Tak sobie z nudy zacząłem pisać opowiadanie. Chciałbym abyście je surowo ocenili, jeśli wam się spodoba umieszczę rozdział 2 i 3;D Jeśli ktoś wytrwa do końca, mógłby zaproponować tytuł dla całego opowiadania...
Rozdział pierwszy: Ścięte głowy.
Trzydzieści par oczu wpatrywało się we mnie. Nikt się nie odzywał od
dobrych pięciu minut, panowała cisza, która tylko od czasu do czasu załamywana była parskaniem
koni. Nie było słychać nawet ptaków, które przed momentem zbudziły mnie ze snu, przepłoszone
przez nadjeżdżająca hałastrę.Trzydzieści par oczu wpatrywało się we mnie już ze wszystkich stron.
Chociaż poranek, był daleki i panowały niesamowite ciemności, dokładnie wiedziałem z kim mam
odczynienia. Wiedziałem również, że czeka mnie ciężka przeprawa która w tym przypadku oznaczała ciężką
rozmowę. Muszę ją umiejętnie poprowadzić, inaczej oprócz wzroku, moje ciało przeszywać będzie tor
lotu strzał.
-Czym nic nieznaczący kupiec...
Głos mi zadrżał a serce mocniej zabiło. Zdałem sobie sprawę w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje.
-...zasłużył sobie na uwagę Khergickich braci?
Dokończyłem-wykrzykując, chcąc aby wszyscy usłyszeli moje słowa, bowiem nie znałem jeszcze przywódcy
oddziału, który mnie otoczył. Po plecach spłynęła mi, kropla zimnego potu.- Usłyszałem powolny enten kopyt,
szybko obróciłem się w stronę nadjeżdżającej postaci. Podniosła nogę i przełożyła ją przez łaciatego rumaka, zeskoczyła
na zroszoną poranną rosą trawę.
-Skąd przybywasz? Kim jesteś?- Wysapał, ciężkim i chropowatym głosem. Wyczuć można było wojskową wprawę w
wydawaniu rozkazów. Aż człowiekowi odechciewało się sprzeciwiać.
-Jestem licencjonowanym kupcem z miasta Zendar Panie. Niestety 2 dni temu straciłem wszystkie
moje tow...
-Łzesz! Przerwał mi.
Zdradza Cię twój Swadiański akcent, Nie jesteś nawet kupcem! Jesteś swadiańskim ścierwem. Wiesz
dobrze jaka kara czeka na Swadiana, jeśli przekroczy granice Chanatu!
Wcześniej po moich plecach spłynęła kropla strachu, teraz płynęła tam rwąca rzeka. Wiedziałem, że nie
ma nic gorszego od rozwścieczonego Khergickiego porucznika. Nie zauważyłem nawet kiedy
niektórzy z jeźdźców, rozpalili pochodnie. Polana była teraz doskonale oświetlona. Pozwalało to
na dokładną ocenę zagrożenia. Widok jaki przyszło mi ujrzeć zatrzymał oddech w piesi.
Khergiccy lansjerzy ustawili się równo w okrąg a ich złote kirysy dobijały światło pochodni.
Trzydzieści złotych szyszaków zakończonych postrzępionym włosiem wywarło na mnie olbrzymie
wrażenie. Każdy z jeźdźców przysposobił wykrzywiony w dwóch miejscach łuk.
Widać było, że są to arcydzieła tworzone ręką mistrza. Nie, to nie mógł być
zwykły oddział patrolujący okolice...Oni musieli wiedzieć o mojej misji. Wiedzieli nawet jaką
drogą będę się przemieszczał. Nie maco ukrywać, ostatnimi czasy kontakty pomiędzy Swadią
a Chanatem pogorszyły się. Ba! Pogorszyły się do tego stopnia, że państwa zamknęły dla
siebie granice pod groźbą śmierci ich przekroczenia.
-Skąd przybywasz i kim jesteś! Ostatni raz zadaje Ci to pytanie nieznajomy. Jeśli jeszcze raz
skłamiesz zostaniesz stracony i porzucony wilkom na pożarcie!
Wykrzyczał porucznik. Gdyby zechcieli przeszukać, skórzaną torbę, która służyła mi dzisiejszej
nocy za poduszkę...Byłbym martwy, a z mojego ciała wystawały by dziesiątki drewnianych
strzał z zakończeniem z kaczych piór. Czy nie wiedzieli o mojej misji? Nie wierzę, że właśnie
w tym miejscu przez zrządzenie losu spotkałem jeden z elitarnych oddziałów królewskich!
Zdrada-pomyślałem, ktoś musiał mnie zdradzić, a moja misja to jedna wielka farsa. W takim
wypadku nie mogę kontynuować przedstawienia, oni wiedzą kim jestem i co przewożę.
Prawda jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
-Jestem Zachariasz syn Piotra Bunkdoffa, znakomitego lorda i wiernego sługi jego wysokości Harlausa.
Nie skłamałem, teraz pozostało czekać na dostanie tępym obuchem po głowie lub co gorsza
celną strzałą w miedzy czwarte a piąte żebro. Przywódca oddziału szczerze się uśmiechnął.
Nie wiedziałem, czy jest to dobrą oznaką.
-Mówiłeś to z wielkim strachem w oczach Zachariaszu. Powinieneś być bardziej rozsądny, nie
stał byś teraz przede mną i nie tłumaczył się. Wy Swadnianie, nigdy nie zrozumiecie, że nie
jesteście tutaj mile widziani. Musicie się nauczyć podejmowania dobrych decyzji.
Jego krzywa morda rozweseliła się, ukazując wszystkie zęby. Jeden z nich zagrał mi po gałkach
ocznych blaskiem pochodni. Czy ci Khergici nie znają umiaru w złocie?. Czekaj Zachariaszu-czy
w tej chwili nie zostałem nazwany tchórzem?
-Nie wiem, dlaczego Panie sądzisz abym był przestraszony. A może po prosu przesłyszałem się, w
końcu ciężko rozmawia się z kimś, komu połowa złotych zębów zahacza o jęzor.
Wypowiedziałem te słowa, bez zawahania. To był błąd, z Khergickim sierżantem nie ma żartów.
W tej chwili zrozumiałem, że moje życie wisi na włosku, a może raczej na Khergickiej cięciwie?
-Naruszasz nasze tereny, przewozisz coś bardzo cennego, coś co nie należy do Ciebie.
I jeszcze śmiesz mnie obrażać?
Powiedział to dość spokojnie, ku mojemu zdziwieniu. Jednak kiedy skończył mówić, wyciągnął
szable, o złotej rękojeści. Złapał jej koniec lewą ręką. Prawa poczęła na rękojeści
która szybkim ruchem znalazła się na moim nosie. Przez chwile, nic nie widziałem, tylko ciemne
plamy, które z czasem stawały się coraz bardziej przezroczyste. Usłyszałem otaczający mnie śmiech,
dobiegał ze wszystkich stron. Po chwili poczułem kolejny cios na nosie. Tym
razem już uległ naporowi rękojeści i można było usłyszeć charakterystyczny chrzęst-
nie raz już przez mnie słyszany. Łzy cisnęły się z oczu, krew zalała ciemno czarą koszule.
Śmiech był coraz bardziej przytłaczający i coraz głośniejszy. A może to coraz mocniejszy ból głowy?
-To prawda co o Tobie mówili, wystarczą dwa słowa by wyprowadzić ciebie Zachariaszu z
równowagi. Widzisz, wiem o Tobie więcej niż możesz się tego domyślić.
Powiedział do mnie już zupełnie normalnych głosem. Było jasne, że to nie przypadkowe
spotkanie. Nie rozumiałem tylko jednego! Dlaczego jeszcze nie leże z poderżniętym gardłem w
kałuży krwi...
-Z przyjemnością poderżnął bym Ci gardło, i patrzał bym na twoją powolną śmierć.
Jednak w te noc nie dane jest Ci zginąć.
Jak by czytał w moich myślach! Głowa bolała mnie już tak mocno, że nic nie robiło na mnie
większego wrażenia. Podszedł do swojego konia. Zgodnie z Khergicką tradycją nie posiadał on
pancerza, miał na sobie pięknie zdobione siodło i uczepioną do niego okrągłą tarcze. Porucznik
rozluźnił węzeł przywiązanego do siodła przedmiotu. Podniósł go i rzucił w moją stronę.
Z wiklinowego kosza wysypały się odcięte głowy. Policzyłem dokładnie. Było ich 5.
-Zachariaszu nie poznajesz?
Powiedział, wskazując szablą na głowę która leżała najbliżej mojej stopy. Jednak była ona, zbyt
mocno zmasakrowana bym mógł określić, do kogo należała wcześniej. Może to być głowa...
Nie to nie może być prawda. To by oznaczało, że Khergici...To nie może być prawda- pomyślałem
powtórnie, tym razem bardziej zdecydowanie. Widać było po mnie główkowanie- Co w tym przypadku
brzmi co najmniej śmiesznie.
-Tak Zachariaszu, dobrze myślisz to Książe Swadiański syn króla Harlausa. Król powinien zachować
więcej rozumu wysyłając do nas swojego pierworodnego.
Na twarzy dowódcy nie było widać już śmiechu ani żadnych innych emocji. Przypominał mi
handlarza z Tihr, który chcąc ukryć zadowolenie czy niezadowolenie nie mrugnął nawet okiem.
Kupcy byli w tym mistrzami. Wiedziałem, że nie żartuje. Wiedziałem, że koło mojej stopu leży
najjaśniejszy książę Swadii. Wiedziałem, dlaczego jeszcze mnie nie zabili.
-Jestem Jasch Chan,
Wymówił swoje imię z bardzo typowym dla kultury Khergickiej akcentem. Nie dlatego, że chciał je
jakoś specjalnie wyodrębnić od reszty zdania. Po prostu Khergickie nazewnictwo było tworzone w ten
sposób, im krócej tym zacniej. Co sprawiało, że większość imion i nazwisk wymawiano bardzo szybko.
A krótkie zdania brzmiały jak pojedyncze wyrazy.
-Jestem Jansch Chan i przynoszę wiadomość dla króla Swadii.-
Myślałem, że wiadomość ta leży koło mojej stopy, śmierdząca i rozkładająca się. Jednak dowódca
szybkim ruchem wyciągnął list spod złotego kirysu. Starannie zapieczętowany królewskim znakiem..
-Przekażesz ten list swojemu królowi. Oraz zawieź mu ścierwo jego syna. Na pewno Twój władca ucieszy się
na jego widok.
Szablą która przed momentem wyciągnął wskazał po raz kolejny na głowę Księcia. Wszystko zaczęło
stawać się zrozumiałe. Żyłem ponieważ miałem przewieść wiadomość dla króla. Dlaczego sami nie
zawiozą jej królowi? Odpowiedź była prosta. Kto jest na tyle głupi żeby przynieść do domu
ojca głowę jego syna?. Tym bardziej jeśli ojciec jest wielkim królem. A władca Harlaus, nie jest
osobą spokojną, tak więc miałem do wyboru zginąć tutaj bądź też w komnatach króla.
Z dawaną złością i oburzeniem odpowiedziałem generałowi.
-Jak tylko król dowie się co stało się z jego synem. Prze...
-Zamknij się, i uważaj na słowa głupcze. Nie chcesz chyba stracić zębów.
- Lub głowy.
Dodałem sobie w myślach. Ostrzegał mnie, chociaż i tak nie miałem zamiaru mówić niczego głupiego.
Złamany nos wystarczył, a przecież mogło być znacznie gorzej! Mogłem w końcu leżeć w kałuży krwi
wymieszaną z końskimi odchodami.
-Zanieś głowę i list swojemu panu najszybciej jak się da! Nie chcesz chyba żeby nie poznał
własnego syna z powodu wyjedzonych przez robaki oczu?
Na jago twarzy zarysował się uśmiech. Podniósł lewą dłoń z dwoma palcami skierowanymi ku górze.
Dłonie miał opancerzone w skórzane rękawice. Pozwalające na celne strzelanie z łuku. Skinął lekko ręką w
moją stronę, a chwile potem zza jego pleców wyłonił się piękny mustang. Nigdy nie miałem takiego konia.
W Swadii takie konie posiadali tylko najbogatsi lordowie. Był czarny niczym kruk. Jego grzywa przypominała
włosie samego diabła. Jansch Chan, spojrzał jeszcze raz, prosto w moje oczy. Złapał lejce mustanga i skierował
je w dłonie waszego obolałego Zachariasza- mnie.
-Wiesz co masz zrobić.
Nic więcej nie powiedział, zapadła cisza która towarzyszyła nam na początku spotkania. Znowu było
słychać tylko parskanie koni. Chwile potem wszyscy skierowali się ku południu i odjechali w stronę Khergickiego
pustkowia. Zostałem sam, z pięknym czarnym mustangiem. Zapomniałem jeszcze o księciu, który leżał gdzieś
pomiędzy czterema innymi łbami odciętymi niespełna kilka godzin temu. Jeszcze tak bardzo nie śmierdziały.
Najprawdopodobniej były to głowy straży przybocznej która towarzyszyła mu podczas misji dyplomatycznej.
Jak by jeden łeb nie wystarczył- pomyślałem. Wiedziałem, że nie zmrużę już oka, dlatego przygotowałem
konia, spakowałem niechciany bagaż i wyruszyłem ku wsi Amere która znajdowała się na granicy
Swadiańsko- Khergickiej. Wiedziałem, że wiozę bagaż, który może zmienić oblicze konfliktu. Jak się okazało
konfliktu który teraz miał pokazać swoją prawdziwą twarz.