Mam nadzieję, że to co napiszę, nie będzie uznane za nabijanie, bo mam ochotę tu coś napisać, a nie chcę zakładać nowego tematu.
Dzisiaj wszyscy znaleźli sobie chłopca do bicia, a jego imię brzmi "Gry komputerowe". To gry są winne zła całego świata, wojny w iraku, zamachów bombowych, zamieszek w Birmie, mordowania fok na Grenlandii, wycinania lasów równikowych i pewnie niedługo dojdą do wniosku, że zabójca J.F.K. grał w jakąś prototypową gierkę w której się wcielał w snajpera...
Serio, czy niektórzy myślą, że gracze są aż tak głupi? Że nie potrafią odróżnić poruszających się pikseli z rzeczywistością? Oczywiście, zdarzają się pojedyncze przypadki, ale zamiast zbadać ich psychiatrycznie, lepiej zwalić winę na gry.
Tak mnie zastanawia. W starożytnym Rzymie rozrywką było oglądanie walki gladiatorów, gdzie co tu dużo mówić posoka lała się gęsto. W czasie średniowiecza było wiele wojen, ogólna bieda, rozrywkami był egzekucje (i tak do czasów zniesienia kary śmierci w Europie) Więc wynika z tego, że tamte społeczeństwa powinny mieć tak zdeprawowaną psychikę, że gry komputerowe to przy nich pikuś.
"Fachowcy" którzy opisują szkodliwość grania w gry, najczęściej robią to tak nieudolnie, tworzą jakieś zawiłe podziały, dysponują przestarzałymi informacjami (czytałem artykuł z 2008, gdzie jakiś profesor gadał o "kasetach" i Atari). I jeszcze dochodzą brukowce (oklaski dla FAKTU) które czepiają się do takich gier jak np. Rule of rose - mówią, że jest ona okrutna, brutalna itd. A czy ktoś choć poświęcił kilka minut, aby ZAGRAĆ w nią? Wątpię. Jak mówią sami graczy porusza poważne aspekty psychologiczne. (jak zachowywałyby się dzieci, bez opieki rodziców? Coś podobnego było w Władcach Much - nie mówię tu o tym badziewnym serialu ^^)
To tyle mojego, wkurza mnie to znajdowanie kozła ofiarnego w postaci gier i traktowanie graczy jako odludków. F.*.c.k.