VII
Świta. Na horyzoncie widać już było wynurzające się z pod ziemi słońce. Karawana stała w ciszy w wąwozie przy gościńcu, gdzieniegdzie widać było tlący się, wręcz dogasający ogień, i słychać było ciche szepty. Strażnicy, w większości spali na ziemi, tylko niektórzy, w pełnym rynsztunku dreptali powolutku, nudno po obozie.
Desmot nie spał. Leżał oparty o furę i rozmyślał o wielu rzeczach, o domu do którego nie wróci, o swojej ucieczce, o Helgorze i Vidonie, ale jego głowę głównie zaprzątało to, co będzie robić dalej, jaki los jest mu pisany.
Jego refleksje i pozorny sen przerwał syk lecących strzał. Chodzący po obozie żołdacy, momentalnie dobyli rogów zza pazuch i poczęli w nie trąbić. Nie musieli, gdyż kilka strzał musiało trafić, i śpiących strażników obudziły jęki rannych i konających. Szybko, w samych koszulach i gaciach chwycili za wbite w ziemię pawęże i ustawili się pomiędzy wozami w żółwia. Błoga cisza została przerwana. Strażnicy krzyczeli na siebie i wydawali rozkazy, woły rzuciły się do ucieczki, rycząc przy tym niemiłosiernie i tratując wiele Vaegirskich dóbr. Dimler, pod ostrzałem, prędko wbiegł w formacje. Desmot, szybko wczołgał się pod wóz. Strzały leciały z góry wąwozu, gościniec miał wolny, mógł próbować ucieczki, ale nie zrobił tego. Siedział cicho, wystraszony, i obserwował. Strzały wciąż świdrowały powietrze lotkami. Strzelców było widać, strzelali z krzaków, z góry wąwozu. Prawie nienaruszona formacja strażników okręcała się w koło, przyjmując nowe dawki strzał na tarcze. Żółw w który się zebrali, przypominał już bardziej jeża, cały, równomiernie pokryty pociskami.
Żołdacy śpiewali, darli się melodycznie w niezrozumiałym dla Desmota dialekcie. Śpiewali, aby uspokoić nerwy, wygonić stres ze swoich ciał. Nagle ostrzał został przerwany, przerwała się także piosenka. Pole obozu wyglądało jak pobojowisko, ale wiadomo było, że to jest dopiero początek. Żołdacy, korzystając z okazji ruszyli pospiesznie żółwiem w stronę najbliższego wozu z uzbrojeniem. Chwycili za pierwszy lepszy oręż i rozluźnili lekko formacje. Nagle słychać było tupot końskich kopyt, coraz bardziej głośny. Wśród żołdaków znowu nastał gwar jak na jarmarku, ale wydawałoby się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że wszyscy znają swoje miejsce. Desmot leżący pod furą był pod wrażeniem wyszkolenia najemników. Nieźle uzbrojona kawaleria bandytów szarżowała, spuściła włócznie w nadziei, że żołnierze rozbiegną się ze strachu bez walki. Nie mieli pojęcia jak się mylili. Żołdacy, którzy chwycili bronie drzewcowe zręcznie ściągali bandytów z ich koni, a żołnierze z bronią krótką z niesamowitą precyzją pawężami łamali koniom nogi. Przerażeni bandyci rzucili się do odwrotu. W tej samej chwili poszła salwa z łuków, mordując wielu strażników, ale też kilku bandytów. Dimler wiszczał jak kobieta, ponieważ strzała, która przebiła mu przedramię wbiła się także w deskę wozu. Nogi, z bólu odmawiały mu posłuszeństwa toteż dosłownie wisiał on na strzale, która kawałek po kawałku rozrywała mu mięśnie pod jego własnym ciężarem. Najemnicy walczyli już nie o karawanę, ale o własne życie. Kawaleria bandytów ponowiła atak. Ruszyli na formację, przed chwilą uformowaną przez straż. Desmot nie wiedział co robić. Wiedział jednak, że jeżeli zostanie pod wozem, bandyci i tak go znajdą i zabiją. Desmot bał się śmierci, ale bardziej bał się, że bandyci znajdą jakiś wyrafinowany sposób do pomszczenia swoich towarzyszy jakąś okropną metodą. Bał się straszliwie, ale przypomniał sobie o swojej pierwszej ucieczce, że postąpił jak tchórz, że zamiast walczyć wystawił się na pośmiewisko. Decyzja, którą za chwilę podejmie może zaważyć o jego życiu lub śmierci. Desmot wypełznął z pod wozu, chwycił za leżący nieopodal oszczep i cisnął nim w nadjeżdżającego bandytę. Nie myślał o tym, że zabił człowieka, nie myślał o niczym, działał instynktownie jak zwierze, adrenalina robiła swoje. Wyrwał z rąk martwego wojownika tarczę i pobiegł w stronę formacji. Nie było czasu na zaplanowane działania. Bandyci pomimo, iż byli lepiej opancerzeni rozbijali się raz za razem o wydawałoby się motłoch w samych gaciach, tylko z bronią. Nagle ataki ustały. Zdziwieni i przestraszni bandyci ustawili się na wprost strażniczego szyku. Przed nich wyjechał człowiek na pstrokatym koniu. Na sobie miał kolczugę, dobre skórzane buty, a za pasem przypięty łuk refleksyjny, strzały i długi miecz bękarci, włosy jego jasne jak pszenica, przepasane były skórzaną opaską, twarz nadzwyczaj gładka, zbyt ładna, przecięta świeżą jeszcze blizną na lewym policzku. Wyglądali jak wataha wilków, ich wódz wzbudzał w nich strach i jednocześnie ogromny szacunek. Bandyta na pstrokatym koniu jeździł przy szyku swoich kamratów. Patrzył się swoimi niebieskimi, spokojnymi oczyma w oczy strażników. W końcu skiną ręką, a zza szyku bandytów wyjechał inny człowiek, twarz miał skrytą pod brudnymi czarnymi włosami, a na sobie miał czerwoną czystą koszulę, nie nosił miecza, zza pasa dyndały mu się kule kiścienia. Podjechał on do swojego towarzysza, a ten wykonał jakieś dziwne ruchy rękoma. Czarnowłosy człowiek powiedział w końcu niechętnie:
- E! Wy tam! Jestem Vengardo, a ten młodzieniec to Gresko Myśliwy -wskazał na młodzieńca, wśród strażników rozległy się szepty- dmuchacz waszych żonek, morderca waszych dzieci i złodziej waszych pieniędzy, a przynajmniej tak o nim gadają w miastach. Niestety szlachetne, po łokieć upaprane w gnoju, ramie sprawiedliwości waszego miłościwie wam panującego kurwa jego mać króla, kazało go oniemieć, dlatego to ja będę mówić za tego oto człowieka. A co mówię to zaraz wam powiem.- Młodzieniec nachylił się nad Vengardo i wykonał kolejne dziwne ruchy dłońmi.
- Gresko prawi tak: ubierzecie się w coś normalnego, żeby dupami we wsiach nie świecić- wśród bandytów rozległ się gromki śmiech- potem spakujecie wasze żywoty do kieszeni i spiepszycie gdzie pieprz rośnie, do tych waszych zaśmiardłych wiosek. Przystajecie?- Powiedział Vengardo.
- Niech cie pies zapnie, ty zasrany gnoju- rozległ się przeraźliwy krzyk. Przy wozie siedział trzęsący się, blady jak mleko Dimler, trzymając się kurczowo zakrwawionej ręki z olbrzymią, cieknącą raną na przedramieniu- niech cie trąd strawi gówniarzu, niech cie...
- Zamknij mordę!- przerwał Vengardo- zabierajcie go do siebie panowie żołnierze, bo przysięgam bogu, zejdę z konia i przypierdolę butem w ten krzywy ryj!
Jeden z żołnierzy rozkazał dwóm swoim towarzyszom, aby podnieśli kupca i przynieśli za formacje. Dimler wyszedł jednak przed szereg i krzyknął:
- Chodź no! Zasrańcu! Wszytko mi zabrałeś, a o życiu zapomniałeś?! No śmiało, bierz!
- Nie z tobą gadamy tylko z panami strażnikami wydrwigroszu! Ty koleżko zostaniesz! Zbyt drogi jesteś żywy.
Dimler splunął, odwrócił się, chwycił zdrową ręką za leżący na ziemi toporek i pobiegł samotnie w stronę bandytów, żaden ze strażników go nie zatrzymywał. Gresko wyciągnął łuk i trafił kupca w brzuch. Dimler zgiął się w pół, zaklął i upadł martwy.
-To jak będzie panowie rycerze? Ubijem targu?- rzekł Vengardo.
W szeregu najemników rozległy się niezrozumiałe szepty w dialekcie Rhodockim, którego Desmot nie rozumiał. Jeden z żołdaków, spuścił tarczę, poprawił gacie i wyszedł przed szereg.
- Dacie nam, jeno opierunek i broń naszą zachować, a pójdziem sobie w cholerę- odpowiedział strażnik z lekko wiejskim akcentem.
- Niema dobrze!- odrzekł bandyta- tylko żywot i ciuchy. To wszystko co weźmiecie.
Wśród strażników znów rozległy się niezrozumiałe szepty.
- Dajcie się nam zastanowić trochę- odpowiedział żołnierz.
- Sranie tam! Teraz decyzja, albo utłucz...
Myśliwy chwycił go za ramię i pokiwał głową.
- Dobra -krzykną Vengardo- ale nie długo, bo...
Najemnicy zebrali się w koło i poczęli dyskutować, dalej w tym samym dialekcie, nie zwracając uwagi na milczącego Desmota. Po kilku minutach zakrzyknęli jednogłośnie w geście zrozumienia, gdy nagle jeden z żołnierzy spojrzał na Desmota i rzekł:
- A co wy sądzicie, panie Vaegir?- Zapytał strażnik.
Desmot spojrzał tylko na wschodzące słońce i odpowiedział obojętnie
- Nic nie sądzę, róbcie co chcecie.
- Dobra -uśmiechną się gorzko żołdak- postanowione zatem. Zabieramy się stąd!
Ten sam żołnierz co poprzednio wyszedł przed szereg i krzyknął:
- Po jednego miecza na każdego. I sto denarów też na łeb, albo zdychniem zabierając paru z was za sobą przy okazji!
- Ja tu stawiam warunki!- krzyknął wściekły Vengardo- albo życie, albo śmierć i nic więcej! To wy, a nie my stąpacie po cienkim lodzie. My i tak zdobędziemy to co chcemy. Większymi czy mniejszymi środkami!
Gresko chwycił go za ramię i wykonał kilka gestów rękoma. Vengardo wściekły pokiwał głową, ale jego dezaprobata spotkała się z ciosem z otwartej ręki w twarz od swojego przywódcy. Tłumacz pokiwał głową, a Myśliwy wykonał kilka chaotycznych ruchów lewą ręką.
- Niech was cholera bierze, żołdaki śmierdzące! Dobra, niech wam będzie! Kurwasz wasza mać! Cholera! Sto denarów na łba!? Toż to rozbój w biały dzień!- krzyknął bandyta.
Postanowiłem pisać dalej. Ta część jest kiepska, bardzo kiepska. Ostatnio jest strasznie gorąco i cała wena chyba wyparowała mi z bani razem z wodą.
VII- ciąg dalszy
Gresko zeskoczył zwinnie ze swojego białego rumaka, sekundę po nim ze swojego konia zszedł Vengardo, odwrócił się do swoich towarzyszy, rozciągnął się jak kot i krzyknął:
- Co się tak gapicie!? Do roboty śmierdziele!
Konni zeskoczyli ze swoich koni, a łucznicy ześlizgnęli się z góry wąwozu. Zaczęli przeciągać wozy, łatać worki, przeglądać i przymierzać uzbrojenie.
Najemnicy ustawili się w kolejce do wściekłego Vengarda, który wydawał każdemu żołdakowi obiecany mieszek z monetami. Desmot postanowił skorzystać z okazji i wzbogacić się o sto denarów. Kolejka dłużyła się niemiłosiernie. Vengardo klną brzydko, a Najemnicy kłócili się o swoje dole. Desmot czuł się dziwnie. Widział krzątających się ludzi, rozmawiali ze sobą, śmiali się, kłócili, niektórzy nawet jedli i pili. Niby nic w tym dziwnego pomijając to, że wszystko działo się wśród okropnego morza krwi, uciętych kończyn, flaków i okaleczonych ciał. Wszyscy Ci ludzie zachowywali się, jakby to było normalne- pomyślał Desmot. Nawet najemnicy zamiast załadować ciała na pusty wóz, pogrzebać swoich towarzyszy, woleli stać przed Vengardo i kłócić się o pieniądze. Dziwny kraj. Desmot przechadzał się wzrokiem po obozie, zobaczył martwego Dimlera, który dalej miał otwarte oczy, ujrzał też Gresko, który podszedł do martwego kupca, wyciągnął z jego brzucha strzałę, przetarł o nogawkę, wsadził z powrotem do kołczanu i odszedł obojętnie. Odszedł nie jak od człowieka, którego zabił. Odszedł jak od tarczy strzeleckiej, nad którą z pewnością spędził wiele ciężkich godzin.
Nadszedł czas na Desmota. Vengardo wyjął z olbrzymiego worka garść złotych monet, położył na wagę, cały czas mamrocząc coś pod nosem, sięgnął z powrotem do wora, potrząsnął dłonią tak aby wypadła niewielka ilość złotych monet. Rozciągnął kawałek skóry na stole i położył nań monety, zwinął skórę na kształt woreczka, zawiązał go rzemykiem i podał bez słowa dla Desmota.
Desmot odszedł z kolejki i ruszył w stronę wozu z uzbrojeniem, ponieważ wypatrzył tam kilka egzemplarzy ciekawej, solidnej i porządnej broni. Były tam różnego rodzaju nadziaki, piki, włócznie, toporki, kilka rodzajów mieczy. Leżał tam między innymi piękny, długi miecz dwuręczny, oraz elegancki jednoręczny miecz ze zdobieniami. Desmot wziął do ręki jednoręczny miecz, pomachał nim trochę i odłożył z powrotem na wóz. Skrócił tylko swój pas, na którym wisiał jego stary miecz, o jedną dziurkę.
Był już poranek, słońce było już w miarę wysoko na niebie. W powietrzu było już czuć gryzący zapach palonych zwłok, które bandyci postanowili posprzątać. Widok zasłaniały spore kłęby szarego dymu. Desmot ruszył w stronę Jelkali. Odszedł może na pięćdziesiąt kroków od obozu, kiedy poczuł klepnięcie w ramię, odwrócił się i zobaczył dwóch najemników. Jeden z nich powiedział:
- Do Jelkali idziecie, panie? Ee!?
- A no idę,- odpowiedział Demot.
- No my też idziem ku tem- uśmiechnął się człowiek- pozwoli się pan Vaegir, że się przedstawię- Wojownik podał rękę- jestem Bern, a na tego człowieka za mną mówią Herz.- drugi człowiek wyciągną rękę, którą Desmot uścisnął.
Wszyscy trzej ruszyli gościńcem w stronę Jelkali.
- Czemuście tacy weseli? Straciliście całe oporządzenie, a dostaliście tylko marne sto denarów. Opłacało się? Nie rozumiem.
- Myślisz, że zbroje należały do nas?- zaśmiał się Herz- Człowieku, żeby kupić dobrą kolczugę musiałbym sprzedać pół wioski. Wszystko należało do tego Demlera, Dumlera czy jak mu tam.
Nastała chwilowa cisza.
- Źle się stało, że zabrali wszystek pancerze- powiedział Bern- uzbroją się gady, a jak wiadomo bandyci to plaga tych ziem. Ostatnio bardzo źle się dzieje. Zazwyczaj było tak: Hrabia zleciał dla oficjera jakiego, aby utłukł skurwieli... Ale co z tego, skoro miesiąc nie mija, a tu kolejne żebraki, obiboki i skurwysyny się zbierają i układają komando. Teraz też by tak było, że Hrabia uzbraja luda i idzie na nich, ale teraz to nie wiem co się dzieje. Ze kilka tygodni mnie tu nie było.
- Może umarł?- wtrącił Herz- w końcu stary dziad był z niego.
- A może i mu się umarło, ja tam nie wiem- odpowiedział Bern.