3
Yaragar okazało się bardziej gościnne, niż przypuszczali. Tuż przy bramie do miasteczka jakiś roztropny mieszczanin wybudował karczmę, przybytek nieodzowny dla każdej obszerniejszej osady. Bywalcy gospody okazali się być bardzo dobrze poinformowani w sprawach wszelakich, szczególnie tych związanych z polityką i wojną. Szkoda tylko, że każdy z nich mówił co innego, a ci najbardziej pijani twierdzili, że król nie ma czasu na wojaczkę, gdyż zajmuje się konsumpcją świeżo zawartego małżeństwa. Gęsto padały też nieprzystojne słowa opisujące wspomnianą konsumpcję. Jakiś lider lokalnej społeczności rzekł: "Prędzej nam palisadę szczury rozgryzą, niźli stary Harklaus Rhodoków pobije". W oberży wybuchła wrzawa, jako że goście podzielili się na dwie grupy – zwolenników i przeciwników króla, a każda z nich nie przebierała w środkach, by przekonać tych drugich do swych racji. W końcu dwóch przybyszów wyszło, uznając, że dalsze marnowanie czasu w tym miejscu nie ma sensu, na co zresztą nikt nie zwrócił uwagi.
Mieścina nie obfitowała w nic interesującego poza małym, murowanym ryneczkiem, na którym odbywały się festyny i egzekucje. Dzisiaj jednak panował tu względny spokój, dla tego skierowali się od razu do domu wójta.
– Eee, kimże wy są? Domokrążcy? Won! – powitał ich zwyczajowo.
– A widzisz gdzieś jakieś towary? - zwrócił uwagę starszy z wędrowców. Młodszy w naturalny dla siebie sposób milczał ponuro, trzymając się z boku.
Przedstawiciel miejscowej władzy zamyślił się, zmarszczywszy czoło. Jego zadumę gwałtownie przerwał widok sakiewki w wyciągniętej ku niemu dłoni przybysza. Wójt łapczywie zgarnął trzos i wprowadził interesantów w głąb budynku. Lokum od wewnątrz było znacznie mniej okazałe niż ze strony zewnętrznej. Widać było, że głowie miasteczka zależy na prezencji domu.
Gdy wszyscy zasiedli za dębowym stołem w największej izbie, pani domu o pulchnej figurze postawiła na nim dzban wypełniony, rzecz jasna, piwem oraz trzy kufle.
– Wybaczcie, panowie, że nie przyjąłem was odpowiednio. Po ulicach kręci się kupa hołoty, doprawdy nie wiada, kto porządny chłop, a kto zbój nikczemny. Rozumicie, wojna. I to przegrywana. Najemni żołdacy miast bojować na granicy, w królestwie nierząd szerzą. Do tego jeszcze biedota za czynienie gwałtów się wzięła, podobnie jak wieśniaki... Przestępców nie brakuje. I te oszukańce wszystkie, te zawszone krętacze, kuglarze i złodzieje! Jeszcze dwa tygodnie nazad setkami na front szli najemnicy, wasale królewscy wraz z drużynami, ochotnicy niskiego stanu nawet! A dzisiaj co? Wszyscy, jak jeden mąż jeno patrzą, jak by tu wymigać się od bitki! Wielu po prostu czmycha w głąb kraju, nawet panowie pasowani. Najwyraźniej honor strasznie im ciąży, skoro się go tak raźnie pozbywają. Dlategoż nie dziwujcie się, że na was nieufnym okiem spoglądałem. Ech, ja wam tu plotę, a wy sami swej sprawy jeszcze nie wyłożyliście. Słucham przeto. Ale najpierw imiona swe podajcie, bym wiedział, żeście prawi ludzie, a nie jakie poszukiwane zbiry. Ja sam zwę się Gradin.
Zapadło naprawdę długie milczenie. Słychać było jedynie stuk opuszczanych na blat stołu kuflów i dźwięki z zewnątrz.
– Jestem... Morhal – wyrzekł powoli, jakby wielką trudność sprawiało mu pozbawienie się anonimowości. – A mój czeladnik to Bregander.
– Wyśmienicie. Proszę, mówcie.
– Nasze, wójcie, interesy niedaleko odbiegają od twoich zmartwień. I jednym, i drugim na imię wojna. Podążamy w stronę głównego zgrupowania królewskich sił. Tylko, że tutejsi jakoś nie kwapią się do podania nam żadnych rzetelnych informacji.
– Gadają bez sensu?
– Tak, właśnie, a nam zależy na czasie. Pomyślałby kto – wojna pod nosem, a wy nie macie o niej pojęcia.
– Widzicie, ludzie, to jest tak. – Mieszczanin głęboko się zamyślił. – Król przegrywa z kretesem. Zaczął bać się szpiclów i tych... dywersantów. Zresztą to całkiem rozumne, w kraju dumają tylko, jak pozbyć się go z tronu, Rhodokowie do ostatecznej rozprawy z nim się szykują, w innych królestwach też się na niego zamierzają. Ale co ja tam o sprawach władców wiem.
– Czyli nie wiecie, gdzie stacjonują wojska swadiańskie? – rzucił głosiciel, a w jego tonie kryła się groźna nuta.
– Nie wyciągaj wniosków zbyt pochopnych, Morhal. – Wójt zignorował nie udzielającego się nieznajomego, zwracając się tylko do bezpośredniego rozmówcy. – Wczoraj do miasta przybyli z południa gońcy królewscy. Bezczelne bestie, prawdziwie bezczelne! Dwóch ich było. Chudzi, brudni, śmierdzący, a przez miasto szli jak hrabiowie jakowyś. Idą główną ulicą i drą się, by ludzie żywność i konie szykowali, gdyż nazajutrz pojawi się tu specjalny oddział zaopatrzeniowy, który zabierze wszystko dla królewskiej armii. A przecież płaciliśmy już czynsze na rzecz naszego pana, barona Ademara, a baron do bitki podążył, więc podatek poszedł na cele wojenne. Ale ci wysłannicy, tępi jacyś chyba, nie posłuchali uczciwych mieszczan i dalej swoje. Ludzie porzucili zdrowy rozsądek, niewiele zabrakło, by bez ceregieli za pały chwycili i... Musicie wiedzieć, że ludność przez tę zawieruchę wojenną okropnie się drażliwa zrobiła. Na szczęście ja byłem w pobliżu. Szybko wysłanników do domu zabrałem, a tam już jakoś udało mi się z nimi dogadać... No, coby nie było, oni mają swoją żywność, ja mam zaś cenne informacje.
Przybysze stawali się coraz bardziej zniecierpliwieni. Gradin musiał to dostrzec.
– No dobrze, przejdę do rzeczy. Powiedzieli mi, iż to oblężenie Vyincourd było takim... eee, manewrem taktycznym. Harklaus nie ma wystarczających sił, by zamek odbić. Nie może sobie pozwolić na walną bitwę, prowadzi wojnę szarpaną, rozbija małe oddziały wroga, a gdy zbliża się do niego trzon sił rhodockich, wycofuje się. Widzicie, jego żołnierze to głównie kawaleria, a wróg ma od groma ciężkiej piechoty. Jest od nich szybszy i bardziej mobilny. Tak właściwie, Rhodocy mogliby ominąć królewskie siły i pójść przez rzekę na Uxkhal, po drodze natrafiając na nasze miasto, ale nie chcą zostawiać sobie za plecami głównej armii królestwa. Posłańcy mówili też o posiłkach Rhodoków. Cztery tysiące rekrutów, świeżych wprawdzie, ale za to pod wodzą samego króla Gravetha! Podobno są już pod zamkiem Ergellon i zmierzają na północ, by połączyć się z główną armią. Harklaus postanowił działać. Zostawił dużą cześć sił w okolicach Vyincourd, aby dalej nękały wrogie wojsko, a sam wyruszył na spotkanie Gravethowi. Zamierza przyjąć bitwę gdzieś w okolicy doliny Linor, tam radziłbym szukać jego armii. Jeżeli odniesie zwycięstwo nad rhodockim królem, cała ta tchórzliwa swadiańska szlachta, chowająca się w zamkach i na dworach, być może zechce wspomóc go w walce. To będzie wielkie starcie, które zadecyduje o dalszych losach wojny.
***
To będzie wielkie starcie, które zadecyduje o dalszych losach wojny, pomyślał król Harklaus, stojąc wraz z awangardą armii na wzgórzu. Spoglądał na wrogą tłuszcz stłoczoną w czymś, co umownie można by określić mianem formacji. Jego własna armia, licząca obecnie nieco ponad tysiąc głów ulokowała się na rozległym wzniesieniu, a także u jego stóp. Czuli się jak szykujące do polowania sokoły, a w rolę ofiar ich szponów oraz dziobów wcielić się mieli rhodoccy rekruci. Motłoch rysujący się daleko przed oczami monarchy istotnie przypominał tylko czekającą na rozgromienie zgraję szczurów, a nawet gryzoni jeszcze pośledniejszych. Władca, mimo wszystko, liczył się z tym, że nawet szczurzy szczep jest w stanie pokonać sokolich łowców, jeżeli tylko posiądzie wystarczająco dużą przewagę liczebną. Nie raz ofiara przejmowała rolę myśliwego, w zamian oddając mu swoją.
Król, rzecz jasna, nie mógł z tej odległości dostrzec oblicza żadnego z adwersarzy. Choć obdarzony sokolą szybkością, to jednak brakowało mu dalekosiężnego wzroku cechującego tych szlachetnych drapieżników.
– Wasza wysokość, zwiadowcy wracają. Byłbym wdzięczny, gdybyś pozwolił mi osobiście odebrać od nich raport – rzekł oficjalnie hrabia Montewar stojący u boku króla. Monarcha niedbałym ruchem ręki zezwolił, nie spuszczając wzroku z kłębiących się w oddali antagonistów. Wasal wdrapał się na pięknego, śniadego ogiera i wyjechał na spotkanie zwiadowcom, uprzednio nie zapomniawszy zabrać dwóch rycerzy z osobistego orszaku. Gdy zjeżdżał w dół zbocza, żołnierze rozstępowali się przed nim z szacunkiem i strachem, chyląc drzewce i hełmy.
Harklaus, nie będąc w stanie zobaczyć wśród linii wroga niczego godnego uwagi, zaczął zastanawiać się nad losem swojego królestwa, gdyby doszło do sytuacji, w której wojskowa dyscyplina przestałaby obowiązywać. Myślał, ile razy od początku wojny rhodocy zdążyliby go pobić. Z drugiej strony, gdyby nie żelazna dyscyplina może duża część rycerstwa nie postanowiłaby zaniechać walki w nieoficjalnym akcie kapitulacji. Każde przedsięwzięcie może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego.
Po chwili jednak król odegnał te myśli, dochodząc do tego, że Swadia była znacznie słabsza militarnie od południowego sąsiada już na samym początku tej wielkiej waśni. Jeżeli nie żelazny rygor, to coś innego skłoniłoby strachliwą cześć szlachty do opuszczenia albo nie stawienia się w jego szeregach, a trzymając krótko resztę sił przynajmniej zapewnił sobie możliwość zadania wrogom silnego ciosu. Przecież bitność wojska była równie znacząca, co przewaga liczebna. Rozejrzał się. Stał w sercu potężnego mechanizmu, wojaków, na barkach których spoczywała przyszłość ich żon, dzieci i ojców, co więcej żołdacy zdawali sobie z tego sprawę. Zmęczenie, czyli nieodłączny towarzysz ciągłego marszu i musztry, głód spowodowany brakiem pozostawionych wiele mil stąd taborów – to wszystko przestawało mieć znaczenie w obliczu morderczych zdolności bojowych jego poddanych.
Oddziałek hrabiego powrócił w zmienionym składzie. Poza dwoma przybocznymi teraz Montewarowi towarzyszyło jeszcze pięciu lekkich jeźdźców w skórzanych zbrojach. Możny z pokłonem wręczył swemu suwerenowi zwitek pergaminu. Kto by pomyślał, że zwykli najemni zwiadowcy będą potrafili pisać?
No właśnie, najemnicy. Żadna z armii nie obfitowała w nich - król wyczytał to z raportu – lecz po swadiańskiej stronie znajdował się pewien oddział, w którym Harklaus pokładał wielkie nadzieje i obdarzał zaufaniem. To właśnie z tejże grupy pochodzili zwiadowcy. Była to złożona głównie z lekkiej jazdy rota, licząca niewiele ponad sześćdziesiąt głów, świetna do walki manewrowej. Wiedział, że są oni wojownikami wiernymi, wprawionymi w starciach na wszystkich frontach, że bez wahania można powierzyć im swe życie. Mimo to nie mógł polegać na nich za bardzo w czasie bitwy. Straciłoby na tym morale rycerzy, którym to przecież najbardziej zależało na łupach i zaszczytach.
Piątka konnych dołączyła do rodzimej formacji. Zarówno w raporcie, jak i w pamięci króla tkwiła informacja o tym, że wysłano dziewiątkę zwiadowców. Cóż, rhodockie bełty nie oszczędzą nawet najzwinniejszego jeźdźca. Jednak król nie mógł nie zauważyć, iż ocalali nie mają najmniejszych śladów zranienia. Poturbowania, pochlastania przez świeże witki owszem, ale nie trafienia pociskiem. Nawet jeden ze znaczniejszych rycerzy, stojący w otoczeniu króla wyraził swe zdziwienie. To nie był jednak czas na przejmowanie się takimi błahostkami.
Swadianie stali równo, spokojnie i, co ciekawe, na własnych nogach. Chociaż większość żołnierzy w czasie bitwy dosiądzie koni, to teraz wszyscy, nie wyłączając króla i jego największych wasali, tkwili twardo na ziemi, wierzchowca mając u prawego boku. Miało to dwa cele. Po pierwsze sprawić, aby zarówno Graveth, jak i rhodoccy szeregowcy nie mogli zdać sobie sprawy z liczebności wroga. Po drugie miało to "rozepchać" formację. W tej postaci armia wydawała się liczniejsza, poza tym niespodziewana salwa kuszników na ich pozycję nie wyrządziłaby tak wielkich szkód, gdyż konie posłużyłyby za żywe tarcze. Ale strzelcy znajdowali się zbyt daleko i nic nie wskazywało na zmianę tego aspektu sytuacji.
Harklausowi było wiadome, że rhodockich wojowników łączył jednaki autorament. Chłopi i mieszczanie z branki siłą wcieleni do wojska, a także lokalne milicje, które w życiu nie mierzyły się z prawdziwym przeciwnikiem, to właśnie był kadłub tegoż dziurawego i brudnego okrętu, który Graveth szumnie nazwał armią królewską. Należy dodać do tego jeszcze drobną, pieszą szlachtę. Główną przywarą ich wszystkich było nic innego, jak podatność na strach. Zamierzano bezlitośnie wykorzystać tę wadę.
Po obu stronach panował względny bezruch. Względny, bo wrogowie trzęśli się i ocierali z potu. Król tego nie widział, lecz zdawał sobie sprawę. Każda chwila działała na niekorzyść przeciwników, dlatego król nie śpieszył się z natarciem. Zwlekanie było najlepszym wyjściem, ale z niczym nie można przesadzać. Strach ma tendencję do zamieniania się w gniew lub desperację.
Mijały minuty, a żadna ze stron nie podejmowała działań. Zniecierpliwione wojsko odezwało się cichym szmerem i pomrukami. Harklaus mógł stłumić to jednym słowem, lecz nie zrobił tego. Oczekiwanie dobiegło końca. Plan był prosty. Ciężka jazda miała przeprowadzić frontalną szarżę na główne zgrupowanie wroga, a celem lżejszych jednostek było zaatakowanie z flanki, od strony lasu. Piechota, zwykła i strzelecka, ma wyruszyć tuż za ciężkozbrojną kawalerią.
– Bierz swych ludzi i natychmiast wyjeżdżaj. – Tak brzmiał rozkaz wydany dowódcy najemników, Kabradowi Rychłemu. Oczywiście jego oddział samodzielnie nie miałby żadnych szans z wrogiem. Pod komendę Rychłego przeszła cała swadiańska lekka jazda, czyli około trzysta koni.
Dowódcy nie trzeba było powtarzać. Rumak stanął dęba i wraz z chmarą innych runął w dół zbocza, znikając niebawem w gąszczu. Król w międzyczasie zdążył wydać stosowne polecenia. Całe wojsko, jak jeden mąż znalazło się w siodle.
Kolejny okrzyk króla, wzmocniony siłą głosów krzykaczy-łączników, rozsyłanych, by informować dowódców o kolejnych królewskich rozkazach, wprawił w ruch potężną, stalową ścianę broni i tarcz. Rycerstwo posuwało się przodem, ospale, lecz konsekwentnie zwiększając prędkość. Gdy pierwsze bełty spadły w ich okolicy, na ustach zagościła stara, wojenna pieśń, pamiętająca jeszcze czasy Cesarstwa. Groty, coraz mocniej wbijające się w tarcze nie przeszkadzały wojakom w snuciu swej piosenki. Gdy śpiew doszedł do momentu mówiącego o Bitwie o Wybrzeże, pierwsze trupy zaścieliły rozrywaną kopytami ziemię. Krzyki bólu i przekleństwa umierających nie były jednak w stanie zagłuszyć coraz bardziej wściekłego pienia żołnierzy.
Poczet Harklausa znajdował się na tyle rozpędzonej armii, skąd rozciągał się widok na całą dolinę. Król szczególnie bacznie obserwował lasy i tereny wokół nich, gdyż to tam jego lewa flanka złożona z lekkiej konnicy miała rozpocząć natarcie. Czujność króla wreszcie została nagrodzona, lecz nie do końca tak, jak by tego chciał. Z lasów wyłoniła się może połowa wysłanych żołnierzy, co więcej jadących zdecydowanie zbyt wolno i w nieładzie. Rhodoccy strzelcy, ustawieni na samym przodzie tamtejszych oddziałów bez problemu oddali dwie salwy, które jeszcze bardziej przetrzebiły jazdę.
Władca, zdziwiony i wzburzony rozwojem sytuacji, musiał zwrócić oczy przed siebie, gdyż pierwsze szeregi jego rycerzy – także mocno nadwątlone ostrzałem – już wpadały z impetem na słynnych jaleńskich pawężników, mających powstrzymać pierwszą szarżę. Elitarne oddziały Gravetha obracały się w niwecz z szybkością, jakiej nie spodziewali się nawet atakujący. Gdzieś za plecami prących wciąż naprzód rycerzy uchowało się trzech rhodockich wojowników, na swe nieszczęście znaleźli się oni tuż przed osobistym orszakiem króla. Monarcha postanowił spożytkować swą złość. Poderwał konia, zostawiając poczet tuż za sobą. Jeden z wrogów oberwał zamaszystym kopniakiem w skroń, pechowo nieosłoniętą hełmem, drugi dosłownie stracił głowę z powodu królewskiego miecza, trzeciego staranował opancerzony wierzchowiec. Władca znów spojrzał w stronę lasów i okolicznych błoni.
Wszystkie monarsze plany związane z lewą flanką chybotały się niebezpiecznie w zapowiedzi szybkiego upadku. Zdziesiątkowana rota nie mogła się dłużej utrzymywać. Kontrszarża piechoty dopełniła dzieła rozbicia i zamętu. Padającej pod ciosami mieczy, gizarm, rohatyn, włóczni i toporów konnicy pozostała tylko desperacka ucieczka. W ślad za umykającymi kawalerzystami posłano jeszcze jedną salwę, lecz jeźdźcy byli tak przerzedzeni, iż tym razem bełty nie wyrządziły zbyt wielkich strat. Większość ocalałych konnych pognała jak najdalej od toczącej się walki, mijając nadciągającą piechotę, a zaledwie dwadzieścia pięć mieczy dołączyło do głównych sił.
Druzgocząca klęska jedynej flanki odbiła się echem wśród rycerstwa. Zaczęli wyraźnie się wycofywać, bardziej broniąc się, niż atakując, jakby myśleli o ucieczce. Po kilku chwilach, ważniejszych dla niektórych niż całe lata, doszło do czegoś, co uniemożliwiło Swadianom wypełnienie wcześniejszych zamiarów. Otóż Rhodocy otoczyli swadiańskie rycerstwo, napływając ze wszystkich stron. Porażka lekkiej jazdy sprawiła wprawdzie, że wyraźnie podupadła wola walki, ale nie wola przeżycia. Zaciekłość zbrojnej szlachty znów wzrosła, jak u niedźwiedzia złapanego na łańcuch. Nadejście piechoty jeszcze bardziej natchnęło jazdę bojowością. Piechurzy, początkowo w nieładzie, by zmniejszyć szansę otrzymania trafienia, teraz zbili się w ciasną formację i dopiero w tej postaci podjęli walkę. Z tyłu zostali kusznicy, nie mogący się wprawdzie równać jakością ani liczebnością z rhodockimi, ale i tak ich wpływ był znaczny. To wszystko pozwoliło rycerzom Harklausa na powrót uformować coś w stylu szeregu, tyle że owy szereg był wygięty na kształt łuku, by przeważający liczbą przeciwnik nie był w stanie zajść go od tyłu.