chcieli wejść do środka, żeleźca znalazłyby się nie nad ich głowami, a na gardłach.
     – Mężni słudzy króla Harklausa... Raczcie na to zerknąć.
    Do rąk gwardzisty o mniej hardym spojrzeniu powędrował niezwykle klarowny pergamin. Strażnicy nie wypowiedzieli ani słowa. Najwyraźniej sytuacja nie wymagała według nich komentarza. Nie wiadomo jakie czarodziejskie zaklęcia były tam powypisywane, ale po chwili ten z pismem w ręku zagłębił się w lśniącą purpurą otchłań. Niewiele czasu minęło, a pojawił się znów przy wejściu.
     – Łaskawy pan was oczekuje. – To zwięzłe zdanie w połączeniu z przeszukaniem dostojnych gości wystarczyło, by droga do wnętrza królewskiej siedziby stanęła otworem.
         Okazało się, że namiot-rezydencja od środka wydaje się jeszcze obszerniejszy. Purpura była tutaj niemal wszechobecna. Gdy strażnicy odprowadzili odzianych w czerń przed oblicze władcy, ciemnoczerwony kolor w większości została zastąpiona szlachetnymi odcieniami srebra i złota. Wartownicy skłonili głowy przed królem i odmaszerowali. Przybysze ujrzeli Harklausa w pełnej zbroi, lecz bez hełmu, w otoczeniu pięciu stojących sztywno strażników, uzbrojonych we wszystko, co zdołali udźwignąć. Siedział nie na tronie, lecz zwykłym, drewnianym fotelu, wysadzanym – o dziwo – nie tkaniną wspaniałej barwy, lecz skórą. Wokół stołu, za którym zajmował miejsce znajdowało się kilka identycznych siedzisk, zapewne przeznaczonych dla doradców i dostojników. Przed jego twarzą, na blacie stołu znajdowała się sporych rozmiarów mapa, poznaczona licznymi kreskami. Nie zaproponował gościom miejsca, nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem. Głębokie pokłony dopełniły ceremoniału.
     – Jak widzę, gniecie karki obciążeni wagą mej znamienitej osoby – ironizował, nie odwracając wzroku od pergaminu.
    Przybysze niespecjalnie wiedzieli co powiedzieć, toteż milczeli.
     – Wiem, kim jesteście. Wiele słyszałem o waszej światłej misji, Głosicielu Morhalu i Wysoki
    legacie Jak-ci-tam. Ale nie zapominajmy o konwenansach. Opowiedzcie, co was tu sprowadza.
     – Królu, to dla nas zaszczyt. Wiesz pewnie, że jesteśmy językiem i uszami Wywyższonego arcykapłana Goregora Drugiego, w którego imieniu przybyliśmy przema...
     – Nie, nie o to mi chodzi – uciął król, pierwszy raz od początku konwersacji podnosząc wzrok znad mapy. – Pytałem się o prawdziwy cel waszej podróży. Ach, przepraszam. Złamałem podstawową zasadę rozmów dyplomatycznych. Konwenanse nade wszystko. A więc kontynuujcie, nie będę wam więcej przeszkadzał.
    Morhal, wyglądający na kompletnie niespeszonego, w rzeczy samej kontynuował.
     – Zamierzamy rozpocząć starania o przyjęcie Calradii do kręgu naszej wiary. Za czasów Cesarstwa Calradyjskiego były już podejmowane próby dokonania tego, ale rozpad waszego dawnego państwa przekreślił ten plan. Kult doszedł do wniosku, że jedyna możliwość, byście dostąpili oczyszczenia z grzechów i przejścia na jedyną słuszną drogę to ponowne zjednoczenie waszych ziem. Za wstawiennictwem samego arcykapłana Goregora, dostojnicy kultu uznali, że najodpowiedniejszą do tego osobą jesteś ty, panie. To ty powiedziesz w bój potężną armię, wspieraną zbrojnymi zakonnikami, wiarą i ideą jedności. Prowadzimy już negocjacje z kilkoma południowymi księstwami, one też niedługo zgodzą się na udzielenie wsparcia.
    Harklaus rozłożył się na wygodnym, pochylonym oparciu.
     – To naprawę wspaniałe zdolności, panowie. Zmistyfikowaliście wszystko. Firnaeńskie zwyczaje, arogancję... bo kto inny odważyłby się posłać dwie ważne osobistości bez eskorty? Aż żałuję, że to bajka.
    Król wstał.
     – Wiecie, co było dla mnie pierwszą wskazówką? To, że podążacie właśnie do mnie, a nie na przykład do tego pieprzonego bękarta, Gravetha.
    Król wejrzał głęboko w lica przybyszów. Nie zobaczył w nich nawet cienia spodziewanego grymasu.
     – Drugą podpowiedzią był sam posłaniec. Jego oblicze, akcent, maskowanie pewnych zachowań... Ja skądś już to znałem. Na wielu takich spadał już mój miecz. Posłańca kazałem śledzić. Moi szpiedzy szli za nim krok w krok, aż do samej Veluki. Ten kretyn nic nie zauważył.
    Mężczyźni w czerni okazywali temperament i ruchliwość posągów.
     – Kolejną, trzecią poszlaką okazał się być fakt, że jeszcze wczoraj, tuż przed bitwą otrzymałem propozycję pokoju. Mieli czterokrotną przewagę liczebną, a i tak chcieli zawieszenie broni! Wydało mi się oczywiste, że chcieli mnie wyeliminować w inny, mniej niebezpieczny sposób. Ale bitwa i tak się odbyła. Nie spodziewali się, że los da mi zwycięstwo. Ale podejrzewali, że uda mi się uciec z garstką najwierniejszych rycerzy, a wtedy wy zajęlibyście się resztą. Mógłbym jeszcze długo strzępić język o waszych potknięciach. – Twarze misjonarzy nadal pozostawały nieludzko spokojne.   
     – Jednym słowem, wy mieliście głowy na karku, ale wasz pan skrewił sprawę. Nie podszedł do tego wystarczająco poważnie, uznał to za rzecz błahą, formalną. Wiecie, dlaczego wam to mówię? Bo możecie jeszcze pożyć. Wystarczy, że podejmiecie jedną, słuszną decyzję odnośnie waszej lojalności.
    A na razie...
    Strażnicy doskoczyli do przybyszów ze wszystkich stron, z gracją istot nienoszących półpełnych pancerzy płytowych, choć stalowe blachy w newralgicznych punktach ich ciał wyraźnie temu przeczyły. Odziani w czerń znaleźli się w mocnym uścisku, gwardziści nie silili się na delikatność.
     – Sprawdźcie, co tam chowają pod tymi płaszczami.
    Drugie przeszukanie było dokładniejsze, ale rezultat podobny. Nie znaleziono żadnej broni, w rękach strażników znalazł się tylko mały, skórzany woreczek, który natychmiast wręczono królowi.
     – Powiedzcie, kapłani, jeżeli rzeczywiście nimi jesteście, co to jest? – rzekł władca, rozsupłując sznur okalający sakwę.
     – Pył meteorytowy ze Świętego Areolitu. To nasza relikwia. – Odrzekł z trudem Morhal, zachowując spokój.
     – Od kiedy to dostojnicy Kultu noszą przy sobie relikwie?
     – W specjalnych okolicznościach, by bogowie obdarzyli nas pomyślnością... Do cholery, niech te kundle nas puszczą!
    Przyboczni króla spełnili to żądanie na wyraźne polecenie swego pana, lecz ani myśleli odstąpić.
     – Doprawdy, królu, po tym, czego tu doświadczyłem, zaczynam powątpiewać w roztropność decyzji Arcykapłana o obdarzeniu cię zaszczytną misją zjednoczenia tych ziem. Pokładane w tobie zaufanie może nie przynieść zadowalających efektów....
     – Starasz się udowodnić mi, że popełniłem błąd, jeszcze was nie zabijając? – przerwał.
     – Staram się – wypowiedział z naciskiem – udowodnić ci, że jesteśmy tymi, za których się podajemy. Jeżeli potrzebujesz dowodu, oddaj mi pył. Przekonasz się.
       Harklaus z ociąganiem się podszytym pewną dozą nieufności włożył sak wypełniony tajemniczym proszkiem w dłoń Morhala. Rhodoccy agenci nie zdołali zbić go stropu swoją wytrzymałością psychiczną i mistrzowskim zakonspirowaniem, ale mimo wszystko musiał ostatecznie upewnić się, że nie mają nic wspólnego z Kultem. Wolał nie myśleć, jakie konsekwencje przyniosłoby torturowanie i zarżnięcie ważnych dostojników Firnae. W tej sytuacji tkwił jeszcze jeden szkopuł. Monarcha nie mógł pozbyć się irracjonalnego poczucia niebezpieczeństwa.
         Rzekomy Głosiciel schwycił sak drapieżnym ruchem, infantylnie upajając się obdarzoną go inicjatywą. Zważył skórzaną zdobycz w dłoni tak, jakby oceniał szansę na sukces swego zamierzenia, następnie całkowicie naturalnym ruchem umieścił ją na pomiędzy świecami wysokiego, wolno stojącego kandelabru. Skóra musiała być czymś nasączona, ponieważ płomienie z dogasających, woskowych źródeł światła od razu zajęły zewnętrzną warstwę worka. Następny ruch już wcale nie był płynny i naturalny. Morhal raptownie rzucił się na ziemię, choć mogło to wyglądać, jakby stracił grunt pod nogami. Drugi przybysz wykonał bliźniaczą czynność. Strażnicy, mlący przekleństwa i schylający się, nie zwrócili uwagi na zmieniającą się barwę płomienia ani na charakterystyczny syk, dochodzący stamtąd. Za to nie sposób było nie zwrócić uwagi na oszałamiający wszystkie zmysły wybuch i fale uderzeniową, która zamieniła dostojnych szlachciców z gwardii w konające z bólu ochłapy mięsa. Dziwnym trafem siła eksplozji rozeszła się poziomo, nie czyniąc żadnej szkody odzianym w czerń.
         Król, nim jeszcze chwycił za miecz, przybrał na twarzy groteskowy grymas strachu połączonego z gniewem i niezrozumieniem, w proporcjach, w których mimo wszystko dominował gniew. Z groźbą wywinął ostrzem świszczącego młyńca. Nie próbował się opanować. Znał swoje możliwości. Znacznie bardziej niebezpieczny był, gdy wściekłość wypełniała go jak krew wypełnia tętnicę. Kopniakiem przewrócił stół, ograniczając zabójcom pole manewru. Ci zaś już wcześniej chwycili za miecze martwych strażników. Chwilowy brak aktywności z ich strony szybko zamienił się w szaleństwo zaciętej walki. Morhal, jeżeli naprawdę się tak nazywał, zerwał metalową gwiazdę Głosiciela z własnej szyi i tym samym ruchem rzucił, celując w szyję władcy. Wymyślna broń o ostrych jak sztylety ramionach ześlizgnęła się jednak po napierśniku i trafiła w odzianą w rękawicę dłoń. Gwiazda zdołała jedynie lekko zranić króla. Nim ten zdał sobie sprawę, co się wydarzyło, już miał po swojej prawicy drugiego z zabójców. Już przy pierwszym zetknięciu brzeszczotów Harklaus przekonał się, że toczy walkę z przeciwnikiem wyższej ligi. Nie mógł równać się z zabójcą pod względem szybkości ani znajomości fechtunku, ratowało go jedynie to, że przeciwnik nie opanował jeszcze swej zdobycznej broni. Jak na razie królowi udawało się parować ciosy wymierzone w głowę, ale nie miał pewności jak długo to potrwa. Jego miecz zdawał się robić coraz cięższy, podczas gdy zabójca radził sobie ze swoim coraz lepiej.
         Walkę momentalnie przerwało nadciągnięcie dwóch halabardników. Odziany w czerń jednym błyskawicznym susem odskoczył od monarchy i zrównał się z towarzyszem. Po zaledwie sekundzie, gdy dwójka strażników zbliżyła się dostatecznie blisko, rzekomi misjonarze rozpoczęli swój taniec. Obaj jednocześnie odbili w bok, by uniknąć sztychu halabardą, obaj jednocześnie cieli skośnie, z półobrotu, w zgięcie kolan. Obaj jednocześnie dobili upadającego na kolana, wyjącego strażnika, wbijając miecz w odsłonięty kark.
         Pewien wyjątkowo waleczny żołdak, chcący zapewne popisać się odwagą, próbował przedrzeć się przez nadwątloną wybuchem płachtę namiotu, lecz najwyraźniej przecenił swoje możliwości. Dziwacznie utknął w wyciętym własnym mieczem otworze, tak, że jego uzbrojona ręka wciąż znajdowała się po zewnętrznej stronie. Bregander szybko położył kres komizmowi sytuacji, dziurawiąc żołnierza. Pechowy młodzieniec umarł w purpurowych objęciach płótna.
         Dobiegające zewsząd krzyki zaalarmowanych strażników zmotywowały zabójców do jeszcze szybszego wykonania swojego zadania. Podeszli do króla we dwóch – tym razem to Morhal był z przodu. Nie spodziewali się, że Harklaus wyjdzie im na spotkanie. Mistrz zadał dwa szybkie, lecz niezbyt mocne cięcia, oba odbite zostały opancerzonym przedramieniem władcy. Szykując się do trzeciego ciosu odsłonił twarz, co kosztowało go utratę kilku zębów. Stalowe nałokietniki bywają niebezpieczne.
         Bregander zdziwił się nieco, gdy jego atak został odparowany mieczem dwuręcznym trzymanym w jednej dłoni. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy brzeszczot przeciwnika nagle przeskoczył z prawej do lewej ręki.
    Zabójca nigdy dotychczas nie widział tak błyskawicznego cięcia wielkim mieczem, a co dopiero dzierżonym jedną ręką. I nigdy już nie zobaczył. Odskok, który wykonał sprawił tylko to, że ostrze, zamiast rozchlastać go na dwie części jedynie przejechało mu po brzuchu. Efekt był taki sam.
         Morhal, choć krztusił się krwią, nadal pozostawał niebezpieczny. Mimo bardziej zaawansowanego wieku był szybszy od swego podopiecznego, nawet, gdy ten mógł jeszcze się poruszać. Starł się uderzać coraz to w inne miejsce, tak, by Harklaus nie mógł spodziewać się miejsca kolejnego ataku. To tylko starzec, powtarzał sobie w duchu niczym mantrę. O dziwo, sprawdziło się. Król zwyczajnie nie zauważył cięcia z lewej. Ostrze uszkodziło mu tętnicę. Krew władcy zachowała się tak, jak zachowałaby się każda inna krew w takiej sytuacji - zaczęła obryzgiwać wszystko wokół, przy okazji sprowadzając Harklausa na kolana. Człowiek, który jeszcze chwilę temu popisał się niesamowitą siłą i szybkością, teraz dał popis całkowitego braku refleksu.
         Przy wejściu do namiotu ustawił się już kilkunastoosobowy szereg. Na jego czoło wyszło trzech strzelców z napiętymi już wcześniej kuszami. Zaklinowany żołnierz, przemknęło przez myśl Morhalowi. Szybko wykopał zwłoki z wyrwy w płachcie, a piędź od jego ucha świsnął bełt. Następne dwa przebiły ramię, wydzierając z piersi szaleńczy wrzask. W pobliżu znalazł się jakiś giermek, cudzoziemiec przybyły tu wraz z panem, który rąbnął na odlew berdyszem, ignorując wszelkie próby złożenia parady przez przeciwnika. Nim jeszcze zabójca upadł na ziemię, wszyscy wiedzieli, że ten młody szlachcic zdobędzie sławę i uznanie, choć jego zasługa była minimalna. Nikt nie spodziewał się jednak, że za około dwadzieścia pięć lat uda mu się zjednoczyć Calradię i sięgnąć po od lat zakurzoną koronę cesarską.
         Konający z upływu krwi władca nie zdołał zauważyć tatuażu Legii Kręgu Trzeciego Morza na odsłoniętym ramieniu jednego z martwych morderców. Zresztą ten symbol, podobnie jak i nazwa, i tak byłby dla niego równie niezrozumiały, co prawdziwy cel nieżyjących już przybyszów.
    « Ostatnia zmiana: Sierpnia 04, 2012, 15:31:23 wysłana przez TakiJedenTyp »

    Offline Theoden

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 309
    • Piwa: 2
    • Płeć: Mężczyzna
    Odp: Firnaeńska Gwiazda
    « Odpowiedź #14 dnia: Lipca 03, 2011, 00:05:14 »
    Tak bardzo zafascynowało mnie opowiadanie, że muszę po raz kolejny wypowiedzieć się na jego temat.
    Tym razem jak czytałem, chciałem czytać do końca, bo tak mnie opowiadanie wciągnęło, że czytałem, by dowiedzieć co się stanie za chwilę, a tu patrzę, koniec czwartej części :(. Tak więc nie mam zastrzeżeń i pisz dalej :).


    Pozdrawiam.