P R O L O G
Sala audiencyjna była tego sierpniowego wieczoru wyjątkowo duszna. Główna hala położonego w centrum Four Ways ratusza wydawała się dłużyć bez końca, gdy przed centralnym podwyższeniem stawały kolejne i kolejne osoby. W pewnych momentach kolejki ciągnęły się aż po horyzont, a przynajmniej takie obrazy majaczyły się przed zmęczonymi oczyma namiestnika.
Ile to jeszcze może trwać?! - rozpaczliwie rozmyślał. -
Znowu będę musiał się tłumaczyć w domu, dlaczego zostałem po godzinach. Na zewnątrz już zmierzchało, a on dalej siedział dumnie wyprostowany w swoim ozdobnym krześle, nazywanym szyderczo przez lud
tronem namiestnika. Znajdowało się ono na improwizowanym podeście w samym centrum hali. Przed nim ciągnęła się długa galeria, która biegła aż do frontowego wejścia. Za nim rozciągała się kolista przestrzeń zbudowana na kształt rotundy, w której ściany wbudowano czworo drzwi o ornamentalnie zdobionych ościeżnicach. Skrajnie z prawej umiejscowiono otwór w ścianie, za którym były schody prowadzące na górne kondygnacje budynku. Za to po obu jego bokach umiejscowiono wejścia do komnat gościnnych, które jednak o tej porze roku zwykle ziały pustkami.
- Ilu jeszcze zostało? - zapytał namiestnik.
- Troje. Czworo, jeśli liczyć tego, który i tak nie uniknie karcera. - odburknął stojący po jego prawicy barczysty mężczyzna. Nosił na sobie prostą, żołnierską tunikę, a na jego plecach wisiał masywny młot z wygrawerowanym napisem "BAN" na głowicy.
Otaczają mnie tęgie, tępe buce - przemknęło przez myśli namiestnika.
- Miejmy to za sobą. Wpuszczaj ich po kolei, Corleone.
Banoręki zsunął swój młot z grzbietu i trzy razy głośno zastukał jego trzonem o posadzkę. Gwardziści natychmiast otworzyli główne wrota. Do środka wsunęła się drobna i niepozorna postać. Niepewnym krokiem zaczęła się posuwać naprzód w kierunku
tronu. W jego oczach malowało się zwątpienie i niepewność. Gdy dotarł pod podest, prawie się potknął przy wykonywaniu parodii delikatnego ukłonu. Następnie, jakby bojąc się podnieść głos, wyszeptał:
- Szanowny... drogi.. panie namiestniku. Przychodzę z pytaniem, to znaczy z prośbą. Właściwie, to jest to skarga na ...
- Tego się już domyśliłem - przerwał mu najwyższy urzędnik - ale weź pod uwagę, że nie chcę tutaj nocować, więc przejdź wreszcie do rzeczy.
Bezużyteczny nierób - dodał w myślach.
- Chodzi o Pifcia, który zaledwie miesiąc temu otrzymał swój banhammer. Znowu nadużywał swoich uprawnień na miejskiej arenie. Spieraliśmy się o to, który klan powinien wpisać sobie zwycięstwo z walkowera za pojedynek do siedmiu na ubitej ziemi, o honor. Śmiejąc się, rozpędził wszystkich i nie wysłuchał nawet żadnej ze stron... A mnie nazwał, cytuję: "głupim dzieckiem".
Co za zrzęda. Ale przynajmniej dzięki takim, jak on, na pewno nigdy nie zapomnę, dlaczego Soner wyznacza namiestników, zamiast samodzielnie rządzić swoim miastem. - W porządku, porozmawiam z nim o tym. Daj sygnał do wpuszczenia następnego, Cor.
- Ale.... a jakieś zadośćuczynienie dla nas?
- Co powiesz na dobę w karcerze? - wtrącił Corleone, podczas gdy jego oblicze rozciągnął grymas przypominający uśmiech.
Na twarzy gościa pojawiła się mieszanka niedowierzania, oburzenia i przerażenia, ale odwrócił się na pięcie i pospiesznie opuścił salę.
- Uśmiechnij się, Luca. Już o jednego mniej -zwrócił się beznamiętnie do namiestnika, przyjmując swój standardowy, kamienny wyraz twarzy, po czym ponownie zastukał młotem.
Kolejny osobnik wkroczył już dużo pewniejszym krokiem, patrząc śmiało przed siebie. Wyglądał na inteligenta, którego nie interesuje towarzystwo innych ludzi. Gdy dotarł na miejsce, nie dbając o zbędne formalności, takie jak ukłony, czy oficjalne zwroty, przemówił:
- Zgłaszam luki w miejskiej bibliotece. Wybrakowane są spisy najnowszych technologii i innowacji, a także brakuje aktualizacji wielu starych wpisów. Mam tutaj przygotowany ich dokładny spis. - wyciągnął przetarty pergamin - Ktoś jednak musi na tej podstawie ręcznie pouzupełniać miejskie zbiory.
- Zanieś to jutro rano do głównego urzędu. Wtedy zajmie się tym Huth - odparł Luca.
Akurat to dzisiaj musiałem dać mu urlop. Ale dobrze, niech sobie odpoczywa. Wkrótce rozliczę nieroba z tych braków. Przybysz podziękował krótko, odwrócił się, niespiesznie przemaszerował do wyjścia i zniknął za połowicznie otwartymi wrotami. Już miał paść sygnał do wejścia dla kolejnego obywatela Four Ways, gdy nagle ktoś gwałtownym kopniakiem otworzył bramę na oścież. Do środka wszedł szeroko uśmiechnięty młodzieniec o dość przeciętnej urodzie. Natychmiast zaczął kroczyć w kierunku podestu oraz rozkładając szeroko ręce w nonszalanckim geście, wesoło zawołał:
- Luca, ty stary bucu! Ty o tej porze dalej na stanowisku? Żona cię jeszcze nie ściągnęła do domu, pod swój pantofel?
- IvE ... - powiedział tylko znużony namiestnik.
Debil - dodał w myślach.
- Znamy się tyle lat, że możesz mówić mi po imieniu. Albo lepiej, możesz nazywać mnie Patrykiem Barbarzyńcą. - zaśmiał się na głos i stanął tuż przed pierwszym schodkiem w niedbałym rozkroku, podpierając dłonie na lędźwiach - Lubisz takie gry wstępne, co? Przyznaj się, jak żona każe ci na siebie mówić? - zaśmiał się jeszcze głośniej.
Chyba Patrykiem Tępogłowym. - pomyślał Luca, ale nic nie odpowiedział, wpatrując się ponuro w przybysza.
- Co ty się taki małomówny zrobiłeś? Język ci wysechł i odpadł od lizania ...
- Starczy tego! - nie wytrzymał namiestnik - Robisz się już nudny. Powiedz w jakim celu przychodzisz i zejdź mi z oczu. Chyba, że przyszedłeś tylko się ponabijać. W takim razie mamy dla ciebie specjalną ofertę. Akurat wczoraj zwolniło się miejsce w karcerze.
Oblicze Corleone rozciągnęło się w szyderczym uśmieszku z widocznym oczekiwaniem pełnym podniecenia. IvE uśmiechnął się jednak jeszcze szerzej.
- O tak, to drugie mi się podoba! Słyszałem, że warunki zakwaterowania są całkiem niezłe, a karmią nawet lepiej niż w domu.
Luca kiwnął głową w stronę Corleone. Ten natychmiast załapał o co chodzi i chwycił swój młot oburącz.
- Spokojnie, po co tak nerwowo? Strasznie napięci jesteście - zaoponował IvE - Zaparzcie sobie herbatki i wyciągnijcie te kije, przez które tacy sztywni jesteście. Tylko się droczę.
- Gdybyś musiał siedzieć tutaj od tylu godzin i wysłuchiwać tylu narzekających zrzęd, to też nie byłbyś w humorze. - mówiąc to, dał znak przybocznemu, aby schował broń - A teraz mów do cholery, po co tu przychodzisz i pozwól nam zakończyć kolejny dzień pracy.
- Potrzebuję wszystkich miejskich aren oraz uprawnień do zarządzania przestrzenią publiczną - odparł krótko.
- Na co tego po... - Luca uniósł nagle brwi - Nie powiesz mi chyba, że znowu zamierzasz się w to bawić?
- Otóż to. Nie rozumiem jednak, w czym widzisz problem? W zeszłym roku wszystko poszło zgodnie z planem i wyszło lepiej, niż zwykle.
- Tylko dlatego, że Rome to dociągnął do końca. Ty za to wykazałeś się typowym dla siebie słomianym zapałem.
- Nieważne jest w jaki sposób, tylko to, że w ogóle się udało. W tym roku na pewno będzie jeszcze lepiej. Potrzebuję tylko wspomnianych wcześniej aren i uprawnień i mogę ogłaszać czwartą edycję Pucharu Four Ways.
- Nie rozumiem, co was kręci w tych krwawych igrzyskach. - zmęczony namiestnik potarł czoło - Niech będzie. Od jutra będziesz miał dostęp do wszystkiego, o co prosiłeś. Jeśli to już wszystko, to pozwól, że zakończymy audiencję na dziś.
- Prawie wszystko. Zbieram jeszcze ludzi i zwołuję bannery. Pomyślałem, że również możesz być zainteresowany ..
- Daj już spokój. - przerwał mu Luca - Znowu chcesz powoływać do życia tego trupa?
- Nie, REF będzie tylko jednym z czterech zespołów wchodzących w skład nowej koalicji. Zaprosiłem również Sacred Band, Hitmenów oraz Warsong.
- Jak się zwie ten cyrk?
- Ssij.
- Nie chcesz mówić, to nie mów, ale okaż trochę szacunku rozmówcy - poirytował się.
- Nie, nie o to mi chodziło. Ssij to skrót od "Sojusz Starych i Jęczących". Czyli idealne miejsce dla ciebie.
- Nie jestem zainteresowany.
- Za to ja jestem - wtrącił się Corleone.
- W takim razie przyjdź jutro w południe na główny plac. Pifcio zorganizuje tam spotkanie inauguracyjne - odparł IvE.
- Wybaczcie panowie. - Luca powstał ze swojego miejsca - Ale wystarczy mi już tych bredni na jeden dzień. Audiencja skończona.
- A co z tym ostatnim? - zapytał Corleone.
- Nie mam siły na jeszcze jednego. Zrób z nim to, co uważasz za słuszne. Na mnie już czas.
Banda kretynów i nieudaczników - przemknęło mu jeszcze przez myśli.