Ogień Vanlorii
Wstęp
Szedł przez las, lecz ciągle spoglądał się w lewą stronę, jego oczy czegoś szukały. Szukał wąwozu, cóż w krasnoludzkich górach znajdzie bynajmniej schronienie. Vanloria to ostatnio niezbyt bezpieczne miejsce. To nie jest już taka ziemia jaką zostawił legendarny Król Vancil I.
Wschód ,miasta,pola, pałace, wioski, zamki, twierdze zaczynają być spaloną ziemią, bo do nich ścieka zło. Pół wieku temu czarownik Axendrus zaczął czcić złe moce, poszedł na wschód pokazał orkom rozrzuconym po wschodnich stepach i pustyniach gdzie kiedyś była siedziba zła, Swalsaten odprawił tam rytuały, sprawił, że to miejsce znowu ożyło. Hordy złych sił zaczęły stamtąd wychodzić, jeden wojownik zła wsławił się szczególnie, zamalował się później krwią z ludzkich kości zrobił rogi. Zabił Axendrusa, przejął władze chce podbić Vanlorie, dotarł już bardzo daleko ze swą mroczną armią do rzeki Henelfy, niedługo pewnie zacznie oblężać wybudowaną niedawno przez nieudacznego króla Ermidacila, Edven.
Tymczasem mężczyzna szedł cały czas dalej, zatrzymał się był tam wilk, przystanął, wilk wyczuł go i zaatakował błyskawicznie, nie musiał się wysilać z obroną był bardzo zwinny, wilk nie mógł go dopaść. Nie chcąc przedłużać chwili wyciągnął miecz machnął niedbale koło wilka, zasyczała strzała, wilk padł. -Aveneing! Zakrzyczał bez dłuższego namysłu zza drzewa wyłoniła się postać elfa, był to wysoki blond włosy mężczyzna z długimi bujnymi włosami i małymi, krótkimi warkoczykami przed uszami ubrany był w błękitny płaszcz. –Vedin! Odpowiedział mu znajomy, wręcz bardzo znajomy i piękny, elfi głos. –Dawno Cie nie widziałem. –Tak, ale cóż nie powinniśmy zwlekać, musimy zejść, inne przejścia północne są zawalone od kiedy to nasz król Erdmitacil, zapragnął przejąć krasnoludzie skarby. Przeszli przez wąwóz i stanęli musieli zejść niżej, lecz pod nimi piękny górski był widok. Vengram to jedna wielka zbita kupa gór w których środku mieszkają krasnoludy, kiedyś było tu dużo smoków lecz jednak, krasnoludy zaczęły stosować ich łuski do produkowania zbroi i oręża, teraz jest ich dość mało. Zeszli niżej skręcili w prawo i weszli do jaskini, schodzili wyrzeźbionymi w skale, schodami w dół, bardzo nisko. Przy gigantycznej bramie powinny być krasnoludy, ale ich tam nie było. Vedin sięgnął po miecz, Aveneing szybkim uchem wydobył dwie szable noszone skrzyżnie noszone na plecach. Było cicho, lecz ta cisza niepokoiła. Nagle usłyszeli głos –uważaj! Wyskoczył duży ork, lecz już z toperem we łbie. Wyskoczył następny, szybko jednak padł po szybkim cięciu miecza. Widział walkę krasnoludy jednak były przygotowane, odpowiadały ciosem za cios. Im głębiej w głąb podziemnego korytarza tam brodaci Ludkowie strzelali za pomocą mało znanego ludziom prochu z armat które siały spustoszenie i zabijały najczęściej po paru orków. Komenderował tym oddziałem z czarną lecz z domieszką siwych włosów brodą rosły krasnolud. Tymczasem elf schował obie szable i zaczął celnie strzelać z łuku. Vedin czyniąc spustoszenie swoim dużym mieczem schował go podobnie jak Avaneing łuk. Nie było już tam ani jednego żywego orka. Tymczasem wcześniej wspomniany czarno-siwo brody krasnolud rzekł – Vedin, bogowie mi Cie z nieba zsyłają, tam w wielkiej sali. Przerwał nagle nie mogąc wydobyć z siebie słowa, po krótkim czasie rzekł – Smok !