Uwaga: W tym wątku nie pisano od 120 dni.
Jeżeli nie masz pewności, że chcesz tu odpowiedzieć, rozważ rozpoczęcie nowego wątku.
Odkopię swój stary wątek i wrzucę takie mini-opowiadanie, które napisałem dobre 7 - 9 miesięcy temu, bo obecnie raczej czasu na to bym nie znalazł. :) Po prostu lubię sobie od czasu do czasu coś napisać - nawet jak nie jest to wysokich lotów. W ferie może pociągnę dalszą część, bo miałem pomysł, nawet rozpisany, ale czasu brakło i urywa się tak w środku.
- Wstawaj i rusz dupę pókiś żywy, bo nie wiem jak długo to jeszcze potrwa! - rzucił ochrypłym i słabym głosem Victor. Jeśli szybko się nie podniesiesz to chędożę naszą przyjaźń i znikam jakby mnie sam czort ścigał.
- Co się... Że co? - wycedził ledwo słyszalnym głosem leżący w kącie osobnik.
- Wynosimy się stąd! Bierzemy nogi za pas! Ruszamy dupę w troki! Teraz zrozumiałeś, czy powtórzyć jeszcze raz? - wypowiadając te słowa, Victor chwycił za poły szaty leżącą osobę i niczym worek kartofli pociągną ją za sobą ku majaczącym bladym światłem drzwiom...
Spotkanie
Słońce z mozołem wyłaniało się zza gór widocznych na skraju horyzontu omiatając ciepłymi promieniami twarze zebranych na rynku osób. Jak co tydzień, nie zważając na wczesną porę, jakby na przekór zasadom ludzie tłumnie okupowali targ, gdzie odbywał się prawdziwy jarmarczny cyrk zwany handlem. Jedynie w tym dniu można było zastać prawdziwie drogocenne i niezwykle wytworne przedmioty "zza morza" - jak zwyczajowo określali je tutejsi. W dni powszechne - gdyż w Merewie cykl tygodnia ściśle zgrany był z cyklem handlu, nikt normalny nawet gdyby go wołami ciągnąć nie wyszedłby z domu i nie raczyłby odwiedzić targu przed szóstą godziną. Co innego gdy podniecenie sięgało zenitu na myśl, że to już jutro! Że już jutro zrobię interes życia i wyniosę się stąd! Niemal nikt nigdy nie osiągnął tego celu, ale nawykiem mieszkańców Merewy były próby zrealizowania planów. Na wielkich galerach, przez Wielkie Morze transportowali je tutaj z polecenia Szalifów Wschodu najróżniejsi kupcy i sprzedawcy, którzy mogli być pewni swego zazwyczaj wysokiego, a niekiedy horrendalnie wysokiego zarobku, nawet odliczając należne podatki, myta oraz część przeznaczoną dla swego pana z Ar-Rhawa. Tym razem nie było inaczej... Już przed widokiem czerwieni słońca wszystko na rynku było gotowe by jak co tydzień rozpocząć zwiewną i nieprzewidywalną grę. W obecnej chwili na rynku było z osiem setek kupujących, z czego lwią część stanowili przyjezdni, którzy przybyli nawet z odległych zakamarków państwa, by uzupełnić swe zapasy i podobnie jak miejscowi spróbować szczęścia, w naprawdę wielkim interesie - również im to się niemal zawsze nie udawało, ale i oni próbowali.
Edgar le Hambre tak jak inni strażnicy miał tego dnia zatrzęsienie roboty. Przechadzał się z lekkim jak piórko, a jednocześnie ostrym jak brzytwa grawerowanym mieczem - prezentem od gildii kupieckiej dla straży miejskiej - przy pasie. Na skórzany kaftan tak jak reszta strażników narzuconą miał srebrną kolczugę ze złotawymi zdobieniami na wykończeniach ramion i szyi. Zdobiony złotem kapalin dumnie odbijał ranne promienie słońca tworząc wokół każdego ze strażników swoistą aureolę potęgi. Na plecach przerzucona przez ramię kołysała się trójkątna tarcza z wizerunkiem białego gryfa na czarnym tle.
- Odsuń się! Zrób miejsce przechodniom! - rzucił siląc się na powagę do jednego z miejscowych kupców, którego asortyment towarów wyglądał przy zamorskich dobrach jak miska psiego żarcia, przy zastawionym stole królewskiej uczty. Zrobił to również dlatego, że lubił jak jego władcze słowa wypowiadane na służbie łechtały jego dumę. Tak, lubił to. Cholernie to lubił!
- Tak... Już odchodzę i tak nic sprzedać mi się nie uda. Jutro się zjawię. Nie będzie tedy chociaż tych zamorskich złodziejów na rynku i jeno na chleb uda się mi zarobić jakiego srebrnika.
Ech... Kolejny problem z głowy. Żyć nie umierać taka robota. Nie to co strażnicy w dzielnicy portowej i biedoty. Tamci to mają urwanie, często dosłowne, głowy. Przeleciało mu w myślach i ruszył przed siebie siląc się na dostojny krok, rozpychając się to na prawo to na lewo, wśród tłumu, z którego tylko co jakiś czas dosłyszał rzuconą obelgę, które jednak nauczył się ignorować dla dobra siebie, bo wciąż w pamięci miał widok wychłostanego z rozkazu komendanta strażnika, który ośmielił się odwarknąć coś bogatemu kupcowi z Ar-Rhawa.
Nagle... Ktoś się zbliżał. Zauważył to jak jakaś osoba w pośpiechu przebijała się przez tłum, potykając się, przewracając oraz rozrzucając innych na swej drodze. Gdy była już jakieś trzydzieści kroków od Edgara ten, zdenerwowany oparł dłoń na rękojeści miecza, gdyż praca miła, to fakt, ale wciąż może się zdarzyć że niebezpieczna. Po przebiegnięciu kolejnych pięciu kroków biegnąca postać niezdarnie zahaczyła o wystające źlebie pasiastego czerwono-białego namiotu i wśród akompaniamentów wyzwisk runęła na ziemię. Nie trwało długo nim znów poderwała się na nogi i ponownie skierował w stronę stojącego, oczywiście zdenerwowanego, Edgara. Zostało dwadzieścia... Nie! Już piętnaście kroków. Na czole nomen omen odważnego i nieulęknionego strażnika wyskoczyły sążniste krople potów, a jego dłoń, wciąż oparta o rękojeść miecza zaczęła nienaturalnie drgać. Gdy postać - teraz już wiedział że mężczyzna - była jakieś dziesięć kroków od niego krzyknął, ale jego głos zabrzmiał co najmniej dziwnie, a z władczego tembru nie pozostało nic:
- S-S-Stać! S-Sta-ać jak m-m-mówię! - Edgar sam zdziwiony skrzekiem, który przed chwilą wypłynął spomiędzy jego ust próbował zachować resztki dumy, lecz poza jaką przyjął bardziej przypominała kalekiego trędowatego dziada, niż odważnego strażnika...
- Tak panie! Wybacz, że cię przestrasz... - nie zdołał dokończyć, gdyż ratując resztki dumy strażnik wtrącił.
- C-C-C-Co-oś zrobił? Prze-Przestraszył? Mnie? Dobre sobie! - wyrzucił z siebie próbując nadać słowom najbardziej groźny charakter na jaki mógł liczyć. Na co rozmówca poganiany pilną sprawą rzekł:
- Oczywiście. Niech i tak będzie, ale sprawa pilna mnie przygnała i... czekać ona nie może! Kapitan Rechbradt wzywać począł strażników, to jako rekrut świeżo przyjęty pierwszy zostałem wysłany.
Dopiero teraz Edgar zrozumiał jak komicznie musiał wyglądać wyczekując w jego mniemaniu złodzieja, a może nawet zabójcy z którym musiał będzie się zmierzyć i rozejrzał się dookoła lustrując twarz każdej osoby, która uważnie i oczywiście zważywszy na okoliczności, nie bez uśmiechu mu się przyglądała. Znów napiął mięśnie, wypchnął przed siebie klatkę piersiową i odzyskawszy dumę rzekł:
- Prowadź więc marny rekrucie! Kapitan musi już się niecierpliwić że tak długo mnie nie ma! Ruszajmy więc do niego czym prędzej.
Na co... rekrut potulnie ruszył przed siebie, ale uśmiech do końca dnia zagościł już na jego twarzy.
Niezły Kanał
- Ach, znów to bydło zza morza przypłynęło by mizdrzyć się ze swymi towarami na tym psim rynku, a później z kuframi wyładowanymi złotem odpłynąć do siebie i to bez obawy o piratów, bo nawet dla nich życie miłe i byle Szalif z Al-Rhawa tupnął nogą to piraci dali sobie na wstrzymanie z jego statkami. Jeno zobaczą tylko dwie skrzyżowane szable, to reling zwijają i już biorą tyły, a jak zobaczą nawet galeon "Pod Gryfem", albo jakimś "Koniem" to do abordażu czym prędzej idą, bo władców zachodu to już się lękać nie muszą... Taka to polityka Łasico. - wyrzucił z siebie iście mistrzowski monolog Zerg z Bettendoru, a teraz raczej Zerg Śmieciarz, bo od czasu gdy skrytykował otwarcie postępki króla Edmunda VIII nosa ze smrodu i bródu wystawić się boi w groźbie przed utratą części ciała... i nie byle palca. Co to, to nie...
- Taa... Te wisz, że mnie tyn cały bajzl gówno obchodzi? Mnie jeno źryć starczy, pić starczy i spać starczy, a ta cało polityka je dobra dla zapynziałych profesorków co une na uniwer... tych nu... uniwer... we tych szkołach, ale takich dużych i drogich, jeno bachorów uczom i kiebze zbijają, a coraz czynścij na dworach królów i panów wszelakich można tom zaraze spotkać, bo się jak muchy plewią, we tym... szambie wiedzy! - Łasica sam zaskoczony tym swoim ostatnim porównaniem, aż podskoczył z dumy na dźwięk tego co powiedział. Szambie wiedzy. - Powtórzył jeszcze raz i dodał: Jaki ja genialny! Te profesory nigdy by na cóś takiego nie wpadły! Szmbie wiedzy!
- Aaa... Idź w cholerę ty zawszony brudasie. Nie wiesz co mówisz, a całe życie tutaj na dole w smrodzie, żeś spędził. - rzucił z irytacją w głosie Zerg i podniósł się z ziemi, po której spływały rynsztokiem fekalia i cały inny syf wylewany z domów. Wiem tylko jedno! - dodał. Edmund niedługo ducha wyzionie, to dzień ten będzie ostatnim w jakim mnie zobaczysz, bo dekret jego zostanie przez ministra wycofany, a ja wrócę na moje dawne stanowisko.
- Stanowisko... Stanowisko... Cały czas słyszę tylko o tym stanowisku! - przedrzeźniając głos współrozmówcy rzekł mocno poirytowany. Choć wątpliwe żeby Łasica sam z siebie znał, a co tu dopiero wiedział, co znaczy to słowo.
Na te słowa zgarbiony Zerg, odziany w starą, brudną, niebieską szatę ruszył przed siebie z uczuciem dojmującego bólu pleców, ale jak co dzień przez ostatni miesiąc podejmował się trudu dostania pod okna kuchni pałacowej, by w oczekiwaniu pełnym nerwów dowiedzieć, się że ten sukinsyn jeszcze nie wyzionął ducha i, że jeszcze kolejną noc przyjdzie spędzić mu w jakimś brudnym zakamarku miasta, oblewany fekaliami wylewanymi z balii przez okna. Dopiero co trafiały na jego zarośniętą twarz pierwsze pomruki ciepłego słońca, no i oczywiście odgłosy targu, których tak uparcie nie lubił, i które były przyczyną jego zesłania w ten smród ulicy, by tylko ocalić głowę.
Idąc powoli, bo wiek oraz miejsce w jakim spędził ostatnie pół roku nie pozwalały mu przyspieszyć chodu, dostrzegł, że w jego stronę zbliża się szóstka strażników odzianych w targowy ekwipunek. Święta trzoda - jak Zerg zwykł mawiać na tych odpicowanych synusiów bogatych mieszczuchów, którzy nosili się jak prawdziwi strażnicy, a na widok pierwszego złodzieja brali nogi za pas. - Na mój widok, pewnie nic nie wezmą za pas? - zamyślił się w obawie, że to po niego zbliża się kohorta, lecz gdy obawiał się już najgorszego oni po prostu go minęli i tylko jeden z pucołowatą twarzą o niebieskich oczach z pogardą spojrzał na brudnego, wychudzonego i śmierdzącego włóczęgę. - Tak jak myślałem... Nikt by nie wysłał tych odważniaków na poszukiwania nawet chochlika, bo mogliby sobie swoje bogate dupska poobijać. - Ruszył więc dalej przed siebie, rozbryzgując kałuże powstałe po nocnej ulewie. Chwilę później minąwszy bramę na targ, laboratorium maginów oraz dziesiątki mniej, bądź bardziej zadbanych domostw, był już nieopodal tylnych wrót pałacowych. Teraz jak zwykle...
- Panie tam! Panie tam! - Zerg podbiegł do jedynego strażnika pilnującego tylnej bramy, na dodatek półgłówka, tyle że bogatego półgłówka.
- Tak? So jest? - z ekscytacją podchwycił temat strażnik.
- Tam coś się dzieje! Biją się i straż pomocy wzywa! Szybko! - dalej Zerg odgrywał swoją rolę, która co kilka dni wymagała pewnych zmian i tak były już nagie kobiety, morderstwo, bójka w karczmie, kradzież z targu, rozkaz od komendanta, ucieczka więźnia, a teraz walka strażników ze złodziejami.
- Eee... Na pewno? Już żem to kiedyś słyszał, chyba... - mozolnie dodał strażnik, a na jego twarz wyskoczył grymas bólu spowodowanego myśleniem.
- Na pewno! Przecie ja prawy obywatel panie wielki strażniku! Jeszcze tam się coś im stanie! - to przechyliło szalę na korzyść Zerga, ale na drugi dzień będzie musiał wymyślić nową historyjkę. Strażnik biegnąc ociężale po chwili zniknął za rogiem budynku, a Zerg zwinnie, jak na jego wiek i ból w krzyżu, wskoczył za bramę i w kilka sekund później warował już pod otwartym kuchennym oknem.
- No i co się tak w ten gar gapisz! Zupy nie widział! - nadstawiając ucho doszły Zerga słowa kucharki, która jak się domyślał była kolejnym grubym babskiem tłoczącym się w kuchni i przesuwającym obwisłym brzuszyskiem wszystkie gary dookoła. Po sekundzie drugi głos odparował:
- Wiesz jak na tej służbie karmią? Króla niby pilnujemy, ale żarcie to gówniane nam przynoszą...
Strażnik... - Zaświtało mu w myślach. No dalej plotkuj, bo od kogo mam się dowiedzieć co ze starym jak nie od jego pałacowego sługusa.
- Znachor dzisiaj u tego naszego był. Ponoć dycha już ostatnią parą i jutrzejszego wschodu może nie dotrzymać. - jakby spełniając życzenia Zerga dodał po chwili wartownik.
No w końcu! Jak ja na tę upojną chwilę długo czekałem! W końcu wynurzę się z tego łajna, w którym wylądowałem z rozkazu tego wielkiego królewiny, psia jego mać. - Na samą myśl o ciepłym posłaniu i dachu nad głową samowolnie na jego brudnej i zarośniętej twarzy pojawił się szczery w swej naturalności uśmiech, który co prawda za długo na niej nie zagości...
- Tak to ten znachor cały już bodaj od tygodnia powtarza. Albo niech stary zdechnie i gówniarz po nim stołek obejmie, albo niech w końcu wydobrzeje, bo już tego co się na dworze dzieje dosyć mam - usłyszał odpowiedź nasłuchujący pod oknem były-nie-łachmaniarz, po czym doszedł do jego uszu kolejny odgłos.
Pluuu... Zanim zorientował się by podjąć decyzję o jak najszybszym odsunięciu się od otwartego okna, to na jego głowie wylądowały wszystkie wnętrzności dopiero co wyprawionych ryb, których to nie wykorzystuje się do gotowania wywaru. Poczuł smród i mimowolnie, choć starał się z całych sił tak bardzo, że aż fioletowy zaczął się robić, zwymiotował tym co miał w żołądku - czyli niczym. Jednak odgłos wcale-nie-pełnego-pawia był tak donośny, że strażnik do tej pory zajęty wyciąganiem od kucharki żarcia głośno syknął.
- Ciiiii! Chyba coś za oknem słyszałem - po tych słowach, spływający rybimi flakami, Zerg, dosłyszał ciche, metaliczne i delikatne skrobnięcie.
- Oho! Wywiad na dziś się skończył - lecz pech nie przestawał go prześladować i gdy na czworaka począł umykać za róg, nie zauważył zbliżającej się warty. Z pluskiem odrywanych z jego twarzy rybich wnętrzności wpadł na wysokiego strażnika z gwardii królewskiej. Uciekając w pośpiechu wbił się głową w jego kolano tak dosadnie, że tamten, aż zawył z bólu i padł na ziemię niczym rażony piorunem. Może i Zerg dałby radę uciec, może udałoby mu się przekonać drugiego by dał mu spokój, ale... nie tym razem. Jak pech, to pech - nie ma zmiłuj. Drugim strażnikiem z obchodu był ten zasmarkany sukinsyn, który doniósł królowi o tym jak Zerg obsmarowuje wygląd królowej, a w szczególności miejsce gdzie plecy tracą swą zaszczytną nazwę, choć nikt prócz króla - a może i on sam - nie miał wątpliwości co do tego, że starzec prawdę mówi. Jednak zanim na targu pełnym ludzi, nie z lustrując uprzednio sytuacji, zaczyna się gadać o koziej dupie królowej, a kończy na mordzie langusty, wiadomo że dobrze to się skończyć nie może. Już nie wspominając, że ignoruje się narastając ciszę w momencie opowiadania "kawału", która spowodowana jest obecnością orszaku władcy za plecami opowiadającego.
Zdążył jedynie skierować wzrok w górę, by dostrzec błysk wyszczerzonych w paskudnym uśmiechu zębów, a następnie oberwać z całej siły pancerną rękawicą w twarz, tracąc tym samym nie tylko świadomość, ale i resztki rybich wnętrzności z twarzy. Tak właśnie Zergowi został z ust zmazany uśmiech, który od samego początku nie-miał-na-nich-długo-zagościć...