Tej nocy Bogusławowi udało się na krótko zasnąć niespokojnym snem. Księciowi śniły się koszmary i w każdym z nich ginął. Bogusław z krzykiem budził się i znowu próbował zasnąć… Wszystko wokół wydawało mu się przepojone groźbą, chociaż za drzwiami dyżurowało dwóch osobiście wybranych przez księcia i oddanych strażników, w wąskie okna sypialni wstawione były ciężkie okiennice, zamknięte na zasuwy i nawet przewód kominowy w kominku od dawna zakratowano. A jednak Bogusław bał się. Leżał na zbyt dużym dla jednego człowieka łożu, naciągał pled z niedźwiedziej skóry niemal na nos, zapadał się w koszmary i z przerażeniem się budził. Wysokie kamienne ściany starożytnych komnat wydawały mu się sklepieniem grobowca, z którego nie ma wyjścia. Teraz książę zazdrościł każdemu ze swoich poddanych...
Po kolejnej krótkiej drzemce, wypełnionej przerażającymi snami, Bogusław otarł z czoła zimny pot i przysunął bliżej wezgłowia łoża swój miecz. Tym razem śniło mu się, że rudowłosa Śmierć zabiła strażników przed drzwiami, weszła i pochyliła się nad nieprzytomnym ze strachu człowiekiem.
— Czego się boisz, Książę? — zabrzmiał w ciszy sypialni donośny kpiący głos. Serce Bogusława spróbowało wyrwać się z piersi, a potem załomotało jak szalone, ale trzeba przyznać Księciu, że nie podskoczył i nie wrzasnął, tylko sięgnął ręką po miecz i powoli odwrócił głowę w stronę dźwięku…
— Zawsze byłeś odważny, ale tylko trochę — przyznał głos z krótkim śmieszkiem. — Zapal świecę, przy świetle przyjemniej rozmawiać…
Na próżno starając się opanować drżenie rąk, Książę zaczął krzesać ogień i wkrótce niewielki języczek pomarańczowego płomienia zapląsał na knocie grubej woskowej świecy, umocowanej w masywnym srebrnym świeczniku na stole obok łoża. W oczekiwaniu, aż świeca się rozpali, Bogusław siadł na łożu i podniósł lichtarz wyżej. Niezbyt jasne drżące światło wyciągnęło z ciemności twarz kobiety w młodym wieku.
— To ty? — Zdziwił się i jednocześnie odetchnął z ulgą Książę. — Aleś mnie przestraszyła! Po co przyszłaś o tej porze? I jak Cię przepuściła straż?
— Zaraz się dowiesz, czego chcę — uśmiechnęła się kobieta — A co do straży, to są tysiące sposobów pozbycia się jej…
— Moi wojownicy są nieprzekupni — odciął się Bogusław, chociaż nie był o tym do końca przekonany.
— A kto mówi o pieniądzach? — Kobieta uśmiechnęła się, pokazując równe zęby i kły, jakby wilcze...
— Niemożliwe — słabnącym głosem wyszeptał Książę i ścisnął szorstką rękojeść miecza. — Nie…
— Możliwe — twardo i zimno rzuciła kobieta — Rozprułam ich ciała zanim zdążyli krzyknąć. Zostaw ten miecz, już ci się nie przyda.
Kobieta chwyciła leżącą na brzegu łóżka pochwę, nie pozwalając Księciowi wyciągnąć z niej zbyt długiego dla walki wręcz miecza, i skoczyła na skrzypiące łoże… Ale pod poduszką Bogusław ukrywał jeszcze jednego asa…
Kobieta uśmiechnęła się, wyciągnęła dłoń ze sztyletem, jak sądziła do bezbronnego człowieka i w tym samym momencie przeszył ją ostry ból. Kobieta z zaskoczeniem utkwiła wzrok w głębokiej, długiej ranie, która pojawiła się na zewnętrznej stronie dłoni, jakby nie rozumiała, skąd ona się tu wzięła. Na widok osłupienia nocnego zabójcy Bogusław zaryzykował i wykorzystał swoją jedyną szansę ratunku; rzucił się na kobietę, celując w brzuch.
Chybił — sztylet aż po rękojeść miał się wbić w lewą stronę trzewi. Kobieta minęła cios i wykorzystując pęd obrotu uderzyła Księcia w pierś, ciągnąc ostrzem w dół w stronę brzucha.
W obliczu śmierci, Książę zdołał jeszcze wychrypieć:
— Bądź przeklęta, zdrajczyni… — i zdziwił się tej lekkości i spokojowi, które powoli ogarnęły jego zmęczone ciało i umysł… Kobieta stała nad ciałem dysząc i regenerując siły po tej krótkiej walce. Zeskoczyła z łóżka i podeszła do stolika przy łożu i wziął koronę Księstwa Pomorza Zachodniego — złotą obręcz. Poobracała nią, przymierzyła i parsknęła:
— Idealna… Jeszcze tylko drobiazg — trzeba zostać Władczynią.
Z żalem odłożyła koronę, która słabo zalśniła, i wyszła z sypialni zawijając ranę na dłoni odciętą szmatą z zasłony...