Świt
Prolog
***
Świt. Słońce powoli, wręcz leniwie wstaje i szykuje się na kolejną wędrówkę po niebie.
przez korony drzew ciężko przebijają się promienie, blask powoli wylewa się na świat.
Pośród leśnych ścieżek wciąż panuje półmrok, lecz powoli ustępuje przed wrogim mu
światłem. Początek wiosny, jest wyjątkowo pogodny, nocą coraz rzadziej widać parę z ust,
dawniej wszechobecną i towarzyszącą każdemu.
Jechał na kruczo czarnym ogierze, o dość spokojnym usposobieniu, nie boczącym się na
widok trupa, lecz o zrywnych i niedoścignionych podkutych nogach. Towarzyszyli sobie od
kilku lat. Człowiek i koń. Często coś opowiadał swemu wierzchowcowi na co ten odpowiadał
parskaniem co każdy odbierał inaczej i na swój sposób poprawnie. Objuczony sakwami
Czarny, bo tak wszyscy na niego wołali, szedł dumnie czasami kiwając głową i rzucając
równie ciemną grzywą. Świt docierał i na leśne trakty z coraz większą siłą. Jeździec już nie
musiał męczyć wzroku by patrzeć czy aby w krzakach nie czai się jakieś jakieś paskudztwo.
Co mimo bliskości miasta nie było taką abstrakcją. Jak wszędzie tak i tutaj było tyle legend
o zaginionych ludziach ile złota w kieszeniach kapłanów wszelkich bóstw. Wyglądał na
jakieś trzydzieści lat. Chociaż wcale mógł tyle nie mieć. Zielone oczy łapczywie pochłaniają
wszystko wokół niego. Ostry zarys twarzy, kilkukrotnie złamany nos oraz szrama od płatka
ucha do połowy szyi, po prawej stronie twarzy, na pierwszy rzut oka niewidoczna, często
skrywana pod kołnierzami kurtek i wszystko to czyniło z niego osobę, która mogła sporo
powiedzieć o swojej przeszłości, niekoniecznie dobrego. Banicja w trzech królestwach, w
wielu miastach nagroda za jego głowę, cholera wie z ilu miejsc wygnany. Przewinienia?
Sporo tego było i chyba sam nie pamiętał gdzie za co go krają. Zabójca, mordował za
pieniądze i zwaśnionych sąsiadów i możnych rycerzy, tak samo klech jak i dziedziców
korony, a jeden taki przypadek miał. Jednym słowem nie przebierał w zleceniach. Lecz miał
jedną zasadę. Nie zabijał kobiet. Żadna nagroda nie zmusiła by go do poderżnięcia
niewieściego gardełka. No chyba żeby właścicielka tegoż gardełka chciała by mu wsadzić
nóż między żebra, wtedy to co innego. Podczas rozmyślań zbliżył się do miasta, na tyle, że
wyczuł smród jego rynsztoków. Gelbesh miało zamożnych mieszkańców, czego po samym
wyglądzie miasteczka nie było widać.Cóż... Wszystko zostawało w prywatnych kieszeniach.
Las ustąpił miejsca polom i rolnikom, dziwne było to, że nikogo nie widział po swej drodze, a
gdzie ludzi nie ma, tam powód musi być konkretny. Podjechał do bramy z zrujnowaną kratą
z dziurą, przez którą na upartego zmieścił by się krasnolud. Problem w tym, że otwór był na
wysokości jakiś dwóch metrów, wtedy przypomniały mu się żarty o latających krasnoludach
i uśmiechnął się w duszy. Szary, w wielu miejscach zarośnięty mur też wyglądał jak po
oblężeniu, lecz jakimś cudem trzymał się kupy.
- Eeej! Jaśnie oświecony! Ty tam na murze! - Wołał do starego wartownika, na którym wiek
już pokazał do czego jest zdolny.
- Aaa już ci, kto tam woło po nocy? Preeeecz bo w dyby siedzioć polyziesz. - Odparł
zachrypnięty głos.
- Otwieraj no brame, nie będę się darł do Ciebie.
Wartownik przecząco pokiwał głową, budząc nie miłe myśli u przybysza. Po kilku próbach
podejścia starego knura i wielu wyzwiskach przypomniał sobie o starym dowódcy straży
Anzelmie z którym nie jedną flaszkę się osuszyło.
- Anzelm to robi u was jeszcze? - Uśmiechnął się pokazując biel zębów.
Strażnik jakby zrozumiał, że natrętny gość nie odpuści sobie, zniknął z muru. Po kilku
chwilach ciszy otworzyły się z zgrzytem małe drzwi kilka metrów od głównej bramy. Zszedł
z konia i ciągnąc za uzdę podszedł. W przejściu stał zmęczony życiem człowiek. Z wieloma
zmarszczkami i ciemnymi plamami na skórze. Dziko rosnący wąs dodał mu jeszcze kilku
lat. Widać służba mu ciążyła, szyszak z dopiętą z tyłu kolczugą też miał już swoje lata. I to
chyba wszystko co zostało po jego ekwipunku, bo skórzana kurtka przepasana płachtą
biało-niebieskiego materiału, barw miasta, kompletnie nie wyglądała na mundur. Tylko
srebrna gwiazda, symbol boga Fulgurona, zbawcy dusz, który rzekomo zstąpił z niebios,
błyszczał nieugięcie.
- Skund Anzelma zna? - Spytał podejrzliwie.
- Nie jedno razem wypiliśmy.
- A to, to, to tak se może każdy gadoć. Jako miała żona jego na imię? - Odparł, opluwając
sobie brodę i wykrzywiając usta w uśmiech, ukazując braki w uzębieniu. Przybysz pomyślał.
- On nie miał żony... Ale dzieciaka miał, syna chyba. - Z niepewnością w głosie odparł i
zmazał uśmiech z twarzy starego.
- Bieryj konia, rozewre Ci brame, jeno prędko! - Rozglądając się dookoła szybko zamknął
drzwi, podreptał gdzie i otworzył bramę.
Wszedł wraz z Czarnym do środka, brama zapadła z hukiem robiąc wrażenie, że już więcej
się nie podniesie. Stary zawołał go machając pełną butelką przeźroczystego płynu, znów na
jego twarzy zagościł uśmiech. Po kilku uderzeniach serca podszedł do starego. Przywiązał
konia do drewnianej poręczy i razem weszli do strażnicy. W nozdrza uderzyła go woń
mocnego alkoholu potu i cholera wie czego jeszcze. Wewnątrz leżał jeszcze jeden strażnik i
chłop, widocznie nie wytrzymali tempa Starego, ten zaś nudząc się poszedł na bramę dla
odmiany zająć się robotą. Strażnica była niewielkim pomieszczeniem i leżący zajmowali jej
znaczną część. Nie było okien, wnętrze oświetlały dwie woskowe świece czyniąc to miejsce
bardziej tajemniczym. Stary uprzątnął stół, postawił flaszkę, dwa kubki i pół bochenka
chleba. Strącił noga chłopa z stołka i wskazał nań przybyszowi, samemu siadając na
drugim. Polał do kubków.
- Gadajo na mnie Jeremi, a ojciec mój tamo za rogiem warsztat mioł, wozy kapców
naprawiał. - Wymamlał ledwo słowa.
- Chyba kupców. - Poprawił wędrowiec.
- A jeno nie mędrkuj bo na takiego nie wyglondosz. Lepiej gadoj, jak Cie zwo? - Odparł
prędko.
Ręka poczęła wędrować w okolicach czoła jakby muchy odganiał, lecz na jego
miejscu natrafiła na szyszak i ten zwalił się na ziemię. Stary zaklął pod nosem i zostawił go
tak jak spadł.
- Hanselt mi mówią. Od zawsze tak, porostu Hanselt. - Parsknął z obojętną minął i chwycił
za kubek z samogonem.
- Toś chyba nie tutejszy. Aaa i nic to, napijmy się. - W gardła spłynęła ognista ciecz,
rozlewając się ciepłem po całym ciele.
Wartownikowi rozwiązał się język, opowiadał historię życia. O tym jak wezwano go by stawił
się jako pikinier podczas "Wojny Trzydniowej" z sąsiednimi królestwami. Wojna ta o której
nikt z odległych krain nie słyszał trwała równo trzy dni, po tym podpisano pakty i
zapomniano o konflikcie i otwarto granice dla handlarzy. Opowiadał o tym jak po powrocie
spotkał swoją żonę wraz z krasnoludem w jednoznacznej pozycji w swojej sypialni. O tym
jak potem odciął mu brodę wraz z szyją i wyprowadził się od byłej ukochanej. Godziny
mijały, chłop z podłogi się pozbierał i bełkocząc pod nosem wyszedł chwiejnym krokiem
zostawiając kompana na ziemi. Jeremi zaproponował mu nocleg na co wyraził zgodę.
Hanselt oszczędzał gardło i nie pił za każdym razem wiedząc, że sytuacja lubi się zmieniać i
to niekoniecznie na dobre. Na dworze się ściemniło. Poczuł potrzebę i wyszedł
zewnętrznymi drzwiami by ulżyć pęcherzowi. Odszedł kilkadziesiąt metrów w zarośla bliżej
lasu, jak by się bał, że ktoś mu będzie zaglądał przez ramię. Na czarnej, skórzanej,
wzmacnianej rzemieniami kurtce osiadła rosa. W oddali usłyszał zdławiony kobiecy krzyk.
Twarz mu drgnęła. Usłyszał go ponownie. Zainteresował się zajściem i kierując się głosami
potem światłem pochodni podkradł się. Dostrzegł dwóch nabitych drabów usiłujących
zgwałcić dziewczynę. Ubrani w lniane barwione na czarno koszule i skórzane spodnie nie
wyglądali na specjalistów w tej branży. Dziewczyna błagalnymi krzykami chciała zmiękczyć
ich serca bo innych części zmiękczyć już raczej nie mogła. Wyszedł z chaszczy i
bezszelestnie oparł się o pobliskie drzewo. Zaczął pogwizdywać. Zbiry z nietęgimi minami
odwrócili się w jego stronę. Obaj równie paskudni wyglądali jak bracia, haczykowaty nos ,
wysunięta dolna szczęka i patrzące tępym wzrokiem, brąz oczy.
- A czym wam ta dziewczyna zawiniła? - Uśmiechnął się, widząc szczere zdziwienie na
twarzach oprawców.
- Nie Twoja rzecz, czmychaj a życie Ci darujem, nie znam cie to propozycje tako składam. -
Powiedział bez emocji pierwszy, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu.
W błękitnych oczach dziewczyny zapłonęła iskierka nadziei, która przy jej rozerwanej
sukience wyglądała dość mizernie. Chciała krzyczeć lecz drugi zdławił jej głos przytykając
dłoń do twarzy.
- Mam dobre serce i ci powiem. Ojciec jej, możny jest bardzo a z wypłatą za robotę od trzech
miesięcy wisi. - Chłop się jeszcze bardziej uśmiechnął. - Tośmy se i wzięli i nagrodę. - I
zawył donośnym śmiechem ten drugi.
Widząc, że nic nie wskóra gębą, schylił się do cholewy buta i wyciągnął nóż. W dwóch
skokach, korzystając z zaskoczonych takim obrotem sytuacji drabów, rzucił się pierwszemu
pod nogi, podcinając wiązadła przy kolanie. Rozległ się ryk jak podczas świniobicia.
Pierwszy drab zwalił się na ziemię, jęcząc i zalewając się krwią. Drugi patrząc ze
zdziwieniem stał w miejscu jak wryty. Po chwili opamiętał się i puścił dziewczynę, ta
padając na kolana odczołgała się jak najdalej od niego. Widział strach w jego oczach, jęki
kompana też mu nie pomagały. Rzucił się na przestraszonego gwałciciela nim zdąży się
opamiętać. Jednak tak łatwo nie poszło. Widać ten mimo równie tępego wzroku miał więcej
doświadczenia i uniknął banalnego pchnięcia nożem, odbijając rękę. Han zwinął się pod
pachą oponenta wykonał obrót i w mgnieniu oka delikatnie jak by zasuwał szufladę wsadził
nóż w szyję drugiego i momentalnie wyciągnął. Krew trysnęła plamiąc kurtkę, chłop zwalił
się na ziemię z jękiem i z czerwoną pianką na drżących ustach. Ocierając twarz, podszedł do
drugiego, który wił się na ziemi jak zranione zwierzę. Uklęknął nad nim i cicho szeptając mu
starą kołysankę do ucha przesunął nożem po gardle. Strużka ciepłej, czerwieni popłynęła z
ust i z rany, skapywała na ziemię plamiąc zieleń traw. Otarł broń o rękaw martwego. Wstał,
spojrzał na śliczną dziewczynę z kasztanowymi włosami, z lekko wydłużonymi uszami.
Półelfka. Po delikatnych policzkach spływały kolejne krople łez, oparta o drzewo kilka
metrów od niego drżała. Nie podszedł do niej, nie powiedział, że już wszystko będzie dobrze,
zwyczajnie zawinął nóż w kawałek szmaty, wsadził do buta i odwrócił się na pięcie,
zostawiając ją tam samą. Wracał szybkim krokiem, lecz starał się uspokoić oddech. Krew
przestała mu już szumieć w uszach, powoli się uspokajał. Wrócił do strażnicy, drzwi wciąż
były otwarte. Starego w środku nie zastał. Wypił ze swojego kubka kolejkę. W ciemnym
pomieszczeniu, wymacał łóżko, strącił kogoś z niego. Przez wszech obecną czerń nie
wiedział nawet kogo, lecz nie doczekał się protestu z drugiej strony. Położył się. Po chwili
zasnął.
END OF PROLOGUE
Ciąg dalszy nastąpi w kolejnych postach.