
Za moich czasów, takie rzeczy to były na filmach karate.
Coś takiego, mniej więcej, powinieneś usłyszeć pomiędzy sceną sromotnej klęski i wielkiego zwycięstwa na końcu filmu.
Im dużej starzec z brodą, mieszkający na szczycie góry robił wykład na temat filozofii, tym lepiej dla producenta- mniej scen walki, więc trochę tam tego było.
Z tego co pamiętam wiara w własne siły to podstawa!
Na każdej kasecie VHS były dwa filmy, można się było wymieniać i poznawać dużo znajomych, ja miałem wtedy dużo znajomych...
Potem weszły wypożyczalnie VHS, obejrzałem wszystko z każdej!
Później zorientowałem się, że istnieje duża rozbieżność pomiędzy wersją filmową a tym co bliżej ciebie ale...
dostrzegasz to dopiero jedynie, gdy przestajesz wierzyć w wersje z VHS! :)
Ktoś kojarzy kasety szkoleniowe z systemami walki? One działały! Ludzie traktowali to jak Necronomicon - ktoś znał kogoś, kto znał kogoś kto podobno to widział i tym się chwalił - to początek lat 90s. CO z tego, że to stek bzdur, skoro facet w to wierzy i wciela w życie, lepiej zejść mu z drogi, bo ten człowiek stracił kontakt z rzeczywistością.
Każdy system który ciebie motywuje, działa!
To jak pytać o lepsze i gorsze placebo.
Istnieje jednak druga, mroczna strona.
Sygnały, które wysyła ci mózg, które nazywasz lenistwem Dyktatorze, to podszept intuicji. Może nie ma sensu motywować się do czegoś w co nie wierzysz, albo poszukać innej, naturalnej drogi?
Mi bardziej od motywacji, podoba się kwestia związana z zarządzaniem, coś w rodzaju życiowej logistyki. Te same czynności wykonywane w innym porządku mogą dać zupełnie inny efekt. Może nawet nie będziesz potrzebować motywacji.
Ciekawy temat Dyktatorze, mimo wszystko!