Godzina czwarta rano. Nim pierwszy kur zapiał, Nawalony Stasiek, wraz z grupą podobnych sobie, jak że ,,wielmożnych kniaziów,, zebrała się przy pobliskiej, i w sumie jedynej ziemiance trunków magicznych. Czekając na otwarcie, zaczęli się między sobą porozumiewać, jakimś nieznanym dialektem, czasem wydając nazbyt głośne krzyki, czy jęki, jak mawiają, staro-słowianszczyzną, zwanym też łacińskim bełkotem stepowego buraka.
Niestety pragnienie było zbyt silne, a jako że czasu było jeszcze sporo, postanowili coś począć na tą niedolę. Ruszyli na majdan, lecz nim tam dotarli, jeden z dzielnych towarzyszy zdążył już potknąć się o kawały glinianych brył, wpadając tym samym na dymarkę, co przyczyniło się do jej destrukcji, a sam Stasiek również przyczynił się do dewastacji, tym razem wyrywając sztachetę z płotu, bo decha była za sucha.
I tak oto dotarłszy na majdan, w stanie jeszcze gorszym niż się spotkali, zaczęli wesoło śpiewać, pieśni o najazdach dzielnych wikingów i nagich kobietach, a nawet i o kniaziównie co rusina za męża nie chciała. I nawet się nie spostrzegli kiedy to zbudzili połowę grodu, a w ich kierunku, już maszerowała straż grodowa...
:D