Obiektywnie, względem czego? Na jakiej podstawie rodzi się ta "obiektywna" opinia?
Obiektywnie na dwa sposoby. Po pierwsze, obiektywnie jeśli popatrzysz na opinie krytyków – ludzi, którzy posiadają wiedzę i warsztat do obiektywnej oceny filmu. Popatrz choćby tutaj na oceny krytyków dla wszystkich filmów z obu trylogii:
(klik!). Jeśli cię to nie zadowala, to możesz wejść w dwa najniżej oceniane filmy i porównać je nie tylko pod względem procenta pozytywnych recenzji, ale również pod względem średniej ocen, procenta pozytywnych recenzji wśród najlepszych krytyków (w razie wątpliwości co znaczy najlepszy, bo to bardzo nijaki termin, odsyłam
tutaj, Rotten Tomatoes podaje określone wymagania), czy średniej oceny wśród najlepszych krytyków. We wszystkim Bitwa Pięciu Armii przegrywa.
Drugi wyznacznik tej obiektywnej opinii to, cóż, po prostu wady stricte filmowe. Widzę, że Bojar już się trochę o tym rozpisał, a więc ja skupię się na czymś innym – na strukturze filmu. Kiedy tworzymy historię, nieważne, czy w książce, czy w filmie, czy w grze, dzieli się ją od wieków na trzy zasadnicze części – wstęp, część właściwą i zakończenie. Nie robi się tak tylko dlatego, że jakiś starszy pan kiedyś powiedział, że tak jest dobrze. Robi się tak, ponieważ pozwala nam to łatwo poznać bohaterów, poznać ich cele i zrozumieć świat (robią to i Drużyna Pierścienia, i pierwszy Hobbit), następnie przeżywać z nimi przygody (lub stoczyć wielką i długą bitwę, jak w Dwóch wieżach) oraz w zakończeniu dostać finał historii, w którym wątki zostaną zamknięte, a my będziemy w stanie ujrzeć, po skonfrontowaniu postaci z końca z ich wersjami z początku, że nie pozostały w status quo, coś się nauczyły lub w swojej sytuacji zmieniły. W Bitwie Pięciu Armii tego nie dostajemy – na zawiązanie wątków dostajemy zaledwie niecałe ostatnie pół godziny filmu, wcześniej dostajemy Dwie wieże v2, z gigantyczną bitwą, która trwa i trwa. Postacie nie przechodzą praktycznie żadnej drogi, może za wyłączeniem Thorina, u którego wątek szaleństwa nawiasem mówiąc rozwiązano kiepsko moim zdaniem. A szkoda, bo to w sumie najciekawsza część filmu była. Dla porównania – w Powrocie króla choć walki jest dużo, to bitwa o Minast Tirith kończy się nim upłynie pierwsza godzina filmu, a od momentu zniszczenia Pierścienia mija jeszcze godzina do końca filmu. Mamy mnóstwo czasu dla postaci (choć film, paradoksalnie, jest krótszy od Bitwy Pięciu Armii).
Jeżeli człowieczek nigdy w życiu nie słyszał o Śródziemiu, to niekoniecznie musi z góry wiedzieć, że takie postacie jak Legolas przeżyją.
Owszem, zawsze znajdą się ludzie nieznający świata Tolkiena. Ale bądźmy szczerzy – o jak dużej liczbie mówimy? Sprowadzi się to w większości do osób, które ze względu na swój wiek nie mogły pójść na Władcę Pierścieni – bo szanse na to, że ktoś w momencie premiery, powiedzmy Drużyny Pierścienia, miał 15 lat, nie poszedł na żadną z trzech części, przez następne kilkanaście lat omijał szerokim łukiem produkcje Jacksona choć mógł je obejrzeć w telewizji (pamiętam jak byłem w podstawówce, że leciały co Wielkanoc) i nagle naszło go pójść na Hobbita… no są niewielkie. Reasumując – ja nie negowałem i nie neguję istnienia osób, które jak słyszą Legolas, to nie mają pojęcia kto zacz, a Śródziemie kojarzy im się z morzem Śródziemnym, a nie światem fantasy. Ale prawda jest taka, że jeśli ktoś ogólnie pojętego fantasy nie lubi lub po prostu nie interesuje go ten gatunek filmowy (a przykładowo, książkowy bądź growy lubi, z tego czy innego powodu), to raczej się na taką produkcję nie uda. Tak więc na sali ludzi nie kojarzących Legolasa zbyt wielu raczej nie było i nie uważam, żeby ich obecność wpływała znacząco na problem, jaki wiązał się z tamtymi scenami – większość ludzi wiedziała, że Legolas nie zginie.
Absolutna bzdura! Hobbit nawiązał oraz połączył obie trylogie filmowe wręcz genialnie! Sceny początkowe, jak również te na samym końcu to fenomenalny łańcuch, który sprawia że zarówno Hobbita, jak i Władcę Pierścieni można oglądać niemalże zapominając, że film się zmienia. Wymieniłeś jeden, tylko jeden argument na potwierdzenie swojej tezy, który niestety ale jest chybiony.
Dobrze, zaraz odniosę się do mojego – twoim zdaniem chybionego – argumentu o Gandalfie i Pierścieniu. Zatrzymam się jednak tutaj. Piszesz: zaledwie jeden argument i wspominasz o fenomenalnym łańcuchu, który spina obie trylogie. Proszę bardzo, dam drugi przykład, właśnie z końca – rozmowa Legolasa z ojcem. Otóż, kogo każe mu ojciec odnaleźć? Obieżyświata. Zastanówmy się teraz nad tym, jak to ma się do świata Władcy Pierścieni.
A więc tak – kiedy ta rozmowa miała miejsce? Po Bitwie Pięciu Armii. Kiedy ta bitwa miała miejsce? Zgodnie z Dodatkiem B do mojego wydania Powrotu Króla było to w 2941 roku trzeciej ery. A kiedy – zgodnie z tym samym źródłem – urodził się Aragorn? W roku 2931. A więc tak, albo peerelowscy tłumacze coś pokręcili, bo to dosyć stare wydanie, albo Aragorn miał w momencie bitwy zaledwie dziesięć lat i nijak nie mógł wówczas być już tym sławnym Obieżyświatem. I jak ja mam to zdarzenie interpretować? Nie kojarzę, żeby gdziekolwiek/kiedykolwiek choćby sugerowano posiadanie przez Thranduila zdolności przepowiadania przeszłości, a więc już jest to coś dziwnego – bo powiedzmy, mógłbym to kupić, gdyby Aragorn wówczas czymś się już wsławił. Ale on wtedy był jeszcze po prostu dzieckiem.
W sumie mogłem jako tę jedną jedyną scenę pierwotnie podać właśnie tę, bo idealnie pokazuje, jak końcowe sceny, które teoretycznie powinny obie trylogie spajać właśnie tego nie robią. Jak tworzą te luki fabularne, o których pisałem. I jak są bez sensu, bo (o czym zapomniałem wcześniej napisać) nawet jeśli Thranduil wiedział o narodzinach Aragorna, to w momencie Bitwy Pięciu Armii Aragorn posługiwał się imieniem Estel, nie Obieżyświat.
Bowiem odnalezienie Jedynego Pierścienia przez Bilba w trakcie jego wyprawy z krasnoludami, nie znaczyło wiele dla Gandalfa, a sam Pierścień nie miał w sobie niczego, co mogłoby świadczyć iż jest tym Jedynym. Na pierwszy rzut oka, wydawał się jednym z wielu pomniejszych pierścieni. Gandalf, zarówno w książce, jak i w filmie wspomina, że w Śródziemiu jest wiele magicznych Pierścieni. Biorąc pod uwagę, że istnieje bardzo wiele magicznych pierścieni, które wyglądają tak samo jak Jedyny Pierścień, trudno aby Gandalf od razu wziął pod uwagę ten znaleziony przez Bilba, tym bardziej że wszystkie przesłanki w tym okresie sugerowały, że Jedyny Pierścień został poniesiony przez Anduinę do morza. Istniało 20 Wielkich Pierścieni Władzy. 19 z nich, czyli pierścienie ludzi, elfów oraz krasnoludów były oprawione w kamienie szlachetne i były bogato zdobione, dwudziesty, czyli Jedyny Pierścień jako jedyny z nich nie miał żadnych zdobień, czy kamieni. Raczej wyglądał tak, jak wszystkie pomniejsze pierścienie, wykuwane przez elfy z Eregionu, gdy ci zaprawiali się w tej sztuce i jeszcze zanim z pomocą Saurona wykuli Pierścienie Władzy. Film Władca Pierścieni bardzo słabo opisuje poszukiwania informacji przez Gandalfa. Otóż Gandalf po raz pierwszy zrozumiał, że z Pierścieniem Bilba jest coś nie tak, w momencie gdy ten nazwał go swoim skarbem, tuż po jego przyjęciu pożegnalnym, nim ten opuścił Shire zostawiając pierścień Frodowi. Od tego momentu Dunedainowie strzegli Froda i Shire, a Gandalf przez lata wraz z Aragornem starał się wytropić Golluma, aby zasięgnąć informacji nt. pochodzenia Pierścienia. Dopiero po 16 latach od odejścia Bilba z Shire, Gandalf natrafił w Gondorze na zapiski Isildura, mówiące o tym, czym wyróżniał się Jedyny Pierścień. Ognistą inskrypcją w alfabecie elfów, którą wyjawi tylko ogień. Rok później Gandalf potwierdza ten trop wrzucając pierścień Froda do kominka. Gandalf nie wiedział zbyt wiele o Jedynym Pierścieniu. Trudno żeby wiedział, skoro nigdy wcześniej go nie widział, a jego jedynymi właścicielami byli: Sauron, który wykuł go w tajemnicy, nie chwaląc się nikomu jak go rozpoznać, tak na wypadek gdyby ktoś go znalazł. Następnie Isildur, który spisał to wszystko, lecz jego zwoje przeleżały zapomniane setki lat. No i Gollum, który sam również zapewne nie wiedział czym ten Pierścień w zasadzie jest.
Nie musisz tłumaczyć mi książkowych poszukiwań Pierścienia, bo akurat dobrze je znam. Czytałem i Hobbita, i Władcę. Niemniej, fakty są takie, że film to film, a książka to książka i zadaniem osoby ekranizującej jakieś dzieło jest zadbać, by zrozumienie jakiegoś wątku było możliwe bez sięgania po oryginał. W przeciwnym wypadku ekranizacja jest po prostu źle zrobiona. I teraz – w oryginalnym LotR, choć poszukiwania były kiepsko przedstawione, to spełniały swoją rolę. Kiedy kręci się prequel natomiast, obowiązkiem filmowca jest zadbać, by zdarzenia z prequela nie tworzyły dziur fabularnych. I tak – powraca moje pytanie: jeśli Sauron zamanifestował się na koniec walki jako płonące oko, czemu Gandalf z Władcy Pierścieni, gdy ujrzał to oko po dotknięciu Pierścienia, nie doszedł do wniosku: „Hej, coś tu jest nie tak”? A wystarczyło po prostu nie dawać tego oka i już, problem rozwiązany. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale z tego co ja pamiętam, to w lore Tolkiena Sauron wcale nie dokonał manifestacji w postaci oka, gdy Biała Rada zaatakowała Dol Guldur.
Ten motyw jest chyba wykorzystywany w kinie na potęgę. Trudno, aby zabrakło go w takich ekranizacjach jak Hobbit, czy Władca Pierścieni. Szczególnie, że same powieści z tego Uniwersum pełne są takich scen.
Czy fakt, że żarty z pierdzenia i kupy pojawiają się seryjnie w jakichś podrzędnych, kiepskich komedyjkach czyni gagi z tym związane w Emoji Movie bardziej śmiesznymi i/lub mniej żałosnymi? Nie. Czy pojawianie się seryjnie głupot w kiepskich filmach akcji, w których wielki zły villain musi tuż przed swoją wielką (i oczywiście niespodziewaną) porażką walnąć przemowę o swoim smutnym życiu i o wielkim planie oraz jak to główny bohater jest udupiony, jest usprawiedliwieniem dla pojawienia się takiej głupoty w Bitwie Pięciu Armii? Nie.
Co do CGI, zgodzę się, mogło być lepsze, ale z drugiej strony nie jest najgorsze. Mi się bardzo podobało przedstawienie niektórych orków, ale to kwestia gustu.
Dlatego nie traktowałem tego jako zarzut, to kwestia czysto subiektywna. To, że mi bardziej podobał się design orków z LotR, nie znaczy, że inni się mylą. Co innego CGI, które jest po prostu słabe jak na takie pieniądze.
Swoją drogą, w związku z twoim postem obejrzałem jeszcze raz bitwę, żeby zwizualizować sobie jak to było z tymi krasnoludzkimi kawalerzystami. I przy okazji przypomniałem sobie jeszcze, co mnie w tym filmie tak denerwowało:
- Alfrid – jedna z najbardziej irytujących i najmniej zabawnych postaci spośród comic reliefów wśród blockbusterów ostatnich lat, gorszy był chyba tylko ten koleś grany przez Chrisa Hemswortha w nowych Ghostbusters
- ocalenie w ostatniej chwili – tego było po prostu za dużo – jak się zalewa widza setką scen, gdzie ktoś niby już ma umrzeć, a coś/ktoś ratuje tę postać w ostatniej chwili to po pierwsze już to tak nie działa na widza (bo przestaje wierzyć, że naprawdę postaciom coś grozi), a po drugie, no już rzygać mi się tym chciało tbh; to się wiąże częściowo z kolejnym punktem
- film traktuje się poważnie, z tą całą muzyką i przemowami, przy jednoczesnym serwowaniu tony niepoważnych i kiczowatych scen akcji – tu wsadźcie sobie tę scenę z Legolasem, albo elfy skaczące po głowach krasnoludów (aż mi przed oczami stanął jakiś kiepski azjatycki film, którego nazwy sobie nie przypomnę, tam to się nie cykali przynajmniej z odrealnieniem i wojownicy umieli wskoczyć na mury jednym susem), rozbijanie muru „z główki” (jak przy waleniu z główki jesteśmy, to jest jeszcze druga taka scena – gdy Dain wali tak kilku orków pod rząd… ktoś mi wyjaśni, czy te orki nagle straciły nogi, czy na klęczkach do niego podchodziły?), czy choćby tę scenę z wózkiem z Dali. No jak ja mam traktować poważnie film, który zalewa mnie scenami kompletnie sztucznymi, w które nie da się uwierzyć?
- kulturalnie orkowie – jak wiadomo, kiedy dwóch krasnoludów rozmawia w środku bitwy, to nie wypada przeszkadzać im i próbować atakować, należy dać im spokojnie porozmawiać
Dziur zbyt wielu nie wyłapałem, a pojawienie się kozłów jest akurat dosyć oczywiste biorąc pod uwagę cały regiment kawalerii krasnoludów oraz rydwany bojowe.
No, wreszcie doszedłem do momentu, kiedy Thorin dosiada kozła. Dzięki Laalaa za udostępnienie linku do filmu na cda, inaczej na pewno nie zapłaciłbym za wypożyczenie/wykupienie tego filmu. A więc tak – jeśli przyjrzysz się bitwie to pierwszy raz krasnoludzka kawaleria pokazuje się, gdy zaczyna się starcie elfów z krasnoludami. Następnie mamy krótki moment gdzie obserwujemy walkę piechoty oraz nadejście orków. No i znowu pojawiają się jeźdźcy, atakują orków. I od tego momentu już ich nie widać. Potem dowiadujemy się, że Dain jest okrążony – i gdy widzimy jego ludzi przypartych do muru, to… nie ma ani jednego jeźdźca między nimi. Przyjrzyj się, są pokazani na tyle blisko, że widać ich skład – wyłącznie piechota. Potem oczywiście wybiega Thorin (nawiasem mówiąc, jakbym się miał już tak czepiać wszystkiego, to dzwon którym rozbili barykadę znika po chwili… dosłownie znika, ktoś chyba zapomniał go dodać), mamy walkę i zaczyna się rozmowa z Dainem. Thorin przedstawia swój plan, po czym wskakuje sobie na wygodnie znajdującego się tuż obok kozła bez jeźdźca. Całkowicie spokojnego i zupełnie niezainteresowanego tym, że znajduje się w samym środku bitwy, tuż obok niego rozgrywa się walka… i tu pojawia się pytanie: skąd on się tam wziął? Przecież widać było, że w oddziale Daina nie ma już jeźdźców – a więc cofam to, co kilka tygodni temu pisałem, pokładając dobrą wiarę w słowa Laali – extended cut wcale tego nie wyjaśnia.
A potem serwuje nam się jeszcze większe kuriozum, czyli tę machinę wojenną prowadzoną przez Balina. Oni ewidentnie wyjeżdżają z Ereboru. Skąd znaleźli tam te cztery kozły? Już pominę obecność machiny, nie ma co kopać leżącego, załóżmy że była w środku góry. Ale to nadal nie tłumaczy pojawienia się znikąd pięciu kozłów.
Za wszelkie błędy językowe czy logiczne w wypowiedzi przepraszam, ale piszę to ciągiem od dwóch i pół godziny i jestem już mocno zmęczony. Jeśli jakieś zdanie będzie na skutek tych błędów niejasne, śmiało pytać, jak już odpocznę, to chętnie poprawię ew. błędy, które mogły się tutaj pojawić.