Ghan
Powoli otwiera oczy... I widzi że siedzi na skraju gościńca, w podartym kubraku, z osmalonymi wąsami... (po sakiewce i złocie nie ma śladu)
W strzępach obrazów zaczyna docierać doń, co się wczoraj działo. Sięga za pazuchę, wyciąga przezornie schowany kawał wędzonego boczku, gryzie go, popijając wodą z rowu i myśli:
Gdzie popełniłem błąd?! Fakt, że nie mogąc zapomnieć zielonych oczu Dii, postawiłem wszystkim kolejkę, może nie powinienem się zakładać, że wypiję kwartę spirytusu?... A może błędem był konkurs kto dalej rzuci barmanem? Ale przecież wygrałem! Wszyscy się cieszyli! Nawet pobiłem rekord w ciskaniu ochroniarzem, ale to już poza konkursem... No ale z sierżantem straży miejskiej, to się prawie zaprzyjaźniłem. Tylko na żartach się nie znał, jak mu powiedziałem że on z całą strażą mają jaja jak kolibry, tfu! Hi, hi, hi...
(tu zakrztusił się boczkiem, odchrząknął i spojrzał w kierunku, gdzie niegdyś stała gospoda)
Marnie teraz budują. I lampy naftowe takie strasznie kruche robią...
W miejscu gdzie jeszcze wczoraj dumnie stała gospoda, sterczało w niebo kilka opalonych belek, i snuły się pastelowe smugi dymu...
Ghan pojął, że przez najbliższe kilka dni gospoda nie będzie czynna, a przez najbliższe kilka lat nie będzie on szczególnie miło witanym gościem...
Toteż ruszył gościńcem w przeciwną stronę, podśpiewując głośno, a fałszywie:
"Sześćdziesiąt minut, to właśnie tyle, ile mieści się w godzinie..."
Ciekawe co to ta minuta? Pewnie jakieś jaje, bo na kopy liczą...