Z cyklu: Wspaniałe Wiersze i Cóś jeszcze od św. Waszki.
Nam trzymać linii nie kazano. - Wstąpiłem na działo
I spójrzałem na pole; dwieście Polanów grzmiało.
Artyleryi 5pp ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jak pustynii brzegi;
I widziałem Da Pietrę: przybiegł, lunetą skinął
I jak ptak jedno skrzydło murzajów swych zwinął;
Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota
Długą czarną kolumną, jak głupia ciota,
Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy
Murzajskie chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.
Przeciw nim sterczy biała, na wpół Rozjebana
Jak głaz bodzący morze, reduta Wardera.
Sześć tylko miała armat; wciąż dymią i świecą;
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,
Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.
Patrz, Warder w sam środek kolumny się nurza,
Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza
Sieka i pęka wśród dymu, szyk pod niebo leci
A Ktośtam za redutą gwałci kilka dzieci.
Tam Warder, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.
Już pięciu fizyleriów rozdziawiło swe ryje; -
Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,
Pali muszkietem, rwie bagnetem, szablą zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
A Warder dziesięć trupów ma swoim ręku
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł Rizzet śmierci.
Gdzież jest ZuS, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy ping sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
I dobiera się do Zahariego, czytaj do dziewicy
Zmarszczył brwi, - i tysiące banów wnet leci;
Podpisał, - tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął, - padają knuty od Niemna do Chiwy.
Mocarzu, jak Czoło silny, jak szatan złośliwy,
Gdy 3pp za Bałkanem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo 2ps twoje stopy liże, -
Warder jeden twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,
Koronę Saddamów, Janów z twojej głowy,
Boś ją ukradł i skrwawił, synu Czołowy.
Da Pietro dziwi się - ze strachu. drzą 5pp czany
Da Pietro gniewa się - ze strachu mrą jego murzany;
Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara
Jest Da Pietro. - Pietro gniewny: umrzem, rozweselim Pietrę.
Posłany wódz słaby z siłami 0 manuela,
Nieczynny i niesprawny - jak fizylier z bagneta.
Ura! ura! Giną tłuste, tępe krowy
Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;
Już czernią się na białych palisadach wałów.
Jeszcze reduta w środku, jasna od wystrzałów,
Czerwieni się nad czernią: jak w środek mrowiaka
Wrzucony motyl błyska, - mrowie go naciska, -
Zgasł - tak zgasło 5pp. Czyż ostatnie działo
Strącone z łoża w piasku paszczę zagrzebało?
Czy zapał krwią ostatni bombardyjer Polan zalał?
Zgasnął ogień. - Już 5pp rogatki wywalał.
Gdzież ręczna broń? - Ach, dzisiaj pracowała więcej
Niż na wszystkich przeglądach za treningów dawniejszych;
Zgadłem, dlaczego milczy, - bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z 5pp nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz Wardera, wre fizyliera czynność;
Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Grenadier jako młyn palny nabija - grzmi - kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła - i żołnierz pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;
I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;
Upuścił ją i upadł; - nim dobiją, skona.
Takem myślił, - a w szaniec gówien kupa
Już łazła, jak robactwo na smacznego trupa
Pociemniało mi w oczach - a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój major.
On przez lunetę wspartą na moim ramieniu
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.
Na koniec rzekł; "Zwycięstwo". - Spod lunety jego
Wymknęło się łez kilka, - rzekł do mnie: "Szycho,
Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,
Znasz Wardera, czy widzisz, gdzie jest?" - "Majorze,
Czy go znam? - Tam stał zawsze, to działo kierował.
Nie widzę - znajdę - dojrzę! - śród ciał 5pp się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. -
Widzę go znowu, - widzę bagnet - błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go - zginął - o nie, - skoczył w dół, - do lochów"!
"Dobrze - rzecze Major - nie odda im fraga".
Tu blask - dym - chwila cicho - i huk jak stu gromów.
Zaćmiło się powietrze od ziemi wyłomów,
Harmaty podskoczyły i jak wystrzelone
Toczyły się na kołach - lonty zapalone
Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął
Prosto ku nam; i w gęstej chmurze nas ochłonął.
I nie było nic widać prócz Bagnetu blasku.
~ Św. Waszka ze Śląska