Forum Tawerny Four Ways
Rozmowy Różne => Wasza twórczość, pasje, hobby, działania => Wątek zaczęty przez: Aldred w Marca 01, 2011, 11:19:29
-
Pierwszy rozdział opowieści w realiach m&b warband,mam nadzieje że wam się spodoba;)
Wprowadzenie.
Calradia,kraina targana wojnami,spiskami i niegodziwościami.Czas gdy bardziej od honoru
liczy się sława,bogactwo i nade wszystko władza.Kraina podzielona przez sześć
królestw,Swadia,Vaegirowie,Saranidzi,Rchodokowie,Khanat,Nordowie.Każde z królestw żądzi
się swoimi prawami,posiada odrębną kulturę.
W tak okrutnych czasach kraina taka błaga o zjednoczenie i pokój,jednak w naturze
człowieka jest aby ciągle zdobywać,a żaden król nie ustąpi drugiemu,i błędne koło
zatacza się zsyłając wojny,śmierć i zniszczenie.Mogło by się wydawać że wystarczyło by
aby wszystkie ludy się zjednoczyły i nastałby pokój.Nic bardziej mylnego....
To zaledwie wprowadzenie, kolejne rozdziały będą sukcesywnie wprowadzane. Jeden jest poniżej, mam nadzieję że nie okaże się to niewypałem;)
Edid:Tak długo dumałem jaki utwór byłby idealny aby oddać nastrój opowieści.Zdecydowałem się na dawna gwiazdę muzyki Trance.Ale...w wersji orkiestry....sama piękna melodia.I od dziś traktuję ją jako muzykę opowiadania "Carladia Kraina Straconych Szans"...wzrusza i wprawia w nastrój jaki teraz panuje w opowiadaniu .Polecam przesłuchać całości a na pewno mi przyznacie racje.
http://www.youtube.com/watch?v=qPI4k4ZDwD4&feature=related
-
Nie lubię dawać niekonstruktywnej krytyki, ale... albo to jest prowokacja, albo leżę i kwiczę. ^^ Rozdział, który w standardowo objętościowej książce zająłby góra 6 linijek wymiata. xD
-
Świat Książki już chce mi dać 20% znizki na te tytuł. Czekamy!
-
Rozdział 1
Mężczyzna szedł zmęczonym krokiem po stromej scieżce . Niewielki zarost świadczył że nie miał czasu aby się ogolić , włosy miał krótko przycięte . Oczy lekko zmrużone czujnie obserwowały otoczenie, mógłby być nawet przystojny gdyby nie blizna na lewym policzku ciągnąca się od ucha aż do ust. Był średniego wzrostu i niezbyt dobrze zbudowany ale mogło być to mylne bo nosił kolczugę częściowo zakrytą płaszczem. Na płaszczu miał ledwo widoczny spod zabrudzeń herb przedztawiający samotną wieżę.
Kurczowo trzymał rękę na rękojeści miecza, u pasa dało się zauważyć kilka noży.
Wiatr dął niemiłosiernie a niebo już dawno zasnuło się ciemnymi chmurami. Ścieżka wciąż wiła się do góry wśród skalistych wzgórz, kępy krzaków kołysały się natchnione nagłymi podmuchami powietrza. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. I nie zapowiadało się że to sie niebawem zmieni.
Człowiek przystanął aby chwile odpocząć, rozejżał się i nie zauważywszy niczego podejrzanego usiadł na pobliskim głazie. Wyciąnął za pasa fajkę i krzesiwo, powoli ale pewnymi ruchami odpalił i zaciągnął się, skierował wzrok na północ.
I co teraz-pomyślał-nic nie układa się jak sobie zaplanował, nordowie wkrótce wyślą grupę gończą za nim. A on dawno powinien odnaleść Hretha, w pobliskiej wiosce dowiedział się że uciekł przed stróżami prawa w góry. I to było na tyle , szukał go bo jak mniemiał owy banita pomoże mu uciec na południe. On sam gdyby mógł zgłosiłby się do króla Ragnara i wszystko mu wytłumaczył. Wiedział że to bez celowe, liczni lordowie mieli swój punkt widzenia na tą sprawe,więc nic nie znaczący człowiek nie mógł nic wskórać.
Przeklinał siebie za to co zrobił, gdyby mógł cofnąłby czas ale to tylko pobożne życzenie, i głupotą było nawet o tym myśleć.
Daleko rozległ się grzmot zwiastujący rychłą burze, wstał i z namaszczeniem schował fajkę. Ruszył dalej pod górę, niepewny kiedy i gdzie znajdzie swoją jedyną pomoc.
Hrabia Plais uniósł się w strzemionach swego rumaka i rozejrzał się po okolicy. Był wściekły kiedy się dowiedział że rchodockie psy znowu runęły na swadie niczym lawina. Na dodatek ośmielono się spustoszyć jego wieś ,minie długi czas nim znowu chłopi wezmą się do pracy i zacznie zbierać dobrze mu należne podatki. Ale dziś pokaże im czym jest zemsta i dobra swadiańska stal, zebrał bowiem ponad setkę ludzi i nie w jego planie było przegrać.
Wysłał listy do kilku lordów jednak żaden nie odpisał jak dotąd, no może oprócz Delinarda. Niech go piekło pochłonie pomyślał, napisał że nie może wyruszyć z nim bo jak to ujął musi dokonać przeglądu swojego zamku. Plais wiedział jednak że po prostu bał się ruszyć swojej dupy i siedzi jak szczur w swoim zamku. Zresztą zamkiem nie mógł tego nazwać, wieże się waliły a mury mogli pokonać chłopi. Ale tak się dzieje gdy bardziej od patriotycznej obrony królestwa wybiera się uczty, dziwki i bogowie wiedzą co jeszcze.
Był sfrustrowany i wiedział ze tą frustracje musi wyładować, gestem ręki przywołał sierżanta Kaurta, tamten usłusznie jak pies podbiegł do niego.
-Tak panie?
-I jak rozpoznanie?Ilu ich i gdzie?!
Sierżant nieznacznie pobladł, i dobrze pomyślał Plais, niech wie że jego pan nie znosi pomyłek i lenistwa.
-Nie wiadomo....
Tak jak się domyślał, same tępaki i obiboki, zawsze gdy wymagał trywialnych rzeczy jego niekompetentni oficerowie pokazywali brak mózgu i głupoty. Ale co mógł poradzić, trwała wojna i naprędce werbowano ludzi, a ten sierżant zapewne niedawno rozrzucał obornik na polach. Jednak nic nie mogło tłumaczyć takiej niekompetencji, nic, i jego w tym głowa aby coś z tym zrobić.
-To co teraz?!-ryknął pełen gniewu, czerwieniejąc ze złości na twarzy-Będziemy czekać aż łaskawie rhodokowie się pokażą i pozwolą nam z nimi walczyć?!
-Nie panie,wysłałem zwiad...jednak nikt jeszcze nie powrócił, niechybnie ktoś niebawem się zjawi i...
-Dość głupcze!Gdyby mieli to zrobić już by tu byli a ja czytałbym raporty, dyndają na stryczku jak nietrudno się domyślić, idziemy dalej aż dojdziemy do Yalen.
-Nie mamy dość ludzi by oblegać miasto panie.
Teraz sierżant potwierdził soją głupotę. Po całej kampanii gdy wszystko się uspokoi srogo ukaże takich głupców, i tego kasztelana Berna który odpowiadał za jego wojsko. Czy wszystko sprzysięgło się przeciw niemu? Wziął głęboki oddech, nachylił się do sierżanta na wysokość jego głowy i rzekł.
-Nie będziemy oblegać miasta Kaurcie, ukryjemy się na wzgórzach i napadniemy kilka karawan jadących do i od miasta. Jeśli te psy boją się walki ze mną to przynajmniej zyskam trochę na ich dobrach.
-Dobry plan panie-rzekł służalczo sierżant.
Tak, dobry pomyślał, wkrótce rhodockim psom odniechce się wojen gdy braknie im jedzenia. Podziwiał sam siebie za tak bystry umysł, po prostu był geniuszem, kto wie może i większym od samego króla ?
-Na przód swadianie, ku chwale i zwycięstwu!-ryknął i obserwował miarowy krok jego armii, był geniuszem pomyślał ponownie, uśmiechnął się i truchtem ruszył, zadowolony ze w końcu odnalazł rozwiązanie. Zapowiadał się ciekawy tydzień.
Vord w końcu dotarł na szczyt wzgórza , był zmęczony ale pełen nadziei że odnajdzie Hretha . Zauważył ruiny, zapewne dawniej stała tu potężna wieża . Dziś zachowało się jedno piętro a wokół zalegał gruz zarośnięty krzewami i trawą. Pierwsze krople deszczu runeły niespodzianie. Skierował się w stronę ruin, uważnie chowając się za głazami. Ostrożności nigdy dość. Zresztą z tąd miał dobry widok na wejście do wieży. Zauważył dwójkę ludzi w środku siedzących przy ognisku. Byli ubrani w lekkie skórznie a obok leżały łuki. Kim oni mogli być, albo łowcy głów albo banici. Jeden z nich wyciągnął małą skrzyneczkę i zajrzał do środka, drugi tez tam spojrzał i kiwnął głową jakby w uznaniu. Vort stęknął z nagłego bólu w kolanie, w ostatnim czasie te bule wracały coraz częściej, ale dlaczego, nie wiedział. Był młody bo dopiero dwadzieścia siedem lat a jednak stękał jak stary dziad.
Jeden z obozowiczów chyba go usłyszał, podniósł głowę i wpatrywał się w strone gdzie był ukryty Vord. Trwało to chwile, potem coś zagadał do towarzysza, wstał i zakrył wejście płachtą.
Co teraz, co teraz, gorączkowo myślał. Nie był pewien kim oni byli a nie w smak mu była walka z dwoma przeciwnikami. Nie był tchórzem wmawiał sobie ale też nie był bohaterem jednych z legend. Swoją drogą na świecie nie było bohaterów, takie bajki były dobre dla dzieci. Jednak musiał coś zrobić, padało już niemiłosiernie, wiedział że z takim podejściem nic nie zdziała , musiał działać.
Na moment powrócił wspomnieniami do pewnej osoby...ból i gniew zawrzały w jego sercu. Energicznie wstał i wyciągnął sztylet do rzucania, skierował się do wejścia wieży. Cokolwiek się wydarzy nie da się łatwo zabić. Dziwił się czasem skąd w nim nagły przypływ odwagi. W sumie nie miało to znaczenia , byle ten stan ciągle się utrzymywał.
Stanął przy wejściu, z zewnątrz nie dochodził żaden głos tylko skwierczenie drewna w ognisku.
-Broń na ziemie bo przeszyję strzałą!-władczy głos rozległ się z tyłu.
Vord obrócił się i omal nie krzyknął z zaskoczenia, to był jeden z obozowiczów. Ale jak się tu znalazł? Zapewne mieli tylne wyjście na wypadek takich zdarzeń.
-Spokojnie przyjacielu-postanowił ostrożnie dobierać słowa, nie wiadomo czy aby tamtemu nie zachce się wypróbować swoich umiejętności strzeleckich.
-Nie jestem twoim przyjacielem,rzekłem broń na ziemie, nie będę się powtarzał.
Nagle płachta się odsłoniła i drugi z ludzi błyskawicznie złapał Vorda w żelaznym uścisku.
-Mamy złodzieja co?-rzekł drugi a smród z jego gęby sugerował sporą dawkę wypitego alkoholu. Niedobrze, skoro byli pijani mogli w pijackim głupim uniesieniu zabić go lub pobić, przyznał że żadna alternatywa mu się nie podobała.
-Nie jestem złodziejem, chciałem tylko znaleść...
-Zamknij sie!-krzyknął łucznik wciąż celując-To cholernie wredne czasy i każdy kto się zakrada może być brany za kogoś niezbyt przyjaznego!
-To co robimy Zerwis? Może ma kase? Zabijmy go.
Tego się obawiał, wpadł po uszy w kłopoty które sam na siebie sprowadził. Strach zaczął się jątrzyć w jego sercu. Nie chciał umrzeć w taki sposób, szczególnie że miał jeszcze tyle do zrobienia w swiom życiu. Jeśli ma zginąć drogo sprzeda swoje życie.
Błyskawicznie uderzył łokciem zbira który go trzymał, trafiając w żołądek. Tamten jęknął i runął na ziemie, Vord szybko zaczął biec w stronę łucznika. Tamten nerwowo wypuścił strzałe, mijając o włos głowe Vorda .Obaj szybko złapali za miecze, posypały się iskry. Zbir wykonał zamaszyste cięcie w nogi, Vord sparował cios i zasypał tamtego gradem ciosów. Zbir upadł na ziemię gotowy do przyjęcia ostatecznego ciosu, ten jednak nie nastąpił. Vord padł jak długi podcięty przez drugiego napastnika, przeturlał sie na bok i kopnął nieszczęśnika w twarz, usłyszał nieprzyjemne chrupnięcie. Z nosa napastnika poleciała krew. Obaj napastnicy leżeli zwijając się na ziemi, Vord nie chciał ryzykować, skoro chcieli go zabić to czemu i on miałby tak nie postąpić?
Zbir ze złamanym nosem wystękał przez zaciśnięte zęby.
-Oszczędz nas, a obiecujemy że nasz przywódca Hreth hojnie cię nagrodzi.
Vord był zaskoczony , oto przez pozornie przypadkowe zdarzenie wpadł na trop osoby zdolnej mu pomóc.
-Hreth to wasz przywódca? Gdzie on jest?
Odezwał się drugi, który teraz usiadł i wpatrywał się w mrok.
-Zaprowadzimy cię, a teraz jeśli pozwolisz pozwól nam się spakować.
-Jeśli zauważę że znowu chcecie mnie zabić...
-Nic takiego się nie stanie, okazałeś się świetnym wojownikiem a to cenimy ponad wszystko.
Po chwili cała trójka ruszyła na południe ostrożnie schodząc po stromym zboczu . Vord szedł za nimi, niezależnie od zapewnień tych dwoje wolał zachować ostrożność.
-
Mi tam pasuje opowiadanie,ciekawe,dużo wpisów.Zamieść 2 rozdział.
-
Jest trochę błędów, ale mimo wszystko opowiadanie ciekawe. Jutro przeczytam drugi rozdział.
-
Rozdział 2.
Hrabia Plais, nie mógł się nacieszyć jak sprawnie szło grabienie karawan Rhodoków. Jak dotąd nie napotkali żadnego oporu co dziwne biorąc pod uwagę położenie miasta. Musieli przecież minąć nocą zamek Maras i kilka wsi. Ale czy to było ważne? Szło dobrze bo jego geniusz mu na to pozwalał. Niby jak tępaki Rhodockie mieli by odgadnąć jego plany.
Rozmyślania przerwał mu jeden z żołnierzy.
-Panie posłaniec przyjechał, podobno coś ważnego...
-Przyprowadzić go-naprędce usprzątnął stół, może nie z wrodzonej pracowitości ale warto było pokazać się z dobrej strony w każdym wypadku. Posłaniec szedł wśród licznych ognisk w prowizorycznym obozie zupełnie nie pomny skąd w nim tyle wozów z różnymi dobrami. Stanął przed nim wykonując ukłon, swoją drogą niezbyt udany pomyślał Plais.
-Panie, miałem przekazać list od króla jak najszybciej to możliwe, wiele dni szukałem i...
-Och daruj sobie tą opowieść, daj list i wracaj tam gdzie musisz.
Posłaniec nieco się speszył, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi.Co za dureń, chyba nie myślał że uraczy go jakąś nagrodą. To była jego praca a zapłatę dawał mu kto inny. Poza tym kto przyjmuje takich trzęsipiórków? Przerwał swoje słuszne rozważania, i odprowadził wzrokiem gościa. Szybko rozerwał pieczęć i zaczął czytać:
" Do hrabi Plaisa od królewskiego sekretarza.
Nakazuje się aby ruszyć niezwłocznie do Suno w celu zebrania wszystkich lordów aby uradzić w sprawie dziwnych incydentów ze strony Vaegirów. Wszystkie wasze dotychczasowe zadania i plany przestają być istotne w celu wyższego dobra.
Z poważaniem Creos Berden Królewski Sekretarz."
Hrabia długo wpatrywał się w list, wciąż na nowo czytając, jakby spodziewał się dostrzec tam ukrytą prawdę. To go utwierdziło w jednym, król oszalał skoro myślał że bezkarnie może co chwilę zwoływać i prowadzić swoje kampanie. Przecież miał tak dobry plan,wręcz idealny, sukcesywnie niszczył gospodarkę rhodokom. Poza tym posiadał prawo tak zwanego "usprawiedliwionego odwetu", jeśli wrogi lord spustoszył wieś innego lorda, tamten ma prawo się odegrać.A skoro nie wiedział który to był musiał za punkt honoru obrać strategie niszczenia karawan. Ten plan był za dobry i nawet król nie mógł temu zaprzeczyć, a jeśli będzie pytał żądając odpowiedzi? No cóż miał na poczekaniu kilka przekonujących bajeczek.
Martwiło go tylko że jego szpiedzy donosili iż na dworze szepcze się o nim. Wolał nie wnikać na jaki temat ale zapewne kilku lordów poddawało w wątpliwość jego oddanie Swadi. Wkrótce będzie o nim głośno a właśnie tym niedowiarkom pokaże że sam w pojedynkę rzucił na kolana królestwo Rhodoków.
-Kolejna karawana!-krzyknął nagle jeden z obserwatorów na wzgórzu.
Kolejny punkt dla Plaisa, jakże sprytne było umieścić armie w dolince otoczonej dzewami i wysłać zwiadowców na górę. Nie obawiał się ataku na obóz, trakt znajdował się za wzgórzem a któż wpadłby na to że w dolince stacjonuje armia. Tym razem postanowił osobiście dowodzić atakiem, wcześniej nie mógł. Przecież musiał planować, i ciągle ulepszać plan. Poza tym widział jak łatwo idzie przejmowanie karawan więc ryzyko było małe. Kazał pachołkowi przyprowadzić jego rumaka. Po chwili siedział w siodle, w swojej świeżo wypolerowanej zbroi. Ah,pomyślał, czyż nie uosabiał pełnego splendoru, chwały i rycerstwa? Zapewne tak było bo ujrzał radość na twarzach swoich ludzi,chociasz...nie to nie była radość na widok jego wspaniałej osoby. Głupcy jawnie się śmiali z niego, ale dlaczego? Chwilę pózniej zrozumiał, jakiś niekompetentny idiota obniżył mu strzemiona, a jego nogi zwisały bezładnie po bokach rumaka.
-Na co się gapicie idioci!? Naprawić to szybko bo każe wychłostać!
Kilku zbrojnych szybko rzuciło się by pomóc panu.Utrwało sporo czasu nim ruszył na czele odziału. Zebrał trzydziestu zbrojnych, tylu wystarczyło,kilkunastu kuszników zajęło miejsce po prawej by z góry zasypać karawanę gradem bełtów. Dobrze,po salwie runą w dół a ich dzika i bezwzględna szarża sprawi że obrońcy z przerażenia nie będą w stanie nic zrobić. Już czas pomyślał, tabor był dokładnie przed nimi, jadąc spokojnie u podnóża wzgórza na którym czekała ich śmierć.
-Panie tak myślę....-zagaił sierżant Kaurt,nerwowo spoglądając to na tabor to na swojego pana.
-Aaa, Kaurt myśli-zaśmiał się hrabia-to o czym kaurt myśli?
-To karawana Vaegirów , widzę ich herb,nie ma jeszcze z nimi wojny więc powinnismy...-przerwał niepewny czy może cokolwiek zasugerować swojemu panu.
-Vaegirowie,Rhodokowie...a co to za różnica i tak niebawem wybuchnie wojna z nimi, więc nie widzę problemu aby ich nie móc zaatakować . Swoją drogą kto się o tym dowie, co?
Sierżant nie odpowiedział. Ale właśnie, a jeśli w jakiś sposób król się o tym dowie? W zasadzie to nie możliwe, ale jeśli miał szpiega w armii. Takie przypadki nie raz się zdarzały, i nie byłby zdziwiony gdyby i tym razem też tak się stało, no cóż postanowił że uderzy i po starciu rozmówi się z dowódcami. Nie obędzie się bez przykładowej kary.
Wyciągnął miecz nakazując strzelcom ostzrelać tabor. Bełty pomknęły na obrońców, zabijając kilku na miejscu i kalecząc paru innych. Plais kolejny raz przeklnął, co by się stało jakby każdy ze strzelców zabił jednego wroga. Powstrzymał się od głośnej gbury, miast tego bezgłośnie pogalopował w dół, za nim zbrojni i rycerze.
Dostrzegł panikę wymalowaną na twarzach strażników karawany, nie było ich wielu,może ze trzy tuziny. Tym lepiej, rozsmaruje ich niczym smalec na pajdzie chleba.
Obrońcy utworzyli dwuszereg gotowi odeprzeć szarże, dowodził nimi jakiś Vaegirski oficer. Siedział na potężnym wałachu wykrzykującego rozkazy za lini obrońców. Wtem z drugiej strony traktu Plais dostrzegł jakieś poruszenie , co to było? Nieważne, zwykłe przewidzenie, zamknął przyłbice i wraz ze swoimi jezdzcami uderzyli w mur obrońców. Posypały się dżazgi z roztrzaskanych tarczy, i broni. Rozległy się krzyki tratowanych, dzikie kwiczenie nabijanych na piki koni. Stłumione okrzyki nabijanych na lance.
Wtedy z lasu runęła zwarta masa żołnierzy Rhodoków, było ich kilka tuzinów. Niebezpiecznie zbliżali się do walczących.
-Do tyłu!-ryknął Plais
Nie był pewien czy wszyscy go usłyszeli ale rozsądek nakazywał odwrót na wzgórze gdzie czekała na niego piechota i kusznicy. Rozpłatał dwoje strażników którzy mu zastawili drogę, potem pogalopował w las pod górę, słyszał za sobą krzyki zabijanych ludzi, nie był pewien ile z tych krzyków należało do jego ludzi.
Kusznicy ponowili salwę, a piechota zajęła pozycje poniżej strzrelców, Plais dostrzregł Kaurta który wychodził z siebie byle zachowano szyk i pozycje. No cóż,pomyślał przynajmniej w obliczu nagłego zwrotu akcji sierżant potrafił zachować zimną krew.
Kilkunastu konnych po zajęciu pozycji obok piechoty zsiadło z koni i wraz ze swoim dowódcą czekali na wroga.
Rhodokowie minęli niedobitki obrońców, i nacierali po zboczu. Z zaskoczeniem Plais zauważył że nie zwolnili mimo ciągłego ostrzału. Na czele dostrzegł przeklętego Vaegirskiego oficera oraz Rhodockiego lorda. Kto to mógł u licha być? Zaraz , poznał ten herb, to był niemal na pewno ten pies Raichs. Niech piekło pochłonie Rhodoków, Vaegirów i w zasadzie wszystko to co powodowało w nim atak wściekłości.
Strzelcy oddali ostatnią salwę nim oba oddziały się starły. Plais siekł mieczem ale z trudem mógł przebić zasłonę przeklętych pawęży Rhodoków. Miał wrażenie że specjalnie wymyślano takie uzbrojenie by szlachetni lordowie, jak na przykład on, nie mógi pokonać przeciwnika.
Przez ogólny zgiełk i zamieszanie rozległ się ochrypły z furii głos.
-Plais!!!Ty psie, zapłacisz za wszystkie ograbione karawany!!
Tak to był na pewno Raichs, ale jak on go odnalazł? Sprawy nie wyglądały za dobrze, szczególnie że Swadianie zaczęli się cofać pod wpływem wściekłego ataku wroga. Z przerażeniem dostrzegł jak jego sierżant pada po ciosie młotem przez Raichsa, z tyłu Rhodoków poleciały w kuszników włócznie zabijając wielu z nich.
Nie, sprawy szły gorzej niż zakładał, dekapitowano jego ludzi jednego po drugim, Swadianie nie byli gorsi jednak było ich mniej. Co gorsza zaczynali być oskrzydlani. Kilku rycerzy tez to dostrzegło i z furią natarło na wroga, pawęże pękały po zabójczymi uderzeniami rycerzy. To jednak wciąż było za mało, Vaegirski oficer niebezpiecznie zbliżył się do niego. Uderzył błyskawicznie szablą a Plais musiał przyznać że nie wróży sobie szczęśliwego zakończenia pojedynku. Przepchał się na tyły i wtedy dostrzegł okazje, nieopodal spokojnie pasł się rumak. Plais bez namysłu żucił się w jego stronę i niemal natychmiast pogalopował w stronę Swadii. Za sobą słyszał krzyki, i błagania o litość. Postanowił że pomści tą porażkę, miał już nawet plan. Ale ten był nieskazitelny, jak zawsze.
Po dwóch dniach oczekiwania w tawernie w miejscowości Ryibelt, Vord był znużony jak nigdy. Dwójka opryszków zaklinała się na wszystko że ich przywódca się tu zjawi. A on głupek uwierzył, i czekał jak idiota zmuszony na wysłuchiwania nieustannych narzekań chłopów. Czego on to nie usłyszał, że podatki za duże, że sąsiadowi krowę wilki zagryzły, że jakaś sąsiadka miała liczne romanse. Ogółem sporo dla niego nie przydatnych wiadomości. Robiło się ciemno i do tawerny schodziło się coraz więcej gości, w większości chłopów znużonych po całodniowej pracy. Piwa robiły swoje i musiał wyjść do wychodka przeciskając się przez tłum gości.
Uderzył go nagły podmuch wiatru niezwykle zimnego, gwiazdy zaczęły leniwo się pojawiać, słyszał pasterzy naganiających owce do stajen. Dziwne jak ludzie mogli normalnie żyć w świecie ciągłych wojen. Może jutro jakiś bogaty lord z niedowartościowanym ego postanowi ograbić tą wieś? A może po prostu ci prości ludzie nie mieli innego wyboru i starali się żyć w miarę normalnie i na tyle godziwie na ile im pozwalano. Kto mógł stworzyć taki świat gdzie jedna osoba rządzi innymi,ma wpływ na wszystko, dając innym ochłapy a samemu zagarniając całą resztę.Westchnął, stał się melancholijny po kilku piwach, nie jemu oceniać świat.
Gdy załatwił swoją potrzebę,ujrzał kilka osób zmierzających w jego stronę.Dwójke rozpoznał błyskawicznie, to byli opryszki z wieży, trzeciego nie rozpoznał, może to był Hreth?
Jeden ze zbirów machnął mu na powitanie, Vord niemrawo mu odpowiedział.
-Hreth może cie teraz przyjąć-rzekł jeden-Chodz z nami.
Vord znowu się zawiódł, nie dość że banita sam osobiście tu nie przyszedł to na dodatek kazał aby samemu go uraczyć odwiedzinami.
-Jak hto?-zabełkotał, i przeklął, zaczął pijacko seplenić, cóż za wstyd-miał tu przy...przyjść.
Nieznajomy uśmiechnął się, i poklepał go po ramieniu.
-Piwo to zaraza naszych czasów. Niszczy dusze i ciało. Hreth nie mógł zjawić się osobiście, ale nie martw się , to nie daleko.
Vord znając swoje szczęście nie zakładałby się o to, och to zapewne tylko z dwadzieścia mil. Jednak wiedział że musi się poświęcić, za dózo miał do stracenia. Chwiejnie podążył za trójką przybyszów.
Nieznajomy nie kłamał, nad ranem byli w lesie nieopodal wsi Ruluns. Jeśli Hreth był rzeczywiście tak dobrym banitą jak mówiono teraz był skłonny w to uwierzyć. Bowiem nie spodziewał się malutkiej wsi otoczonej ostrokołem z małą bramą z wieżami po obu stronach. Wszystko zbudowane z grubych bali, a więc stabilne i wytrzymałe. Ale łatwopalne jak szybko wydedukował.Nieznajomy chyba zauważył o co mu chodzi i odparł.
-Wszystko porządnie nasmarowane Surinnum, a więc nie do podpalenia, nie martw się towarzyszu. Nie jesteśmy bezmózgimi grabieżcami.
To fakt, minęli bramę, w środku było parę chat a na środku budynek o budowie mówiącej iż ma zastosowanie typowo defensywne. Budynek nie był wysoki, posiadał wieżę krytą strzechą. Vord zgadywał że zapewne też pokrytą Surinnum, posiadała liczne otwory strzeleckie. Stała pośrodku budynku bez okien z jednym wejściem. Nad wejściem coś wisiało, teraz przykryte płachtą, co to było?...wolał nie zgadywać.
W tej dziwnej wiosce, nie było dużo osób, spodziewał się takich klasycznych banitów jak z opowieści. Skórznia,łuk, i sarna na ramieniu. Nic bardziej mylnego. Każdy był uzbrojony po zęby, tu jakiś wysoki mężczyzna obarczony ogromnym toporem rąbał drzewo. Przy studni rozmawiało dwóch ludzi,jeden miał kolczugę , opierał się na halabardzie a drugi w mieszanej zbroi, tu napierśnik, kolczy czepiec,skórzane rękawice,oraz zwykłe bryczesy, bawił się z kuszą, dokonując jakiś poprawek.
Z małej fortecy jak ją nazwał Vord wyszedł naprzeciw dobrze zbudowany mężczyzna. Nie miał koszuli, był w spodniach i jezdzieckich butach, na grubym pasie zwisały dwa topory i sztylet. Był zarośnięty, włosy miał zmierzwione jakby targał je w amoku. Nos miał zapewne połamany kilkukrotnie, głowę okalała mu czarna opaska. Vord mniemał iż to w końcu owy banita.
-Zwą mnie, parszywym dziadem- mężczyzna przerwał napawając się swoim wątpliwym żartem-aha, samotny wilk nie lubiący żartów,co? No cóż to i ja się dopasuje do pana...
-Vord, Vord Reiner-rzekł Vord nieco sparaliżowany uczuciem pierwotnej dzikości bijącego od tego człowieka.
-Jestem Hreth, banita szukany we wszystkich królestwach Carladi, i słyszałem ze mnie szukałeś.
Hreth odprawił gestem ręki resztę oprócz nieznajomego, tamten ukłonił się w sposób jaki powstydziłby się nie jeden lord, potem dodał.
-Livmer Segmeris, taktyk, lekarz obecnie na służbie, a właściwie współpracy z Hrethem, miło cię poznać.
Ukłonił się raz jeszcze i poszedł w stronę jednej z chat. Przywódca banitów przybrał ponury wyraz twarzy i powiedział.
-Jeśli zdradzisz władzą nasze położenie zginiesz, rozumiesz?
-Tak, doskonale to rozumiem.
Hreth na nowo stał się tym wesołym potrzepanym człowiekiem, skrzyżował ręce na piersi i...nastała cisza. Vord był nieco zbity z tropu o co chodziło? Powiedział coś nie tak, nie wypowiedział jakiegoś tajnego hasła ? Coraz bardziej wątpił czy ten szaleniec mu pomorze, stał przed nim jak kołek. Czuł się jak uczeń w akademii, gdy jako dziecko stał jak teraz nie mogąc odpowiedzieć na pytanie uczonego. Teraz czuł to samo uczucie, ale przebył tyle drogi że musi zadać mu to pytanie.
-Pomożesz mi uciec na południe do Khanatu? Ściga mnie jeden z Nordyckich lordów, błagam...gdy tam dotrzemy wynagrodzę cię, mam tam pewnego znajomego, który jest mi winien sporo pieniędzy...błagam. Tamten dalej tępo patrzył na niego, zamruczał coś pod nosem i w końcu ku zaskoczeniu Vorda odezwał się.
-Vord? Co to za śmieszne imię? -i znowu przerwał, Vord zaczynał wychodzić z siebie, czuł że zaraz własnymi rękami rozszarpie tego wariata-Nie ważne, matka takie dała to se miej he he, nie wnikam za co ten lord cię ściga, ale nie mogę ci pomóc...no przynajmniej na razie.
-Dlaczego??
-Szykuje ludzi, Swadia złożyła mi obietnice na piśmie że w zamian za miesiąc służby darują mi wszystko, moim ludziom też.
Vord niemal nie ryknął ze śmiechu, w taki sposób pozbywano się natrętnych banitów i awanturników.Wystarczyło zanęcić ich pieniędzmi i obietnicą odkupienia win, a pod koniec służby wysyłano na tak zwaną ostatnią łatwą misje. Wiele słyszał i wiedział że nazwa ostatnia misja była na miejscu. Ostatnia dla najemników, zawsze oznaczało to pewną śmierć, w ten sposób pozbywano się niepotrzebnych złoczyńców. I mimo tej wiedzy chętnych nie brakowało, zbyt kusiła wizja odbicia się od biedy.
Z wyglądu Hretha łatwo było się domyślić że zamierza naprawdę nająć się do służby. No cóż , nie mógł mu się dziwić mógł zyskać wolność i pieniądze, ale raczej na pewno śmierć.
-Tak więc Vordzie Reinerze, odczekaj gdzieś miesiąc czekając na nas lub spróbuj sam przedostać się na południe, nic nie mogę poradzić.
Hreth rozłożył ręce w geście bezradności i powoli odwrócił się w stronę fortu. Vord dalej stał i miał teraz milion myśli na minute, mętlik w głowie był nie do zniesienia. Wiedział że zawsze jest szansa na dotarcie do granic Khanatu, a jeśli dopadną go Nordowie? Co w tedy, nie da im rady,szczególnie że będą żądni jego krwi po tym co zrobił. Przeczekanie było też ryzykowne. Miał jedno wyjście, krzyknął w stronę przywódcy przyszłego oddziału najemników.
-Zgoda, dołączę do was na miesiąc, potem jeśli przeżyjemy idziemy na południe, wtedy dam ci wszystko co mam u znajomego! Słyszysz?
Hreth stanął i spojrzał przez ramie, uważnie go lustrując czy się nada, przynajmniej tak myślał Vord. Jednak oprócz gapienia się nic nie powiedział.
-Słyszysz?! Idę z wami!
-Nie męcz ucha...-odparł w końcu, a potem z uśmiechem dodał-zastanawiam się dlaczego nie przygotowujesz się do drogi...w południe wyruszamy, po lepsze jutro przyjacielu.
-
Bardzo ciekawe opowiadanie. Drugi rozdział według mnie lepszy od pierwszego - takie odczucie.
Czekam na Trójkę :D
-
Rozdział 3.
W końcu zobaczył w oddali mury miasta Suno. Hrabia Plais nie mógł się nacieszyć że mu się udało. Oczywistym było że musiał zajechać zdobycznego rumaka i teraz jechał na odebranej chłopom szkapie. To i tak było bez znaczenia, bowiem uniknął niewoli oraz co najlepsze zdążył na czas na zebranie w Suno.
Dostrzegł po prawej stronie jak z lasu wyłania się oddział Swadianów,na czele jechał Hrabia Haringoth, od razu go za uwarzono. Plais zaczynał się pocić, gdy ten głupek zobaczy że nie ma z nim armii zacznie coś podejrzewać. Nie potrzebował kolejnej osoby która dołączy do grona spiskowców przeciw niemu. Haringoth podjechał do niego nie ukrywając uśmieszku, zapewne cieszył się ze stanu w jakim Plais obecnie się znajdował.
-Witaj Plaisie-zatrzymał się obok niego-nie wiedziałem że kupiłeś nowego rumaka.
Haringoth zaczął się śmiać, Plais wiedział że nie mądrze było z nim zadzierać, był świetnym szermierzem. Przybrał poważny wygląd twarzy i najgrzeczniej jak potrafił odrzekł.
-Mój rumak skręcił sobie nogę na przeprawie przy rzece Sirvelia, chłopi mi dali tego konia.
Haringoth nakazał oddziałom aby się zatrzymali, Plais teraz dopiero docenił ilu miał ludzi, musiało być ich ze dwie setki. Gdyby on miał tylu ludzi, mógłby wiele zdziałać. Ale któż potrafił docenić jego niemały geniusz?
-A gdzie twoi ludzie? Nie roztropnie samemu podróżować.
Jakie szczęście że jego inteligencja pozwalała mu naprędce wymyślać wymówki, wziął głęboki oddech i odpowiedział.
-W zamku Ryibelt, miałem kilku zbrojnych ze sobą...jednak wysłałem ich na zwiady, lubię wiedzieć co się dzieje u wroga.
Haringoth uważnie mu się przyglądał jakby wietrząc kłamstwo. Cokolwiek myślał nie wyraził tego na głos, nieznacznie się uśmiechnął. Nakazał ludziom ponowić marsz.
-Zaiste, dobry strateg z ciebie-zamyślił się patrząc na ubrudzony krwią miecz Plaisa-ruszajmy, czas na nas.
Niech to szlag, pomyślał Plais, uważnie wyprał wszystko nad rzeką, przeoczył kilka kropli krwi na głowicy miecza. Ale po cóż on się martwił, był głodny i jako urodzony łowca upolował zająca i mieczem odciął mu łeb. Tak to było dobre, niewątpliwie był geniuszem w każdym calu.
Razem z jego towarzyszem ruszyli do miasta.
Wieczorem mała grupka ludzi przechodziła przez bramę miasta Suno, każda z osób z ponurą miną i dobrym uzbrojeniem.
Kris Zabójczy wiatr wpatrywał się z zainteresowaniem na tą grupę, wiedział że jedna z tych osób to jego cel. Radował się że w końcu go znalazł, wystarczyło popytać okolicznych chłopów. Jarl Gerlad dokładnie mu opisał cel, dostał sto sztuk złota zadatku, drugie tyle po robocie.
Wiedział że jego cel był łatwy, ten żałośnie wyglądający człowiek nie mógł być dla niego problemem. Średniego wzrostu, licha kolczuga. Miał zmęczony wzrok a Kris wiedział że to z ciągłego stresu. Blizna ciągnąca się od lewego ucha aż do ust upewniła go. To ten człowiek miał zginąć.
Ruszył w sporej odległości za tą grupą, najpierw rozpoznanie,opracuje potem plan, i w końcu wykona wyrok. Powoli i metodycznie śledził tą zbieraninę, nadchodziła noc, a więc to był jego czas. Vordzie Reinerze nawet nie wiesz że dziś zginiesz pomyślał i ruszył dalej.
Vord szedł wraz ze swoimi towarzyszami w stronę zamku gdzie niejaki Hrabia Grainwad miał wypisać im stosowne dokumenty. Po drodze poznał trochę swoich kompanów.
Wysoki osiłek z dwuręcznym toporem to Burga Ponury, dziwny i agresywny gość. Szczupły Kerwin Salske, długie kruczo czarne włosy, stawiał na oryginalność bowiem miał opancerzenie złożone z różnych elementów. Był też najlepszym strzelcem z olbrzymią kuszą którą nazywał Merry. Nikson, dobrze zbudowany halabardzista, twarz miał w chrostach zapewne po licznych chorobach. Livmer Segmeris, szczupły i nie grzeszący umięśnieniem. Jedyny oczytany i uczony człowiek w grupie. Nosił duże binokulary aby poprawić lichy wzrok, u pasa miał krótki miecz. Na końcu jedyna kobieta Elissa, konkurencja strzelecka dla Kerwina, świetnie strzelała z łuku.
Vord pomyślał że jest nawet piękna, ale jej zimny charakter mówił że nie ma ochoty na zadawanie się z mężczyznami. Nosiła skórznie która uwydatniała jej niezgorszą figurę. Włosy blond opadały na ramiona, była śliczna. Vord wpatrywał się w nią zupełnie niepomny że dostrzegła jego wzrok.
-Problem? -rzekła zimnym pozbawionym emocji głosem.
-Eee...nie...jesteś...znaczy...nie ma problemu-wystękał i przeklinał siebie za brak odwagi do kobiet. Poza tym człowieku pomyślał, nie masz u niej szans jest wyższa od ciebie ,a był to tylko w jego mniemaniu tylko jeden z powodów aby się nią nie interesować.Zapewne z wzajemnością,tylko w bajkach istniała miłość od pierwszego wejrzenia.Nieistotne,
poza tym i tak nie powinien się nią interesować. Przynajmniej dopóki nie wyjaśni sprawy z inną kobietą. A to prędko morze nie nastąpić.
Na przodzie szedł Hreth, tradycyjnie bez koszuli i w podobnym stanie jakim go spotkał na początku. Śmiał się do siebie i mruczał coś pod nosem. Vord był ciekaw co spowodowało w nim takie zachwianie psychiki, wyłapał wzrokiem Niksona.
-Nikson, słuchaj dlaczego Hreth jest taki...
-Dziwny? -odparł halabardzista, po czym nie czekając na odpowiedz Vorda dodał-Nie mi o tym mówić, poza tym nie wiele osób zna prawdę, a kilku którzy jej dociekali marnie kończyli.
Czyli nie pozna prawdy, i nie chciał jej poznać po tym co usłyszał. W sumie co go interesowała przeszłość kogoś innego. Każdy miał swoje życie, plany, każdy liczył też na odrobinę prywatności. I może dlatego nikt też nie interesował się faktem dlaczego jest ścigany przez Nordów. Może i lepiej, a jednak czasami pragnął się komuś zwierzyć. Wyrzucić z siebie bul i żal, człowiek nie był niezniszczalny. I każdy posiadał uczucia,pragnął być zauważany i doceniany.
Nie zauważył gdy już doszli do wrót pałacu, strażnik skierował ich do kwatery rejestrów i werbuku. Przed wejściem Hreth podszedł do Vorda, przybrał konspiracyjny wyraz twarzy i cichym głosem powiedział.
-Odkąd weszliśmy do miasta ktoś nas obserwuje i śledzi. Czuje to jak i czuje że śledzą nikogo innego jak ciebie. Uważaj na siebie i miej oczy dookoła głowy brachu.
-Co takiego? Kto?
Vord był przerażony, Nordowie go odnalezli? Ale jak i co chcą zrobić. W sumie domyślał się że najpewniej zabić. Nie doczekał się wyjaśnień gdy strażnik zaprosił wszystkich do środka małego pokoiku. W środku na wysokim krześle siedział ponury człowiek. Ukrywał twarz w dłoniach jakby się modlił, na biurku leżały porozrzucane w nieładzie księgi i pergaminy. Kałamarz leżał na ziemi leniwie rozlewając atrament. Za tym mężczyzną wisiała mapa Carladi z licznymi drewnianymi kołkami powbijanymi w różne miejsca.
Vord dostrzegł także jak mnóstwo było tu ksiąg, dwa olbrzymie regały zajmowały obydwie ściany w pokoiku, pułki niebezpiecznie uginały się pod ciężarem opasłych tomów.
Hreth zachrząkał aby dać do zrozumienia gospodarzowi że nie jest sam. Tamten spojrzał leniwym wzrokiem na nich, był blady i sprawiał wrażenie jakby nie spał od tygodni.
-Witajcie, nazywam się Grainwad i odpowiadam za werbunek najemników. Wybaczcie za mój stan ale ostatnimi czasy ciężko o sen.
Drzwi się otworzyły i do środka weszło dwoje gwardzistów i zajęło miejsca obok drzwi. Vord domyślał się że nie ufano najemnym ostrzom, z kolei hrabia z zapamiętaniem wertował stronice w jakiejś księdze.
-Długo jeszcze tu będziemy? -cicho zadał pytanie Burga patrząc na Hretha.
-Nie, to zajmie chwile-przywódca bacznie lustrował pomieszczenie, może był ciekaw ile wartościowych rzeczy tu się znajduje? Vord nie był pewien ale z tego co mógł przypuszczać równie dobrze mógł oglądać dla samego faktu byleby czymś się zająć. Wiedział że te formalności zajmą kawał czasu i wcale nie był z tego faktu szczęśliwy.
Sala zebrań była wypełniona po brzegi .Niemal każdy lord stawił się na zebranie. Plais zajął miejsce przy długim stole uważnie obserwując zebranych. Rozwalił się na krześle i westchnął, nigdy nie lubił takich zebrań. Trwały długo, niewiele nowego wnosiły i był cichym polem bitwy lordów o władzę. Nie gardził tym bo sam starał się wypracować dla siebie dobrą pozycję. Ale czy ktokolwiek był świadom jaki geniusz skrywał? Nikt , każdy myślał o sobie i gardził resztą. Na dodatek stary Harlaus jeszcze się nie pojawił. Plais uśmiechnął się z pogardą, wiedział że stary lubił mocne wejścia. Ciągle stwarzał okazje aby pokazać kto tu rządzi.
Głośne szuranie krzesła obok wyrwało go ze słusznych przemyśleń, obok rozsiadł się Haringoth.Spojrzał szyderczo na niego , uśmiechnął się i lustrował zebranych. Na przeciw Tredian opowiadał o jakiejś uczcie Regasowi, obaj śmiali się jakby właśnie usłyszeli dowcip. Montewar zajadał się sarniną popijając sporą ilością wina.
Wrzawa w sali była ogromna, gwar rozmów przeszkadzał Plaisowi w swobodnym przemyśleniu. Nie mógł się skupić, gardził wszystkimi bez wyjątku. Nikt z nich nie był godzien aby nosić tytuły, tylko on , a jednak król chciał inaczej. Wyłapał wzrokiem Delinarda, tamten również go dostrzegł i od razu spuścił głowę na dół. Postanowił wstać i się z nim rozmówić, gdyby w tedy był z nim podczas plądrowania karawan sprawy potoczyłyby się inaczej. Zatrzymała go ręka Haringotha.
-Uśiądz Plaisie...
Coś w głosie Haringotha sprawiało że dostał gęsiej skórki. O co mu chodziło, żądał wynagrodzenia za eskortę do miasta. Mogłaby być to prawda, jak każdy z lordów był łasy na łatwe pieniądze. Plais zaczynał być rozdrażniony, wszystko go denerwowało, a liczne sprawy które trzymał w ukryciu wcale nie pomagały w uspokojeniu się.
-O co chodzi? -odparł od niechcenia.
-Myślisz że jesteś tak dobry? Ja wiem o tym co zrobiłeś, wiem wszystko, listy które wysłałeś do lordów prosząc o jakąś przysługę, atak na Vaegirów...
Plaisa oblał zimny pot , w jakiś szatański sposób ten łajdak odkrył wszystko co tak zręcznie zatuszował. Ale jak i w jaki sposób? Jedyne rozwiązanie mówiło że szpiedzy byli na jego dworze. Musiał teraz jakoś z tego wybrnąć, jednak czuł że to nie będzie łatwe. Przecież gdy król się dowie że to za jego przyczyną Vaegirowie wypowiedzą wojnę Swadi...Oczami wyobrazni widział siebie w lochu lub co gorsza w niewoli Vaegirów jako zadośćuczynienie za krzywdy od Swadii. Rozum nakazywał urzyć starej i wypróbowanej metody.
-Dwa tysiące sztuk złota i pary z gęby. Robiłem to dla dobra nas wszystkich.
Haringoth nie zdążył odpowiedzieć gdy właśnie trąby obwieściły przybycie króla. Ubrany w odświętne szaty ze złotym medalionem na szyi usiadł na fotelu w na końcu ławy. Nie czekając na oficjalne pozdrowienia cichym ale ostrym głosem zaczął.
-Panowie...Rhodkowie przekroczyli granice Swadi, a więc słusznym jest odpowiedzieć stalą na ten atak. Kwestia Vaegirów jednak mnie martwi. Domagają się aby znieść cło z karawan , albo zaczną bardziej bezpośrednie naciski. To byłoby do zniesienia jednak ktoś z nas zaatakował bezpoctawnię jedną z ich karawan, dosłownie przed chwilą otrzymałem ten list.
Plais zbladł jak ściana, to był już koniec, odkryto jego karty. Poczuł chęć natychmiastowej ucieczki z tąd. Ale to mogłoby być nie mądre, niechybnie by się wydało że to na pewno on.Ale co mógł zdziałać, obawiał się że jego wymówki będą za słabe. W dodatku Haringoth wszystko wiedział, a nie był pewien czy któryś z lordów do których pisał listownie nie powiążą tego faktu z nim.
Haringoth nie krył dzikiej radości ukradkiem rzucając w jego stronę wzrokiem. Tak,teraz było już po wszystkim. Postanowił że do końca będzie się zapierał i wypierał. To było jedyne wyjście, ale czy na pewno? Zaświtał mu zabójczo świetny plan, tak dobry że dziwił się że dopiero teraz na to wpadł. Plaisie,pomyślał ,jesteś mistrzem iluzji, zresztą w każdej jednej dziedzinie. Czekał z błogim spokojem na to co miało niebawem nadejść.
Zabójca Kris wyjrzał przez okno tawerny z drugiego piętra. Miał doskonały widok na wrota pałacu,jak się domyślił Vord i reszta zbieraniny postanowili zacząć karierę najemników. Przeklinał bo od godziny tu tkwił, mrok spowił świat i strażnicy zapalali latarnie. Ludzie powoli opuszczali ulice kierując się do domów lub tawern albo zamtuzów. W mieście na dodatek trwało zebranie lordów i obecnie pełno tu było żołnierzy. Ale dopóki działał skrycie i nie zwracał na siebie uwagi był bezpieczny.
Jednak to czekanie go nużyło, zastanawiał się gdzie skierują się najemnicy. Od razu ruszą z jakąś misją czy zostaną w mieście na noc? Każda alternatywa była prawdopodobna, niezależnie od tego co zrobią on musiał działać.
Zaskoczył się gdy ten wyglądający na szaleńca mężczyzna go wyłapał z tłumu. Sposób w jaki na niego patrzył...Kris czuł że ten głupiec wie ze są śledzeni. Pomyślał że mógłby się nadać na zabójce, miał wyczulone zmysły. Wiedział też że ten szaleniec mógł mu pokrzyżować plany. A więc i jego należało się pozbyć,najlepiej w pierwszej kolejności.
Wrota pałacu w końcu się otworzyły, najemnicy wyszli zamieniając kilka słów ze strażnikiem. Po czym się oddalili. Kris uważnie spoglądał dokąd zmierzają, szybko wybiegł z pokoju, zbiegł na dół po schodach i skierował się do wyjścia.
Vord pragnął już iść spać. Pobyt w tym biurze całkiem pozbawił go chęci do czegokolwiek. Hrabia Grainwad ociężale wypełniał dokumenty ale z pewnym zachowaniem odpowiedniej kolejności. Spisał wszystkich, nakazał na piśmie złożyć przysięgę, i sporządził umowę na miesiąc. Potem ku zadowoleniu wszystkich wręczył im na początek po dwadzieścia sztuk złota. Nakazał przespać się w mieście a rano ruszyć w kierunku zamku Maras, gdzie zresztą zmierzała armia Swadii.
Hreth postarał się również aby w umowie było przyrzeczenie o nietykalności jego fortu w lesie, zostawił tam kilka osób i zapewne po wszystkim chciałby tam wrócić. Oczywiście hrabia się zgodził ku zaskoczeniu Hretha.
Vord cieszył się że dwójka która go zaatakowała w ruinach wieży została w forcie. Nade wszystko tej dwójce najbardziej nie ufał. Niby nie miał powodu, byli pod rozkazami Hretha.Jednak kto mógł ufać ludziom którzy chcieli go zabić? Niech lepiej tam siedzą z dala od niego, miał wiele innych zmartwień by jeszcze uważać na członków grupy.
Miasto zdawało się już być wyludnione, a chłód nocy przenikał powoli przez całe ciało. Widząc roztrzęsionego z zimna Vorda, przywódca najemników zagaił.
-Widzę że trzęsiesz się jak gacie na wietrze, chodzmy do tawerny napić się.
Entuzjazm wszystkich był widoczny, zawsze mogła to być ich ostatnia popijawa. Więc woleli dobrze z tej okazji skorzystać. Vord zastanawiał się jak w takim chłodzie nie jest zimno gołemu niemal Hrethowi. Ten chyba jakimś nadludzkim wyczynem odgadnął o czym myślał,i rzucił krótko odpowiedzią.
-Tłuszcz psa.
Vord żałował że w ogóle uraczono go tą wątpliwie przyjemną odpowiedzią...
Plais zmierzał do swojego pokoju, zadowolony i pełen optymizmu. Zebranie okazało się doskonałym sposobem na wyrównanie starych porachunków. Król łatwo uwierzył w jego opowieść. Nie zapomniał tej ciszy gdy Harlaus domagał się aby winny się przyznał, Plais myślał w tedy że Haringoth go wyda. Jednak wizja pieniędzy chyba za bardzo się mu spodobała. Po zliczeniu lordów okazało się że dwoje się nie wstawiło z różnych powodów. Byli to hrabia Clais i Mirchaud, jednak jedna z tych osób wielokrotnie mu szargała dobrą opinie i miała zatarg o kilka ziem. Mirchaud więc był świetnym kozłem ofiarnym, który zresztą nie cieszył się sympatią większości lordów. A to oznaczało że wszyscy byli bardziej skorzy do uwierzenia w to co o nim opowiedział.
Jak mu był wiadomo, Mirchaud patrolował granice Swadii wypatrując armii Rhodoków a to stanowiło już realną szanse na uwikłanie go w ten atak. Plais długą przemową opowiedział jak to Mirchaud wysyłał listy do lordów w celu ataku na karawany wroga. Oczywiście ten głupek Delinard powiedział że to on je wysyłał bo widniał tam jego podpis. Plais udał urażonego i odparł że Mirchaud nigdy go nie lubił i w razie niepowodzenia całą winę rzuciłby na niego. I ta bajka została łyknięta przez wszystkich. Chociaż kilku lordów uważnie spoglądało na niego jakby nie do końca wierząc w tą opowieść.
Plais dodał że zapewne Mirchaud w porywie sukcesów zaatakował Vaegirską karawanę, i dlatego się nie zjawił w obawie przed gniewem króla. Dodał na końcu by ostateczne nie podejrzewać jego osoby że posłaniec też był w zmowie z Mirchaudem i udał że niejako widział Plaisa w poblizu Yalen. Plais dodał podkreślając że jest oburzony tym zdarzeniem że cały czas rezydował w zamku Ryibelt.Poza tym dlaczego Mirchaud się nie stawił na zebranie?
Potem król nakazał odszukanie Mirchauda i sprowadzenie go przed jego oblicze. Plais wiedział że ten głupek będzie się bronił próbując się tłumaczyć. Ale jako że możliwa wojna z Vaegirami to wina ataku ich karawany a winny był potrzebny,nikt nie mógł mu uwiezyć.
Wszedł do komnaty jednak nie zdążył zamknąć drzwi gdy bezceremonialnie wszedł Haringoth.
-Nie dość że tchórz to i kłamca-wycedził przez zaciśnięte zęby.
Plais nie zważał na jego nic nie warte słowa, pieniądze załatwią całą resztę,a potem? Zacznie wcielać w życie nowy plan.
-Nazywaj to jak chcesz,ja zrobiłem to co słuszne.
-Chyba kpisz, łgałeś wszystkim prosto w oczy, skazałeś biednego Mirchauda na lochy, okazałeś się wstrętnym wężem który wysysał krew z przyjaciół. Gdyby nie to że zyskam na tym..zabiłbym cie tu i teraz.
Plais nie wątpił że ten osiłek mógłby to zrobić. Nie chciał też zanadto się temu osiłkowi narażać. Sięgnął do sakwy, przeliczył wyrachowanym wzrokiem zawartość, i wręczył ją swojemu rozmówcy. Tamten spojrzał, i po raz kolejny szyderczo się uśmiechnął, kiwając głową jakby czegoś nie mógł zrozumieć. Plais był już obrzydzony jego obecnością, dlaczego nie zabierze pieniędzy i nie da mu spać ?
-O nie Plaisie, ja już zmieniłem zdanie...chcę, a właściwie żądam dwa razy tyle. Mógłbyś dużo więcej stracić gdyby prawda wyszła na jaw.
Plais czuł że poczerwieniał ze złości, ta gnida chciała skorzystać z okazji by wyłudzić jak najwięcej. Nie miał honoru, ale to już dawno wiedział. Miał ochotę wyciągnąć sztylet i pozbyć się go. To było niezłe,nie musiałby nic płacić, nie ryzykowałby że kiedyś ta szuja go wyda. Ale było to za niebezpieczne, obawiał się że reputacja najlepszego szermierza w królestwie była prawdziwa. Mógł przecież nie trafić czysto, albo Haringoth mógł po prostu przewidzieć to i uderzyć pierwszy. Nie, to był zły pomysł, mógł zginąć a miał za duże ambicje.
-Zgoda, dam ci cztery tysiące-i tu zaświtał mu pomysł-a jeśli mimo tego zapiszczysz chociaż słowo w tej sprawie...
-To co wyzwiesz mnie na pojedynek ?-prychnął jakby chciał by tak się stało.
-Nie ma potrzeby zachowywać się jak Sarranidzi...ale sądzę że król by nie był zadowolony gdyby dowiedział się co robiłeś w Praven z jego córką...
-Skąd wiesz??
Haringoth nieznacznie pobladł, potem chwycił za rękojeść miecza, ręce zaczęły mu drgać. Plais cofnął się nieznacznie , czuł że w każdej chwili ten furiant rzuci się na niego. Czuł że może nie było to mądre posunięcie,tamten wyciągnął rękę w jego stronę.
-Daj resztę i zachowujemy nasze tajemnice dla siebie...
I o to chodziło, dał mu resztę i odprowadził go wzrokiem. Zamknął drzwi i rozłożył się na łóżku. To były dziwne czasy, ile trzeba było się namyśleć by wywalczyć coś dla siebie. Był jednak zadowolony, wszystko ułożyło się po jego myśli. Może nie tak jak sobie zaplanował ale efekt był podobny. Zanim zasnął pomyślał że droga pod zamek Maras jest długa, a Haringoth mógł przecież mieć wypadek. A gdyby zginął? Pozbędzie się jedynego świadka, nie uważał się za złego człowieka, po prostu wypadki się zdarzały...
-
Nawet fajne opowiadanie.Oby tak dalej(no jedyne do czego mogę się przyczepić to kilka błędów ortograficzny i zbyt często powtarzanie niektórych wyrazów np.Zbir,cios) :)
-
Gramatyka, interpunkcja i ortografia leży, kwiczy i czeka na Dzień Sądu Ostatecznego.
Kończ waść, wstydu oszczędź.
-
Pomijając gramę, całkiem nieźle Ci idzie;) Mnie najbardziej podobają się spiski na dworze wśród lordów, wątek tych najemników, zabójców itp tak jakoś mógłbyś urozmaicić, np któryś z wojaków jest szlachcicem (taki b. łatwy początek gry wpleciony w fabułę) z zubożałej rodziny, za to b. ambitnym i... łasym na władzę i pieniądze xD (wprowadzi Isollę na tron Swadii?;))
-
Niebawem pojawi się 4 rozdział dla tych którzy chcą abym kontynuował. Co do samej fabuły, wątek z najemnikami wkracza we właściwą fazę, a uwierzcie szykuje się ogromny przewrót na skalę całej Carladi. Co zaś do słów krytyki...każdą zniosę bo jednak warto znać wasze opinie, błędów się nie da całkowicie zniwelować, zawsze coś przekręce albo zagmatwam zdanie. Staram się jak mogę, jestem amatorem i daleko mi do sławnych pisarzy. A tak na marginesie gdyby miała powstać taka książka, to czyż nie przeszła by wcześniej gruntownej korekty?;) Myślę że w tedy nie było by błędów, a jako że to amatorszczyzna i wielu narzeka...trudno, nikt nie jest idealny. Nie mniej jednak dziękuję za każdą waszą opinie i wskazówkę.
Mam ogólny zarys fabuły i według mnie naprawdę świeżej z nowymi pomysłami, nie chcę się kurczowo trzymać "fabuły"gry. Co do Lady Isoldy, można się zastanowić. Ja tymczasem piszę dalej, no do momentu aż większość głosów będzie na nie;((
-
Kiedyś jak będę miał czas to na pewno to wszytko skopiuje, wydrukuje i przeczytam wszystko ładną nocą ;) Oby tak dalej !!
-
Co z nowym rozdziałem?
-
Przepraszam wszystkich za długi czas oczekiwania na kolejny rozdział.Mam nadzieję że kolejny nie będzie gorszy od poprzednich.Miłej lektury.
Rozdział 4
Zabójca Kris już miał otwierać drzwi tawerny gdy do środka weszli najemnicy,a co za tym idzie jego cel Vord. Zachował stoicki spokój i błyskawicznie skręcił w lewo lawirując między stolikami, po czym usiadł w rogu. Stąd miał doskonały widok na całą sale oraz jego miejsce było bezpieczne ,nikt nie wbije mu sztyletu w plecy. Jednak nieco był roztrzęsiony, nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, po prostu nie przewidział że może wpaść na cel tak niespodziewanie i w takim miejscu. Musiał ułożyć jakiś sensowny plan.
Najemnicy usiedli po drugiej stronie sali, sześciu mężczyzn i jedna kobieta, nie wyglądali na słabych. Kris zamówił piwo dla niepoznaki, uważnie lustrował nowo przybyłych, i szczerze mówiąc nie miał zielonego pojęcia jak wykonać misje.
Vorda uderzył zapach przygotowywanych potraw, zapach piwa, ale i też jak to bywa w zatłoczonych karczmach smród niemytych ciał. Wielu mówiło że Carladia to wysoko rozwinięte kulturowo miejsce, ale z higieną byli na bakier. Westchnął głośno i usiadł z resztą przy obszernym stole, mimo wielu nie wygód cieszył się ze w końcu znalazł czas na odpoczynek w miarę przyzwoitym miejscu. Przeciesz długi czas sypiał pod gołym niebem lub za pozwoleniem chłopów w stodołach...tak to miejsce było na tle tamtych niemal rajem.
Z rozmyślań wyrwał go głos Burga.
-Młody a ty co zamawiasz? Nie każ służce czekać całą noc na zamówienie, he he.
Tak, rozmyślania zupełnie mu teraz się nie przydadzą, spojrzał na barmankę. O zgrozo, na jego oko mogła mieć dopiero piętnaście wiosen, kto mógł by tak młodą osobę przyjąć? Możliwe że była sierotą lub sama chciała tu pracować aby się wyrwać z chłopskiego życia. Cokolwiek to by nie było po co on miałby się tym martwić?
-Dla mnie piwo-reszta towarzyszy ze zdziwieniem spoglądała na niego-w sumie to osiem piw.
Służka uśmiechnęła się po czym oddaliła, Vord rozsiadł się wygodnie i wsłuchiwał się w gwar rozmów. Livmer żywo rozprawiał z Hrethem o jakimś planie i sposobie wykonania zadań bez zbędnego ryzyka. Tamten drapał się po głowie i krzyknął na głos.
-Barman, suszy nas! Ile mamy czekać do licha?!
Popijawa trwała długo i ostatnie co Vord zapamiętał to bul głowy po tym jak upadł z krzesła po nieudolnej próbie wstania ...
Kris siedział już kilka godzin a tamci byli już schlani jak świnie. Jego marny cel właśnie upadł na podłogę. Uśmiechnął się ,w takim stanie nie będą dla niego wyzwaniem. Zerknął na szaleńca, ten mimo kilku piw nadal dobrze sie trzymał, podniósł młodego z podłogi ,zamienił kilka słów z barmanem i wszedł z nim na góre. Dobrze, gdy go połozy spać, a cel zostanie sam w pokoju on z lekkością się go pozbędzie.
Wstał i podszedł do barmana, dyskretnie spojrzał na resztę. Cała zgraja właśnie ledwie się trzymała, jeden z nich spał opierając głowę o blat. Jednak przy kontuarze nadal pełno było ludzi, zaczął przepychać się między nimi, jednego moze za mocno odepchnął bo runął na podłogę. Gawiedź cofła się od nich zupełnie jakby ten leżący był kimś ważnym a on sam stał się jego przyszłą ofiarą.
-Ty chamie!-krzyknął, czerwieniejąc się ze złości-Wiesz kogo właśnie popchnąłeś?!
Kris uważnie mu się przyjrzał, facet miał włosy do ramion, dało się wyczuć perfumy saranidzkie, na palcach nosił kilka złotych pierścieni. Był młody i po mowie mógł się domyślić że ma do czynienia z jakimś młodym szlachcionkiem.
-Wybacz panie-wolał nie wszczynac awantury, gdyby nie miał zadania...-Postąpiłem nie godnie.
Wyciągnął ręke w jego stronę, tamten odtrącił ją i błyskawicznie wstał. Biesiadnicy zamarli w oczekiwaniu na to co się zaraz stanie. Być może wiele razy widzieli tego szlachcica w podobnych akcjach, i zapewne jego ofiary kończyły w rynsztoku. Tyle że to on był łowcą, nigdy nawet nie czuł się jak ofiara, to jego powinni się bać. Poczuł chęć rozerwania na strzępy gogusia, nieodpartą chęć ścięcia mu głowy, czuł nagły przypływ agresji...
Młody na moment stracił rezon, po chwili zawołał.
-Hektor, Jerfil, nauczcie chama szacunku do wysoko urodzonych!
Od strony drzwi ruszyli na niego dwa graby. Nałożyli kastety i z tępym uśmieszkiem natarli na Krisa.
Zabójca chwycił za krzesło i rzucił nim w jednego napastnika kładąc go tym samym na ziemi. Drugi zamaszyście uderzył, Kris błyskawicznie chwycił i wykręcił rękę. Nieszczęśnik schylił się pod wpływem bólu, i to był błąd. Kris z całych sił przywalił jego twarzą w stół. Dało sie słyszeć chrupnięcie a z nosa oprawcy sikła krew. Drugi właśnie się podnosił, jednak Kris bezceremonialnie poczęstował go uderzeniem z ciężkiego buta w twarz. Osiłki leżeli na przemian jęcząc i płacząc jak baby. Młody szlachcic zaczął wycofywać się na zewnątrz ale to on był szybszy. Uderzył najpierw w żołądek a następnie chwyciwszy za włosy uderzył nim o framugę drzwi. Na koniec podniósł go i wyrzucił na zewnątrz. Cała sala zamarła...
Ranek był zimny i niezbyt przyjemny. Po niebie leniwie sunęły chmury całkowicie zakrywając budzące się do życia słońce. Okolica wokół drewnianej wieży spowita była gęstą mgłą. Na platformie u góry wieży czuwał żołnierz. Nosił znoszoną kolczugę, u pasa wisiał topór. Człowiek był już w podeszłym wieku, siwe włosy całkowicie pokrywały jego głowę. Wodził pustym wzrokiem po okolicy, było bardzo wcześnie a on niebawem skończy warte. Nie miał pojęcia po co jeden z nordyckich lordów chciał wybudować wieżę obok nic nie znaczącej wiochy. To było zupełnie pozbawione sensu, tereny te były najbezpieczniejszym miejscem w północnej części królestwa nordów. Przynajmniej tak mówiono.
Przeto przeklinał że to jemu przypadło stróżowanie w tym miejscu. Miał jeszcze do pomocy trójkę wojowników, na bogów i to w dodatku osławionych Huskarli. Elita ami, skoro było tu ich aż tylu to oznaczało że pilnują czegoś ważnego.
Wychylił się aby spojrzeć w dół.
-Wrócił Gresings z patrolu??
Nie otrzymał odpowiedzi, wychylił się z drugiej strony, nikogo tam nie było. Poczuł mrowienie na plecach i nie przyjemne uczucie w żołądku.
-Jest tam...-zamarł, słowa uwięzły mu w gardle, obok skrzyni z zapasami ujrzał zakrwawiony hełm.
Podniósł łuk, momentalnie zaschło mu w gardle. Ktoś ich zaatakował a on nic nie widział i nie słyszał? To raczej nie możliwe, służył wiele lat jako zwiadowca i tego czego się nauczył tak łatwo się nie zapomina. Nie był tylko pewien czy na moment nie usnął na warcie, był zbyt juz nie wyspany. Nie mógł pozbierać myśli. Gdzie oni się podziali?
Podniósł powoli klapę w podłodze, spojrzał w dół, nikogo tam nie było. Niepewnie zszedł parę szczebli nizej. Nagle usłyszał coś jak szuranie, ale czy na pewno? Może to tylko majaki albo jakieś zwierze grasuje nieopodal. Był juz w połowie gdy usłyszał te same dźwięki już bliżej niz przed tem. W końcu był na ziemi, podszedł do skrzyni i podniósł hełm, natychmiast odrzucił go z przerażeniem. Był zaprawionym w boju wojownikiem i wiele widział ale kto mógł dosłownie wyrwać głowę człowiekowi. Uciąć tak ale wyrwać? Kogo było stać na taki akt bestialstwa?
Usłyszał cichy pomruk zaraz za sobą, zmówił krótką modlitwę i po chwili otoczyła go ciemność....
Armia Swadii powoli opuszczała mury Suno. Niemal każdy lord zebrał ze sobą tylu ludzi ilu mógł. Plais czuł się dziś fatalnie, głowa go bolała, był nie wyspany i w dodatku nie pojadł należycie. Ale nie to było najgorsze.
Hrabia Grainwad został marszałkiem i to on z wielu rzeczy wyręczał króla. Wiedział że Plais nie ma odpowiedniej liczby ludzi , więc dano mu wybór. Albo zostanie tu i zacznie szkolić chłopów albo przejmie dowództwo nad jedną kompanią najemników.
Jako że dowodzenie to jego domena, i lubił to wybrał drugą alternatywę.
Armia niemal całkowicie wymaszerowała z miasta a on nadal czekał przy bramie na najemników. Ci głupcy dowiedzą się na co go stać za to że każą mu na niego czekać. Nie obchodziło go to że jeszcze oni o tym nie wiedzą, są psami wojny i muszą i taką możliwość mieć na uwadze. Zastanawiał się czy przypadkiem nie zwiali w nocy z miasta. Zdarzały się już takie przypadki, a jeśli tak było zostanie skazany na szkolenie chłopów którzy i tak dzięki swojej tępocie nic nie zrozumią. Na bogów, los całkowicie nie był mu przychylny.
Zaczepił strażnika.
-Widziałeś tu jakiś najemników?
-Nie panie, ale słyszałem co jacyś obcy nabroili w tawernie Hekka.
Odprawił go gestem ręki, to prawie na pewno oni. No cóż i tak musiał kupić sobie jakieś dobre wino, więc załatwi dwie sprawy.
Vord przetarł oczy, spojrzał za okno, było już południe, a oni po prostu zaspali. Zerwał się z łózka i niemal nie upadł na podłogę , cały pokój zdawał się wirować wokół niego, głowę uderzył bul głowy. Pragnienie dało o sobie znać, na stole był kufel nie całkiem opróżniony. Wypił natychmiast, i zaczął się ubierać, schylił się po kolczugę gdy zauważył rozbitą szybę w oknie. Pod oknem leżała cegła owinięta kawałkiem papieru.
Mimo otępienia zmysłów, Vord domyślił się że to forma wiadomości. Na przedstawieniach wielu poetów w ten sposób interpretowało "cichą "wiadomość jako anonimową. Przeklął w myślach, był jeszcze pijany i jego myśli nie miały ładu i składu.
Odwinął papier i przeczytał wiadomość.
"Vordzie, nawet nie masz pojęcia jak Tobie los sprzyja. Ale wiedz że każdy kolejny Twój dzień może być tym ostatnim. Unikniesz śmierci jeśli oddasz to co już dawno nie jest Ci potrzebne, wiesz o co mi chodzi. Niebawem muj człowiek przyjdzie do Ciebie i dasz mu odpowiedz. To nie musi się przykro skończyć"
Uderzyło go dopiero teraz jak lekkomyślnie postąpił. Całkowicie zapomniał że jest celem. A mimo to oddał się libacji alkoholowej, to było bardzo nie rozważne.
Wtem do pokoju wszedł Hreth, spojrzał na niego i na zawiniątko.
-Co to?-spytał jakby i tak wiedząc o co chodzi.
-Miłe ostrzeżenie od mojego przyszłego zabójcy...
Hreth pociągnął łyk z butelki, jak zgadywał Vord zapewne mocnego alkoholu. Zmarszczył brew i spojrzał na niego z ukosa.
-Masz dużo szczęścia, on tu wczoraj był, ale napotkał mały problem...Kerwin i Nikson, zgodnie twierdzą że jakiś gość położył trupem dwójkę ludzi, a jakiegoś szlachcica pobił.
-I to od razu zabójca? Co w tym dziwnego?
Hreth zamyślił się.
-Nie mówisz nam wszystkiego Vordzie, widzę to w twoich oczach. Mam wrażenie ze nie jesteś tak do końca tym za kogo się podajesz. I wiem że "To" widziałeś, i masz świadomość co z tego wyniknie...
Vord teraz niemal całkowicie wytrzeźwiał. Co ten szaleniec sobie wyobrażał? Kazdy miał jakieś sekrety, a jeśli coś o nim wiedział to i tak nie było to wszystko. Każdemu łatwo było oceniać ,ale mało kto chciał cokolwiek zrozumieć. Już miał coś powiedzieć gdy w drzwiach pojawiła się Elissa, wyglądała na lekko poddenerwowaną.
-Wszyscy na dół-przerwała by złapać oddech-Ktoś na nas czeka...
Kris czuł się nie swojo w mundurze żołnierza. Ale nie miał wyboru, jakoś musiał dostać się do Vorda. Zaraz po incydencie w tawernie włamał się do koszar i zdobył uniform. Potem jakby nigdy nic udał się do głównych koszar Swadiańskiej armi i położył się spać. Rankiem ruszył wraz z armią, zmyślnie podrobił wojskowy dokument i zbył sierżantów którzy twierdzili że nigdy go nie widzieli. Odparł że jest nowy, był na tyle przekonujący że mu uwierzono.
Teraz musiał zlokalizować cel nim dojdzie do jakiejkolwiek bitwy. Nie miał zamiaru przelewać krew za coś w co nie wierzył.
Dawno minęli mury miasta a on jak na razie nie dostrzegł najemników. Z raportów które przejrzał jasno wynikało że najemnicy mają maszerować wraz z głównymi siłami.
Miał nadzieję że jego wiadomość zrobiła wrażenie na Vordzie, musiało tak być. Jedna z podstawowych technik zabójców, zastraszanie. Zazwyczaj to bardzo miękczyło ofiary, musiał teraz pozyskać kogoś kto w jego imieniu będzie rozmawiał z Vordem. Obok niego maszerował młody chłopak, zapewne świeżo zwerbowany do armii, co znaczyło że nie miał grosza przy duszy.
-Witaj, jestem Kris...chcesz zarobić dodatkowe pieniądze?
Plais kupił butelkę wina i po rozmowie z najemniczką oczekiwał na resztę. Sala była niemal pusta, kilku pijaków zajmowało jeden stół od rana racząc się ich jedynym sensem życia, alkoholem. Gardził nimi ale czyż nie był to sposób na beztroskie życie? Tacy ludzie nie mieli zmartwień, fakt że byli pogardzani przez społeczność ale oni zapewne mieli to gdzieś.
W końcu doczekał się, grupa najemnych psów zeszła na dół. Plais niemal od razu zauważył że dość solidnie popili wczorajszego dnia. Twarze wymizerowane, oczy podkrążone, chwiejny jeszcze krok. I on miał dowodzić taką hołotą? Cóż jego inteligencja musiała wznieś się na wyżyny. Udowodni wszystkim że on zapanuje nawet nad bandą pijackich psów wojny. Postanowił ich odpowiednio o tym przekonać.
-Łajzy każecie czekać na swojego pana?! Na swojego dowódcę??!
Wszyscy stanęli na przeciw niego tępo się gapiąc ,ich wyraz twarzy mówił że nie domyślają się o co chodzi. W jego interesie zatem leżało aby ich uświadomić.
-Z rozkazu marszałka ja mam wami dowodzić na czas kampanii. I lepiej zacznijcie mnie się słuchać gdyż ja jestem Hrabia Plais, słynny wojownik i postach wrogów Swadii!
Tamci popatrzyli po sobie, głos zabrał wyglądający na idiotę zarośnięty mężczyzna bez koszuli, zupełnie jak barbarzyńca Nordycki.
-Kto?
Plais stracił cierpliwość, podniósł rękę aby uderzyć w ten głupi ryj zuchwalca. Tamten niemal natychmiast chwycił ją w żelaznym uścisku i przygotował się do ciosu.
-I co uderzysz lorda?? Za to czeka sąd wojenny nawet dla takiego..takiego...najemnika.
Vord był zaskoczony gdy Hreth zamierzał pobić tego człowieka. Musiał mówić prawdę gdyż w tak drogi struj i zbroje nie ubiera się byle kto. Teraz jednak był blady jak trup i przerażony. Mimo strachu nadal miał cięty język, Vord już widział takich . To typ człowiek którego nie lubił najbardziej. Swoisty pępek świata, mistrz w każdej dziedzinie. Wysokim urodzeniem nadrabiał brak zachowania. Owszem wobec podobnych sobie kulili się i łasili jak pies u nóg pana.
Hreth puścił lorda, tamten poprawił tunikę i zlustrował resztę, wzrok Vorda spotkał się z jego wzrokiem. Vord czuł że ten człowiek zapewne zastanawia się czy gdzieś go nie widział. Możliwe, swego czasu był rozpoznawany przez wielu wpływowych ludzi...I teraz przez takich musi się ukrywać. Hreth skinął ręką na nich i ruszyli ku wyjścia. Widać było po nim że walczy sam ze sobą aby przyłożyć temu lordowi. Może że nie był jednak do końca szalony jak mniemał.
-Ej obdartusie ! To ja tu dowodzę i ja każę ruszać ,ty co najwyżej możesz wykonywać polecenia.
Wszyscy stanęli ,Hreth odwrócił się i teraz Vord był prawie pewien że nastąpi cios w szczękę Hrabiego. Nic takiego się nie stało, spokojnie tylko powiedział.
-Twoje rozkazy...panie?
Wszyscy wyczuli ironie w jego głosie ledwie powstrzymując się od wybuch śmiechu, lord jednak zdawał się być wielce uradowany i wydawał się wierzyć w szczerą chęć służenia Hretha.
-Ruszamy natychmiast! Musimy dołączyć do reszty wojsk.
Wszyscy wykonali marny pokłon z uśmiechem na ustach, Vord poszedł za ich przykładem.
Hrabia chciał chyba coś powiedzieć ale się powstrzymał. Najwyraźniej lubił być traktowany jak król. Ale nie zauważył że po prostu stał się obiektem wysmiewisk.
Gdy ruszyli, oczywiście z lordem na czele, Livmer Segmeris cicho szepnął do Vorda.
-Myślę że nasz nazwijmy to, dowódca, sporo się nauczy o życiu będąc z nami. Nawet sobie nie wyobrażasz co Hreth robi z takimi jak on.
-Zabije go?
Livmer zachichotał cicho, konspiracyjnie spojrzał na Hrabiego czy aby tamten nie słyszy.
-Oj nie, powiedzmy że nasz drogi hrabia przeklnie dzień kiedy zgodził się wziąć nas pod dowództwo. Znam Hretha długi czas i wiem że on nie lubi gdy ktoś mu dyktuje co ma robić.
Vord mógł tylko zgadywać w jaki to sposób się rozegra. Poczuł nagle bul kolana, tym razem bardziej intensywny. Zatrzymał się na chwile ,czuł to nie raz i wiedział ze to samo minie. Halabardzista Nikson wrócił się i pomógł mu iść, zupełnie nie pomny dlaczego przystanął.
-Wiedziałem że nie masz głowy do picia.
-Taa...
Vord czuł że mimo uprzedzenia, i wielu różnic między całą grupą więzy braterstwa zaczęły kiełkować. Zastanawiał się tylko dlaczego dzieje się to w bardzo najmniej odpowiednich momentach.
Martwił go też jeden fakt, ból kolana nie był schorzeniem naturalnym. Wiedział też że skoro to się nasila stare sprawy na nowo zaczną o sobie dawać znać. Namierzył pod kolczugą mały przedmiot na łańcuchu, teraz biło od niego spore ciepło. I jeśli to co usłyszał w tedy jest prawdą...Calradie czeka wydarzenie jakie nigdy do tąd nie nastąpiło. A finał był tylko jeden...śmierć ich wszystkich...
***********
A teraz na koniec pewien fragment mający na celu nieznacznie wprowadzić czytelnika w fabułę.Nie jest to związane z 4 rozdziałem ,coś na zasadzie prologu.
...."Jam jest Nuvrel, nikt mnie nie pamięta, nikt nie wspomina. Ale czyż można kogokolwiek za to winić? Myślę że w całej Calradii znajdzie się kilka osób świadome faktu iż nadchodzę. Czuje ciepło krwi w mych żyłach,czuję na nowo wzbierającą się we mnie siłę. Wkrótce więzy mnie krępujące stracą moc,już nie długo będę wolny.Ludzie zapomnieli co się stało setki lat temu, z wielkim cesarstwem..."
..."Mają swoje hipotezy dlaczego Calradia jest podzielona,ale nikt z żywych nie zna prawdy.Nie znajdą jej gdyż wszelakie zapiski zostały zmyślnie ukryte.Od zarania dziejów tak było,ginęła jedna cywilizacja a na jej miejsce powstawała nowa.Nawet jeśli by w porę zrozumieli co się dzieje...nie mają już tej siły co ich przodkowie.Teraz są tylko marną kopią ich przodków,słabi na ciele i duchu.Żądni dóbr materialnych,zapomnieli co naprawdę jest ważne.A więc tak jak przed laty tak i teraz przyjdzie im na nowo słono zapłacić...."
..."Lękajcie się mnie albowiem sprawię że wasze życie zamieni się w koszmar. Noworodki zaczną umierać, zwierzęta chorować. Pogoda będzie groźna i nieprzewidywalna, brat bratu wrogiem.Nadchodzi kres Carladii,kres wszystkiego co wam znane,tak było od zawsze,i teraz też tak się stanie.Nic was nie ochroni,już niedługo przyjdę po was wszystkich...."
Fragment przepowiedni "Dni Mroku" Tom3, ustęp 7, autor nieznany.
-
No pięknie, długi rozdział, wiele wątków, tylko te błędy ortograficzne... Dobrze, że się nie poddajesz, "keep it up".
-
Tak,wiem że błędy to mój wróg nr 1. Sprawdzam po parę razy całość i niweluje błędy jak się da. Muszę pomyśleć nad jakimś dobrym programem dzięki któremu nie będzie tych błędów. Wiem że wystarczy chcieć ale nawyki są ciężkie do zniwelowania. Poza tym nie pisałem długo(tak wiem żadne wytłumaczenie)i przez pewne sprawy nie mogłem się skupić jak należy. Całość 4 rozdziału wielokrotnie zmieniałem bo na raz chciałem opisać to co miałem w głowie. Pewne wątki są zaplanowane a pewne "rodzą"się nagle i niemal natychmiast chcę je wprowadzić. Pewne akcje kilka razy zmieniałem ale i tak odczuwam pewien niesmak. Nie wiem skąd to uczucie ale mam wrażenie że albo coś ważnego pominąłem albo zagmatwałem. Nie mniej jednak mam nadzieje że jako całość prezentuje się dobrze i ma "ręce i nogi". Dziękuję Tym którym opowiadanie się podoba, i mimo "byków" czytają dalej. Dla takich osób tworze dalej, co jak co ale miło wiedzieć że ktoś to czyta i na dodatek mu się podoba,to motywuje.Dziękuję raz jeszcze.
-
W sumie nieźle się rozkręciłeś i łącznie to wszystko zajęłoby nawet ~30 stron tzw. znormalizowanego maszynopisu (1800 znaków - czyli mniej więcej tyle ile zajmuje jedna strona drukowanej książki).
-
Rozdział 5.
Był już wieczór, na niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy. Lekki wiatr smagał kępy roślinności przynosząc ze sobą chłód. Było niebywale cicho, żadnych odgłosów owadów, ludzi, zupełna cisza. Jedynym dźwiękiem było skwierczące ognisko i chrapanie jednego człowieka. Obok siedział inny ubrany w znoszoną szatę mozolnie dłubiąc w zębach.
Obok ogniska pasły się dwa rumaki, małe i przysadziste. Dalej leżały dwa łuki i kołczany. Mrok otoczył już okolicę czyniąc ognisko jedynym źródłem światła. Siedzący mężczyzna podniósł się i obszedł ognisko dookoła chcąc się nieco rozprostować. Jego kompan z ziewnięciem przewrócił się na drugi bok i spał dalej. Graha nie mógł ostatnio spać, znowu wracały wspomnienia. Ciągle miał przed oczami widok ciała zmarłej ukochanej, ojca spalonego żywcem podczas pożaru wioski. Stracił wszystko i gdyby nie wojsko chana nie miał pojęcia jakby sobie poradził. Zaczął nucić jakąś piosenkę, gdy coś z lasu powtórzyło za nim słowa.
-Besto-cicho rzekł do kompana szturchając go butem-wstawaj, ktoś tu jest, pewnie sarranidzi.
Obaj sięgnęli z wyuczoną szybkością po krótkie łuki ,nerwowo się rozglądając.
-Kto to był?
-Nie wiem, po prostu z lasu dochodził śpiew, w tym samym czasie gdy nuciłem "wezwanie ze stepu"
Towarzysz z uporem wpatrywał się w gęstwinę drzew nerwowo oblizując suche wargi.
-Besto...-cicho wyszeptał Graha-jak myślisz, sarranidzi mogli by się tak daleko zapuścić na granicę Khanatu? Wojna dopiero co się rozpoczęła...
Towarzysz najwyraźniej szukał jakiegoś logicznego wytłumaczenia ale nic nie przychodziło mu do głowy. Po prostu nadal milczał.
-Odezwij się na Step Hanga, jeśli tu są powinniśmy się wrócić i ostrzec naszych...
Z lasu rozległ się mrożący krew w żyłach krzyk jakiejś kobiety, krzyczała jakby żywcem obdzierano ją ze skóry.
Obaj popatrzyli po sobie niepewni co robić jeden czekał na drugiego licząc na to że padnie jakaś propozycja działania.
-Nie ważne kto-odparł Besto-Jakaś kobieta potrzebuje pomocy, zostań tu, gdy nie wrócę do godziny wracaj do naszych.
Towarzysz chciał zakazać mu tego ale wiedział że to nic nie da, poza tym byli ludźmi stepu, strach był ich towarzyszem. Towarzysz zniknął w gęstwinie drzew...Graha miał bardzo złe przeczucia...
Vord był wykończony po całym dniu marszu, cały dzień armia Swadii maszerowała w forsownym tempie. Segmeris twierdził że Harlaus zgromadził około trzy tysiące głów. W połowie byli to rekruci naprędce przygotowaniu do jako takiej walki. Swadianie rozbili namioty i wystawili warty na kilka mil od obozu, najemnicy dzielili namiot z grupą innych żołnierzy.
Noc zapowiadała się diabelnie zimna, ogniska i koksowniki były dosłownie oblegane przez ludzi chcących się ogrzać. Hrabia ruszył na naradę wasali a oni postanowili spędzić czas przy ognisku.
Kerwin majstrował coś przy swojej kuszy, Burga tłumaczył Niksonowi jak poprawnie ostrzyć broń. W tym celu machał osełką co chwila przerywając aby usłyszeć przytakiwanie słuchacza. Tamten był zdecydowanie znudzony tą tyradą ale przez wzgląd na to że Burga bywa agresywny wolał go wysłuchać do końca. Livmer czytał księgę,Vord dziwił się jak to możliwe w takim świetle, sam ledwo mógł dojrzeć tytuł. Hreth jako jedyny postanowił jak on to ujął udać się na rozpoznanie obozu. Cokolwiek by to nie znaczyło, Vord przeciągnął się i zapragnął zapaść w błogi sen. Ale zaraz...gdzie była Elissa? Odkąd wreszcie usiedli nigdzie jej nie widział, wstał i rozglądnął się po obozie.
W takiej gęstwinie namiotów, ludzi, koni, ciężko mu było ją dojrzeć.
-Kerwin-tamten na moment oderwał wzrok od kuszy-gdzie Elissa?
Tamten po prostu wzruszył ramionami wracając do konserwacji kuszy. Livmer oderwał się od książki, ściągnął binokulary i spokojnie powiedział.
-Na pewno gdzieś w obozie. Jeśli jej szukasz bo myślisz że coś jej się stało to nie martw się. Kobieta potrafi o siebie zadbać.
-Ale nie powinna trzymać się naszej grupy?
Głos zabrał teraz Burga szczerząc się nie przyjemnie.
-Jeśli masz zamiar ją posiąść to sobie daruj, ja próbowałem raz gdy się upiła, złamała mi nos.
Vord czuł że poczerwieniał ze wstydu, im tylko jedno w głowie. Nie rozumieli że tak został wychowany i w jego naturze było aby się troszczyć o kobiety. Coraz rzadziej ceniono cnoty rycerskie, nie twierdził że sam żyje według nich ale nie był gburem wobec niewiast. Co też taki komentarz bardzo go zdenerwował, ale nie chciał konfliktu z takim dryblasem. W bajkach i sztukach Verhoena z Yalen za takie słowa cni rycerze wyzywali na pojedynek. I zawsze wygrywali mimo iż ich rywal niemal zawsze był silniejszy i groźniejszy. Ale to nie było przedstawienie, a życie lubiło udowadniać że do bajki mu daleko. Poszedł w głąb obozu może tylko dla tego aby ją znaleźć , upewnić się że nic jej nie grozi a potem usnąć w świętym spokoju.
Plais usypiał na naradzie, cały dzień użerał się z najemnikami, cały dzień maszerował. Ale najwyraźniej nikogo to nie obchodziło, po prostu król miał kaprys aby zwołać naradę. Jego namiot a jakżeby inaczej był obszerny, bogato wyposażony aby pokazać lordom prestiż.
Harlaus już godzinę tłumaczył wszystkim czego wymaga, na co liczy, ale ani razu nie wyraził podziękowania dla cennych lordów. Na przykład dla niego, gdyby nie on któż dałby sobie radę z zawszonymi najemnikami? Nagle wywołano jego imię, nie kto inny jak sam król.
-Hrabio Plaisie, mam dla ciebie nieco inne zadanie...
W namiocie ucichło, jak się Plais domyślał byli ciekawi jakie zadanie mu przypadnie, Haringoth nie ukrywał zainteresowania czujnie patrząc na niego.
-Tak mój panie-wykonał ukłon najlepiej jak potrafił, ot choćby dlatego aby pokazać reszcie kto tu najbardziej pokazuję klasę godną tytułu Hrabiego.
Król wydawał się nie zwracać na to uwagi, zerknął na mapę zawieszoną na jednej z belek namiotu, po czym jakby do siebie powiedział.
-Udacie się wraz z najemnikami do wioski Reveren, to kilka mil od zamku Maras. Ruszycie tam w momencie gdy zaczniemy oblegać zamek, rozeznacie się tam o ruchach wroga. Mamy w tamtej wiosce informatora, to starszy wioski, Keleb. On wam przekaże wszystko.
Rozumiał że najemnicy na taką misję się nadają , ale on? Przecież tam mogło się roić od wroga. A znając Rhodockie psy niemal pewnym było że w okolicach pełno będzie patroli. Więc możliwe było że ktoś nacisnął na króla aby to właśnie jego wysłać na ten zwiad. To było prawdopodobne, miał wrogów, może to ta świnia Haringoth? Albo marszałek Grainwad? Albo co najmniej możliwe sam król Harlaus? Tyle pytań a tak mało odpowiedzi.
-Oczywiście panie, z radością wykonam to zadanie.
-Nie wątpię-Król zamyślił się spoglądając na namiot który zaczynał być smagany ostrymi porywami wiatru, następnie chwycił się za pierś jakby coś nagle go zabolało-Na dziś koniec...wiecie jakie macie rozkazy.
Lordowie nie kryli zmartwienia dziwnym zachowaniem króla, medyk odprawił wszystkich na zewnątrz, ku nie zadowoleniu wszystkich.
-Zajmę się królem, wybaczcie moi panowie, ale tu potrzeba medyka a nie wojownika...
Po czym szybko zasłonił wejście do namiotu a dwójka rycerzy stanęła przy wejściu. Wśród lordów wrzało , spekulowano o tym iż król może być chory, poddawano w wątpliwość sens całej kampanii. Plais postanowił odwiedzić najemników jako że brzydził się towarzystwa całej tej lordowskiej hołoty. Zastanawiał się tylko co było w tym dziwnego ,gdy Harlaus zemrze, na jego miejsce wpadnie nowy, młodszy i pewnie jeszcze gorszy władyka. A tym starym łatwo można było za kilka lat manipulować, kto wie, a może i wkupił by się w łaski króla? Chrząknięcie za nim oderwało go od wspaniałych przemyśleń. Plais się nie pomylił, to znowu Haringoth z tym swoim głupawym uśmieszkiem.
-I tak to wygląda, my będziemy się nudzić oblegając zamek a ty będziesz harcował po wioskach.
Plais zignorował go, wiedział że ten głupek lubił go prowokować i denerwować. Jednak tamten dogonił go i kontynuował.
-Ale co tam, powinieneś się cieszyć, w trakcie oblężenia które długo potrwa zapewne trudno będzie o dziewkę, a ty możesz się gzić z chłopkami za darmo, zazdroszczę ci.
Po tym zaczął się śmiać, Plais czuł że długo nie wytrzyma i może zrobić coś głupiego.
-Lepiej się wyśpij-i zaczął dalej iść, zostawiając swojego rozmówce samemu sobie. Był wściekły, ale swoją złość wyładuje na najemnikach. Ta myśl go pokrzepiła bardzo, ruszył pewnie do podwładnych.
Zabójca Kris obszedł cały niemal obóz, ale jak dotąd nie zlokalizował celu. Wprawdzie znalazł resztę najemników ale Vorda tam nie było. Młody nieźle igrał z losem, albo miał niebywałe szczęście albo potrafił przewidzieć każdy jego ruch. Osobiście stawiał na to pierwsze.
Dokończył pisanie wiadomości do Vorda i poszedł do namiotu gdzie przebywał jego młody pomagier.
-Żołnierzu!
Kris odwrócił się i spojrzał na sierżanta, tamten niósł z namaszczeniem miecz bogato zdobiony heraldycznymi znakami.
-Zanieś to natychmiast hrabiemu Plaisowi, to ten co dowodzi najemnikami, to od kowala Narda.
Kris wiedział że chcąc zachować wiarygodność musi spełnić żałosne szczekanie głupawego dowódcy, wiadomość musi poczekać.
-Tak jest, ruszam niezwłocznie!
Wziął miecz i ruszył w stronę najemników i owego lorda Plaisa. A może teraz los się do niego uśmiechnie i natknie się na Vorda?
Besto nadal nie wracał, minęła już godzina albo i więcej. Graha pospiesznie nałożył siodło na konia, przełożył łuk na ramię gdy znowu rozległ się krzyk, tym razem rozpoznał go ,to jego towarzysz. Konie nagle się zerwały spłoszone jakby nie samym tylko krzykiem , i pogalopowały w ciemność. Graha szybko wyciągnął szable i czekał w napięciu, zdecydowany drogo sprzedać swoje życie. Ku swojemu przerażeniu usłyszał piski zarzynanych koni. Jeśli to rzeczywiście sarranidzi to prawdą było że zachowywali się jak nieokrzesani barbarzyńcy. Wiatr poderwał się niosąc ze sobą smród zgnilizny, od razu żołądek podszedł do gardła lansjerowi. Pamiętał lata szkolenia na stepie, nauczyciel często uczulał go aby w obliczu niebezpieczeństwa zachować zimną krew i spokój.
Mimo iż często był bity przezeń, teraz okazał mu zrozumienie. Nie jeden człowiek spanikowałby w obliczu niewiadomego i zbliżającej się śmierci. Ale nie on , lansjer Khanatu, sława stepu, konna nawała, deszcz strzał...
-Stań do walki kimkolwiek jesteś! Nie boje się, wyzywam Cie na pojedynek!
Wbrew temu czego oczekiwał nic się nie stało. Ani nikt nie wyłonił się z lasu ani nie było żadnego dźwięku. Kolejny podmuch wiatru zgasił ognisko porywając żar w powietrze. Cześć uderzyła go w twarz, parząc niemiłosiernie. Rozległ się głos znikąd a jednocześnie jakby w jego głowie.
-"..I płakał lud nad swym losem, rycerz przebity..zawodzą kobiety i dzieci...starzec nad ogniskiem...popiół z kości..duch zniknie..."
Te słowa nie miały dla niego żadnego sensu ale wyczuł niepokój, jakiś pierwotny strach. Gdzieś w głębi jego podświadomość krzyczała aby uciekał. Ale nie mógł, po prostu nie potrafił ruszyć się z miejsca.
Przed oczami miał migające obrazy z jego życia, dziecko biegające wokół ojca, umierająca kobieta w otoczeniu dziecka i mężczyzny, dwójkę walczących na drewniane miecze ludzi, spalona wioska, mogiły, aż na końcu samego siebie leżącego wokół przygaszonego ogniska. Zrozumiał już że właśnie umarł....
Po policzku martwego spływała jedna łza. I wyraz twarzy który opisywał jakby zawód, jakby ten człowiek zginął nie dotrzymując jakiejś przysięgi. Żal człowieka niespełnionego, człowieka tracącego za życia wszystko nie zaznając żadnego szczęścia. Który całe swe życie walczył o to aby przeżyć, aby żyć z przykrymi wspomnieniami, mieć do końca życia żal sam do siebie. Że zawiódł, że odebrano mu wszystko, wreszcie zawód człowieka ginącego w bezimiennej mogile.
Ciało pokrył pył i żar z ogniska, tworząc groteskową formę mogiły. Gdzieś daleko zawyły wilki opłakując człowieka stepu...
-
Rozdział.6.
Vord z rezygnacją wypisaną na twarzy lawirował między namiotami. Zaglądał do każdego spotykając się zazwyczaj ze zdecydowaną pogardą. Nic nie mógł poradzić, obóz był ogromny a on starał się odwiedzić każde miejsce. Nawet zaglądał do zagród koni, jak na razie bez efektu. Gdzie ona mogła być? Przecież nie rozpłynęła się nagle. Przyśpieszył i szukał dalej.
Zabójca odnalazł w końcu miejsce gdzie przesiadywała grupa najemników. Bacznie zlustrował okolicę ale nie było tu Vorda. Jak na ironie szaleniec też był nieobecny. Nie chciał marnować czasu, podszedł do najemników. Tamci spojrzeli po sobie, potem na niego z pytaniem malującym się na ustach.
-Gdzie wasz dowódca, Hrabia Plais?
-Na zebraniu-rzekł chudy człowiek z binokularami niemal całkowicie zsuwającymi się z nosa.
-Ah, przekażecie mu ten miecz? To od jakiegoś kowala. Polecono mi go dostarczyć.
Tamci bez skargi przejęli miecz i wrócili do swoich zajęć. Kris obrócił się na pięcie i postanowił raz na zawsze skończyć tej nocy z Vordem. Działał mu już na nerwy, musiał ułazić się za nim jak pies gończy za zwierzyną.
A to nie w jego stylu, owszem lubił taki dreszcz emocji gdy wiedział że potencjalna ofiara czuła na karku jego oddech. Ale zwykle nie trwało to tak długo, a Kris nie należał do cierpliwych ludzi. Nie mógł zatem się dziwić że ataki agresji pojawiały się ostatnimi czasy często.Dla kogoś w jego fachu oznaczało to znaczne ryzyko, a nawet przejście na wcześniejszy spoczynek. Żadna z tych wersji nie była dla niego zbyt satysfakcjonująca. On planował odejść znacznie później, i przede wszystkim chciał aby jego imię przetrwało długie lata. By o nim śpiewano i opowiadano, o największym w Carladii zabójcy. By był przykładem dla przyszłych pokoleń, aby naśladowano jego styl. Te marzenia nie były tak odległe pomyślał. W kręgu zabójców uchodził za wybitnego, szybko awansował w hierarchii, wielokrotnie ocierając się o śmierć. A stary Glern nie mógł żyć wiecznie, niebawem starość wyssie z niego całą siłę, i będzie musiał wybrać następce. Całkiem realne że właśnie jego, Kris pełen radości z przyszłego tryumfu ze wzmożoną czujnością jął wypatrywać ofiarę.
Plais całą drogę powrotną myślał jak dobrze rozegrać karty. Haringoth może milczał ale ile to mogło potrwać? W końcu zapragnie kolejnej sumy, albo od razu go zdradzi. Plais musiał działać, musiał być jakiś sposób aby pozbyć się nie wygodnego padalca. Gdy dojdzie do oblężenia, i swadianie zaczną szturmować mury wiele może się wydarzyć. Czy przekupić dobrego strzelca aby w trakcie zawieruchy bitewnej przebił bełtem tą mordę? Nie , to mogło by zadziałać odwrotnie.
Za dużo myśli na raz, a tak mało czasu. Czuł presje na sobie. Nigdy nie lubił tego uczucia, gdy miał coś zrobić a wiedział że to niemal nie wykonywalne. Od razu przypomniał mu się jego ojciec. Stary sklerotyk wielokrotnie go bił. Praktycznie za nic czyż młodemu szlachcicowi nie wolno poniżać chłopstwa? Przecież tak było od zawsze, chamy musieli znać swoje miejsce na tym padole. Gdyby im na moment odpuścić kto wie co mogli by zrobić. Naukę fechtunku nie lubił przede wszystkim, ojciec wymyślał jakieś dziwne techniki. I oczekiwał że on wszystkie je pojmie. Zawsze twierdził ze umiejętność walki idzie na równi z honorem. Cuż za głupiec, honor jest dobry dla rycerzy, ba , tych rycerzy co nie mają mózgu. Któż teraz tak się zachowuje? Odwróć się do wroga plecami a zarobisz cios sztyletem. Wszyscy wyszukiwali sposobu aby zabić wroga przy minimalnym narażeniu swojego życia.
Przerwał rozmyślania gdy zorientował się że jest już obok najemników a jeden z wyciągniętymi rękoma w jego stronę trzyma miecz.
-Panie, pewien żołnierz kazał to przekazać...
Plais uśmiechnął się szeroko, tak, los ponownie spojrzał przychylnym okiem. Zupełnie zapomniał że miesiąc temu kazał sobie wykuć nowy miecz, zresztą nie byle jaki , wzdłuż ostrza było małe wyżłobienie, wystarczyło nasączyć teraz ostrze "Helerium" i każdy zraniony takim mieczem padał. Tak to było broń w sam raz dla niego, pomacał pod tuniką i uradował się że flakonik z tą trucizną jest na swoim miejscu.
Wszedł do namiotu i zapadł w błogi sen. Znowu we śnie nawiedzał go jego ojciec, i musztra....
Vord zapalił fajkę i poczuł delikatny dreszcz na wskutek działania tytoniu. Usiadł opierając się o słup na którym wisiała latarnia olejowa. Rozważał czy nadal szukać tej dziewczyny czy po prostu wrócić i spać. Możliwe ze Elissa była już wraz z innymi najemnikami. A on głupi szukał, przeklął głośno. Oczami wyobraźni widział jak reszta w tym momencie śmieje się w kułak z niego. Miał wrażenie że był traktowany jak zbędny balastr lub jak dziecko. Świat ciągle musiał mu udowadniać że jest niczym, że nic w życiu nie osiągnie. I prawdę mówiąc Vord nie zamierzał się nad to wybijać, po miesiącu ruszy do Khanatu i w tedy skończy się ciągły stres.
Nagle za swoimi plecami wyczuł czyjąś obecność, siedział w bezruchu i czekał. Pewnie to strażnik i jeśli by teraz się zerwał tamten by go wyśmiał. A jeśli to nie on? Delikatnie zgasił fajkę...
-W końcu cie znalazłem Vordzie Reinerze, słono mnie kosztowało łażenie za tobą...
Przeszył go nieprzyjemny dreszcz, wyczuł że to zapewne zabójca. Po głosie słychać było że gość w każdej chwili gotów jest go zabić. Jego ręka powędrowała do rękojeści miecza. Postanowił że zadziwi zabójce i nie okaże strachu, śmieszne było jednak to że na prawdę czuł strach. Czuł że śmierć w każdej chwili zawita u niego, nic i nikt go nie ocali.
-Mogę wstać? Czy wbijesz mi sztylet w plecy?
Tamten cicho się zaśmiał, potem westchnął jakby cała ta sytuacja go nużyła.
-Gdybym chciał , kilka minut temu leżałbyś z poderżniętym gardłem, wstawaj.
Vord w końcu spojrzał mordercy w oczy .Najemnik był rozczarowany że znowu traktowano go jak pchłę, niezdolną do niczego. Rozejrzał się dookoła ale pech chciał że w tej okolicy nie było nikogo, lekkomyślnie oddalił się od centralnej części obozu, przeklęta Elissa...
-Słuchaj-prześladowca przybrał teraz poważny wyraz twarzy, oczy mu się zwęziły a ręce nieznacznie zaczęły drgać-Pieprzę twoje życie, i to kim jesteś, w dupie to mam, chcę twój talizman, zleceniodawca dał mi wolną rękę co z tobą zrobię, i szczerze mówiąc szkoda mi ostrza na ciebie, talizman!
I tego się obawiał najbardziej, mimo tego że wmawiał sobie że strach nim nie zawładnie nogi stały się miękkie, groziły tym że nagle odmówią posłuszeństwa. Pot delikatnie ściekał mu po czole, wargi w momencie stały się suche .Może go jakoś przekona, w co wątpił ,ale spróbować warto.
-A wiesz do czego on służy?
-Tak, w zasadzie prawie ,nie jesteś jedynym posiadaczem tego kamienia. Do cholery nie targuj się tylko mi go daj!
Vord przypomniał sobie jak stał się jego posiadaczem, i co się stało z osobą od której go dostał. Przez ten przeklęty kamień i tajemnice z nim związane utracił swoją miłość, jedyną osobę na tym przeklętym świecie mu bliską.
Selena była jego kobietą życia. Była córką Lorda Alerica, spotykał się z nią potajemnie nocami. Pamiętał tamtą noc, ostatnią wspólnie spędzona noc z Seleną.
Było ciepło, księżyc rozświetlał cały zagajnik, przy olbrzymim dębie siedział i czekał na swoją wybrankę. W ręku obracał pierścieniem który kupił u złotnika za dwa muły, jedyną pozostałość po jego ojcu...
Nie był ze złota, był z brązu, złotnik Wuris z litości wygrawerował na nim inicjał "S,V Na zawsze razem". Młoda szlachcianka dobrze wiedziała że Vord był człowiekiem biednym. Ale jak na te czasy wiedziała że miłość nie wybiera .Dostrzegła w nim coś ,co jak ujęła "Oddałabym wszystko byle spędzić całe życie z Tobą..".
Długo jej już nie było, w końcu usłyszał tętent konia i sylwetkę kobiety. Wyszedł jej na przeciw, poczuł że coś jest nie tak, jej zachowanie było inne niż zawsze. Pośpiesznie zsiadła z konia, makijaż spływał jej po policzkach, włosy miała zmierzwione i cała drgała.
-Ojciec oszalał kochany-w tym momencie wybuchnęła płaczem, Vord szybko ją objął-Przez ten talizman o którym ci mówiłam...całkiem ojcu zawrócił w głowie. Bredził od rzeczy, za długo to trwało, musiałam działać..
Wyjęła z juk mały czerwony kamień w srebrnej obręczy, przytwierdzony do łańcuszka, pokazała mu go, na jej twarzy malowało się pytanie, co teraz?
-Uspokój się proszę, przejdzie mu...
-Nie, ostatnio dziwni ludzie go zaczęli odwiedzać, mówili w dziwnym języku, ojciec zamykał w tedy komnatę i siedzieli tam do rana.Przez dzień prawie nie spał, chodził jak oszalały, błądził myślami, zupełnie mnie już nie dostrzega...
Vordowi żal było, cała ta sytuacja, co on mógł uczynić. Ich schadzki były bez celowe, w końcu i tak jej ojciec nie zgodzi się na ślub z takim obdartusem. Sam wolał nie widzieć się z nim, po ostatnim spotkaniu omało nie wtrącono go do lochu.
Wiedział o jakich ludziach mówiła Selena, byli to lordowie ze Swadii, Khanatu, Saranidzi, Vaegirzy, Rhodokowie. Widział ich raz przy mogile Bregeha Wielkiego. Ale w jakim celu tego nie wiedział.
Nagle od strony z której nadjechała jego wybranka dał się słyszeć tętent koni. Oboje z trwogą wpatrywali się w las.
-Ojciec zapewne się dowiedział...-zaczęła łkać Selena.
Vord czekał na rozwój wydarzeń ,niepewny co go za raz czeka. Jeźdźcy wyłonili się nagle z ciemności jak nocna mara. Było ich trzech, nie pięciu. Wszyscy na potężnych wałachach, każdy nosił lichą kolczugę . Zatrzymali się nagle i dostatecznie blisko Vorda by ten mógł wyczuć smród potu i gorzałki. Barczysty mężczyzna ściągnął hełm i energicznie zsiadł z konia, reszta poszła za jego przykładem.
-Lord Aleric nakazał nam cię pojmać za zadawanie się z jego córką oraz za kradzież pewnej błyskotki.
Woje byli pewni siebie, żaden nie wyciągnął broni, czekali na reakcje z jego strony.
-On tego nie zrobił, to ja wzięłam ten medalion.
Vord wiedział że Selena liczy teraz na swój status i jest przekonana że ją wysłuchają. Ale patrząc na tamtych, Vord czuł że są nastawieni na bezwzględne wykonanie rozkazu. Nordowie mieli swoje prawa i dziwne poczucie honoru.
-Zamilcz!-odezwał się ich mówca-Ciebie czeka coś gorszego suko !A ten gagatek otrzyma stosowną karę. Mam rozkaz by was pojmać dobrowolnie lub w razie sprzeciwu...zabić. Liczę na to drugie.
Olbrzym pokazał nakaz z pieczęcią Alerica i jego podpisem. Nawet w tej ciemności Vord widział strach i nie dowierzanie malujące się na twarzy jego ukochanej. Łzy pociekły jej po policzkach i zaczęła dygotać z przerażenia. Vord wyciągnął miecz i skierował w stronę przywódcy wojaków, nikt nie obrazi jego wybranki. Czuł że teraz walczy nie tylko o swoje życie, walczy o honor Seleny, o ich wspólne życie razem.
-Połkniesz te słowa-wycedził młodzieniec wkładając w to jak najwięcej pewności siebie.
Tamci szybko porwali za broń, przywódca zrobił to najwolniej. Szybkim cięciem Vord uciął mu głowę. Reszta z rykiem rzuciła się w jego stronę.
-Selena!-krzyknął-Na konia i gnaj co sił do mojego wujka, wiesz gdzie on jest!
Nie widział czy posłuchała jego słów gdyż w tym momencie sparował wściekły lecz nie zgrabny cios mieczem. Vord obrócił w dłoni miecz i uderzył głownią w szczękę napastnika. Kolejny próbował właśnie przeciąć go w pół toporem. Obrócił się szybko ,chwycił za stylisko topora i przebił serce norda.
Trójka woji popatrzyła po sobie widząc resztę swoich towarzyszy martwych. Za sobą Vord usłyszał oddalający się dźwięk galopu. Podziękował w myślach Selenie że go wysłuchała. Ciężko dyszał i miał przeczucie że w końcu gdy opadnie z sił zostanie zabity.
Nordowie ruszyli okrążając go , wszystko odbywało się w przerażającym milczeniu. Oczy nordów zdawały się nie wyrażać teraz żadnych emocji, zupełnie jakby działali w amoku. Vord postawił teraz wszystko na jedną kartę, podniósł masywny topór i gdy tamci byli na metr od niego wykonał desperacki obrót z toporem.
Rozległ się dźwięk łamanych żeber, przecinanego ciała i stali. Poczuł też piekący ból na lewym policzku. Atak mimo tego że nie miał sensu i raczej służył chęcią nastraszenia rywali, położył trupem wszystkich.J eden wciąż żył, z brzucha wylewały mu się wnętrzności, podszedł do leżącego i opuścił topór na jego głowę.
Nie mógł uwierzyć że pokonał ich wszystkich sam, przy ogromnym dębie coś błyszczało. Zmęczonym krokiem podszedł i podniósł medalion. Selena musiała go upuścić, był piękny ale jednocześnie bił prostotą wykonania .Dla Vorda wówczas było to zwykłe szlacheckie świecidełko...
Teraz stał twarzą w twarz z mordercą, tamten wyciągnął powoli sztylet i rzekł spokojnym głosem.
-Słuchaj, chcesz zginąć dla tego medalionu? ? Daj mi go a ja się zadowolę zapłatą i powiem że ciebie znaleźć nie mogłem. Obaj na tym skorzystamy.
-Nie, to jedyna pamiątka po bliskiej mi osobie. Musisz mnie zabić,bo klnę się na wszystko że dobrowolnie ci go nie oddam.
Nastała nieprzyjemna cisza, zabójca przekręcił delikatnie głowę na bok uważnie spoglądając na niego.
-Niechaj tak się stanie...
Morderca był piekielnie szybki, Vord ledwo zdążył wyciągnąć miecz i sparować wściekły atak. W całej tej sytuacji Vord dostrzegł komizm w tym starciu. On miał miecz a przeciwnik sztylet .Czyżby tamten był aż tak dobrze wyszkolony lub szalony? Musiał wykorzystać przewagę zasięgu broni. Wykonał ciecie z lewej strony, zabójca odbił cios sztyletem i wykonał szybkie pchnięcie w brzuch. Vord musiał uskoczyć do tyłu ,nie zdążył wyprowadzić riposty bo kolejny cios zmierzał w jego głowę. przykucnął na czas, sztylet o włos minął jego głowę. Zabójca kopnął go w twarz powalając go tym samym na ziemie.Najemnik zaklął w myślach, ten typ przewidywał każdą jego reakcje, nie ważne jak by unikał ciosu, on i tak atakował ponownie. To nie wróżyło nic dobrego, wątpił czy zakuty w zbroje rycerz mógłby unikać tak szybkich i zdradzieckich ataków.
Podniósł się szybko na nogi ,i znowu runął po podcięciu przeciwnika. Tym razem upuścił miecz. Nawet nie zdążył go dosięgnąć bo noga przeciwnika przygniotła mu dłoń.
-To musiało się tak skończyć Vordzie...dałem ci szanse bo mniemałem że twój brak fechtunku nadrobisz rozumem. Ale widać ,każdy najemnik jest tak przewidywalny jakby myślał że to że ma broń czyni go wielkim.
Vord nie miał już sił by próbować się bronić. A więc tak właśnie czuje się człowiek na chwilę przed śmiercią. Ta bezradność, w dodatku odejdzie ze świata z wiedzą że nie wykona wszystkich celów które sobie wyznaczył.
Zabójca nachylił się i ostrze sztyletu runęło w dół...
Lord Aleric szedł w otoczeniu dwójki gwardzistów ciemnym korytarzem. Dostał raport przed chwilą, to co tam było napisane zmroziło mu krew w żyłach.Teraz musiał zwołać naradę i ustalić co dalej. Z niecierpliwością też wyczekiwał powrotu zabójcy. Zapłacił mu nie małą sumkę, ale czyż nie było warto? I tak wiele ostatnimi czasy poświecił, wszystko w imię wyższego dobra. Córka był dorosła, więc co go obchodziło gdzie jest. Obszarpaniec który ją przekabacił zapłaci za to. Był niemal pewny ze to on kazał Selenie okraść amulet. Od samego początku nie wzbudzał w nim sympatii. Przeklęty obszarpaniec, okrutnie namieszał, teraz gdy był tak blisko celu.
Doszli do ciężkich kamiennych wrót, wyryte buło tam słońce i sześc mniejszych okręgów. Kamień z którego zrobiono wrota miał setki jeśli nie tysiące lat ,przynajmniej z tego co wyczytał tak wnioskował.
Przejechał po żezbieniach i wymacał małe zagłębienie, wcisnął palcem i rozległ się zgrzyt mechanizmu. Wrota z szuraniem otworzyły się, w środku kilku ludzi już na niego czekało.
Sala była ogromna, sklepienie znajdowało się parę metrów w górę. I tam był podobny znak jak na wrotach. Z tą różnicą że wykonane ze szczerego złota. Co w świetle pochodni dawało piękny efekt. Całe żezbienie zdawało się poruszać pod wpływem światła rzucanego przez pochodnie. Zupełnie jak miraże na pustyniach sarranidzkich wywołujące złudne obrazy.
Sala był okrągła, wnętrze wykonano z podobnego budulca jak wrota, każdy blok skalny był idealnie przycięty i dopasowany. Można by było pomyśleć że upływ czasu nic nie robił, jakby sale zbudowano wczoraj. Ogromne kamienne tablice, dwumetrowej wysokości stały dookoła sali na kamiennych podestach.
Jeden najbardziej wzbudzał trwogę, wyryty na nim był jak to saranidzcy uczeni mówili układ ponad świata. A więc księżyc , słońce i jakieś liczne punkty. Czym były tego nikt nie wiedział. Na samej górze wyryto jakaś postać, ciężko było określić kim owa postać jest. Nie przypomniał jakiegoś wielkiego wojownika jak dawniej ludy czyniły w grobowcach. Postać ta przedstawiała jakby człowieka,ale kilka szczegółów nie pasowało do tego stwierdzenia. W jednej ręce trzymał mniejszą dużo postać, wiszącą bezwładnie. W drugiej trzymał nieco wyżej podobną postać. Z tym szczegółem że ta postać nie miała do końca wyrzeźbionych dłoni i nóg. W dodatku rzeźbiarz który to robił chyba był pijany, bowiem co tłumaczyło te liczne punkty wokół dziwnej postaci niedociągnięcia względem braku częściowo kończyn? Spekulowano że po prostu artysta nie dokończył dzieła lub się śpieszył. Inni sądzili ze pod względem wykonania i estetyki ta tablica nie rożni się od innych. A więc co ona przedstawiała?
Inne tablice częściowo przetłumaczono, choć i tam było pełno niejasności. Ot chociażby dwójka ludzi wzajemnie się przebijających mieczami. A nieco wyżej za gór wyziera dziwna istota,lub zwierz teraz już nie spotykany.
Na przeciw wejścia po drugiej stronie sali były drugie wrota. Tamte w całości pokryte złotem, z dziwnym napisem. Dopiero tłumaczono ten napis, ale wielu uczonych i skrybów ,klnie się na wszystko ze od tysiąca lat nie używano takiego sposobu pisania. Bardziej były to znaki niż litery. Na każdym skrzydle wrót znajdowało się po cztery niewielkie otwory. Aleric wiedział co tam było, dwa otwory jeszcze nie były puste. Znajdowały się tam te same kryształy jak skradziony mu medalion. Aby taki wydobyć należało wynająć doświadczonych inżynierów i kamieniarzy. Uderzenia kilofem nie przynosiły żadnego efektu. Więc robotnicy stosowali bardzo dziwne i zmyślne metody. Na czym polegały Aleric nie wiedział, nie do tego był nauczony.
Cdn....
-
Cdn rozdziału 6.
-Wreszcie jesteś Alericu.
Odezwał się Vordemor ,najznamienitszy szlachcic z królestwa Rhodoków. Trójka pozostałych w ciężkich sztach w milczeniu studiowała pergaminy. Był tam Lord Naelda, Turegor,oraz stary Bellen słynny uczony Vaegirski.
-Jak postępy?-rzekł pospiesznie Aleric podchodząc do stołu na środku sali. Reszta zajęta była swoimi sprawami. Vordemor nakreślał na czystym pergaminie wzory "Yrena" .Turegor dyktował z podniszczonego pergaminu fragmenty tekstu a Bellen powolnymi ruchami pisał na nowym.
-Ciężko nam rozszyfrować usmy ustęp, zdaje się że autor celowo napisał go w mniej zrozumiały sposób. Robotnicy przyjdą o świcie i spróbują wydobyć jeden kryształ. W dodatku piszę zaszyfrowane listy do reszty posiadaczy kryształów.
Vordemor odwalał kawał dobrej roboty pomyślał Aleric, mimo że miał dopiero dwadzieścia pięć lat wiedza jaką nabył była zdumiewająca. W dodatku włożył nie mało denarów na to przedsięwzięcie.
-Ja z kolei otrzymałem raport, strażnica na polach Urena jest opustoszała. Zwiadowcy natknęli się tylko na ślady krwi...To się zaczyna Vordemor. .Czekam jeno na zabójce i kryształ.
Znad pergaminu podniósł głowę Bellen, przetarł oczy i ziewnął przeciągle.
-Alericu, dalej sądzę że lepiej odczytać wszystko co mamy nim usuniemy resztę kryształów. Może w jakiś celach one były umieszczone na wrotach, nie wiemy co tam jest.
-Ty znowu swoje. Tyle masz lat a nadal się boisz nieznanego? Te kamienie blokują nam dostęp do tego co tam jest. Ktoś specjalnie chciał utrudnić dostęp do tamtego miejsca, usuwając kryształy, wrota pewnie się otworzą. To całkiem inny mechanizm jak wrota za nami. Trud się opłaci.
-Ale-przerwał Naelda-To co się ostatnio dzieje może mieć związek z tym że wyciągamy kamienie. Dopóki był komplet nic takiego nie miało miejsca. Z drugiej strony, może to zbieg okoliczności. Podjęliśmy się tego to to dokończymy.
Aleric nie chciał dalej trwonić czasu. Trzeba poznać sekret tej krypty, nie zależnie jakie to będzie miało konsekwencje. Same kamienie miały w sobie jakąś ukrytą siłę którą poznają .A co jeśli za zamkniętymi wrotami czeka na nich nie do opisania skarb. Lub jakiś przedmiot sprzed wieków? Takie sekrety należało odkryć i poznać, za wszelką cenę.
Wziął, odszyfrowany dawno pergamin i czytał jeszcze raz. Usiłując dogłębnie zrozumieć sens tego co tam napisano.
"Nie dokończyliśmy na czas budowy Regindhu, przeto schodzą na ciemność i szukają nas. Tfurd zagubił się kilka Serklin temu. Ciągle wywołują nas, te głosy, ileż w nich zła.-Tu kawałek przerwany-...zamknięto więc je. Słychać wrzaski. Co tam się wyprawia nie mi odgadywać. Zebrali resztę ludu, o świcie spróbujemy dostać się do Zalli Starszego. Mówią że nadal sprawuje pieczę nad okolicą. Tylko te głosy, coraz częściej je słychać. Zaulen przecież zamknął framugę Zenta, mimo to nadal giną woje. Ciągła ciemność, jak dawno nie widziałem blasku słońca. Czy ono umarło? Wszyscy wypatrują ludzi z budowy Regindhu, gdzie oni?-kawałek wypalony-...i umarło, dumne i wyniosłe, bez podziału. Cesarstwo Carladyjskie nie istnieje. Zniszczone doszczętnie, gdzie wodzowie, gdzie cesarz? Wszyscy już nie żyją, znowu się zaczyna. Schodzą z ciemności, idą po ostatnich żywych. Zaklinam przyszłe formy życia. Jeslić przeczytał to, wiedz że i wasza cywilizacja może być starta w proch. Strzeżcie się Nurvela, odnajdźcie prawdę, i czcijcie ją, To was ocali. Pod żadnym pozo...-kawałek wypalony-...o spisał nadworny cesarza Carladi Huretha .Cesarstwa startego z ziemi po wieki."
Odłożył pergamin, a więc tak zaginęła dumna cywilizacja Carldii. A teraz wmawiano że po prostu przez podziały królestw. Bzdura ,prawda była wręcz nie do przyjęcia. Słabe umysły mogły oszaleć na wieść tego co się setki lat temu wydarzyło. Ale Aleric dobrze wiedział że Cesarstwo nie było jedyne, wcześniej istniały inne cywilizacje. Naturalny bieg rzeczy po prostu .Obecnie nie należało interpretować tego przesłania dosłownie. Obecnie należało poznać całą prawdę, cały sekret.
Aleric ponownie zanurzył się w treści pergaminów. Sale wypełniał szelest wertowanych kartek, szuranie pióra. Zapowiadała się kolejna noc nieprzespana. Kolejny dzień przybliżający ich wszystkich do prawdy. Ale czy ta prawda to nie kolejne kłamstwo wmawiane przez pokolenia? Czyż to nie kolejny fałszywy trop? Sale ogarnęła cisza....
******
Przepraszam za długi czas oczekiwania na dalszy ciąg.Jak na złość nie zmieściłem całego rozdziału w jednym poście.Więc dlatego musiałem dokończyć w drugim.Mam nadzieje że nadal się wam podoba,gdybym czasu wolnego miał więcej to częściej bym pisał.A tak to czekacie na te wypociny...
Miłej lektury.
-
Całkiem nieźle ci to wychodzi ;)
-
Witam,jestem w trakcie pisania kolejnego rozdziału, no ale właśnie...
Pytanie do Tych co czytali poprzednie, co was denerwuje w moim stylu pisania(ortografia wiem).Pytam bo nie wiem w jakim kierunku mam iść, więcej walk, intryg? Czy mam na siłę trzymać się reali warbanda? Bo pisząc opowiadanie mam jakiś już zamysł, Calradia jest po części tłem dla historii którą staram się wam przekazać. Podsumowując, czego oczekujecie od opowiadania. Rady, sugestie, krytyka?
-
Ja bym tak nie pchał na siłę tego mitologicznego upadku cesarstwa, w ogóle w "czystym" M&B nie ma miejsca na fantasy (co chyba sugerujesz, pisząc o tajemniczym i niezwykłym upadku - demony? armia umarłych?), opcjonalnie może się okazać, że kronikarz, jak to kronikarz, ubarwił wiele szczegółów, bo król oszalał czy coś w tym stylu (nie chciał robić złego PR władcy:D) - inwazja barbarzyńców tak dzikich, że istotnie mogliby to być jacyś ucharakteryzowani na demony calradyjscy Hunowie. Szkoda, że w zasadzie na samym wstępie (mam nadzieję, że 6-ty rozdział to jeszcze początek, a nie koniec!) "zamordowałeś" Vorda (wydawał się być jednym z głównych bohaterów, co sugerowałoby jego dalszą ewolucję jako wojownika i wodza). Nie wiem, jak to teraz pociągniesz, bo obecnie jedynym głównym bohaterem jest Plais (tyle, że po nim nie spodziewam się niczego więcej ,jak pakowania Swadii w kabałę) - postać Alerica (ten pucułowaty blond jarl od Nordów?) wyskoczyła dość niespodziewanie. Ja ze swej strony myślałem ,ze Vord po kilku kampaniach (gdzieś tak w 30-tym rozdziale:D) zaczyna popierać któregoś z pretendentów i wywołuje małą wojnę domową (i tu mógłbyś pokazać, na czym mu zależy, czy na władzy, miłości (ślub z Isollą? Niee, to chyba by nie przeszło) itp.) ). Niestety, wyszło, jak wyszło.
-
Z trudem ale napisałem kolejny rozdział,cóż nie będę się nad to rozpisywał więc zapraszam do lektury...
Rozdział.7.
Błądził między drzewami, wszystko spowite było mgłą. Ciemność i uczucie chłodu i niepewności wcale nie dodawały mu otuchy. Zastanawiał sie gdzie jest i co się stało że nagle znalazł się w tym miejscu. Nie mógł sobie przypomnieć co tu robi, stał bezradny. Gdzieś daleko usłyszał cichy kobiecy śpiew ,poszedł w tamtym kierunku, zdawało mu się że ta odległość jest niezmierzona, szedł a mimo to nadal był bardzo daleko od celu. Nie miał pojęcia jak długo szedł, nie czuł zmęczenia, czuł jednak dziwne , wręcz nie do opisania uczucie, jakby nie powinno go tu być.
W końcu wszedł na polankę porośniętą licznymi kwiatami, miejsce dziwnie na niego wpływało. Poczuł ciepło w środku, spokój tak już dawno nie goszczący w jego sercu. Na ławce siedziała skryta za całunem jasności kobieta, siedziała cicho nucąc "Łzy Yretha". Podszedł do niej starając się zobaczyć kim owa niewiasta jest a jednocześnie nie chcąc jej wystraszyć. Jednak ona zupełnie nie zwróciła na niego uwagi mimo że stał naprzeciwko niej. Przyklęknął przed nią by móc ujżec jej twarz. W tym samym momencie ona spojrzała na niego, oczy były szkliste od łez ,patrzyła na niego jakby nie wiedząc z kim ma do czynienia. To była Selena...Vord od razu ją poznał, mimo wolnie chwycił jej dłoń,była zimna jak noc i lud. O co chodziło w tym wszystkim zaczął się zastanawiać, co on tu robił i jak w końcu odnalazł swoją ukochaną? Selena przemówiła ujmując jego dłonie, twarz miała wykrzywioną jakby w grymasie bólu jednak starała się nieznacznie do niego uśmiechnąć.
-Ukochany..jakbym chciała móc ci wszystko wytłumaczyć...jeszcze nie czas byśmy razem byli..los nadal drwi z naszej miłości..
Vord nie mógł wydusić z siebie słowa, o czym ona mówiła ,dlaczego coraz bardziej wydawała się wystraszona, co ją trapiło?
-Wiedz że...pamiętaj...
Nagle rozległ się wrzask jakby tysięcy ludzi, zawodzenie i nieludzkie ryki. Okolica momentalnie stawała się ciemna i przerażająca. Selena błyskawicznie rozpływała się w powietrzu, najemnik nie rozumiał co się dzieje,czy to jakieś majaki? Głowę zaczął wypełniać mu nie do wytrzymania pisk który narastał coraz bardziej.
-Uratuj...mnie...
Po tych słowach ławka była pusta, Vord wydał z siebie krzyk rozpaczy i bezradności. Ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Po chwili osunął się na ziemie i zapadł w ciemność....
-W końcu odzyskał przytomność! Hreth chodź tu bo jeszcze znowu nam odejdzie!
Vord ledwo otworzył oczy ,leżał na pryczy w jakimś namiocie. Poczuł ogromny ból na piersi. Bandarze okalały mu całą pierś, z lewej strony przez płótno widać było sporą plamę krwi...Przeżyłem,pomyślał, obok stała Elissa i Burga.Livmer krzątał się mieszając coś w małym glinianym naczynku.
-Myśleliśmy że zemrzesz,przez cały dzień nie odzyskałeś przytomności.
Powiedziała Elissa jednocześnie wycierając brudne dłonie z krwi o szmatę.
-Co się stało?? Pamiętam jak zabójca miał mnie dobić...
Do namiotu wszedł Hreth a za nim Salske i Nikson. Wyglądali na lekko poddenerwowanych.
-Młodziaku-rzekł spokojnie Hreth-może ja i lekko głupawy.Ale wiedziałem od początku że twój zabójca uderzy w obozie.Tamtego wieczoru wysłałem Elisse na zwiad a sam ruszyłem by cie mieć na oku. Ledwo udało nam się ciebie uratować, zabójca zdążył cie pchnąć ale na całe szczęście mijając o włos serce...Uszedł jednak, prędko nie powróci, dziewoja uraczyła go strzałą w ramie.
-Dziękuje wam...miałem dziwny sen...to co tam widziałem..To było takie prawdziwe.
Do pryczy podszedł Livmer z miską z której leniwie unosiła się para,jednocześnie wydzielając nieprzyjemny zapach.Niemal wszyscy zatkali nos.
-Vordzie, zrobiłem ci napar...co do snu...Myślę że dobrze będzie jak je zignorujesz, to tylko sen i tak cały czas myśl.
Hreth postanowił potem aż do północy rozmawiać na temat tego jak z minimalnym narażeniem życia uczestniczyć w kampanii. Na prośby Vorda tłumaczył parę razy jak go uratowali. Był mu z tego bardzo wdzięczny, on i reszta odwalili kawał dobrej roboty.Uratowali go z objęć śmierci. Nim wszyscy się rozeszli z przerażeniem spostrzegł że nie ma medalionu, nerwowo zaczął się rozglądać za nim.
-Gdzie mój medalion? Zabójca go zabrał??
-Nie,po prawdzie nie wiele brakło by mu to się udało ale na szczęście mam go.
Hreth wyciągnął z sakwy jego medalion i mu go przekazał.
-Powiem ci Vordzie że to świecidełko więcej złego przynosi anizli dobrego...
Rozległ się trzask i dźwięk łamanego drewna za nimi. Wszyscy błyskawicznie się obrócili. Potem wybuchli śmiechem, Salske leżący obok krzesła ze złamana noga wyglądał komicznie.
-No co? Usnęło mi się, i lepiej pomyślmy o tym by się nieco przespać.
Nikt nie protestował ku uldze kusznika i z ciągłym śmiechem ruszyli do swoich prycz.
Kris skradzionym koniem z obozu pędził co sił w stronę Reveran, miał tam znajomego który mógł go opatrzyć. Wyciągnął strzałę którą ta suka go trafiła, ale wiedział że to nie wystarczy. Był tak blisko celu, ale ten idiota wraz z dziewczyną uniemożliwili mu jego wykonanie. A tak nie wiele wystarczyło, był teraz tak wściekły ze nie poczuł ze koń zaczyna utykać a z pyska kipiała piana. Miał to wszystko gdzieś, stracił możliwość awansu. Straci też w oczach braci i mistrza, wyśmieją go że tak proste zadanie przerosło możliwości głównego siepacza zabójców.
Po raz setny przeklął i jeszcze bardziej przyspieszył zmuszając wierzchowca do jeszcze większego wysiłku. Minął kilku chłopów, zapewne uchodźców. Wstrzymał rumaka i podjechał do nich. Wściekłość należało wyładować ,jego frustracja musiała być chociaż w jakimś stopniu uspokojona. Ci będą jego mizernym pocieszeniem.
Zsiadł z konia i ku zdziwieniu malującym się na twarzy chłopów zaczął mordować jednego po drugim zupełnie ignorując ich błagania i płacz....
Aleric wracał już do swojej komnaty,przychodził kolejny dzień, słońce leniwie wkradało się przez okna . Mijał służących którzy mieli zacząć kolejny dzień pracy. Mijał stajnie gdzie koniuszy zaczynał porządki, po prawej słyszał kucharza Durana który łajał za coś pomocników.
Nic jednak nie mogło odsunąć od niego myśli o tajemniczej sali.
-Alericu!
Vordemor dobiegł do niego dysząc ciężko gdy mógł już spokojnie oddychać zdenerwowanym głosem wysapał.
-Coś wołało za tajemniczymi drzwiami o pomoc. Potem cokolwiek tam było starało się rozwalić wrota. Jednak chyba ostatnie kamienie wydają się jakoś w tym przeszkadzać.
-Vordemor spokojnie,to tylko dowodzi że coś tam jest i my to odkryjemy, nie widzę sensu by się tym zbytnio przejmować.
Młody szlachcic popatrzył na niego nie ukrywając niedowierzania.
-Ale co tam może być?? Człowiek nie mógłby chyba przetrwać tyle lat w zamknięciu, nawet gdyby miał sporo zapasów jedzenia.
Aleric dobrze rozumiał wątpliwości młodzieńca,sam nad tym myślał. Ale przecież chcą wiedzieć co tam jest, chcą poznać przeszłość Calradii.Nie można było teraz zaprzestać działań, szczególnie że włożyli tyle wysiłku aby posiadać taka wiedzę.Wiedzieli znacznie więcej niż ktokolwiek inny,wątpliwość i niepewność,to cechy ludzi lękliwych.Oni musieli wyłamać się z tłumu ludzi którym obojętne są losy dawnej cywilizacji i przeszłości. Nie mogą się poddać ,mimo że czasami naprawdę prawda odkryta zdaje się być nie do przyjęcia .Czyż obecnie ludzie nie lękają się niewiadomego? Karmieni wiedzą ludzi którzy tak na prawdę nic nie wiedzą,wieżą w to co chcą usłyszeć. Nie dopuszczają do siebie informacji ponad ich przekonania.
-Opanuj się,podjęliśmy się tego ,poświeciłem swój czas, ludzi,pieniądze,córkę.Słyszysz córkę nawet poświęciłem!!Okazałbym się głupcem teraz jakbym wszystko to porzucił.
Vordemor spuścił głowę na dół.
-Przepraszam...nie jestem jeszcze przygotowany do końca na to co może nadejść...
-Po prostu postaraj się przyjąć to na barki, bądź twardy niczym stal a wszystko wyda ci się łatwiejsze.
Oboj w milczeniu poszli na moment zapaść w sen.
Mgła unosiła sie nad okolicą, słońce powoli wschodziło za gór. Rozświetlało okolicę uwalniając ją tym samym z mroku nocy. Było zimno, szron nadal pokrywał roślinność nie dając za wygraną ,jakby próbował walczyć z tym iż pod wpływem ciepła dnia musi ustąpić.
Okolicę wypełniał gwar ludzi, setek ludzi, bębny i trąby nawzajem się zagłuszały. Głośne rozkazy odbijały sie echem od okolicznych gór. Masa ludzka parła szybkim tępem w dół,proporce łopotały nad ogromna armią poruszane lekkim wietrzykiem. Liczne odziały pawężników i kuszników dumnie i bez wahania maszerowało mimo niezbyt łagodnego zbocza. Na przedzie jechał król Graveth w otoczeniu kilku lordów oraz gwardii przybocznej. Wszyscy wpatrywali się na obóz poniżej gdzie łopotały sztandary Swadii. Obóz wydawał się jeszcze pogrążony w ciszy lub śnie.Senna atmosfera była tu wyczuwalna. Nikt nie spodziewał się ataku armii Rchodoków która teraz niczym lawina runęła w ciszy w dół.Każdy żołnierz gotowy oddać życie za kraj, króla, nikt nie będzie okazywał litości. Bo oto nadarza się okazja pokonania wroga,taka szansa zdarza się rzadko, dziś los Swadii stanie pod znakiem zapytania...
-
Rozdział.8.
Atak nastąpił niespodzianie jak gwałtowna ulewa. Szańce pokonała armia rhodoków błyskawicznie zaskakując niczego nie spodziewających się strażników. Pierwsze namioty zajęły się ogniem, słychać było krzyki palących się żywcem ludzi, smród palonego ciała zaczął roztaczać się nad okolicą. W blasku wschodzącego słońca żołnierze króla Gravetha zaczęli masakrę....
-Co to za dźwięk? -spytał nagle Salske sięgając jednocześnie po kusze.
-To ze wschodniej części obozu, rhodokowie pewnie zaatakowali, do broni!-Hreth wydawał się teraz całkiem innym człowiekiem, zdawał się bić majestatem wodza ,nie był już tym samym głupcem, był zupełnie inny.
Vord kilkakrotnie sprawdził ostrość miecza i upewniając się że sztylet jest na swoim miejscu wyszedł z namiotu wraz z resztą towarzyszy. Wszyscy byli lekko poddenerwowani, oprócz tego osiłka Bruga. Podśmiewał się i machał zawadiacko toporem przeklinając do wyimaginowanych wrogów.
-Chodźcie psie syny! Dawno moje ręce nie były poplamione krwią, udowodnijcie mi że mam przed sobą poważnego wroga!
Krzyczał dalej a reszta skierowała wzrok w stronę biegnącego na złamanie karku lorda Plaisa.
-Szybko!-wysapał łapczywie łykając powietrze-Mamy szybko obejść wroga z lewej flanki i odciągnąć jak najwięcej tego tałatajstwa.
Najemnicy podążyli za lordem mijając naprędce formowane odziały. Vord widział jak pewien młody chłopak niemal płakał nie mogąc założyć kolczugi, ręce trzęsły mu się okropnie a twarz zalewał pot. O mało nie zderzył się z jakimś oficerem który wołał wniebogłosy aby przyprowadzić mu konia. W końcu zrównali się z odziałem żołnierzy, po barwach mógł się domyślić że to żołnierze z Uxhal. Bowiem większość miała długie włócznie oraz "Ferhinty"krótkie miecze bardziej służące do dobijania leżącego niż do pojedynku. O włos nie zostali rozjechani przez kilku rycerzy ku wielkiej złości Plaisa który splunął za nimi.
Dym coraz bardziej zalewał obóz jak zbliżali się bliżej odgłosów walk. Wszędzie panował chaos, ludzie bezładnie biegali nie wiedząc do końca co się dzieje. Jakiś kucharz polowy schował się za beczkami płacząc jak dziecko. Vord pomyślał że bitwa opisywana w książkach czy słuchając opowiadań całkiem inaczej wygląda. Człowiek gdy doświadczy tego na własnej skórze musi na nowo zdefiniować pojęcie bitwy. Zresztą czy można to było nazwać bitwą? Zazwyczaj obie armie stawały na przeciw siebie i po czasie zderzały się w krwawym tańcu. Owszem robiono zasadzki, ale istniała jakaś nie pisana zasada której raczej się trzymano. Jednak nie tu i teraz. Swadia musiała sporo krzywd wyrządzić Rhodokom ze ci w tak nieoczekiwany sposób postanowili zaatakować. Zapewne działało to także w drugą stronę. Ktoś kiedyś powiedział że w trakcie wojny wszystko jest dozwolone, i do cholery miał racje.
Gdy dobiegali do szańców bełt przeleciał obok nich, potem następny i kolejne. Wszyscy bez wahania schowali się za beczkami i porozrzucanymi w nieładzie skrzyniami. Przez gęsty dym dostrzegli fale wrogów zbliżających się do nich w ogromnym tempie. Salske wystrzelił z kuszy a za nim Elissa , Vord nie widział dokładnie ale chyba oba strzały okazały się celne. Kilkanaście metrów, mogli teraz spojrzeć dokładnie na wroga, hardo wyglądający halabardnicy i pikinierzy dziko rycząc nacierało na nich. Po drodze rozbili parę mniejszych grupek zdezorientowanych swadian. Z prawej strony jak grom runął na nich odział zbrojnych i rycerzy. Wbili się głęboko w zwartą masę wroga by po chwili siec mieczami na wszystkie strony.
-Uderzamy, to nasza szansa.
Plais zignorował fakt że Hreth wydaje rozkazy, oblizał szybko wargi zerknął na wroga i ruszył za najemnikami. Zyskali efekt zaskoczenia kilku rhodoków padło nim się zorientowali ze maja kolejnego przeciwnika.
Bruga wciąż klnąc zamaszystymi ciosami dwuręcznego topora ciął wroga. Pawęże unoszące się do góry by sparować pękały i były rozwalane w drzazgi. W końcu długa broń przeciwnika na moment przerwała masakrę urządzaną przez Bruge.
Livmer i Elissa natarli z mieczami sprawnie parując i uśmiercając oponentów. Vord był zdumiony jak starzejący się Segmentis mógł tak dobrze walczyć. W przeszłości, zgadywał, musiał być fechmistrzem lub bardzo uzdolnionym żołnierzem.
Szybko przerwał rozmyślania gdy grot piki uderzył w nogę, na szczęście kolczuga wytrzymała a wróg nie włożył dostatecznie dużo wysiłku by ją przebić. Młodzian chwycił za drzewiec ,wyrwał pikę z rąk rhodoka , błyskawicznie obrócił i przebił nieszczęśnika. Natarł z furią na kolejnego, odbił niezgrabny atak i przebił serce kolejnej ofiary. Nigdzie nie widział Hretha ale słyszał jego krzyk i groźby rzucane pod adresem agresorów.
Rycerze zostali przetrzebieni niemiłosiernie, kilku walczyło na piechotę obok zabitych rumaków. Atakujący w końcu podali tyły i zaczęli jeden po drugim rejterować. Swadianie rzucili się za nimi wyrzynając stopniowo w pień. Rozległ się dziwny świst i głuchy trzask, potem krzyk rycerza. Vord ujrzał lezącego rycerza przebitego dwumetrowym bełtem. Pierwszy raz coś takiego widział, kolejny świst, piechur swadiański podzielił los zamożniejszego od siebie krajana.
-To pieprzona nowa broń Artimenera, zwą ją Balista!-wykrzyczał Livmer-chyba mamy zaszczyt uczestniczyć w pierwszej próbie tego ustrojstwa.
Faktycznie, mile od obozu na niewielkim wzniesieniu górowały dziwne machiny. Nie mieli czasu jednak dokładnie się przyglądnąć gdy w sukurs rozbitemu oddziałowi pikinierów ruszyła kolejna fala wroga. Tym razem większość była uzbrojona w typową dla Rhodoków broń, tasaki, młoty i różnego rodzaju broń ciężką.
-Musimy się wycofać! Nie damy rady się przebić, szukajmy chorągwi króla!-krzyczał Plais dygocąc, Vord musiał jednak przyznać że nie był złym szermierzem ale sporo musiał jeszcze się nauczyć. Swadianie i najemnicy zaczęli się wycofywać do tyłu.
-Do przodu psy!
Wszyscy się odwrócili i spojrzeli na przyodzianego w zbroje płytową lorda. Siedział na potężnym koniu z kropierzem, Vord nie wiedział kim jest ale wyraz twarzy Plaisa mówił mu że na pewno zna owego człowieka...
To starcie kosztowało Plaisa sporo sił, miał wrażenie jakby każdy jego mięsień miał zaraz pęknąć. Cały był zalany potem, ciężki oddech, przeklinał teraz wszystkie uczty, za bardzo oddawał się uciechom zamiast stale pojedynkować się z instruktorem Konradem. To jednak było niczym w porównaniu z tym że ten cham Haringoth śmiał rozkazywać. Siedział na koniu dumny jak paw ,był durniem i do tego zapominał się że ma przed sobą równego sobie.
-Haringoth, nie mam zamiaru się pchać dalej, musimy się wycofać!
Tamten otworzył przyłbicę i spojrzał mu w oczy, nie było w tym nic dobrego.
-Macie utrzymać na razie szańce aż...
-Nie!-Hreth podszedł do obu lordów-To nie będzie walka tylko masakra, musimy przegrupować wojsko.
Obaj lordowie popatrzyli z zaskoczeniem na niego potem na odległość włosa podjechał do niego Haringoth.
-Macie mnie słuchać-zezował jeszcze na Plaisa-oraz Plaisa, a ty zawiśniesz jak nie wykonasz rozkazu!
Nie dokończyli rozmowy gdy spomiędzy namiotów uderzyli na nich wrogowie .Plais wykonał próbne zamachy i czekał na rozwój zdarzeń...
Znachor mimo trzęsących się rąk w końcu opatrzył ranę. Kris był jednak upity, w końcu znachor sam mu doradził wypić całą flaszkę "javisse"by nieco uśmierzyć ból. Leżał teraz na łóżku za parawanem i próbował usnąć. Sen nie chciał nadejść ,w głowie mu wirowało, na dodatek obraz zabitych chłopów w ciąż na nowo przewijał mu się w umyśle. Dotarło do niego że znowu dał się ponieść atakowi agresji. Postanowił że później rozmówi się z medykiem na ten temat. Teraz chciał zasnąć, wieczorem postanowi co dalej. No ale właśnie, a co właściwie teraz powinien zrobić? Uciekł na oczach licznych świadków, zapewne już się domyślili że nie był swadiańskim żołnierzem,l ub co gorsza...dezerterem.Życie zabójcy było usłane różami, w jego przypadku tymi ze szczególnie dużymi kolcami. Sen w końcu przyszedł...
-Lordzie Alericu!!
Natarczywe pukanie w drzwi nie ustawało, Aleric ziewnął i przetarł oczy, czuł jak powieki mimo wolne opadają. Był okrutnie nie wyspany i zmęczony. Wstał z łoża narzucając na siebie szatę.
-Panie to pilne!
-Idę do cholery, przecież się nie rozerwę!
Otworzył wrota i do środka niemal nie wpadł Vordemor, prędko zamykając za sobą drzwi. Był blady niczym śnieg, włosy miał rozczochrane co mogło oznaczać że nie dawno się obudził.
-Co tym razem? To znowu dźwięki za wrotami?
-Nie...Król..Król Ragnar przyjechał do Ciebie. Kazał natychmiast mi po Ciebie przyjść..czeka w sali audiencyjnej.
Aleric poczuł gule w gardle, zaschło mu w ustach. O co mogło chodzić? Przecież nie był zobowiązany w żadnej umowie, Nordowie nie prowadzili wojny obecnie. Nie mógł wiedzieć o tym co tu się dzieje bo niby skąd .Ragnar był królem posiadającym honor, na tyle wielki by nie używać szpiegów. Sam gardził takimi występkami, stracił swego czasu mnóstwo szpiegów i konspiratorów.
-Ubiorę się jeno stosownie i zaraz idziemy.
W końcu dotarli do sali, na końcu na Alerica fotelu siedział sam król, który odprawił przybocznych.On także odprawił Vordemora ku wielkiej uldze młodziana.
-A zatem-zaczął król-Nie wiesz lordzie Alericu co stało się w strażnicy na polach Urena? To blisko twego zamku.
I po to się władca tu fatygował? Czy to na prawdę było takie istotne? Nie miał pojęcia ile z tego wszystkiego rozumie jego pan więc spróbuje udawać że nic nie wie.
-Nie panie, a o co chodzi?
Ragnar wstał, ciężki płaszcz sunął się za nim a liczne amulety i medaliony pobrzękiwały gdy szedł w jego stronę. Pogładził brodę i spojrzał w stronę obrazu nad kominkiem. Na obrazie była namalowana wieża u stóp której nordycki wódz Berethor trzeci odniósł sławienne zwycięstwo nad uzurpatorem Nylekem Szalonym.
-Nie rób ze mnie durnia!-ryknął Ragnar,to była prawda o czym mówiono na dworze, Ragnar potrafił łatwo wpaść w szał, tego mu teraz brakowało.
-Ale panie nie śmi...
-Ale to robisz! Gadaj o co tu chodzi? Dlaczego już się nie udzielasz na polowaniach, dlaczego twoja armia patroluje okolicę? !Przecież twój zamek jest daleko od jakichkolwiek granic, gadaj!
-A więc-przełknął ślinę, miał przeczucie że dziś w południe ktoś zawiśnie-W podziemiach..pod lochami zamku...odkryliśmy dziwną sale...
-Prowadź tam, albo osobiście pozbawię Cie lordowskiego tytułu.
Aleric nie był pewien jak król zareaguje na to co tam zobaczy. Oby uznał że to nic nie warty zabytek dawnej kultury...
Vord kolejnym cięciem odciął dłoń napastnikowi, kolejni wylewali się na wielki plac do którego się wycofali. Nie miał pojęcia jak wygląda ogólna sytuacja ale wiedział że lewa flanka niebawem padnie. Umorusani żołnierze rhodoccy naparli na obrońców z furią, za wszelką cenę chcieli przełamać opór garstki obrońców. Odbił kolejny cis i pchnął w gardło jakiegoś starego woja który upadając na ziemie wydał z siebie charkot.
-Szlag!
Nikson upadł na ziemie po ciosie przeciwnika, tamten chciał go dobić młotem jednak halabardzista zachowując zimną krew nadział go na halabardę i szybko się podniósł. Wszyscy dali się porwać w wir walki, walka stawała się coraz bardziej zacięta i bezwzględna. Dwie wrogie od lat dla siebie frakcje miały szanse ostatecznie pokonać rywala.
Daleko za szeregami rhodoków Vord dojrzał grupę jeźdźców na czele których jechał król Graveth. Na pewno to był on, tylko Graveth miał tak prostą w wykonaniu koronę oraz sztandar przedstawiający przebitego dwoma pikami lwa. Widząc to swadianie wydali z siebie jęk zdziwienia i trwogi, za to ich przeciwnicy atakowali ze zdwojoną furią.
-Nie mamy szans!-wykrzyczał Kerwin mocując się z olbrzymim rhodokiem-Gdzie cholerny Harlaus?!
Plais coś odparł jednak wrzawa towarzysząca walce całkowicie go zagłuszała. Stopniowo zaczynali być otaczani przez mrowie wroga. Kleszcze niebezpiecznie zamykały się wokół nich.
Z nieba runął deszcz, nawet pogoda drwiła z ich sytuacji...
Zabójca przebudził się nagle, głowę nadal wypełniał mu szum ,pozostałości alkoholu w jego krwi nadal dawały o sobie znać. Cóż, przynajmniej ramie już go tak bardzo nie bolało. Ale zaraz, wydawało mu się jakby to jakieś dźwięki go obudziły. Po cichu usiadł na pryczy i nasłuchiwał. Cisza, albo to mu się po prostu śniło albo rzeczywiste coś jest nie tak. Jego intuicja podpowiadała mu aby zachować czujność, był zabójcą i doskonale wiedział że wróg czai się wszędzie i o każdej porze.
Rozległ się trzask na zewnątrz na tyle nagle że Kris niemal nie krzyknął. Zaczął się denerwować, najgorsza była zawsze niepewność. Kolejny trzask i zduszony jęk człowieka. Kris bez namysłu rozglądnął się za swoja bronią, nigdzie jednak jej nie było. Ten pieprzony znachor musiał mu ją ukraść. Ostrożnie odsunął na bok parawan. Pomieszczenie było puste, po cichu zaczął iść w stronę drzwi cały czas nasłuchując. Gdzieś daleko usłyszał krzyk jakiegoś dziecka i kobiety. Gdzieś z tyłu budynku ktoś biegł i wrzeszczał"Pomocy,co to jest?!". Kris chwycił za klamkę..drzwi były zamknięte na głucho, znachor go tu zamknął? Po co? I co się do licha dzieje? Niewdzięcznik zapomniał jak to Kris uratował mu córkę z rąk bandytów. Nie miał czym w tedy zapłacić to obiecał dożywotnią opiekę medyczną. A teraz się okazuje że zwinął mu broń i resztki pieniędzy po czym uciekł. Tylko co się działo na zewnątrz, czyżby swadianie najechali wioskę? To raczej nie możliwe, raz że nie mogli by tak szybko tu dotrzeć a dwa że było za cicho jak na grabież.
Odwrócił się i uważnie zlustrował całe pomieszczenie. Nie było tu nic godnego uwagi. Lichy stolik który obecnie cały był poplamiony i na którym walały się przedziwne rzeczy których przeznaczenia można się było tylko domyślać. Mały kominek w którym dawno nie rozpalano ognia. Pajęczyna całkowicie go obrosła. Kilka lichych regałów z książkami..i zaraz..a tam pod szafą? Wprawne oko od razu dostrzegło klapę w podłodze. Ktoś niemało musiał się namęczyć by ją zamaskować. Ale zabójca winien zwracać uwagę na takie detale. Nie od parady mieli zasady które stworzył ich mistrz Glern."Kodeks, zasada. 48. Każde miejsce, pomieszczenie ma do zaoferowania nieraz więcej dla zabójcy niż jawnie lezący na środku pomieszczenia kufer". Fakt, pomyślał Kris, same zasady nie miały jakiegoś większego sensu i niektóre wręcz brzmiały idiotycznie. Ale dzięki temu stary miał nad nimi jakąś władze. Swoją drogą już nie długo.
Coś nagle rąbnęło w drzwi, zabójca szybko przesunął szafę i zaczął mocować się z klapą. Kolejne uderzenie, jedno z zawiasów niemal całkowicie nie wyleciało. Dało się także słyszeć cichy pomruk i sapanie, czyżby wściekły niedźwiedź? Klapa ustąpiła niemal w tym samym momencie gdy drzwi z hukiem wyleciały do środka. Kris zamknął za sobą na zasuwę klapę i zszedł po drabince w dół....
-
Zanim 9 rozdział zamieszczę mam dla was pewną notkę niejako nawiązującą do fabuły .Może pozwoli wam nieco lepiej odnaleźć się w tym o czym piszę. Podkreślam że nie chce się trzymać w 100% tego co znamy z gry, wiele innych opowiadań o Calradii powstaje ,powstawało więc po co miałbym i ja iść w tym kierunku. Bez obaw, mimo tego że jestem fanem uniwersum młotka nie zrobię z tego świata fantasy. Ale miejcie na uwadze fakt że Calradiia mimo tego co znamy z gry ma swoją historię i sekrety, ja podaję wam moją wizje która może ale nie musi wam się spodobać. Pragnę ukazać tą krainę ze strony której nie znacie, to chyba tyle na razie z moich przemyśleń i uwag. Jeśli ktoś ma jakieś pytania lub sugestie pisać śmiało.
"Kazano mi spisać całą moją wiedzę na temat ostatnich zjawisk których nikt nie potrafi wyjaśnić. Nazywam się Keleber i jestem uczonym w Halmar.
Z licznych stron Calradii można usłyszeć doniesienia o znikającej ludności wiosek, pladze dziwnej choroby oraz o pogodzie która stała się teraz nad wyraz nie okiełznana i nie przewidywalna. Co mogę powiedzieć...O ile pogody nie możemy kontrolować o tyle sprawa wiosek bardziej nas intryguje. Świadkowie twierdzą że nie ma śladu po całej populacji kilku wiosek. Ponoć w wielkich lasach w całej Calradii giną myśliwi oraz całe rzesze ludzi.
Mam swoja teorie na ten temat, wojna, tak właśnie to ciągłe konflikty powodują to co się teraz dzieje. Ostatnio natknąłem się na ciekawostkę, czy to herezja czy wybujała fantazja...sami oceńcie.
Otrzymałem niedawno list od przyjaciela z Tichr, pisze w nim o jakimś wielkim spisku, lub tajnej organizacji, w której w skład wchodzą lordowie z całej Calradii. Opisuje także strażnicę na polach Urena która według niego nie powinna tam stać gdyż położona jest na spokojnej części królestwa nordów. Dodał że stacjonowali tam weterani i elitarni Huskarlowie, tamtejsi chłopi odnaleźli tylko kawałek ręki i ślady krwi...ciał nie było. Pisze że domyśla się imienia przynajmniej jednej osoby która należy do tajemniczej grupy ale przez ostrożność nie podaje kto to jest.
Gdybym miał ocenić, tajna grupa i znikanie ludzi. To same brednie, żaden lord nie miałby czasu na coś takiego,i co miało by to mieć na celu? W ogóle skąd ten pomysł rodzi się ludziom w głowach? Zdaję sobie sprawę że niewyjaśnione należy wyjaśnić, ale chyba trzeba mieć twarde dowody. Ja nic nie mogę więcej powiedzieć gdyż należy udać się do owych wiosek i zobaczyć jaka jest prawda, mniemam że ludzie pouciekali przed wojną i zebrali się w lasach by siać spustoszenie na nie ostrożnych maruderów,czyli buntownicy! Tak, to jest dobra i racjonalna argumentacja. Czyż nie jest łatwa do przyjęcia?
Sprawa plagi też będzie łatwa do odgadnięcia, należy znaleźć jej źródło, pospólstwu wmówi się że jej nie ma to możliwe że ta "plaga"sama zniknie. Ciągle wymyślają coś by pracować na polach mniej efektywnie. Jestem wielkim uczonym, wiele widziałem i wiele wiem, i zaręczam, nie ma powodów do paniki.
Proszę ten list przekazać Wielkiemu Hanowi, i zaznaczyć że uczeni mają wszystko pod kontrolą, i najważniejsze ,niech nie martwi się o swoje wsie, śmiało może ruszać na Sarranidów. Na koniec niech wie że mój przyjaciel oszalał i spłonie najpewniej na stosie. Z poważaniem Keleber Wielki Magister Spraw Uczonych Calradyjskich Myślicieli."
-
Kiedy nowy rozdział?
-
W tą sobotę kolejny rozdział, brak czasu i chwilowy brak weny przełożyły się na to że tak długo czekacie. Cierpliwości. Nie ma nic gorszego niż pisanie na silę gdy zwyczajnie nie ma się chęci. Ale w tą sobotę kolejny rozdział. Wena w końcu przyszła;)
Heh a już myślałem że zwyczajnie Wam się to opowiadanie znudziło.Wchodząc na ten temat nie widziałem żadnych pytań.Albo mam cierpliwych czytelników albo piszę ciężkostrawny shit....
-
Witam,wiem,obiecałem wcześniej napisać kolejny rozdział ale niestety ostatnio mam tyle pracy że na nic nie mam czasu. Człowiek czasem pracuje po 14 godzin dziennie i uwierzcie że po powrocie do domu mam tylko w głowie wykąpać się i spać. Soboty także mam pracowite, wszak mam także pewne obowiązki w domu. A jak przyjdzie ta nieszczęsna niedziela to zazwyczaj jako jedyny wolny dzień w tygodniu spędzam go w gronie znajomych. Nawet ostatnio mniej gram w warbanda ,przez co moje staty są...żałosne. No nic ja wam tu o moim życiu a wy czekacie aż przeczytacie kolejną część. Wiem ,po długiej przerwie mogłem się bardziej postarać,ale nawet ten rozdział powstawał długo. Pozdrawiam czytelników i zachęcam do komentowania.
Rozdział.9.
Ciemność ogarnęła zabójce gdy w końcu zeszedł po drabinie w dół. Cokolwiek było na górze teraz hałas ustał, lepiej było teraz znaleźć jakieś wyjście z piwnicy. Po prawdzie nie uśmiechało mu się teraz wracać ku nie znanemu. Korytarz był wąski ,szedł przesuwając dłońmi po ścianach. Wszystkie zmysły były teraz upośledzone i minie trochę czasu nim wzrok przyzwyczai się do ciemności. Usłyszał gdzieś ciche skrobanie, zapewne szczur jak sobie tłumaczył Kris.Wąski korytarz skończył się nagle i zabójca na moment przystanął. Przyłapał się na tym że zaczął ciężko oddychać, po karku spływał mu pot ,zimny i nieprzyjemny.
Po prawej zauważył pochodnie która niedbale leżała na skrzyni, obok wymacał hubkę i krzesiwo. Rozległ się oślepiający blask i smród dymu wydzielany przez zapaloną pochodnie. Był cicho, nawet skrobanie gryzoni ustało, wszystko zdawało się na moment zatrzymać. Jakby cały świat chciał odpocząć od ciągłego biegu. Cała ta sytuacja zaczęła działać niemal jak narkotyk. Strach przed nieznanym, uczucie bezradności i pierwotne lęki przytłaczały go. Sam nie wiedział ile czasu stał w miejscu, w końcu przełknął ślinę i cicho ruszył do przodu. Nie było wątpliwości że to była zwykła piwnica. Klepisko z ziemi miast desek, biegnące przez środek małego pomieszczenia belki które podtrzymywały podłogę na górze. Kilka skrzyń porozrzucanych bez ładu. I ku swojej trwodze zauważył że nie było stąd żadnego wyjścia, żadnych okien, piwnica musiała być głęboko pod ziemią. Co teraz? Co robić? Rozpaczliwie szukał drogi wyjścia z tego pomieszczenia. Czuł się teraz jak zagonione zwierze łowne w pułapkę. I po prawdzie tak właśnie mogło być gdy zauważył przygarbiony kształt w kącie po prawej. Stanął jak wryty i uderzył go czysty ludzki odruch...strach. To coś w kącie wydawało cichy pomruk by po chwili skomleć. Kim lub czym to było? Kształt nie poruszał się ,po prostu wydawało te ciche i dziwne dźwięki.
I stało się to co nie powinno w tej sytuacji. Kris przypomniał sobie starą legendę Carladyjskich rolników. Opowiadała ona o tym że stare już domy nie są bezpieczne, i nie chodziło tu o zawał lub pożar. Mówiono o tym ze z czasem nawiedzają je dziwne rzeczy,najczęściej była to starucha potrafiąca władać umysłem człowieka ,jak hipnotyzer z Khanatu. W dodatku owa starucha nie była zmorą, mówiono że jest ona w pełni materialna i był manifestacją ludzkiej jaźni. Kris zawsze śmiał się z tej legendy, lecz w duchu nie przekreślał tego że takie rzeczy mogą mieć miejsce. Wszak czy człowiek już wszystko wiedział o otaczającym go świecie? Przeklął w myślach że w legendzie nie powiadali jak pokonać lub przegnać to...to coś.
Podszedł bliżej ostrożnie stawiając kroki, pochodnie trzymał wyciągniętą przed siebie. Jeśli to coś go zaatakuje okaże się ona jedyna bronią. Jakże absurdalnie to musiało wyglądać. Zabójczy Wiatr Kris, w jakiejś piwnicy mierzy się z dziwadłem...Siepacz organizacji zabójców ,prawa ręka Glerna, mistrz w swoim fachu musi sprostać czemuś w co nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie uwierzyć. A jednak to był fakt, tak ciężki do zaakceptowania że zaśmiał się w myślach. Strach jakby na moment osłabł, w jego miejsce nadchodziła agresja, frustracja i złość. Nikomu i niczemu nie pozwoli odebrać tego co jest dla niego cenne, władzy którą niebawem winien przejąć. Już nawet nie dbał o swoje życie, nie chciał utracić swej przyszłości gdy może zostać w końcu wpływową osobą w tej przeklętej krainie. Gdy mogą się go bać i oddawać mu należną cześć,składać liczne dary. Wszystko to czego nigdy nie miał gdy dorastał, jego nędzna przyszłość w końcu mogła być wynagrodzona .Coś mu się od życia należało, cokolwiek tylko nie głód i ubóstwo. Niech szlag trafi to coś!
Ruszył błyskawicznie w ciemny kat gotów policzyć się ze swoim wrogiem, gotów drogo sprzedać swe życie. Pokazać że nikt i nic go nie przerazi a już na pewno nie pokona...
Tym razem natarcie było nie do powstrzymania. Odkąd wszyscy wycofali się na plac rhodokowie uderzali z furią wypuszczając na swadian kolejne odziały. Vord ciężko dysząc sparował kolejny atak, ręce go już bolały od walki. Modlił się by starczyło mu sił na utrzymanie miecza, nie czuł dłoni. Nigdzie nie widział Hretha, po prawdzie nikogo znajomego. Walka rozdzieliła go z resztą drużyny i teraz musiał sam się bronic. Obok niego upadł tarczownik z Praven, z brzucha wylewały się wnętrzności, i na chwile przed śmiercią biedak starał się nie dopuścić do tego aby jelita nie wylały się na ziemie. Istne apogeum rozpętało się gdy gwardia Gravetha z nim samym na czele uderzyła na nich...
Uchylił się przed lancą by po chwili o włos uniknąć stratowania przez kolejnego jeźdźca. Wykonał cięcie podcinając rumaka, rycerz ze stęknięciem upadł na ziemię, nie zdążył go dobić gdy otrzymał silny cios czymś ciężkim w zebra. Poczuł że kilka oczek z kolczugi się rozleciało. Upadł na ziemie sprawnie unikając dwóch pchnięć rohatyn. Siarczyście zaczął przeklinać, wiedział że ta bitwa musi zostać okupiona przegraną swadii. Podciął jednego przeciwnika powalając go na ziemię, szybko wstał i sztychem przebił się przez zasłonę kolejnego wroga. Wykonał obrót i dobił lezącego. Zaryzykował spojrzenie w tył i z przerażeniem dostrzegł ze coraz więcej obrońców rejteruje z pola walki,teraz wszędzie dominowali agresorzy .Oddział za oddziałem poddawało tyły. Zaczęła się lawina ucieczek, nic nie dawały nerwowe rozkazy oficerów. Wszyscy próbowali ocalić skórę gdy było wiadome jak to się skończy.
Oczy niebezpiecznie zaczęły zachodzić mu mgłą,nogi groziły że zaraz odmówią posłuszeństwa. Desperacko machał mieczem doskonale wiedząc ze to śmieszne i bezcelowe. Jednak starał sie utrzymać pozory normalności, pokazać wrogowi że nadal jest gotowy na walkę. To było jednak okłamywanie samego siebie, nigdy nie walczył w bitwie, uliczne starcia czy na odludziu ze zbirami nie mogły się równać do masakry jaka tu sie rozgrywała. To nie była spokojna wymiana ciosów dwóch szermierzy, nazwałby to raczej walką o przetrwanie, zabij przeciwnika i nacieraj na następnego inaczej to ty zginiesz. Brutalność bitwy brała się ze zbieranej złości, przypływu adrenaliny i zachcianek możnych. Gdy już dwie wrogie bandy zewrą się w walce....
-Za mną!
Vord nie od razu rozpoznał czyj to głos ,niemrawo spojrzał przez ramie i ujrzał Plaisa który także już słaniał się na nogach, obok niego w jeszcze gorszym stanie był Nikson. Nie uszedł metra gdy bełt boleśnie musnął go w szyje, znowu się potknął i boleśnie uderzył twarzą w żwirowaty grunt. W jego stronę dziko szarżował gwardzista na rumaku celując lancą dokładnie w niego. Kilka metrów, Vord nie mógł się ruszyć, nie miał sił by próbować się ocalić. Przymknął oczy gotowy na śmierć, ta jednak nie nastąpiła. Nikson przeskoczył nad nim i opierając koniec halabardy na ziemi zatrzymał jeźdźca. Zwierzę głośno zakwiliło by po chwili wraz z gwardzistą upaść na ziemie. Halabardzista bezlitośnie dobił podnoszącego się jeźdźca i pomógł Vordowi wstać na nogi.
-Co się z tobą do diaska dzieje?!-wykrzyczał prowadząc go na tyły-musimy uciekać, nic tu po nas.
Vord nic nie odpowiedział, wszystko go bolało, coraz częściej powieki opadały mu na dół.
Wśród tumanu unoszącego się pyłu i dymu wyłonił się kawalerzysta z małym proporcem na którym był znak "Y". Okręcił koniem dookoła krzycząc w wniebogłosy.
-Odwrót! Król zarządził taktyczny odwrót! Najniżsi rangą oraz najemnicy osłaniają tyły!
Młody chłopak obok Vorda wydał z siebie jęk rozpaczy, ze łzami w oczach panicznie zaczął krzyczeć i skulił się na ziemi gotowy na wszystko. Szlachta i weterani bez oporu zaczęli sie wycofywać zostawiając świeżaków do zatrzymania pościgu.
-Kurwa to śmieszne-wykrzyczał Nikson-Te psie syny wytną tych niedorostków w mig, to bez sensu!
Plais podszedł do nich ,poklepał niedbale Vorda po ramieniu i z nieskrywanym uśmieszkiem odparł.
-No cóż, rozkaz to rozkaz, miło się z wami...współpracowało.
Obaj najemnicy bez nadziei stanęli naprzeciw masie wroga.
-Tnij po nogach Vordzie, to ich słaby punkt ,niech sucze syny cierpią zanim umrą...
Rhodokowie z furią natarli na żałosną ochronę tyłów...
-To mój rumak kmiocie!
Plais był wściekły ,pewien młody szlachcic akurat upatrzył sobie tego konia jako sposób ucieczki z pola bitwy.
-Toż to mój zakichany rumak chamie! Znajdź sobie innego albo giń za Swadie, ja ci go nie oddam!
Młodziak miał na sobie barwy Suno, czyż wszyscy stamtąd nie uchodzili za nieokrzesanych? Ale Plais nie dał sobie tak łatwo w kasze dmuchać,chwycił za uzdę i już miał wskoczyć na konia gdy goguś chwycił go za włosy i mocnym szarpnięciem posłał go na ziemię.Szybko obejrzał się za siebie,rhodokowie właśnie przebijali się przez tylne straże i byli coraz bliżej. Wszędzie słychać było krzyki i wrzaski, stal uderzającą o stal. Swadia dziś miała doznać ogromnej klęski, co do tego nie było wątpliwości.
Splunął,i szybko wyciągnął miecz z sączącym się po jego ostrzu jadem.
-Oddaj go albo cie zabije, ja muszę przeżyć dla dobra królestwa!
Szlachcic spojrzał na niego z nieskrywanym gniewem w oczach, jego ręka powędrowała do rękojeści miecza . Za wolno, Plais szybkim cięciem w bezbronnego młodzieńca pozbawił go ucha. Przeklął w myślach za to że nie trafił czysto w gardło, ale przecież był wykończony po bitwie. Młody upadł na ziemię histerycznie wrzeszcząc i trzymając się za miejsce w którym nie dawno było ucho .Lord wskoczył na należytego właśnie jemu rumaka , splunął na rywala i odjeżdżając dodał.
-Pomścimy twoje bohaterskie zachowanie ,nim zdechniesz, zabierz kilku psów rhodockich ze sobą!
Odjeżdżając nie czuł czegoś takiego jak litość czy odrazę do samego siebie za to co zrobił. Liczyło się tylko teraz jedno,żeby przeżyć. Nawet jeśli po trupach swoich krajan, za tamtym nikt nie będzie płakał. Ale gdyby to on tu dziś poległ? Wzdrygnął się na myśl o tym, śmierci jako jedynej bał się na prawdę ,i będzie robił wszystko by do niej prędko nie dopuścić. Jeśli ktoś chce być bochaterm niech sobie będzie ,rozsądny człowiek nie walczy dla przegranej sprawy.
Odgłosy bitwy stawały się coraz cichsze, cała armia swadi, w zasadzie marna jej część gnała przed siebie w stronę lasu Yntere, Plais nie był pewien ale chyba Haringoth za bardzo zboczył z kursu reszty i skręcił w mały zagajnik. Co ta świnia planuje? Uśmiechnął się pod nosem, miał przy sobie zatruty miecz, Haringoth ostatnio gdy go widział wyglądał jakby miał umrzeć na stojąco. Tak oto narodziła się szansa na pozbycie się nie wygodnego świadka i rywala. Mimo klęski Swadi, mimo strat jakie ona za sobą przyniesie, on wykona krok w stronę umocnienia swojej pozycji na dworze.
Z przemyśleń wyrwał go odgłos galopujących koni za nim, szybko obejrzał sie za siebie. Na bogów! Co tu robili Vaegirowie?? Pięciu jeźdźców na szybkich rumakach vaegirskich pędziło co sił za nim. Po drodze zabijając zaskoczonych swadian. Od lewej strony ,gdzie równina była porośnięta gęstymi krzakami galopowała dużo większa grupa, Plais szacował ze może ich być setka .Nie wyglądało to najlepiej, postanowił na razie przełożyć zabicie Haringotha, musiał teraz go dogonić i razem z nim uciec. Wszak co dwie głowy to nie jedna, a głupek w sumie nie wyglądał na tak bardzo rannego.
Kris leżał w kącie na zmianę jęcząc i przeklinając. W momencie gdy zaatakował to coś znikło a on rąbnął z całych sił w ścianę. Czy to były jakieś majaki? Albo możliwe że te medykamenty znachora jakoś oddziaływały na umysł. Morze to i lepiej że to nie było rzeczywiste, nie wiadomo jak ta walka mogła by sie dla niego skończyć. Znowu usłyszał jakiś hałas na górze, tym razem słyszał wyraźnie rozmawiających ludzi. Kto to mógł być? Blask pochodni rzuconej na dół u podstawy drabiny rozświetlił wąski korytarz przez który chwilę temu szedł po omacku.
-Jest tam kto?-odezwał się mocny gardłowy głos, akcent wydawał się być typowy dla rhodoków.A jednak to była grabież...
Kris szybko zgasił pochodnie i skrył się za beczką nieznacznie się wychylając, po drabinie zeszło dwoje żołnierzy,ubrani na modłę armii rhodoków. Z góry odezwał się ponownie ten sam głos.
-Uważnie sprawdźcie całą piwnice i znajdźcie winnego tej masakry.
Zabójca ponownie przeklinał, ci durnie winili go za jakieś morderstwo. Chyba że odnaleźli zwłoki chłopów nieopodal wioski. Ale to raczej wykluczone, wszystkich ukrył pod sterta gałęzi i liści,ktoś musiałby na nie nadepnąć by odnaleźć zwłoki.
Dwójka żołnierzy z wyciągniętymi krótkimi nadziakami niepowstrzymanie zmierzało do niego .Przymknął oczy i zaczął sobie przypominać te lata szkoleń na zabójce. Wszak nie od parady miał przydomek,Kris Zabójczy Wiatr...
-
Rozdział.10.
Przekleństwa i poniżenie,to zapamiętał Vord ostatnie zanim stracił przytomność. Nic nie poszło jak zakładał a już na pewno nie tak jak sobie to wymarzył Harlaus. Szczęśliwi ci którzy zdołali uciec,reszta albo leżała martwa albo trafiła do niewoli.
Obudził go bul głowy gdy wóz z jeńcami podskoczył na wyboju podrzucając go pod sufit klatki. Rozejrzał się niemrawo,w klatce na wozie oprócz niego było kilkunastu innych pechowców. Rchodokowie pozdzierali z każdego zbroje i wzięli broń,zostawiając ich w samych łachmanach.Ale czego by się można było spodziewać,przecież byli jeńcami wojennymi i mało było prawdopodobne by obchodzono się z nimi ostrożnie. Już sam fakt że było tutaj kilku ciężko rannych tylko potwierdzał brak ostrożności czy też brak zwykłej ludzkiej litości.
-Jedziemy do Yalen...
Odezwał się z drugiego końca siwiejący mężczyzna,zapewne to jeden z rycerzy. Teraz zupełnie niczym się nie wyróżniał od reszty.
-Pewnie nas powieszą....-odezwał się dużo młodszy człowiek,nos miał złamany a krew dawno zakrzepła,widok był na prawdę nie ciekawy.
-Nie-kontynuował rycerz-To była by niechybnie czysta strata dla nich. Trafimy do lochu,a potem...a potem....
Słowa uwięzły mu w gardle,odwrócił się i wpatrywał się w okolicę,reszta na chwilę wpatrywała się w niego jakby chcieli usłyszeć dalszy ciąg. Po chwili zrezygnowali i raz za czas słychać było przyciszone rozmowy. Vord poprawił nieco swoje ułożenie,wszystko go bolało. Żebra po lewej odzywały się coraz większym bólem,w głowie ciągle mu wirowało a ciągłe podskoki wozu wcale nie ułatwiały mu zwalczania chęci natychmiastowego wymiotu. Po chwili uderzyła go fala strachu...medalion zniknął! Przeklęci rhodokowie niechybnie mu go zabrali,tyle czasu dbał o to by go nie stracić. I przez zakichane wojny stracił go,jak i prawdopodobnie wolność. Przecież dobrze wiedział że nikt go nie wykupi z więzienia,zgnije w lochach ,starości nie dożyje bo wiedział jakie warunki im zaserwują. I przez cały ten czas będzie sobie pluł w brodę jakim był głupcem że w ogóle zapragnął pomocy Hretha. Jakim był głupcem że w ogóle w tedy zabrał spod drzewa ten medalion. Zgonił jednak te myśli precz,co on właściwie myślał? Przecież ta błyskotka był jego pamiątką po Selenie,i przysiągł ze ją odnajdzie ,bezpieczna u wuja. A on ot tak chciał to wszystko porzucić,bo tak wygodnie? Bo los niesprawiedliwie ciągle pakuje go w kłopoty?
Nie Vordzie,pomyślał, jesteś w niewoli,a więc teraz trzeba się z niej wydostać. Tylko jak do licha? Podnusł się nieznacznie i się uważnie zaczął rozglądać. Nie byli jedynymi jeńcami,przed nimi jechało mnóstwo wozów,za nimi chyba jeszcze więcej. Król rhodoków zdaje się ruszył w ślad za niedobitkami swadian,bo z tego co pamiętał było ich cholernie dużo a teraz eskorta była znacznie mała. Wątpił by to była reszta armii,swadianie nie mogli wybić tak wielu,byli aż nad to zaskoczeni nagłym atakiem.
-Relchrad! Trzymaj się do diabła,w Yalen na pewno cie wyleczą!
Wszyscy zwrócili się w stronę młodego chłopaka który przykucnął nad starszym wojem. Z brzucha starego leniwie i nieustępliwie wylewały się wnętrzności. Nie miał szans przeżyć. Młody łkał coraz głośniej,Vordowi zdawało się że słyszał jak po cichu mówi ...ojcze nie umieraj. Czyli ojciec umierał na rękach syna,wezbrała w nim teraz złość i krzyknął na straż idącą obok wozu.
-Człowiek umiera! Pomóżcie,miejcie litość!
Woźnica zatrzymał na uboczu woź pozwalając reszcie kawalkady jechać dalej. Podeszło kilku żołnierzy,jeden zajrzał do środka.
-Skurw...nawet nie potrafią umierać z godnością.
Powiedział do reszty,tamci zaśmiali się rzucając o wiele gorsze docinki w ich stronę.
-Podaj mi pikę-ponownie odezwał się strażnik.
Gdy zamachnął się w stronę klatki Vord wiedział że ma zamiar dobić umierającego. Szybko rzucił się w tamtą stronę nie bacząc na przekleństwa deptanych ludzi. Chwycił stylisko piki i starał się ją wyrwać z rak oprawcy. Młody zasłonił swoim ciałem ojca teraz becząc i wrzeszcząc na zmianę. Ze strony innych klatek rozległy się okrzyki gniewu i przekleństw w stronę straży. Mocował się na chwile z żołnierzem któremu z wysiłku pojawiła się nabrzmiała żyłka na skroni. Jego towarzysz pomógł wyrwać pikę z rak Vorda.
-Ty świnio!-wykrzyczał patrząc na niego-jak tego prosiaka dobijemy i tobą odpowiednio się zajmę,obiecuje ci to!
Rozległ się trzask na górze klatki i szuranie. Wszyscy zwrócili wzrok do góry. Ale było za późno,kusznik wycelował prosto w głowę starca zabijając go na miejscu. Jego syn przestał już nawet płakać i wrzeszczeć,zupełnie ochrypł,z przerażeniem wpatrywał się w uchodzący blask życia z oczu ojca. Zapanował cisza,nie dla Vorda.
-Ty morderco!-wykrzyczał i uderzył całą siłą barkiem w klatkę zrzucając kusznika na ziemię.
Zebrało się więcej strażników przyciągnięci hałasem i ożywionymi krzykami. Wśród nich wyłonił się sierżant cały zakuty w podniszczona zbroje. Popatrzył na lezącego kusznika a potem na Vorda i zabitego. Mocnym kopnięciem w twarz zdzielił kusznika.
-Psie syny,wiecie co to jest "Traktat Qares"?! Osobiście zadbam aby was kara nie minęła. Na ten czas zmienicie się z innymi a wy pójdziecie w las,do kilku godzin lepiej abym zajadał się dorodną sarną bo polecą głowy!
Strażnicy spuścili głowy na dół i bez słowa odeszło,jednak jeden z nich z którym Vord się mocował popatrzył na niego i cicho rzekł.
-Pamiętaj że obiecałem ci dużo cierpienia. Dorwę cie,zobaczysz,mam przyjaciół ,zarządca więzienia to mój dawny dłużnik,ciesz się życiem dopóki możesz.
-Bilen do cholery-sierżant widocznie nie słyszał tej groźby ale czekał na szybkie wykonanie rozkazu-Ruszysz się w końcu czy mam cie poprosić?!
Tamten skulił się i biegiem dołączył do zagłębiających się w las współtowarzyszy. Vord oparł się i wzrokiem odprowadzał sierżanta który cały czas przeklinał. Jednak jeszcze nie wszyscy rhodokowie byli pozbawieni skrupułów,dziękował mu w duchu za to ze ocalił mu skórę.Szkoda że nie było go tu trochę wcześniej.Patrząc na młodzieńca rozumiał że wojna jest znacznie brutalna poza polem bitwy. Zwykli ludzie cierpieli znacznie bardziej. Ku wielkiemu oporowi młodego straż wyciągnęła z klatki denata i gdzieś zaniosła na tyły kawalkady.
-Dziękuje..-ledwie słyszalnym głosem odparł po chwili gdy ojciec zniknął mu już z pola widzenia.
-Nie dziękuj...i tak nie pomogłem.
Bo to prawda,pomyślał,co miał w takiej sytuacji zrobić? Może gdyby nie zawołał straży starzec jakimś cudem by przeżył. A przez jego zakichane poczucie honoru ma na sumieniu jego śmierć,i zapewnił sobie kolejnego wroga. Jakby ich miał za mało,teraz czuł że pobyt w lochu nie będzie taki do zniesienia. Czekała go na prawdę nieprzyjemna przeprawa. Już prawie zasypiał gdy wyrwał go z zadumy ponownie rycerz,ciągle mu się przyglądał.
-Jesteś może rycerzem?
Vorda zatkało,czy tylko dlatego że jako jedyny chciał pomóc potrzebującemu ktoś myślał o nim jako o rycerzu? Pokiwał przecząco głową,współtowarzysze kiwali w uznaniu głowami. Nikt z nich nie miał odwagi w tedy zareagować i zapewne teraz traktowali go jako co najmniej bohatera,rycerz jednak dalej ciągnął.
-Ale zachowujesz się jak na takiego przystało. W tych czasach nawet moi niektórzy współbracia nie przestrzegają zasad honoru. Dlatego tym dziwniejszy fakt że osoba z... osoba z...
-Tak wiem co masz panie na myśli,osoba z gminu.
-Wybacz jeśli cie obraziłem,wiesz jednak co chcę ci powiedzieć. Zaszczyt będzie umierać w lochach przy twoim boku.
Nim Vord cokolwiek odparł po tych słowach w klatce rozległa się panika. Ludzie zaczęli się drzeć,kilku płakało ukrywając twarz w dłoniach.rycerz niefortunnie dobrał słowa,nie ma to jak podbudować morale .Przynajmniej nikogo nie mamił bajkami,lepiej od początku przygotować się na najgorsze. Ciekaw był gdzie reszta kompanów,czy wszyscy zginęli? Nikson walczył z nim zanim objęła go ciemność. Hretha nie widział od początku ataku,szaleniec mógł uciec .Bruga,Livmer,Elissa,gdzie oni wszyscy teraz byli.W duchu liczył na to że wszyscy zbiegli i mają plan uwolnienia jeńców. Jakże miło było tak się oszukiwać,wątpił czy przeżyli tą masakrę, chyba że są w którejś z tych klatek. No cóż,może dowie się tego jak już będą na miejscu.
Noc przyszła szybko przynosząc ze sobą chłód,wiatr hulał przez klatkę. Jęki z zimna i bólu z klatek nie dawała Vordowi przez całą noc zasnąć.A już na pewno myśl o tym że zabrano mu amulet....
Koń Plaisa z dzikim kwiczeniem runął w strumień zrzucając go tym samym w zimną wodę. Z boku zwierzęcia wystawały dwie dzidy. Oprawcy zatrzymali się z grzbietów koni patrząc na Plaisa. Tamten wstał wyciągając miecz cały dygotał z zimna jak i ze strachu. Jeden z nich powiedział do reszty jakiś rozkaz i cała grupa odjechała dalej,zostało dwoje wojowników. Bez słowa zeskoczyli z koni wyciągając ogromne dwuręczne topory z juk. Szybko podchodzili do niego,jeden wykonał dziwny gest na modłę Vaegirów.
-Zaiste to dobry dzień w którym jest szansa ubić swadiańskiego barona.
Obaj rzucili się na niego,wtem jeden z wrzaskiem runął w strumień,z nogi wystawał mu bełt z kuszy. Jego kompan natarł na Plaisa chcąc jak najszybciej go zabić i zmierzyć się z nowym przeciwnikiem .Baron sparował wściekły atak,posypały się iskry. Wykonał pchnięcie jednak vaegir odbił go toporem wyrywając mu tym samym broń z ręki . Kopnięciem posłał przerażonego Plaisa ponownie w wodę.Upadając zachłysnął się wodą i wyciągnął błagalnie ręce przed siebie.
-Proszę,mam mnóstwo pieniędzy na dworze,nie zabijaj mnie a staniesz się bogaty.
Wiedział ze w tej chwili liczy się każdy sposób aby uchronić się przed śmiercią. Vaegir jednak podniósł topór nad głowę i ze stoickim spokojem zamachnął się w dół. Cios jednak nie nastąpił,kolejny bełt wbił mu się głęboko w brzuch. Topór wbił się obok głowy Plaisa. Szybko się podniósł się na nogi chwycił topór choć sam przyznał że jest cholernie ciężki. Niedbale dobił rannego. Drugi także leżał w strumieniu martwy a nad nim stał...
-Haringoth! Wielce żem rad że spotkaliśmy się.Zaiste to musi być szczęśliwy przypadek.
Jego wybawca usiadł pod drzewem ciężko dysząc,cała zbroja była strzaskana,lewa ręka cała była we krwi. Pod lewym okiem miał ogromnego sińca i ledwie patrzył na to oko.
-Plais ty zawsze będziesz dla mnie tchórzem,kupczyłeś o swoje życie z wrogiem,sprowadziłeś ich tu w ślad za mną. Gdybym miał trochę sił...zabiłbym cie.
Baron przybrał wesoły wyraz twarzy kuśtykając do niego,usiadł obok poklepał go po ramieniu .
-Zostawmy już spory na bok,ocaliłeś mi życie. A teraz powiedz mi czy masz plan jak uciec do swadii?
Harigoth ze wzburzeniem odtrącił jego rękę,splunął i wpatrując się na zwłoki vaegirów cicho powiedział.
-Nie jedziemy do swadii,wracamy do króla.
Co on bredził? Wszędzie dominował teraz wróg a ten głupiec miał zamiar nadal stawiać opór. Nie było mu to w smak,Harlaus dostał niezły łomot i kto wie gdzie teraz się znajduje .Uciekł z pola bitwy i teraz bezceremonialnie nakazywał na powrót atak? W swadii byli sami głupcy,gdyby każdy myślał jak on to cała Calradia była by pod jednym sztandarem. Jednak on był jedyny w swoim rodzaju,nikt nie miał tak nieogarniętego geniuszu. Więc musiał jednak sam ratować się ucieczką do ojczyzny.
-Jak tam chcesz,ja wracam do swadii,zbiorę ludzi i dołączę do was.
Haringoth próbował wstać ale nie mógł,spojrzał gniewnie na niego i lęgnął na ziemi.
-Uciekaj tchórzu,ja na moment się zdrzemnę i ruszę szukać króla. Niech lepiej już nigdy na ciebie nie trafię...
Plais wstał i długo walczył sam ze sobą czy nie wbić miecza w jego durny łeb. Zawsze marzył o takiej okazji,mógł raz na zawsze pozbyć się wroga,bez świadków. Wróci jako bohater do swadii,wszak bronił Haringotha a tamten uciekł z pola bitwy. Tak to będzie brzmiało wspaniale,stanie się żywą legendą. A ten dureń najpewniej wyzionie ducha wkrótce .Taka śmierć dla niego będzie odpowiednia,nie będzie sobie brudził na niego miecza.
Poczekał aż zaśnie i wsiadł na przywiązanego nieopodal konia vaegirów. Oglądnął się raz jeszcze na śpiącego,czy zachowywał się niegodnie zostawiając go samego? Raczej nie,ktoś musiał myśleć racjonalnie,głupek uratował mu życie a sam skona w jakimś lesie. Smagnął konia i ruszył w las,w stronę swadii.
Cdn 10 rozdziału już niebawem...
-
Obudził go bul głowy
Łączę się z nim w bulu, jak prezydent z Japończykami :P
A co do opowiadania, to według mnie jest naprawdę dobre i szczerze mówiąc jest jedynym opowiadaniem na tym forum które przeczytałem całe :D Czekam na dalsze rozdziały.
-
Ha! Wyjdzie na to, że Vord zostanie lordem u kogoś... ja bym chciał zobaczyć, jak wprowadza na tron pretendenta :D, a potem go zdradza, czy jakoś tak. A przede wszystkim, to czekam na kolejny odcinek. ;)
-
CDN.Rozdziału 10.
Kris szybkim ciosem powalił ostatniego przeciwnika. Trójka rhodoków leżała martwa. To była szybka i zdecydowana akcja, zabójca wykończył ich zanim tamci zdążyli się zorientować o jego obecności. Podniósł nadziak jednego z nich,kusze odpiął z pleców drugiego jednocześnie mocując kołczan z bełtami do pasa. Dobrze, pomyślał, teraz ponownie uzbrojony może czym prędzej wyrwać się stąd. Po prawdzie nie uśmiechało mu się teraz opuszczać w miarę bezpiecznej piwnicy, ale przecież nie będzie tu siedział wieczność. Zachodził teraz w głowę co u diabła się działo na górze, rhodokowie, dziwne wrzaski, krzyki przerażonych ludzi. Czuł ze to nie morze być zwykła grabież, po prostu czuł to w kościach, jak i to że prędko nie natknie się na Vorda. Nie miał pojęcia gdzie teraz mógł być, cała armia swadii ruszała na rhodoków, ale jakie mieli plany? Gdzie mogli uderzyć, gdzie chcieli zmierzać?
Był teraz niczym ślepiec szukający ścieżki w lesie. Fakt że był zabójcą, dobrym zabójcą, wcale nie oznaczał że miał wróżyć z powietrza. Nie to było istotą bycia dobrego zabójcy. On miał pozbierać fakty ,ułożyć je w sensowną całość i zacząć działać. Za dużo już zmitrężył czasu, akurat tego mu najbardziej brakowało. Zlecenie wyraźnie mówiło o jak najszybszym zdobyciu medalionu. Gdy teraz pomyślał jak blisko był jego zdobycia wzbierała w nim złość. Szukanie jednej osoby w całej Carladii było bardzo wymagające.
Splunął siarczyście, podszedł powoli do drabiny, gdy żadne odgłosy z góry go nie zaniepokoiły szybko zaczął się wspinać.
Niedawne wydarzenia były niczym w porównaniu z tym co zobaczył w mieszkaniu znachora. Na podłodze leżało dwoje żołnierzy z okrutnie poszarpanymi ciałami. Jeden miał wydłubane oczy, u lewej dłoni brakowało kilku palców, nie wyglądało to na ranę jaką mogło by zadać ostrze. A drugi...właściwie ciężko było nazwać to zwłokami, jego członki były porozrzucane po całym mieszkaniu. Czy to coś co ścigało jego samego dopadło tych biedaków? Jeśli tak to musiał przyznać że miał ogromne szczęście, coraz bardziej wątpił że mógł to być wściekły niedźwiedź.
Na zewnątrz było już ciemno, mgła zalewała sioło czyniąc okolice ponurą ,zimną i nie przyjazną. Chłód ogarnął zabójce, ten pospiesznie podbiegł do stodoły i rozejrzał się. Przez tą przeklętą mgłę nie widział nic przed sobą, miało to oczywiście wielki plus, jeśli on nic nie widział to i tak samo i on nie był widoczny. Usłyszał coś przed sobą, jakby ciche pojękiwanie, cofnął się nieco z przezorności. Pod stopą poczuł nieprzyjemne plasknięcie. Spojrzał w dół i z trudem powstrzymał się od krzyku. Na ziemi leżało niemowlę z wyprutymi wnętrznościami, a on wdepnął w mały brzuszek dziecka. Ostrożnie wyciągnął nogę, czemu towarzyszyło nieprzyjemne plasknięcie. Nachylił się i zamknął powieki dzieciątka. Kto był takim draniem by w taki sposób potraktować dziecko?
Z rozmyślań wyrwał go gdzieś niedaleko szaleńczy wrzask lub też ryk, Kris był tak wstrząśnięty tym wszystkim że już na prawdę nie wiedział co to był za odgłos. Usłyszał za sobą odgłosy cichego szurania, cicho odpiął kusze i naładował, celując w tą stronę z której ktoś lub coś nadchodziło. Po czole mimo chłodu znowu spływał mu zimny pot, ręce delikatnie drżały. Cokolwiek to było, coraz bliżej podchodziło, zabójca mógł teraz słyszeć głośne sapanie, to coś podchodziło bardzo powoli. Wreszcie z mgły zaczął się wyłaniać jakiś kształt, Kris nie potrzebował już wiedzieć więcej, wystrzelił z kuszy. Rozległ się krzyk, ludzki krzyk. O zgrozo, trafił jakiegoś człowieka, szybko podbiegł w tamto miejsce. Na ziemi leżał rhodocki żołnierz z bełtem w prawej ręce.
-Cicho durniu, nie drzyj się!
Tamten nie chciał przestać, zwijał się na ziemi wrzeszcząc z bólu, zakrył mu usta i bezceremonialnie wyciągnął bełt.
-Jak jeszcze raz zaczniesz się drzeć zabije cie.
Żołnierz pokiwał niemrawo głową na znak że rozumie, miał niewielki zarost,mógł mieć z trzydzieści lat. Kolczugę miał poplamioną krwią i zabrudzoną błotem.
-Jesteś z oddziału...oddziału Nerjena?
Kris podziękował w duchu że ubrał się w skórzany lekki pancerz wzięty z zabitego rhodoka.
-Tak, co u licha tu się dzieje?
-Nie mam pojęcia...-wziął głęboki oddech i się rozejrzał-wiem że wdepnęliśmy w cholerne gówno, a miało być łatwo ,mówili pojmiecie zabójce winnego mordu chłopów i wracacie....
Kris powoli zaczął układać sobie w głowie fakty, trzeba było wyciągnąć tyle informacji z niego ile się dało. A potem pewnie go zabije.
-Słuchaj, byłem nieco na uboczu gdy to się zaczęło, co właściwie się tu stało?
Ranny ponownie skrzywił się z bólu ,usiadł dzięki pomocy Krisa, oparł się o drzewo i po długiej ciszy wreszcie powiedział.
-Jak wiesz, wieczorem dotarliśmy do wioski ,bo okazało się że zabójca tu jest. Przeszukaliśmy większość chat ,część z chłopaków piła w karczmie. Potem z wrzaskiem wpadł chłop że coś jest u niego na strychu .Wysłaliśmy Gebeta i Kilsera. Jak nie wrócili po godzinie poszliśmy z resztą chłopaków tam. Nerjen został pogadać z sołtysem wsi. Nie potrzebnie się rozdzieliliśmy, jakiś wróg...może swadianie...nie ważne. Ktoś zaatakował wioskę jakby ze wszystkich stron. Nie nadążaliśmy rozsyłać ludzi w strategiczne miejsca. Panował chaos ,ludzie biegali, dzieci płakały, kobiety wrzeszczały. Biedny Hifdes, wiesz ten kusznik, wypadł z jednej chaty i darł się że coś go chciało zabić, coś przerażającego...Potem głosy powoli ucichały, ja...ja schowałem się w stogu siana. Słyszałem krzyki, płacz, błagania,a jednak nie wyszedłem, nikomu nie pomogłem, rozumiesz? Wiedziałem że jak wyjdę to zginę jak inni. Pieprzone życie, a wszystko przez to że nie posłuchałem Hildy..mówiła, skończ odbytą służbę, zajmij się farmą...moja kochana Hilda...
Zwiesił głowę i wybuchnął cichym szlochem, zabójca nie miał teraz sumienia wbić mu sztyletu w serce. Poniekąd rozumiał go, miał swoje życie jak i on, i wpadł w tarapaty. Płacz? Normalny ludzki odruch, Kris nie pamiętał kiedy ostatnio wyronił choćby łzę. Czy to czyniło go bestią? Zabijał nieraz niewinnych, nie zastanawiając się czy mają rodzinę, swoje plany na przyszłość. Zbierał nagrody ,piął się w hierarchii gildii. Tylko władza i pieniądze miały dla niego jakiś sens w życiu. Czy choćby raz zastanowił się nad swoim życiem? Czy przystanął w nieustającym biegu o sławę i zadał sobie pytanie, czy tego mu trzeba w życiu? Czy w ogolę takie życie ma jakiś głębszy sens?
Przestraszył się w duchu, zaczynał wątpić w sens bycia zabójcą? Czy zwykłe życie bez morderstw, kłamstw jest aż takie dobre? Gdy wyjdzie z tego żywy poważnie musi to przemyśleć.
-Słuchaj, teraz musimy stąd uciec, nie wiemy z kim tak na prawdę się mierzymy.
-Jestem Kastil-żołnierz wyciągnął przed niego rękę.
-Kris.
Podali sobie dłoń ,i razem powstali, tamten ewidentnie cierpiał z bólu jaki zadał mu bełt. Kris odciął rękaw i zawiązał mu rękę tamując płynącą z rany krew.
-Jest Kastil w pobliżu jakiś patrol?
-Jeśli ruszymy czym prędzej na północ przecinając las, powinniśmy natknąć się na konwój więzienny...
-Skąd on jedzie?
-Nie słyszałeś? Yaorlek rozbił swadian, pojmał od groma jeńców .W końcu jakieś znaczące zwycięstwo.
-Jak sądzę i najemników musiał pojmać tak?
-A cóż to za różnica? Na pewno ich zabito albo wzięto do niewoli, walczyli ponoć na pierwszej linii .
Kris nieznacznie się uśmiechnął, przy odrobinie szczęścia może znajdzie tam vorda.
-Nie traćmy więc czasu, musimy dołączyć jak najszybciej do naszych.
-Trzy dni i nic???-Aleric wrzeszczał po sali miotając się jak szalony-Co wy przez ten czas robiliście?
Inżynierzy i pomocnicy zwiesili głowy słuchając gbury. Żaden nie miał odwagi popatrzeć w oczy lorda. Vordemor stał obok ograniczając się tylko do oglądania pokazu wściekłości Alerica.
-Pozostały tylko dwa kryształy durnie! Wkładam tyle denarów w całe przedsięwzięcie że nawet nie dali byście rady ich zliczyć. Płace wam za każdą chwile tutaj. A wy tak mi się odpłacacie??
Aleric miał prawo być wściekły,wynajął podobno najlepszych z najlepszych inżynierów z całej krainy, a efekty były mało zadowalające. Poprzednie na przestrzeni miesięcy łatwo było wydobyć ,tylko te dwa ostatnie kryształy nie chciały ustąpić .Naelda twierdził że są bardziej zabezpieczone od reszty. Turegor jawnie oznajmił że nie ma pojęcia czemu tak jest. Z kolei uczony Bellen nie ukrywał ulgi, bo jak mówił mają czas na lepsze poznanie wszystkiego. Każdy miał coś do powiedzenia, każdy,tylko że nic ponad to. A on już wreszcie chciał otworzyć te wrota, za wszelką cene.
Robotnikom kazał się wynosić na razie i został w sali sam z Vordemorem. Młodzian nerwowo przechadzał się po sali próbując za wszelką cenę zwrócić na coś uwagę byle nie patrzeć na wściekłego lorda.
-Masz pomysł jak te cholerne kamienie usunąć?
Vordemor niemal nie podskoczył w miejscu słysząc skierowane do niego słowa. Wziął głęboki oddech i ledwie słyszalnym głosem powiedział.
-Nie...
-Szlag mnie zaraz trafi!!!-Aleric właśnie teraz wpadł w szał-Nikt nic nie wie. Ragnar dał nam kilka dni na to aby przekazać raport z prac. Żaden z posiadaczy kamieni się nie odzywa chociaż podobno dostali wiadomość. Pieprzony zabójca także baluje czort wie gdzie a pieprzył głupoty że to banalne zadanie! Banda durni!
Wrota do sali z cichym szuraniem się otworzyły i weszła pozostała trójka ,za nimi szedł jakiś wojownik. Oczy przybyłych rozszerzyły się z przerażenia gdy zobaczyli porozrzucane pergaminy po sali. Oraz czerwonego na twarzy Alerica, a piana w kącikach jego ust tylko potęgowała efekt grozy. Usiadł na krześle tylko po to by po chwili szybko wstać i cisnąć nim o ścianę. Krzesło rozsypało się w drzazgi, to że pochodziły od mistrzów stolarskich i kosztowały fortunę było małym drobiazgiem.
-Uspokój się-spokojnie dobierając słowa ciągnął Bellen-złość jest zrozumiała, widzisz sam że to nowe dla nas wszystkich. Przeto nie wymagaj byśmy tajemnice z tysięcy lat rozwiązali w ciągu dnia...
Przeklęty i zarozumiały starzec ,pomyślał Aleric, już miał poczęstować go ostrymi słowami ale odezwał się Turegor, ten jako chyba jedyny nie okazywał strachu przed szalejącym lordem.
-Mamy nieco ciekawych informacji, myślę że chociaż to ostudzi twój zapał w niszczeniu całego zamku.
-Niech gada sam posłaniec, jeśli to będą złe wiadomości urwę mu łeb!
Na te słowa młody posłaniec szybko chciał opuścić sale ale drogę zastąpiło mu dwoje huskarli z obnażonymi toporami. Nawet fakt że był blady i po policzku spłynęła mu jedna łza wcale nie ruszał zdenerwowanego lorda.
Sale wypełniła cisza a posłaniec przełknąwszy śline zaczął zdawać raport...
***************************************
I tym sposobem kończy się dziesiąty rozdział. Wiem że nawet i taki tekst jest mały na jeden rozdział w książce z prawdziwego zdarzenia. Ale ja dla waszego i mojego ułatwienia dzielę poszczególne części aby łatwiej śledzić losy "bohaterów " tej opowieści. Po ankiecie widzę że większość jest na tak, więc tym bardziej będę kontynuował opowiadanie.I wątpliwe bym miał je porzucił. Wiem ze momentami zdaje się być przy nudnawo. Jak np.ostatnie zdarzenie u lorda Alerica. Ale fabuła się rozkręca i nawet takie mało zdawać by sie mogło zdarzenie owocuje później.
Cieszę się że nadal czytacie,i dziękuje za każde słowa poparcia. Krytykę także przyjmuję ale powiedzmy sobie szczerze...już nie tak entuzjastycznie;)
-
Napisałeś 153 tys. znaków ze spacjami. :) Przyjmując wartość 1650 na znormalizowany druk - jedna strona w książce drukowanej - wychodzi z tego ok. 90 stron druku, czyli 45 pełnych (dwustronnie zadrukowanych) kartek.
-
To jeśli chciało Ci się liczyć, to może u mnie mógłbyś przeliczyć ile to jest. :p
-
Rozdział 11
Vord szedł do domu z farmy wuja, był zmęczony a jednak czuł radość. Dziś Selena miała przyjechać do niego, chciała odetchnąć od dworskiego życia. Po drodze minął Strensa który jak co wieczór był zalany, leżał w trawie śpiewając i machając do młodziana. Był piękny wieczór, ciepły i przyjemny, słychać było brzęczenie owadów. W końcu za pagórka ukazała się jego chata, jego przygarnięty kundel Kalin wybiegł przed niego radośnie szczekając.
-Witaj Kalin, mam nadzieje że nie straszyłeś znowu kur pani Zeldy?
Pies zaszczekał, Vord wiedział ze znowu jego pupil przeganiał biedne kury ,i znowu starsza pani odwiedzi go grożąc widłami. Ah, nie ma to jak powrót do domu.
Otworzył drzwi, zdziwił się czując unoszący się w powietrzu zapach gulaszu, no tak, dał Selenie klucz, więc ona już tu była. Słyszał jak krząta się w drugim pomieszczeniu śpiewając po cichu. Szybko zdjął umorusane buty i wszedł do pokoju...
-Obudź się! Dojeżdżamy!
Vord obudził się zły jak nigdy, czyli to tylko sen...niech będzie przeklęty ten kto odebrał mu nawet sen.
-Niebawem dojedziemy, poznaje te wzgórza, Yalen niedaleko.
Rycerz niepomny gniewnego wyrazu twarzy Vorda ciągnął dalej.
-Mam pytanie, z czystej ciekawości...co sądzisz o Izoldzie?
Reszta więźniów skierowała swój wzrok na Vorda.
-Czy to ważne? Nie mieszam się do polityki, nie obchodzi mnie także kto jest władcą w danym królestwie, byleby to był dobry król...
-Nie odpowiadaj wymijająco proszę, chce znać twoje zdanie.
Vord był nieco zbity z tropu, co ta wiedza mu dawała, wszak i tak nie miało to znaczenia, ale widząc przeszywający wzrok szlachcica odparł.
-No cóż...według mnie jej roszczenia do tronu są jak najbardziej słuszne. Jej ideologia co do władania Swadią jest o wiele lepsza niż od starego Harlausa. Słyszałem jej przemowę kiedyś, poruszyła sercami tłumu.
Kilku z więźniów cicho jęknęło, tak, za takie słowa mógł zostać stracony, jednak w obecnej sytuacji było to raczej nie możliwe. Rycerz pokiwał głowa na znak że rozumie i tyle mu wystarczy. Po kilku minutach powiedział jakby do siebie.
-Król który zostawia swoje wojsko na pastwę wroga nie zasługuje na tron.
Zabójca w trakcie przedzierania się przez las myślał o tym o czym zaczął w wiosce. Czy takie uganianie się za sławą ma sens w życiu? Tego nie wiedział, nie potrafił znaleźć żadnego argumentu. Nikt nie wpoił mu w dzieciństwie takich zasad, nie miał kochającej matki ani ojca. Nikogo kto mógłby go wychować, jako dziecko nie czuł takiej miłości, nic tylko ciągły stres,bul i upokorzenie. Jego dzieciństwo było bardzo okrutne, nie chciał wracać myślami do tamtych czasów, jednak nie sposób było odegnać takich myśli. Ojciec dzień w dzień wracał z kuźni zalany w trupa ,potem tłukł matkę i jego. Zupełnie za nic, dla samej zasady by przyjść do domu zlać żonie i syna. Potem wyjadłszy cały garniec obiadu szedł spać. Matka zawsze chowała część jedzenia na później by coś dla niej zostało. O nim jednak nie myślała, musiał sobie sam radzić. W wieku sześciu lat wysłano go na pola farmera Gregora. Tam za miskę kaszy z mlekiem harował jak wół, nikt nie interesował sie tym czy da rade wytrzymać w skwar i niepogodę. Był przecież dzieckiem, nie miał siły dorosłego...czasami padał między rządki by szybko sie podnieść po bacie bydlaka Gregora. Zresztą cała wioska była jednym wielkim piekłem. Jakieś swoiste dziwne prawo tam panowało. Raz na kilka miesięcy przyjechał jakiś szlachcic żądając podatku, potem normalnie jak zawsze. Zlał kilku losowych chłopów, jego ludzie zabierali na bok kilka dziewcząt. Wówczas mały Kris nie rozumiał po co, później zrozumiał widząc jak wracają zapłakane, niejedna miała liczne sińce.
Gregor był jednak niczym w porównaniu z starszym wioski Wilaiamem Hugrak, był wcieleniem despoty i bydlaka.Zarabiał krocie z każdej karawany którą wysyłał do miast, miał poparcie u licznych możnych. Miał zupełnie wolną rękę w sądach które zresztą sądów nie przypominały. Kris pamiętał jak nie raz modlił się nocami o śmierć, po prostu chciał umrzeć, śmierć jednak nie nadeszła. Później gdy miał piętnaście wiosen i awansował na pomocnika w kuźni dowiedział się że jego matka nie była kupcem jak zawsze twierdziła. Stary kowal oświecił go w tedy, mówił ze jest kurtyzaną i oddaje sie mężczyzną za pieniądze. Potem niedowierzając Kris wypytał inne osoby, wszystkie twierdziły to samo. W końcu pewnego dnia jego..ojciec umarł, zapił się na śmierć, matka nie wróciła już z Suno i na odchodne kazała przekazać przez kowala że Kris jest już samodzielny i został dobrze wychowany. Co za cholerni kłamcy, kazać dziecku pracować w polu jak dorosły to według nich dobre wychowanie? Czy tak postępują rodzice ze swoimi dziećmi? Nic w chacie nie zostawili, brudne szmaty, rozlatujące sie meble i kuchenny nóż. Oto cały spadek dla syna, cała spuścizna po ojcu i matce. Ojca zresztą nie miał sił pochować jak należy, oddał meble kilku pijakom z którymi pijał jego zasrany ojciec, pochowali go. Na pogrzebie byli tylko oni i nikt więcej. Nikt nie przyszedł odwiedzić samotnego Krisa, siedział w chacie sam jak palec, nawet już nie płakał, brakło mu łez. Nie opłakiwał ojca i matki bo nie byli tego warci ,opłakiwał swoje życie. Był pod podziwem że mimo lat męczarni nie umarł czy chociażby zachorował. Życie drwiło z jego przeszłości, z czasem spotkał Glerna...
-Kris? Jak myślisz co właściwie się działo w wiosce?
-Nie wiem, nic dobrego to pewne. W całym moim życiu...życiu...
Znowu fala wspomnień go uderzyła, przeklęta przeszłość. Aż tak bardzo odbiła się na jego psychice by do tego stopnia go dręczyć? Pomału zaczynał się domyślać skąd w nim napady agresji i szału...Zastanawiał się jak to by było mieć normalne dzieciństwo z normalnymi rodzicami.bez zmartwień, biedy, by kłaść się wieczorem spać z pełnym brzuchem, z uczuciem tak trywialnym jak sytość. Jak by to było gdyby wieczorami zasiadł z rodzicami przy kominku słuchając opowieści, gdyby tak mały Kris mógł zasnąć w ramionach matki...Nigdy czegoś takiego nie doświadczył, ani raz nie usłyszał od nich tak prostego a jednocześnie znacznego słowa...kocham cie...
-Bo ja tak myślę-odparł Kastil ciągle trzymając się za rękę-że to był koszmar na jawie, rozumiesz, czasem dzieją się rzeczy na prawdę które są tak bardzo nierealne, rozumiesz Kris? To koszmar...
Kris rozumiał tylko tyle ze koszmar to określenie tego co przeżył. I wątpił by w całej Calradii ktoś przeszedł równie marne dzieciństwo. Chociaż kto wie? Ile na świecie jest podobnych zwyrodniałych rodziców którzy traktują dzieci jak narzędzia? Widział nieraz na ulicach Halmaru czy nawet Praven małe umorusane dzieci, biegały jak bezpańskie psy po ulicy. Prosząc o cokolwiek do jedzenia ,błagając by na moment przystanąć, porozmawiać. Wówczas Kris był zupełnie...zaślepiony zadaniem? Nieważne, zawsze jednak przechodził obok udając ze nie widzi małych istot które wyciągały błagalnie rączki wołając o pomoc. Pomoc której nikt i jemu nie udzielił gdy był mały. I on sam stał się takim "Gregorem", może nawet gorszy, bo mordował i kradł za pieniądze. Zyskując szacunek u podobnych jemu, pnąc się na szczyt gildii, samo to słowo gildia, było takie...puste .Niczego tak naprawdę nie określało, nie przedstawiało żadnej wartości. Teraz tak sobie pomyślał że więcej by zrobił pożytku dla świata gdyby zerwał z tym wszystkim ,i bezinteresownie zaczął pomagać. Wiedział że i tak na zawsze zostanie przesiąknięty złem, niegodziwością. Ale czy na prawdę to była tylko i wyłącznie jego wina? Człowiek podobno ma szanse by się zmienić choć wielu w to nie wierzy, nawet tak na prawdę Kris...
-Słyszysz? Konwój niedaleko, pospieszmy się.
Kris spojrzał w kierunku w który pokazywał Kastil, faktycznie, miedzy drzewami mignęły wozy. Cały tabor wydawał się spory, i możliwe ze jest tam Vord...No właśnie, i czy teraz jest szansa na to by faktycznie się zmienić? Czy błaha błyskotka jest warta śmierci młodego człowieka? Czuł jeszcze w głębi poczucie do zadania ,wiedział że lepiej dla niego by było gdyby go wypełnił, z drugiej strony ta chęć zmiany.
Szybko pokonali ostatnie zarośla wychodząc na trakt. Kris osłupiał, wozów z więźniami było mnóstwo, ochrona także była liczna. Co właściwie powinien teraz zrobić?
-Chodź przyjacielu, trzeba znaleźć dowódce taboru i zdać raport.
Kris poszedł za towarzyszem, po drodze mijali wozy, w środku w tragicznych warunkach siedzieli jeńcy. Większość okrutnie pocięta, niektórzy zupełnie stracili blask życia w oczach, zabójca nigdy nie rozumiał wojen. Odruchowo spojrzał w stronę jednej z klatek ,przystanął, był tam Vord. Teraz najwyraźniej drzemał, ale to na pewno on. Co teraz, jak powinien postąpić. Ponaglony przez Kastila ruszył dalej. Przed nim ujrzał strażnika który pił z bukłaka, obok wyciągając ręce z klatki ,jeden jeniec głośno prosił chociaż o łyk wody.
-Zamknij ryj śmieciu, nie zasługujesz na wodę!
-Błagam, nic nie piłem od wczoraj...proszę, tylko łyk...
Jeniec był w sile wieku, jednak twarz miał już wymizerowaną, przez czoło biegła mu paskudna rana prawdopodobnie po cięciu mieczem. Reszta straży udawała że nic nie widzi, nawet Kastil szedł dalej. Kris jednak przystanął mierząc gbura spojrzeniem.
-Na co się gapisz? Wracaj do swojego zajęcia.
-Dasz mu się napić opasła świnio albo połamię cie w kilku miejscach...
Okoliczni strażnicy wybuchli śmiechem, kilku jeńców głośno wyrażało swoja aprobatę .Grubas jednak udawał że takie słowa nie robią na nim wrażenia .Podłubał w nosie i wytarł smarki o kurtę zabójcy, z pieczołowitością je rozsmarowując. Zapadł cisza ,Kastil przystanął i z przerażeniem spoglądał na rozwój wydarzeń.
-Słuchaj-spokojnie i powoli mówił Kris-Teraz na dodatek będziesz czyścić kurtę połamanymi rękoma. Ostatni raz mowie, daj wody więźniom.
Gruby znowu zaczął dłubać w nosie, ale Kris już nie dał mu okazji do ponownego ośmieszenia. Chwycił go za rękę i z całych sił rąbnął nim o wóz. Straznik zalał się krwią ,Kris podał wode więźniom, tamci podziękowali mu .Z tyłu odezwał się inny strażnik.
-Będziesz wisieć za to, zdam raport dowódcy i zawiśniesz!
Po chwili Kris siedział w wozie z innymi więźniami, oskarżony o zdradę i niesubordynacje. Nim wrzucono go do klatki srogo go pobili, nie chciał w tedy już stawiać oporu. Kastil prosił o łaskę dla niego , dowódca jednak z uwagi na wcześniejszy czyn Krisa w wiosce nie powiesił go na miejscu. Nadchodził kolejny dzień, mroźny wiatr owiewał okolice, wszędzie panowała cisza, nawet ptaki nie śpiewały, czyżby jakieś nadludzkie moce obserwowały Krisa,to co zrobił i zaczęły go...opłakiwać? Postanowił że do końca będzie już tym dawnym Krisem, odrzucił przecz pamięć o gildii. W końcu przyszedł czas pokuty...
Samotny lord jechał na wycieńczonym białym rumaku. Błyskawicznie skręcił na wielkim trakcie w kolejne zarośla. Mrok powoli ustępował, daleko lśniło słońce, jego blask objął oblicze jeźdźca. Oczy popuchnięte ,włosy zmierzwione przez wiatr, ubranie w licznych miejscach było potargane. Kawałki zbroi cudem utrzymywały sie na miejscu.
Plais ledwie dał rady jechać, coraz częściej usypiał by za chwile znowu otworzyć oczy. Gdyby nie strach przed pościgiem dawno legną by w trawie i zasnął. Jednak na taki luksus nie mógł sobie pozwolić, musiał jak najprędzej dotrzeć do Swadii. Ciekawiło go co z Haringothem, czy już umarł? Fakt, był typem twardego sukinsyna ale czy nawet to dawało mu szanse przetrwać? Po prawej mignął blask, jakby pochodni, potem kolejne, chwile potem usłyszał liczny płacz. Zatrzymał rumaka, zwierze jednak było zbyt wycieńczone i runęło na ziemie, już się nie podnosząc .Plais szybko uwolnił się spod konia i schował się za drzewem, ku jego uldze to nie byli wrogowie. Spora grupa chłopów ze swoim dobytkiem wędrowała przez las. Na ich czele zobaczył młodego żołnierza , jego ubiór mówił mu że to wojownik ze swadii. Lord wyszedł im na przeciw, cała grupa zatrzymała się, młody szybko podbiegł do niego .
-Panie ratuj...coś zaatakowało wioskę, zmierzamy do Suno.
-W takiej grupie nie mamy szans szybko uciec, dajcie mi konia jucznego.
Żołnierz otwarł szerzej oczy jakby nie mógł uwierzyć co właśnie teraz usłyszał.
-Panie...chcecie nas zostawić??
Kilka kobiet zaszlochało, jakieś dziecko płakało głośno. Banda wieprzów, pomyślał, myślą że lord będzie ich niańką? Ich niedoczekanie ,podszedł to konia, szybko pozbył się juk i wsiadł na konia.
-W pojedynkę szybciej dotrę do Suno, sprowadzę pomoc.
Młody zastąpił mu drogę, ręce mu drżały ,z zimna lub strachu, tego Plais nie mógł ocenić.
-Kto ochroni tych ludzi? Jestem rekrutem, nie dam rady sam walczyć, spójrz panie.
Wskazał ręką na grupę chłopów, jakaś kobieta tuliła niemowlę do piersi śpiewając pod nosem uspokajającą melodie. Dalej jakiś starzec opierał się na lasce, obok niego szedł mały kundel. Wszyscy skierowali swój błagalny wzrok na lorda.
-Są tu kobiety, dzieci i starcy, kilka osób będzie w stanie walczyć gdy nas znowu to ...coś zaatakuje. Miej litość i bądź z nami, błagamy.
Przez moment już nawet miał zostać, jednak nie uśmiechało mu się ginąć gdy cokolwiek ich zaatakuje. Nie było przy nim grupy żołnierzy, nie miał pod sobą wojska z prawdziwego zdarzenia. Sam jeden miał ich chronić? W imię czego? Ich problem czy zdążą dojść do Suno, on tylko najwyżej wyśle przed nich patrol, tak, tyle może dla tej biedoty zrobić. To i tak za dużo jak na chłopstwo ,no cóż, niech znają jego wielką łaskę.
-Z drogi chamie! Śmiesz mi mówić co powinienem zrobić?? Jestem wielkim lordem królestwa Swadii, poddanym króla Harlausa!
I teraz zaświtał mu pewien plan.
-Poza tym, król kazał mi niezwłocznie udać się do Suno!
Żołnierz chyba chciał coś powiedzieć ale nic takiego nie zrobił, zwiesił głowę i przepuścił Plaisa. Ten błyskawicznie ruszył, jeszcze trochę i będzie w Suno, ile człowiek musi się namęczyć by zrealizować swoje cele. W duchu życzył Haralusowi by zginął, jak i większość lordów, a w tedy? Ten kto wraca w chwale do Swadii obwieszczając że jest jedynym ocalałym zasługuje na tron. Morze i się troszkę zapędził w marzeniach ale czy były one aż tak odległe. Kto wie co tak na prawdę dzieje się gdzieś daleko za nim...
Lord Aleric wziął po raz kolejny zamach kilofem, uderzył w kamień. Znowu nic, przeklęte dwa kamienie, nie chciały ustąpić. Gdy reszta udała się na spoczynek po wysłuchaniu raportu on został sam. Był wściekły i całą noc tłukł w ten kamień,bez rezultatu. Cholerni inżynierzy mieli racje, kilof tu nie pomorze. Usiadł opierając sie o wrota ,ciężko dyszał. Wyciagnoł pergamin z raportem i po raz chyba setny czytał.
"Nadal brak odzewu ze strony posiadaczy kamieni. Wynajęty zabójca widziany w barwach swadii zmierzającej na wschód. Liczne doniesienia z wiosek o ataku nieznanego wroga. Doszczętnie spłonęło Ryibelt i nie był to najazd ,w Halmar giną ludzie w nocy. Vaegirowie żądają wyjaśnień ,doszło do nich na dwór że nordowie knują jakiś spisek."
W sumie nic takiego ale jednak Aleric był zły ,gdyby nie Bellen zabiłby na miejscu posłańca. Co miał teraz robić, o ile posiadacze kamieni w końcu odpiszą lub się zjawia o tyle ten chłystek który omamił jego córkę nadal ma kamień. Zabójca zdaje sie nie jest tak dobry jak o nim mówiono ,no cóż, napisze do odpowiedniej osoby. I chyba czas użyć bardziej bezpośredniej taktyki, czas odnaleźć córkę o ile ta żyła jeszcze. To jedyny sposób na to by Vord tu przybył z kamieniem. Sen poczeka, musi teraz wysłać odpowiednie zadania do zaufanych ludzi. Powoli tracił cierpliwość i nerwy. Energicznie wstał i krzyknął.
-Przyprowadzić kuriera z gołębiami, flaszka wina i dziewkę, migiem!!!
-
Przepraszam za post pod postem.Ale mam pytanie dla tych co czytają.Jak myślicie dać więcej akcji czy jednak takie "wspomnienia" bohaterów jak i czasami zdarzenia spokojne są jak najbardziej na miejscu. Pytam bo chcę jakoś wam pomóc w zrozumieniu postaci,chyba że ten zabieg tylko stwarza opowiadanie nudnym?Nie chcę robić z tej opowieści typowej "siekaniny" chociaż i tak według mnie sporo w nim walki;/
-
Według mnie, nie powinieneś pytać innych o zdanie.
Tzn. Pytaj, ale nie bież tego za bardzo do siebie.
Rób tak jak uważasz jest bardzo dobrze.
-
Kolejny "dodatek" zanim wstawię kolejną część.
'Keleber wielki uczony z Halmar.
Mineło parę dni, nie mam sił już,problem nie jest już tak oczywisty jak pisałem w pierwszej wiadomości. Nie wygląda to już na plagę ani na bunt. Żadna z moich teorii nie ma najmniejszej szansy być prawdziwa. Byłem w Ryibelt, swoja drogą tylko dlatego ze miałem naprawdę szybkie konie,i wymieniałem je co stanice. Nieważne. Widok jaki tam zastałem był...był...brak mi słów by to opisać. Jak już wspominałem wiele widziałem, ale to co się musiało stać w tej wiosce było obłędne. Nie przypominało to efektu najazdu, nawet przestępcy działają według jakiegoś tam schematu. Skąd więc te wnioski? Z wioski nic nie skradziono, nawet bydło w zagrodzie nie zginęło, za to nie było nikogo żywego. Ani jednego ciała, chociaż wraz z moimi ludźmi dobrze przeszukaliśmy każdą chatę. Nic, owszem ślady krwi były wszędzie, ale dlaczego nie było ciał??
Nie wiem sam już co to jest ,pierwszy raz się z tym spotykam, ludzie z mojej wyprawy zaczynają panikować, kilku uciekło ubiegłej nocy. Morale upada, i nie wiem jak długo będę w stanie kontynuować te jakże dziwne badania. Niby czego miałbym szukać? Pragnę także sprostować jedną rzecz, mój szalony przyjaciel o którym tak źle pisałem....nie powinien być zabity. Trzeba się z nim skonsultować, nawet jeśli szalony to nadal może coś wiedzieć więcej. Możliwe ze przez wiedzę jaka nabył oszalał. Czy to nie świadczy o bardzo nieciekawej sytuacji? Myślę że lepiej zaniechać ofensywy ,oczywiście to pokorna sugestia. Jeśli to jakiś nowy wróg...to naprawdę lepiej być ostrożnym i zaplanować wszystko, nowe tereny powinny poczekać.
Mam zamiar udać się na dwór Lorda Alerica o którym wspominał mój przyjaciel, jeśli to prawda o tym co pisał...możliwe że Aleric wie coś na ten temat. Tylko dlaczego to zataja? Jeśli to zagrożenie dla każdego królestwa to każdy powinien sie o tym dowiedzieć. Byłem zadufanym w sobie uczonym, tak,teraz chcę naprawić mój błąd i szukać prawdy.
Nie mam pojęcia ile przyjdzie mi jej szukać ani czy w ogóle ja odnajdę, ale taki sobie obrałem cel. Przepraszam przeto wszystkich z uczonych i Ciebie o Wielki Chanie. Kazałeś mi szukać odpowiedzi, tak więc czynie. Pragnąłbym abyś nie przysyłał mi więcej lansjerów, lordowie z innych królestw będą snuć niepotrzebne domysły. Mam kilkunastu zaufanych ludzi, którzy obiecali nie dezerterować.
Mam nadzieje i to wielką że Lord Aleric będzie skory do współpracy. Martwi mnie ostatnia sprawa...
Czy nikt nie zauważył że dni są coraz krótsze?? Jest to bardzo zauważalne, pogoda swoją drogą,ale ta...zmiana? Jest nad wyraz dziwna. Błagam aby nie wyruszać na sarranidów dopóki nie rozwiąże tej sprawy. Następny list wyslę po rozmowie z owym nordyckim lordem.
Niech sława stepu będzie z wami.
Keleber."
-
Jest super! Aldredzie, sprawdź skrzynkę. ;)
-
Rozdział .12.
Mury Yalen były już bardzo dobrze widoczne, słońce które właśnie wschodziło bardzo dobrze oświetlało mury. Wysokie wieże stały niewzruszenie, zdawać się by mogło że gotowe z daleka dostrzec zagrożenie. Brama była ogromna, większa niż zwykło się widywać w Swadii. Po drodze mijali chłopów zmierzających ze swym dorobkiem do i z miasta. Liczne patrole stale mijały tabor, Vord czuł się bardzo nieswojo w tym miejscu. Nie był przyzwyczajony do takiego tłoku, zgiełku codziennej ludzkiej gonitwy. Wolał żyć bardziej na uboczu, z daleka od tego wszystkiego. Fakt że jechał do miasta w charakterze więźnia wcale nie polepszał mu nastroju. Widział ludzi którzy z pogardą spoglądali na jeńców, jakby oni nie byli ludźmi.
-No to jesteśmy u bram naszego przeznaczenia.
Powiedział stary rycerz, nie wyglądał na szczególnie podminowanego czy użalającego się nad swoim losem. Był nad wyraz energiczny. Młodzieniec nie mógł pojąć skąd w ludziach takie nastawienie. Młody chłopak, żałobnik po ojcu wyglądał przez kraty na okolice, chłonąc każdą rzecz jaką zobaczył. Może chciał się jeszcze nacieszyć przestrzenią?
Gdy minęli bramę Vord całkowicie wpadł w depresje, czuł jak niewidoczne kajdany splatają jego ręce, jak pętla zaciska się na szyi.
Po drodze widział młoda parę spacerującą po ulicy, widać było ze są zakochani w sobie. Vord westchnął głośno, sam mógłby być takim szczęśliwym człowiekiem u boku Seleny. Zastanawiał się czy ona dalej żyje, czy odnalazła jego wuja. Tyle niewiadomych, nie miał jak się tego dowiedzieć. A przez kogo? Hreth i jego pomysł na najemniczą służbę, i jak szybko wpadli na ten durny pomysł tak szybko trafili do niewoli. Możliwe że tylko on jako jedyny przeżył tamtą bitwę. I tyle jeśli chodzi o pomoc, trafił do niewoli zamiast jakoś przedostać się do Khanatu.
Jeden z więźniów zaczął głośno narzekać na swój los bijąc przy tym głową w kraty.
-Zamknij się już.
Odparł Vord, mierziło go takie zachowanie, swoje żale mógł zostawić dla siebie. Tamten nawet nie spojrzał w jego stronę, dalej tłukł łbem o kraty ciągle mówiąc.
-Dlaczego? Dlaczego tu jestem? Jestem tylko zwykłym szeregowcem, nic nie wiem, wypuście mnie błagam.
To trwało aż do momentu gdy dojechali do cytadeli. Konwój zatrzymał się , zewsząd szli do nich żołnierze. Dowódca taboru zamienił kilka słów ze strażą i odszedł poza zasięg wzroku.
Straż bezceremonialnie wywlekła więźniów z klatek i ustawiła w długi rzad, każdemu skuto kajdanami dłonie i nogi. Przed nimi był drewniany podest na który wdrapał się jakiś człowiek ubrany w prosty ubiór ,poprawił kołnierz po czym ochrypłym głosem zaczął przemowę.
-Jestem Wilhem Rakrat, zarządca lochów w tym mieście. Zasada jest prosta, ja każe, wy słuchacie. Po drugie, jesli macie kogoś kto może was wykupić z niewoli to bez obaw. Roześlemy wasze imiona i nazwiska po miastach co by was mogli znaleźć krewni czy przyjaciele. Ostatnia rzecz...witajcie w naszych lochach!
Nadzorca parsknął jakby ostatnie zdanie było jego najlepszym dowcipem. Poprawił znowu kołnierz i skinął na straż. Bez żadnej taryfy ulgowej dla rannych wepchnięto ich za bramę cytadeli. Przed oczami jeńców rozciągał się zapierający dech w piersiach widok. Zamek zaiste był sercem miasta. Był wysoki, widać było gdzieniegdzie świeżą zaprawę murarską. A więc dbano o to miejsce bardzo, dzisiaj wielu lordów nie dbało już o stan swojego dworu. Przeprowadzono ich przez plac główny i skręcili przez okalający zamek park w którym pracowało wielu ogrodników. Dalej dwie damy zrywały róże, gdy zoczyły więźniów zaczęły chichotać i wytykać palcami. Vord nawet stąd słyszał wiele niemiłych słów, jacy oni brzydcy, brudni. Odwrócił wzrok i wpatrywał się w niebo, możliwe ze ostatni raz je ogląda.
W końcu doszli na tyły zamku, skierowano ich po stromych schodach na dół, wejście do lochów było małe. Beznamiętne wyrazy twarzy strażników wpatrywały się w nich,pytanie czy współczuli im czy wręcz złorzeczyli? Napis nad wejściem przykuł uwagę Vorda nim zniknął w ciemności..."Życie to tylko puste słowo"...
Swadiański lord powoli wspinał się w górę stoku. Co parę kroków zataczał się by potem znowu odzyskać równowagę. Wylał z bukłaka resztki wody na głowę,przetarł spuchnięte oczy, poprawił zmierzwione włosy i dalej kontynuował mozolna wędrówkę. Daleko za nim koń juczny pędził daleko w bezkresną dal.
Przeklęte konie, zwykłe szkapy płoszyły się z byle powodu, pomyślał Plais. Był głodny, zmęczony i niewyspany. Zbroja ciążyła mu okropnie ale wolał jej nie zdejmować,nie wiadomo było czy jeszcze nie spotka wroga. Z drugiej strony wątpił by mógł stawić jakikolwiek opór, miecz służył mu teraz za laskę, podpierał się na nim. Był cały wyszczerbiony i umorusany błotem.
Jeden zły krok i upadł w gęstą trawę, nie wstawał, usiadł i spojrzał w kierunku w którym dokonała się masakra armii Harlausa. Ciekawiło go czy ktokolwiek przeżył, ilu baronów zginęło, czy sam król nie poległ. Przede wszystkim co z Haringothem, może leży gdzieś tam daleko dalej oparty o drzewo. Zimny, bez tchu...całkowicie martwy.
Nie miał planu co zrobi gdy dotrze do Suno, nie miał ochoty nawet teraz myśleć. Położył się pozwalając zbolałym mięśniom odpocząć. Patrzył w niebo, chmury leniwie wędrowały, słońca nie było widać, skryło się gdzieś .Delikatny wiatr owiewał mu twarz. Było niebywale spokojnie, baron postanowił ze nic się nie stanie jeśli na moment się zdrzemnie.
Nim zdążył zapaść w sen jego twarz przysłonił cień, pewnie znowu chmury , pomyślał.
-Wstawaj!
Plais momentalnie się zerwał i spojrzał na człowieka przed nim, to był jeden z najemników. Sięgnął po miecz by po chwili zorientować się ze ma go owy człowiek.
Co on tu robił, czyżby także uniknął śmierci uciekając do swadii? Głupiec chyba nie wiedział że za dezercje jest kara śmierci, ale o tym sie dowie jak będą w Suno. Szybko się poprawił, próbując ze wszystkich sił wyglądać na niezmordowanego i diabelnie pewnego siebie. Z kolei intruz stał splatając ręce na piersi. Był posiniaczony i krwawił z wielu miejsc, włosy miał rozczochrane. Nim baron zdołał wreszcie wykrztusić z siebie cokolwiek dostał w twarz szybkim ciosem z pięści. Ponownie rozłożył się na ziemi, chwilowo wszystko wirowało mu w głowie, nie mógł się poruszyć.
-Ponoć miałeś nami dowodzić,tak? To wytłumacz mi pieprzony gogusiu co to była za taktyka, gdy ty uciekasz a my zostajemy by bronic twoje dupsko?
-Słuchaj, dostałem rozkaz...ja także komuś podlegam, gdyby to ode mnie zależało to zostałbym z wami walczyć do końca...
Chyba nie trafiony argument, pomyślał, najemnik pokiwał głową na znak że się z tym nie zgadza, splunął przed nim i ochrypłym głosem zaczął mówić.
-Jakoś mnie to nie przekonuje, rozkaz króla był idiotyczny, na szybko coś wymyślił bo przez swoją głupotę dał się zaskoczyć w obozie. Z kolei dowiedziałem się co nieco o tobie, o tym jakim człowiekiem jesteś. Przez ciebie moi ludzie trafili w niewole...przynajmniej mam taką nadzieję, za każdego martwego dzień tortur...a uwierz...jestem cholernie nieobliczalny. Myślałeś ze jesteśmy durniami?? Że niczym banda chłopów pójdziemy za tobą w paszcze niedźwiedzia?? Otóż nie, miałem cie na oku od początku, skrupulatnie sobie wszystko obmyślałem. I mam propozycje ,od twojej odpowiedzi zależeć będzie czy będziesz żyć dalej.
Baron oblał się zimnym potem, powoli wstał niepewny czy ten narwaniec znowu go nie powali. Nie mógł uwierzyć że teraz nie potrafi wybrnąć z tego bagna. Zawsze miał jakiś sposób, zawsze sprawnie manipulował słowami, jednak z tym tu będzie ciężko cokolwiek wytargować, dobrze a zatem zagra w jego gierkę, a nóż sam się potknie i przyzna mu racje. W końcu kto tu był wysoko urodzony?
-Dobrze, jaka to propozycja? Pamiętaj że mimo wszystko jestem baronem królestwa Swadii...
-Masz dość pieniędzy, w całym życiu nigdy ich nie wydasz, zapłacisz okup za każdego najemnika ode mnie. Za resztę wykupisz tylu ile się da.
Tego już za wiele, ta łachudra chciała go tak perfidnie okraść, i głupiec myśli że jak dotrą do Suno to on ot tak mu wyda pieniądze? Grubo się myli, właśnie sam wpadł w swoją durna pułapkę. Wystarczy że się zgodzi, razem dojadą do miasta i u podatnika zacznie wypłacać...do tego czasu straż go pojmie. Idiota, ktoś kto jest lordem nie da się łatwo oszukać czy też omamić. W takim starciu biedota nie miała żadnych szans.
-Dobrze, z radością wykupię twych ...ludzi. Mam za dużo pieniędzy by je chować dla siebie. Zatem wyruszajmy czym prędzej do Suno.
Najemnik roześmiał się, gdy wreszcie się uspokoił wciąż rozbawionym tonem powiedział.
-Zaczekamy tu, twoje pieniądze niebawem tu się zjawią, miło że się zgadzasz.
-Jak to?? Przecież trzeba okazać pieczęć.
-A jak myślisz, co robili moi ludzie w obozie gdy byłeś na zebraniu? Nie jestem głupi i już w tedy chciałem się zabezpieczyć na wypadek gdybyś chciał nas wykiwać.
-Tego już za wiele, okradliście barona?? Za to grozi obcięcie obu dłoni, zresztą na niewiele się zda sama pieczęć, trzeba napisać odpowiednie pismo ,z podpisem!
Ostatnie słowo Plais wyraźnie zaznaczył siląc się na ostry ton. Banda wieprzy chciała go pozbawić majątku. Czyż nie wycierpiał wystarczająco dużo? Stracił cały odział, następny nie prędko sformuje, spora część majątku szła na przekupstwa i inne sprawy. A teraz ktoś chce go dobić zabierając mu dobytek, nawet Harlaus nie był takim pazernym wężem.
-O to się nie zamartwiaj, Livmer był skrybą swego czasu. Zawsze twierdził że nie ma podpisu którego nie potrafiłby podrobić. Wystarczyło tylko zerknąć na oryginał w obozie. Tak więc czekamy i idziemy wykupić naszych przyjaciół.
W tym momencie Plais omal się nie rozpłakał, był bezradny, i po raz kolejny nie docenił najemników. Przechytrzyli go na długo zanim on sam chciał z nimi to zrobić. W duchu liczył na to że po drodze natkną się na swadian, a w tedy najemnicy zginą powolną śmiercią.
Najemnik sięgnął do sporego wiklinowego kosza za nim, wysypał zawartość, sporo chrustu, popatrzył znacząco na barona.
-Rozpal ognisko przyjacielu, chłodno dziś nieprawdaż?
-Ja nigdy nie rozpalałem ogniska, zawsze miałem ludzi od tego.
-To najwyższy czas byś się nauczył, byle szybko-potarł znacząco pięści-bo nie lubię marznąc.
W sali zebrań panowała cisza, żaden z obecnych nie chciał jej przerywać, wszyscy czekali na ostatniego gościa.
Aleric wypił kolejny kielich wina, potem sięgnął po dzban piwa by wychylić go od razu. Reszta tylko podziwiła ten pokaz.
-Alericu sporo pijesz, wyspałbyś się wreszcie do porządku.
Bellen, jako jedyny nic nie pił, siedział do tej pory w milczeniu przeglądając pergaminy.
-Słuchajcie-wszyscy zwrócili wzrok na Alerica-Nie mamy nic konkretnego dla Ragnara, jeśli przyjedzie i będzie wypytywał, to do cholery nawet jak czegoś nie wiemy to starajmy się sprawnie kłamać. Nie chcę by ten furiant zrobił coś czego wszyscy będziemy żałować. Mam raport, przekażę mu go, do tego zdamy relacje z dotychczasowych dokonań.
Wszyscy zrozumieli, nastąpiła cisza którą przerwał dźwięk otwieranych wrót. Do sali wkroczył król Ragnar, nie spoglądając na nikogo zajął miejsce na końcu stołu, wrota zastrzały się z hukiem.
-Raport.
Rzekł beznamiętnie monarcha, wszyscy nabrali wody w usta, cisza, Vordemor spojrzał błagalnie na Alerica. Ten westchnął, jak zawsze to on musiał brać cały ciężar na siebie. No cóż, tyle co wiedzą musi królowi wystarczyć, przecież nie są jasnowidzami. Pytanie co o tym wszystkim będzie sądził Ragnar. W końcu wstał, poprawił się, zrobił łyk wina i zaczął mówić...
Po pięciu godzinach mordęgi król wstał.
-Nie podoba mi się to, jeśli czegoś nie rozumiem lubię jak najszybciej to zrozumieć. Wiecie właściwie co z tego wyniknie? Może to krypta dawnych władców? Skąd wiecie co robicie?
-Panie-Bellen lekko drżącym głosem w końcu ku uciesze Alerica przemówił-Nie wiemy dokładnie ,sądzimy że ma to niejako związek z upadkiem cesarstwa. A więc można by rzec że to tylko odkrywanie przeszłości. Ale z chwilą gdy kamienie z wrót zaczęły być usuwane, zaczęły się dziać dziwne rzeczy o których już Wam wspominaliśmy. Nie wiemy zatem czy rozsądnie było by otwierać wrota.
O nie, pomyślał podpity już Aleric, starzec teraz wmawiał królowi to co innym próbował. Nic, tylko lepiej nie otwierać, durne zabobonne strachy. Musiał odpowiednio zareagować.
-Bellen ma po części racje, jednak ja myślę że ktokolwiek te wrota zapieczętował na tak spory czas, chciał by kiedyś je otwarto. Czyż fakt że pochodzą one sprzed czasów upadku cesarstwa nie jest ekscytujący? Cóż złego może się stać gdy je otworzymy, przecież stamtąd nie wyskoczy armia wroga, bądźmy rozsądni.
Turegor po wypiciu odpowiedniej ilości piwa w końcu nabrał pewności siebie do rozmowy z władcą.
-Ale chyba zauważyłeś co się dzieje za każdym razem gdy usuwamy jeden kamień, jest coraz...coraz...dziwnie. Nie potrafię tego określić, ale ktokolwiek zabezpieczył tamto miejsce chciał by nigdy nie było otwierane. Z drugiej strony to myślenie może być jak najbardziej błędne. Myślę że sam król powinien to rozstrzygnąć.
Nastąpiła wrzawa, Aleric kłócił się z Turegorem, starzec tłumaczył Vordemorowi a tamten ciągle podważał jego teorie. Ragnar uderzył pięścią w stół i zapanowała ponownie cisza. Zlustrował każdego na sali, wertował zapiski na temat wrót i sali .Oparł się o krzesło i pomasował się po czole.
-Nigdy nie miałem z czymś takim do czynienia, skłamał bym mówiąc że zrozumiałem chociażby połowę z tego co mi przekazaliście. Jako że się na tym nie znam, pozostawiam tą kwestię wam, macie jakieś obeznanie, tylko jedna ważna rzecz. Zanim usuniecie ostatni kamień, chcę by po mnie posłano, muszę być świadkiem otwierania tych wrót. Zebranie uważam za skończone panowie.
-Z całym szacunkiem, wiele lat byłem uczonym w królestwie Vaegirów i uczono nas byśmy nigdy nic pochopnie nie podejmowali. Zawsze należy wszystko dogłębnie zbadać, w tym przypadku nie mamy wielu rzeczy wyjaśnionych. I myślę że jeśli wyniknie z tego coś złego, Ty o panie będziesz najbardziej odpowiedzialny.
Aleric niemal zastygł w bezruchu, starzec miał jaja aby zwracać uwagę królowi, na dodatek nie swojemu. Za wszelką cenę nie chciał dopuścić do zakończenia tego przedsięwzięcia.
-Rzekłem, Bellen darzę cie szacunkiem, nawet sympatią, ale dajmy szanse na odkrycie prawdy. Nie martw się, nim wrota otworzymy będę mieć przy boku gwardie huskarli. Nic i nikt im się nie oprze, więc spokojnie.
Gdy wszyscy opuścili sale, Bellen dalej siedział przy stole, miał dziwny wyraz twarzy, wpatrywał się w okiennice. Aleric wrócił się do niego, usiadł obok i poklepał po ramieniu.
-Przykro mi przyjacielu ,ale sam widzisz że nawet Ragnar podziela moje zdanie. Odstaw strach na bok, jesteś rozsądnym człowiekiem, czego tak usilnie starasz się nie dopuścić do otwarcia wrót?
-Wyjeżdżam, i to jeszcze dziś, nie chcę maczać w tym palców.
-Jak to? Tak po prostu zostawisz nas samych?
-Alericu... odszyfrowałem kolejny ustęp, zostawiam ci przetłumaczony tekst i oryginał, jak przeczytasz...sam zaniechasz dalszego działania.
Przerwał, na chwile się zamyślił i cicho na odchodne odparł.
-Rozpoczęliśmy coś co wszystkich nas zniszczy. Sami na siebie zesłaliśmy zagładę,wszystko przez niewiedzę Alericu...przez niewiedzę...
CDN....
-
Kiedy następny rozdział?
-
Kiedy następny rozdział?
Kiedy przyjdzie wena.
Aldred, moja propozycja jest wciąż aktualna
-
Ciąg dalszy...
Przez dwa dni spędzone w celi Vord zdążył nieco poznać współtowarzyszy niedoli. Dwoje mężczyzn w sile wieku to kolejno rudzielec Heret oraz „złoto- zębny” Ulive, o ile tych dwoje było nawet w porządku o tyle trzeci był...typem wrednego sukinsyna. -Mervik- przestępca i zwyrodnialec od kilku lat siedział za liczne zabójstwa. Już na początku oznajmił nowo przybyłym ze to on tu rządzi, sepleniąc okrutnie wskazał każdemu prycze oraz wyjaśnił kilka reguł.
Młodzieniec i tak dziękował w duchu że nie jest z nim sam w celi oraz że dostał prycze po drugiej stronie,zawsze to było jakieś pocieszenie, nieprawdaż? Straże przynosili na drewnianych misach raz dziennie jedzenie, do tej pory jedyne co dostawali to kasza ,kubek wody i parę kromek suchego chleba. To było by nawet do zniesienia gdyby Mervik nie zabierał każdemu połowy. Ulive pierwszego dnia protestował i skończył źle, wybite dwa zęby i złamany nos, oni dla posłuchu także dostali łomot. Jakby mało się już nacierpiał, ciemność i monotonia powoli działały na nerwy. Możliwe że po paru tygodniach oszaleją ,nie wiadomo jak psychika zareaguje...
Tego dnia od początku zapowiadało się na coś niedobrego, czuć było w powietrzu -oprócz smrodu niemytych ciał-ciężką atmosferę.
-Młody...
Tak, to było na pewno do niego, Mervik siedział na twardej pryczy mozolnie dłubiąc w nosie. Był dzisiaj nad wyraz spokojny , o ile on w ogóle mógł być taki. Nerwowo zerkał w stronę drzwi celi by zaraz szybko rozglądać się po pomieszczeniu.
-O co chodzi? Jeśli o jedzenie to bez obaw, dostaniesz swoją część.
-Nie, słyszałeś cokolwiek w nocy?
Zapadła cisza, czy to kolejna z jego dziwnych gierek? Możliwe że nadmiar wolnego czasu uderza mu na rozum i wymyśla przedziwne metody dręczenia towarzyszy niedoli.
-Oprócz wrzasku z sąsiedniej celi do późna, nic.
Tamten spojrzał na resztę jakby chcąc usłyszeć ich zdanie, tak jak przypuszczał nie doczekał się odpowiedzi.
-Niemożliwe, ja słyszałem, jakby za drzwiami głos...kogoś ochrypłego. W kółko powtarzał jakiś wierszyk o starcu, ognisku, łzach. Chyba ze to któryś z was robi sobie żarty, a ja żartów nie lubię.
Vord czuł że jak tak dalej będzie przebiegać rozmowa to ktoś tu straci kolejne zęby. Heret rozłożył ręce w geście bezradności i powrócił do swojego ulubionego zajęcia, gapienia się w ścianę. Ulive chciał chyba przypodobać się "władcy celi" i podszedł do drzwi i spojrzał za wizjer by sprawdzić czy aby na pewno nikogo tam nie ma. Po chwili zrezygnował i usiadł na pryczy. Mervik energicznie powstał i zaczął krążyć po celi , kopnął w miskę a ta odleciała w przeciwległy kąt. Po prawdzie tuz obok głowy Vorda. Wszyscy woleli się nie odzywać, w milczeniu obserwowali nieobliczalnego człowieka.
-Tej nocy nikt nie uśnie dopóki nie pozwolę, zobaczymy który z was ze mnie drwi. A jak się dowiem to łeb urwę! Będziemy czuwać aż wszyscy to usłyszymy, zrozumiano?!
-Oszukujesz!-ryknął zwalisty mięśniak Zarel, każdemu wypowiedzianemu przez niego słowu towarzyszyła istna fontanna śliny. Kris zachował jednak spokój, przetasował na nowo karty. Czas cholernie się dłużył, dzięki pewnym układom udało mu się pozyskać talie kart, poczciwy Kastil starał się jak tylko mógł żeby zadośćuczynić za to jak pomógł mu uciec z wioski.
- Naucz sie wreszcie że króla nie pobijesz jakąś piątką ,uczyłem was cały wczorajszy dzień, a to najłatwiejsza gra.
- Nie mędrkuj mi tu i rozdawaj, patrze ci na ręce.
Granie było dobre ale nie na długo, przecież nie spędzi całego swojego życia w celi grając w karty z idiotami. W tedy zabrzęczał przekręcany zamek w drzwiach, w przejściu pojawiło się troje strażników. Rozglądnęli się po celi, gdy ich wzrok zaczynał się na nim, Kris zrozumiał że czegoś od niego chcą.
- Wstawaj, idziesz z nami.
Wyprowadzono go z celi, szybko pokonali labirynt korytarzy i okute drzwi cel by wejść do obszernego pomieszczenia, ku uldze Krisa nie wyglądało ono jak katownia. Rozejrzał się uważnie, wyglądało to na jakiś pokój gdzie wieczorami możni panowie siadają przy lampce wina.
- Masz szczęście, chyba ktoś się o ciebie upomniał.
Straż na jakiś niemy rozkaz szybko opuściła pokój i zamknięto drzwi. Zabójca został sam, niepewny co go za chwilę czeka, spojrzał na stół który uginał się pod ciężarem przeróżnych dań. Mimowolnie przełknął ślinę na samą myśl że mógłby zjeść cokolwiek z tych przysmaków. Nie zdążył spocząć na jednym z foteli gdy drzwi się otworzyły, nie od razu rozpoznał przybysza, skrywał swoje oblicze w kapturze. Jednak z chwilą gdy się odezwał Kris nie miał wątpliwości, to Ces "łowca", jeden z lepszych zabójców na usługach Glerna.
- Jedno pytanie...co ty do cholery wyprawiasz kris?
Przybysz ściągnął kaptur z głowy ukazując swoje oblicze, całkowicie łysy z licznymi bliznami na twarzy, wzrok jak u orła. Czujnie wpatrywał się w niego, jednocześnie zatrzaskując drzwi, gdy się upewnił ze nikt nagle nie wejdzie nie czekając na odpowiedz wyciągnął kawałek pergaminu i rzucił Krisowi.
-Zleceniodawca żąda by jego zlecenie było w końcu wykonane, winą obarcza całą gildie a głównie ciebie, heh siepacza Glerna ,jak widzę nieco na wyrost nadano ci ten tytuł.
A jednak w końcu i gildia zechciała o sobie przypomnieć, mógł się domyślić że tak będzie, za długo to trwało, jednak po ostatnich wydarzeniach to i tak nie miało znaczenia. Pytanie jak odpowiedzieć temu, zdaje się,porywczemu człowiekowi ze on zrywa z tym wszystkim. I tu przypomniał sobie kolejny punkt kodeksu. "Członek gildii dożywotnio zostaje wraz z braćmi, w razie gdy ktoś porzuca gildie zostaje naznaczony piętnem i musi umrzeć". Czyli wychodziło na to ze Glern musiał dać Cesowi jasno do zrozumienia że w razie czego musi go zabić, tak traktował ich kodeks. Najgorsze że wysłano tu jednego z lepszych morderców, mówiono w gildii ze "łowca" całe dnie i noce spędza na doskonaleniu kunsztu mordowania, oznaczało to nie lada problem.
- Język ci odjęło? Robisz durni z nas i mistrza, przynosisz wstyd całej Gidli. Czułem że nie podołasz temu zadaniu, starałem się mistrzowi jakoś wyperswadować ten pomysł że pójdziesz sam .Bo ja, w przeciwieństwie do reszty wiem że jesteś słaby, wiem też stąd i owąd że masz w planach objąć władze. Twoje niedoczekanie, zmarnowałeś swoją szanse.
Ces oblizał wargi i sięgnął do pasa po swój sztylet, z namaszczeniem gładząc rękojeść jednocześnie patrząc na niego. Zrobił krok do przodu i rozłożył ręce.
- Widzisz, tak to jest jak malutki człowieczek myśli że może wszystko. Ja nie jestem tobą i mam zamiar jak najszybciej wykonać zadanie. Chciałbym ci także zakomunikować że robię to z radością gdyż nigdy za tobą nie przepadałem. Wywyższałeś się, a zapominasz że pochodzisz z rodziny pijackiej, że jesteś jak ten robak którego trzeba zgnieść butem, o tak, jesteś robakiem.
Kris zrobił krok do tyłu i szybko chciał znaleźć jakąś broń, niech to szlag trafi, zawsze gdy był w niebezpieczeństwie nie miał się czym bronić .Może przemówi mu do rozumu, może zrozumie ze on już ma tego dość. Tak na prawdę jego śmierć nic mu nie da, po prawdzie mógłby mu nawet dać namiary na amulet...
- Ces, wiem gdzie jest amulet. Wysłuchaj mnie na moment...
-Nie, widzę w twoich oczach strach który dodatkowo przez ciebie przemawia. Wielką radość sprawia mi ten widok, zawsze o tym marzyłem. A amulet- wyciągnął z kieszeni mały kamień na łańcuszku-już mam, Vord....niebawem zginie, już poczyniłem odpowiednie kroki w przeciwieństwie do ciebie. Więc jak widzisz jesteś całkowicie i nieodwołalnie zbędny.
Ces z niesamowitą prędkością rzucił się w jego stronę, Kris szybko chwycił mosiężny świecznik i sparował pierwsze uderzenie. Chwycił za nadgarstek przeciwnika, tamten szybko się okręcił wyswobadzając się z uścisku. Wykonał kilka pchnięć jednak Kris za każdym razem uskakiwał w tył, do chwili gdy pole manewru się skończyło i znalazł się pod ścianą. Ces uderzył najpierw wolną ręką a potem szybko wbił sztylet w ramie Krisa.
Niedobrze ,pomyślał, ten agresor jest lepszy niż mógł przypuszczać, szybki i silny, i chyba lepszy od niego. Próbował wyrwać sztylet z ręki ale przeciwnik napierał nań z całych sił, uderzył kolanem i Kris zwalił się jak długi na podłogę. Otrzymał kilka silnych kopnięć ,oczy zaszły mgłą, napastnik podniósł krzesło i z całych sił uderzył nim w leżącego. Ces szybko wyciągnął linę do tej pory przytwierdzoną do pasa o oplótł nią szyje Krisa. Szybko wskoczył na stół i przerzucił za belkę pod stropem, naparł na nią podnosząc go do góry. Ten nie mógł już nic zrobić , czuł jak powietrze drastycznie się kończy, płuca wołały o choćby jeden oddech, zaczął się szarpać chociaż wiedział że to tylko pogarsza sytuacje. Łowca z radosnym wyrazem twarzy dalej trzymał linę , widać było że wkłada wszystkie siły by w końcu powiesić rywala. W tedy rozległy się alarmujące głosy za drzwi, potem głośne pukanie.
Kris w końcu zrezygnował z prób oswobodzenia, ciemność stopniowo nadchodziła, obrazy z przeszłości mijały jeden za drugim, tak oto śmierć nachodziła. Po chwili poczuł piekący bul pleców, i stłumione krzyki i odgłosy walki. Nie na długo...Kris zapadł w ciemność....
Było już późno, możliwe że nawet po północy, wszyscy siedzieli na pryczach z tępym wyrazem twarzy obserwując cele. Jakąś godzinę temu ucichły wrzaski z sąsiedniej celi, zresztą jak co noc. Potem sporadycznie słychać było przechodzącego strażnika, jego kroki odbijały się echem po korytarzu, to było prawie nie do zniesienia. Vord kilkakrotnie przyłapał sie na tym ze na moment mimowolnie zamykał powieki, reszta trzymała się nie lepiej. Z kolei Mervik usiadł opierając się o drzwi i bacznie obserwował wszystko w okuł. Jednak ten stan powoli działał Vordowi na nerwy, głupiec wymyślił sobie coś i kazał reszcie nie spać, niby co mogli by usłyszeć, to było idiotyczne. Roześmiał się w myślach, zachowywali się jak dzieci które boją się ciemności. Nagle odurzającą cisze przerwał krzyk Mervika, wszyscy poderwali się na równe nogi i spojrzeli w kierunku w którym wskazywał szaleniec. Nic tam nie było, a jednak on wpatrywał się w jeden punkt coraz histeryczniej się zachowując, wstał i zaczął rąbać w drzwi wrzeszcząc jak zarzynane zwierze.
-Straż, straż! Coś tu jest w celi, coś tu wlazło, słyszycie?! Otwierajcie!
Gdzieś daleko ktoś kazał mu się uciszyć, ale reszta kompanów w celi przez dziwne zachowanie Mervika była już nieźle wystraszona. Nawet Vord poczuł ciarki na plecach, dziwnie to wyglądało, głupiec zachowywał się jakby naprawdę coś widział, ale do licha, nic tam przecież nie było!
-Mervik-uspokajającym głosem odparł Ulive-nie strasz nas, wygrałeś, udało ci się a teraz przestań....
Tamten spojrzał na ułamek sekundy na niego potem znowu w ten sam punkt, oczy rozszerzyły mu się niewyobrażalnie. Młodzian był pewien że jeszcze trochę a te wypadły by mu z oczodołów. Mervik przestał tłuc w drzwi, klęknął mamrocąc coś pod nosem, chyba nawet płakał. Czyżby do reszty oszalał? Zwyrodnialec nie byłby w stanie tak udawać, może był pijakiem i miał zwykłe halucynacje? Jego przypuszczenia były błędne. Z niesamowitą szybkością Mervik wykręcił głowę w prawo, stał się blady jak trup, po chwili nastąpiło nieprzyjemne chrupnięcie i szaleniec padł na twarz, martwy...
W celi zapadła cisza, nikt nie chciał się odzywać, lub tez po prostu bał się cokolwiek powiedzieć. Ulive po minucie podszedł do denata i stwierdził zgon, Heret zaczął histerycznie wrzeszczeć i wołać straż. Vordowi przez niemal nieuchwytną chwilę wydawało się że widzi w kącie przygarbioną postać... ta szybko znikła. Cholera, teraz chyba i on zaczyna szaleć.
Ku uldze wszystkich straż zjawiła się dość szybko, po godzinie przesłuchań stwierdzili samobójstwo. Ale co właściwie się tu stało? Człowiek nie może ot tak skręcić sobie karku, na ogół samobójstwo popełnia się z dala od świadków, w ciszy. A to co tu się wydarzyło...sprawiało że włos się jeżył na głowie .Czy głupiec jednak miał racje i słyszał ubiegłej nocy te głosy, może go ostrzegały? Ale przed czym lub przed kim? Może był tak chory umysłowo że sam sobie wmawiał pewne rzeczy, ale cholera, dalej nie rozwiązane pozostało jak on umarł. Straż poszła na łatwiznę i stwierdziła zgon, z początku tylko podejrzewając morderstwo.
Gdy zostali już w celi sami, Ulive wyciągnął spod pryczy zmarłego mały notes.
-Pisał coś co wieczór, ja prawie zawsze usypiałem dopiero gdy przestał pisać...Myślicie że możemy sprawdzić co pisał?
-Nie chcę wiedzieć, chcę zapomnieć o tym co tu się wydarzyło, wam proponuje to samo. Vord ty tez idź spać, wyglądasz okropnie.
Notatnik, z jednej strony przez szacunek dla zmarłego nie powinni go czytać, z drugiej zaś strony może powie im to jakim był człowiekiem Mervik?
-Siadaj Ulive, parę stron nie zaszkodzi, a potem spróbujmy usnąć...
Heret odsapnął coś pod nosem i zawijając się kocem próbował usnąć. Oni otworzyli pierwszą stronę i zaczęli czytać...
"Droga Leino, naczelnik więzienia obiecał mi wkrótce kolejną szanse na wyjście stąd. Nie wiem czy mogę mu wierzyć, ciągle mnie okłamywał. Od dawna nie pozwalają mi na zażywanie zioła Jeberena, przez to mam wrażenie jak co dzień uchodzi ze mnie jakaś cząstka mej świadomości. Wszyscy wokół mają chyba z tego ubaw gdyż myślą że ot tak szaleje. Ale nie, ja mam silną wole i jeśli kiedykolwiek miałbym stracić rozum...odbiorę sobie życie. Nie chcę abyś mnie opłakiwała, musisz zrozumieć że ja nie chce zamienić się w roślinę, w bezrozumne zwierze jakim chcieli by mnie widzieć strażnicy. Noce są tu długie, każdej nocy marzę by w końcu mnie wypuścili."
"Minęły dwa lata, mam nadzieje że listy do ciebie o ukochana dotarły. Coś jest nie tak, zaczynam czasem gadać do ścian, szczury wyglądają jak by mnie rozumiały. Głowa mnie boli coraz częściej, zupełnie jak przed chorobą, tylko że w tedy miałem lek. Naczelnik dalej mnie zbywa, podobno odnaleziono prawdziwego morderce, czyli jestem niewinny, dlaczego zwlekają aby mnie wypościć? Jak tam moje dzieci, Bula i Agalla, są zdrowi, szybko rosną? Słyszę głosy w mojej głowie, teraz prawie co noc, czasami nawet tuż za drzwiami ktoś gada, nie ma to żadnego sensu, sam nie wiem co robić. Wczoraj o mało nie pobiłem na śmierć towarzysza celi, przecież to do mnie nie podobne...nigdy nikogo nie skrzywdziłem, proszę Leino, odwiedź mnie jak najszybciej bo czuje że już niebawem źle ze mną będzie, błagam."
Vord szybko zamknął pamiętnik, zdał sobie sprawę że ten człowiek był normalny jak każdy, to otoczenie i ludzie uczyniły z niego potwora . Gdyby wcześniej wiedział...Po raz kolejny dotarło do niego że świat jest naprawdę wredny, a człowiek człowiekowi wilkiem. Ulive wzruszył ramionami i nic nie mówiąc położył się na pryczy, nie spał, wpatrywał się w sufit. Na każdym ostatnie wydarzenie odcisnęło swoje piętno, Heret mamrotał przez sen wiercąc się okropnie. A on? Czy mógł zasnąć? Tak na prawdę ta historia Mervika nie różniła się od jego własnej. Świat tak samo brutalnie z nim postąpił, ciągle stawiając na jego drodze ludzi do cna wrednych i fałszywych. Rozdzielono go z ukochaną, nawet nie wiadomo co się teraz działo z Seleną. Czy była bezpieczna w Halmar, czy wuj dołożył wszelkich możliwych starań aby ją chronić?
Starzy ludzie mówili że dawniej gdy człowiek tracił nadzieję zwracał się o pomoc do boga, czymkolwiek on był. Vord tak na prawdę nigdy nie miał okazji usłyszeć co mieli na myśli, co to słowo oznaczało ,czy był to jakiś władca obdarzony ogromnymi możliwościami, siedzący w górskiej fortecy, decydujący o losach całej krainy? Czy może był to jakiś krąg ludzi działających skrycie, i pomagali tylko upatrzonym sobie wcześniej ludziom? To było nie do odgadnięcia, więc nawet nie było sensu prosić kogoś o pomoc gdy nie było wiadomo kim ten ktoś jest. Bo niby jak? W zamkniętej celi, nagle pojawi się i uratuje go, sprowadzi Selenę do niego i przeniesie w bezpieczne miejsce? To było tak absurdalne że Vord omało się nie roześmiał, a to w obecnej sytuacji źle by wyglądało. Tak więc dawne wierzenia niech idą spać, on zrobi to samo, a rano może wymyśli coś bardziej namacalnego.
Obudził się późno, miał całą noc koszmary które do teraz przewijały mu się w głowie. Nad nim stał Ulive, nieco zmieszany i roztrzęsiony.
-Nie chciałem cie budzić Vord, mamy nowego w celi, chyba niedoszły samobójca, widziałem ślady na jego szyi, na pewno od pętli...
Tego tylko brakowało, teraz przysłali im człowieka o skłonnościach samobójczych, teraz na pewno nie będzie mógł zasnąć. Świadomość że mógłby w nocy coś sobie zrobić...
Wstał i podszedł do śpiącego nowego towarzysza celi. Omal nie krzyknął ze strachu, to był zabójca z obozu. Nie trudno było nie zgadnąć , jego twarz rozpoznał by wszędzie, wszak chciał go zabić.
-Co jest Vord-wyszeptał Heret-wyglądasz jakbyś ducha zobaczył.
Zaraz to on może być tylko duchem, pomyślał. Co on tu robił, czyżby jakimś sposobem dostał się tu udając więźnia? Nie zdążył sobie odpowiedzieć gdy zabójca otwarł nagle oczy i spojrzał mu prosto w oczy, jednak wbrew obawom nie rzucił mu się od razu do gardła tylko spokojnie powiedział masując się po szyi.
-Nie martw się, nic ci nie zrobię, za to zrozumie jak mnie teraz zabijesz, masz szanse po temu...
Vord teraz był zdumiony, czy wszystko wokół do reszty powariowało? Za każdym razem gdy już myślał że coś wie czy rozumie równie szybko okazywało się że jest w błędzie. W co on grał, jeszcze nie tak dawno pałał nienawiścią, chęcią odebrania mu amuletu oraz życia. A teraz jak gdyby nic mówi że już nie chce go zabić. Chyba że był naprawdę wykończony i wiedział ze nie ma sił aby cokolwiek zrobić, te ślady? Czyżby chciał się powiesić po tym jak nie udało mu się odebrać amuletu, jakiś swoisty rytuał zabójcy? Leżał teraz na pryczy przypominając konającego człowieka, blady na twarzy, prawe ramie zabandażowane, pierś owinięta przekrwionymi szmatami. Siwa szyja w licznych miejscach przekrwiona. Patrzył na niego oczami teraz już nie pełnymi nienawiści i mordu lecz oczami kogoś kto gotowy jest na śmierć. Przypominał mu teraz obraz kalekiego weterana który wieczorami pije sam ze sobą wpatrzony w kufel piwa, beznamiętnie spoglądający od czasu do czasu po otoczeniu. Nie, on nie mógł udawać, z drugiej zaś strony już raz pomylił się co do Mervika. Więc dlaczegóż by miał się i teraz nie pomylić, to był zabójca, a oni wszyscy potrafili oprócz zabijania , świetnie kłamać. Więc może rozsądnie byłoby go zabic od razu dopóki ma ku temu okazje, miałby jeden problem z głowy, nie ryzykowałby że którejś nocy otrzyma śmiertelny cios. Ale czy to było ludzkie, zabić bezbronnego, ot tak go zamordować. Stałby się taką sama bestią bez serca, jak to mówią lezącego się nie kopie . Miast tego wyciąga się ku niemu rękę i daje szanse. Pytanie czy jego miłosierdzie wkrótce nie obróci się przeciw niemu, bo jeśli zabójca w końcu wydobrzeje czy nie postanowi na nowo zaatakować. Czy on posiada jakikolwiek honor i z wdzięczności za darowanie mu życia po prostu go zostawi. Z takimi nigdy nic nie wiadomo, czuł ze jakkolwiek nie wybierze to i tak będzie to zły wybór. Wolał jednak do końca wyjśc z tego z twarzą, a czy będzie potem żałować? No cóż i tak wiele rzeczy do teraz żałuje, jedna więcej nie zrobi mu różnicy.
CDN...(Limit znaków;/ )
-
Cdn...
-Nie jestem tobą, nie tknę cie, ale mam nadzieję że dobrze robię, a jeśli zechcesz wbić mi nóż w plecy...zrób to szybko.
Heret chyba teraz skojarzył że oto leżący przed nim mężczyzna jest mordercą lub kimś równie groźnym. Błyskawicznie wskoczył pod prycze i wyciągną miskę, podbiegł do leżącego i wykonał zamach.
-Co ty robisz?-wykrzyczał Vord-zabijesz rannego?
-To jakiś pieprzony zwyrodnialec, lepiej jak go teraz zabijmy. Uwierz wolę go zabic niz ryzykować że w nocy to on mnie ukatrupi. Nie baw się w miłosiernego zakichanego rycerza!
Między nich wepchnął się Ulive, spojrzał na zabójce potem na resztę.
-Panowie, służyłem kiedyś u pewnego kapitana najemników, Jorgen Velmon się zwał. Był czasami nie do zniesienia ale miał, pewną piękną zasadę. Gdy pokonał wroga i wyłapał rannych to darował im życie, zawsze większość z pokonanych z wdzięczności zasilała jego szeregi. Po upływie miesiąca w ten sposób miał pod sobą setkę ludzi. Ja myślę że powinniśmy tak samo jak Jorgen darować mu życie, cokolwiek uczynił.
-Ulive-niemal krzycząc odparł Heret-A czyż ten twój kapitan czasem nie zgiął w nocy zasztyletowany przez kilku...zbawionych??
-Tak, racja ale to było coś więcej niż zwykła chęć zabicia go. Byłem tam i wiem co w tedy zaszło, nie tobie oceniać .
Heret zamachnął się ponownie i w tedy Vord szybkim ciosem z pięści powalił go na podłogę. Tamten nic nie mówiąc powoli wstał, niepewny czy ma się spodziewać kolejnego ataku. Ostrożnie położył miske na podłodze i usiadł na pryczy, ukrył twarz w dłoniach i cicho załkał. Szklistymi oczami spojrzał na nich.
-Przepraszam...macie racje, to byłoby zwykłe morderstwo.Ale zrozumcie, człowiek w takim miejscu stara się na ile to możliwe przeżyć. Nie wiem co we mnie wstąpiło, przepraszam.
Zabujca usiadł z trudem i skinął głową na znak że rozumie lub zgadza się z ich nastawieniem.
-Dziękuje wam, dajcie mi dzień...góra dwa i uciekamy stąd, mam plan.
Tak, on ma plan, na pewno to jest proste na tyle że oni sami na to nie wpadli. Zapewne wystarczy zwabić strażnika, otworzyć kluczem zamek, zabić wszystkich po drodze i wolność. Niech go diabli! Przecież nie ma szans aby można było stąd uciec, nawet jeśli jakimś cudem wyjdą z lochów to jak uciekną z cytadeli? Vord darował sobie nawet zgryźliwą docinke na ten temat, wrócił do czytania notatnika Mervika . Heret dalej siedział cicho, jakby myślał że milcząc odkupi swoją chęć zamordowania zabójcy. Patrząc na niego robiło się na zmianie żal tego człowieka jak i rodziła się chęć uderzenia go żeby wreszcie wziął się w garść. Ulive był jego całkowitym odbiciem, zdaje się że coś w myślach układał. Był zamyślony, błądził palcem po podłodze, coś liczył. No cóż, każdy coś ma do roboty, Vord zaczął czytać od czasu do czasu przerywał by zerknąć na zabójce. Jak na razie leżał spokojnie, oby jak najdłużej...
******
Nic mnie tak nie irytuje jak komunikat że przekroczyłem limit znaków w poście. Przepraszam więc za post pod postem.Inaczej się nie dało;/
Ten rozdział a właściwie jego kontynuacja przyznam szczerze powstawała długo i w "bólach". Czasem mam dzień(lub kilka z rzędu) że nie potrafię nic napisać.Po prostu jakbym nagle stracił cały zarys fabuły i wenę. Motywacja także jakoś coraz częściej mnie opuszcza, nie będę pisał jakie to czynniki na to wpływają. Trzyma mnie tylko to że czytacie dalej,a jeśli długo nie wstawiam kolejnej części znaczy to nie mniej nie więcej że nie mam weny. Raz prawie porzuciłem opowiadanie, no ale jakoś dalej piszę.
Ciekawe kiedy doczekam się kogoś kto napisze lepsze opowiadanie(a wielu jest takich na forum) , da mi to trochę oddechu, no nic koniec nudzenia. Ale jako autor mam chyba święte prawo na narzekanie co nie?;)
Co do kilku propozycji na pw...nie chcę nikogo z Was obciążać robotą. Przerazilibyście się jak to wygląda na "brudno".Ale dziękuje za chęć pomocy;)
-
Aldred, można spróbować to zekranizować? :)
Pytam poważnie^^
-
Świetnie ci to wychodzi, pisz dalej. Jak będziesz potrzebował oddechu, po prostu idź, odpocznij, lecz nie każ nam czekać dłużej :)
-
Rozdział 13.
-Widziałem panie, wielki okręt, ale przez tą mgłę zupełnie teraz go nie widać.
Lord Aleric opatulił się szczelniej grubym płaszczem, śnieg sypał od wczoraj i nic nie zapowiadało aby miał przestać. Pogoda pogorszyła się momentalnie i nad wyraz dziwnie. Jeszcze nie tak dawno było ciepło a tu taka niemiła niespodzianka. Został wezwany przez patrol morski, z początku wszyscy myśleli że to kolejny najazd morskich grabieżców, lub inaczej tu zwanych Jeskingów. Jednak to chyba nie oni, zwiadowcy klęli się że to nie spotykany wcześniej okręt płynął w stronę wybrzeża. Jak na razie nie widział go, dziwne że pojawił się wraz z tą mgłą, splunął i potarł po raz kolejny zmarznięte ręce.
-Nic nie widzę, i nie wydaje mi się żebyśmy cokolwiek mieli teraz ujrzeć. Może to tylko jakiś nowy kupiecki statek, ostatnio swadianie ponoć wodowali nowy okręt, może mają próbny rejs.
Schorowany i pryszczaty zwiadowca pokiwał przecząco głową.
-To nie ich statek panie, zanim mgła spowiła wszystko widzieliśmy wielki statek bez bandery ,poza tym swadianie nie budują tak wielkich okrętów.
-To może...-wtrącił się Vordemor, do tej pory niemal podskakiwał w miejscu i trząsł się przywodząc na myśl drzewo targane przez wichurę-...jakiś statek łupieżców? Wiem że zazwyczaj płyną tymi długimi...długimi...
-Czukharmi-dokończył zwiadowca.
-Tak, właśnie,może teraz postanowili wybudować coś większego, wyślijmy tu odział nadbrzeżny i wracajmy do pracy Alericu, Turegor pewnie nas oczekuje...
Aleric popatrzył na wszystkich i pokiwał twierdząco głową.
-Dobry pomysł, nic nie uradzimy, przysłać tu nadbrzeżnych, my wracamy.
Ognisko znowu przygasało, przeklęty śnieg gasił do cna każdy mały płomyk, z sosny nad ich głowami coraz częściej spadały grudy śniegu.
-Zasrana zima, nigdy jak żyje nie widziałem żeby tak nagle pogoda się zepsuła, no panie baronie, co z tym ogniskiem?
Niech go szlag, pomyślał Plais, wielki przywódca najemników a ciągle wymagał cudu, przecież nie ma szans aby wykrzesać teraz choćby iskrę, no ale przecież o to mu chodziło nieprawdaż? Każe mu zrobić coś niemożliwego tylko po to by go po chwili wyśmiać...i tak od kilku dni. Do Yalen zostało jakieś kilkanaście mil, więc nie lepiej byłoby iść cały czas?
Gdyby tylko miał okazje w nocy uciec, gdyby tylko wymyslił jakikolwiek plan. Im bliżej byli miasta Rhodoków tym bardziej Plais zaczynał być coraz bardziej zdenerwowany. Jego marzenia co do spotkania swadian okazały się marzeniami nie do spełnienia. Do tej pory oprócz grupy saren nie spotkali ani jednej żywej duszy. Oboje najemnych stwierdziło ze mają ogromne szczęście że nikogo nie napotkali. No tak, bo wybrali jedną z gorszych dróg, przez las, jakimi idiotami są. Kto na taki czas, mroźny i nieprzyjemny wybiera drogę przez dzicz? Chyba tylko desperaci i głupcy ,a on, wielki baron został zmuszony by im towarzyszyć. Po cichu miał nadzieję że po prostu jego obecność dodaje im animuszu. W końcu to on z nich wszystkich coś znaczył w tym świecie.
Spojrzał ukradkiem na starszego z nich dwóch, jak mu było? Lime? A, Livmer, widać było po nim jak ta wędrówka go pomału zabija. Siedział owinięty kocem , wpatrzony w niebo częściowo ukrytym przez korony drzew. Jeśli tylko udało by mu się jakoś przekabacić tego człowieka...może on także nie ma ochoty na ta akcje. Wszak młodzieniaszkiem nie jest, zapewne wolałby teraz siedzieć w cieple, mimo że to i tak łachudra jak i jego towarzysz.
Gdy Hreth ruszył w las, w sobie znanym celu Plais przysiadł się obok Livmera. Ten spojrzał na niego czujnie ale nie odezwał się ani jednym słowem.
-Ekhem...zimno jak diabli, ile bym dał za kufel ciepłego piwa i ciepłe łóżko, a ty?
Chyba działa, pomyślał,tamten nieznacznie się uśmiechnął i przytaknął głową. Coraz częściej targały nim drgawki z zimna. O tak, jeśli tylko dobrze mu nagadać, a to będzie łatwe to wkrótce Hreth zostanie sam. Chyba że udało by im się go w nocy zabić? O ile starszy człowiek ma sam małe szanse na to o tyle z jego pomocą może się udać. Piękny i cudowny plan, z małym problemem, jak dotrą spowrotem obarczeni tą skrzynią złota? Karawany wątpliwe by na taką pogodę jeździły, a i jeśli by nawet to przecież trwa wojna, tylko desperaci zaryzykują swój majątek z nadzieją zarobku.
-Mam trochę gorzałki, łyka ci nie poskąpię.
Livmer wyciągnął flaszkę i podał ją baronowi, ten na moment się zastanowił. A co jeśli to trucizna? Nie to raczej niemożliwe, co by im z tego przyszło, a nawet jeśli ,to chociaż na moment będzie mu ciepło. Gdy palący płyn zaczął rozgrzewać barona za drzewa wyszedł Hreth, trzymał zawadiacko splamiony krwią miecz.
-Vaegirski odział zwiadowczy się kręci w pobliżu, szczęściem ubiłem jednego który mnie zoczył. Livmer i paniulek, zbieramy się stąd, trzeba ich zgubić. Zanosi się na to że będzie sypać coraz mocniej, więc mamy szanse.
Bez chwili zwłoki chwycili za skrzynię i ruszyli najszybciej jak sie dało w głąb lasu. Śnieg zacinał coraz mocniej, mimo tego że korony drzew nadal były porośnięte lisicami, zamieć niemal przysłaniała widok. Grube płaty śniegu wdzierały się do oczu, wpadały za kołnierz, obok jakaś gałąź niewytrzymała i ułamała się posyłając w dół masy puchu.
Plais dyszał ciężko, tempo jakie obrali było na dobrą chwile ,wkrótce w takim tempie stracą siły. Przeklęty Hreth, czy on nie myśli?
-Nie sądzisz ze powinniśmy nieco zwolnic??
Najemnik tylko przyspieszył wspinając się pod niewielką górę, nie odwracając się odpowiedział.
-Jeśli chcesz aby Vaegirowie nam mieczami za to podziękowali to jak najbardziej. Zamknij sie i przebieraj nogami szybciej.
Livmer stracił nagle grunt pod stopami i runął w dół koziołkując kilkakrotnie. Hreth i Plais popatrzyli po sobie, ten pierwszy błyskawicznie zjechał w dół po towarzysza. W końcu! Teraz miał szanse uciec, zostawiając ich dwóch na pastwę wroga, oni opóźnią pościg a w tym czasie on będzie bezpieczny. A skrzynia? Niech ja szlag, znajdzie inny sposób na dorobienie się podobnej jeśli nie większej kwoty.
Ruszył przed siebie ignorując groźby rzucane za jego plecami. To ich problem że dali się tak łatwo wymanewrować. Gdy przebiegł wystarczająco wiele by mieć pewność że jest poza ich zasięgiem, przystanął. Śnieg nadal sypał, sięgał po kostki i był bardzo zimny. Baron nie lubił takiej pogody, po prawdzie nigdy na taką nie wychodził z przytulnego zamku. Sypialnia z młodymi służkami była nader lepszą możliwością. Nagle za nim wyłapał jakieś poruszenie i kształt ledwie do określenia w taką wichurę. Cholera to pewnie najemnicy dalej uparcie kontynuowali pościg. Z wielkim oporem i bólem płuc ruszył biegiem dalej przed siebie. Z tego co się orientował, ten las nie był wielki, gdy go przetnie powinien znaleźć jakiś fort lub zajazd . Oby szybko bo nie czuł nosa, palców i do cholery...było mu zimno!
-Dobra a teraz starajmy się nie marnować strzał, strzelajcie jak będziecie pewni że zabijecie.
Wysoki mężczyzna z kruczoczarnymi włosami i podniszczonej zbroi wędrował między swadiańskimi żołnierzami. Obok niego szła kobieta w poplamionej krwią skórzanej zbroi, w lewej ręce trzymała łuk. Oboje ciężko dyszeli i nerwowo spoglądali poza prymitywne barykady. To wzgórze było świetnym punktem strategicznym a nade wszystko zapewniało obrońcą dobrą ochronę. Kilka mil dalej dostrzec można było zniszczony obóz armii Harlausa, teraz targane zawieruchą niegdyś dumne proporce dyndały na dawnych szańcach. Mimo szalejącego śniegu padlinożerne ptaki szybowały nad obozem jak wilki wokół sarny. Dla obrońców obecnego obozu ten widok sprawiał że morale mimo tego że niskie ciągle spadało.
Naprędce zbudowano z okolicznych drzew ostrokół a w kilku miejscach przerwę w palisadzie zabarykadowano wozami. Po środku trzy namioty uginały się pod silnym wiatrem, ze środka dochodziły jęki rannych i umierających. Obok jednego namiotu wbito drewniany kołek do którego przywiązano kilka koni. Tylko jeden z nich nadawał się obecnie do walki , należał do rycerza Ferhima Von Garbandery. .Ten mimo tego że stracił nogę nikomu nie pozwalał go tknąć. Jak na razie nikt nie śmiał kwestionować woli rycerza. Gdy armia poszła w rozsypkę tylko mała grupa ludzi uciekła przez moczary, reszta kierowała się w stronę swadii, chociaż mówiono że król zbiera rozbitych ludzi pod jakąś wioską. Oni byli jednak w potrzasku, rhodokowie przeprowadzili parę ataków jak do tej pory nie skutecznych, szczęściem że główna armia wroga ruszyła za Harlausem a nie za marną garstką niedobitków. Wczorajszej nocy nastroje znacznie się pogorszyły, w sukurs bezradnych poddanym Gravetha przyszedł odział Vaegirów. Ich strzelcy mieli renomę najlepszych strzelców w carladii, co też kilku ludzi przekonało się za bardzo wychylając się za ostrokołu.
-Kerwin!
Barczysty sierżant z bandażem na głowie szedł szybko niosąc jakiś kuferek. Przystanął w połowie drogi opróżnił głośno nozdrza i ruszył szybciej , chyba na przekór wiatrowi który wiał mu prosto w twarz.
-Baron Devlain otrzymał zbyt solidny cios w głowę, prawdopodobnie umrze dziś...lub jutro.W każdym razie, w tej skrzyni są wszelkie rozkazy oraz wytyczne.
-I co z tego?
-To że od tej pory pełnoprawnie dowodzisz nad regimentem, ja szczerze powiedziawszy nie potrafię dowodzić. Wiesz...bogata rodzina...Mamy trzydziestu ludzi, około dziesiątka potrafi strzelać. Rannych mamy raz tyle.
Oboje najemnicy popatrzyli po sobie, kobieta usiadła ciężko na skrzyni, Kewrin rozejrzał się wokół. Cóż on mógł zdziałać, mieli za mało ludzi, prawie żadnych dobrych szermierzy. Wyglądało to na desperacką próbę zawierzenia życia jednemu najemnikowi. Chyba że swadianie w obliczu pewnej śmierci działali dość...nieradykalnie? Nim zdołał cokolwiek odpowiedzieć jeden z wartowników krzyknął.
-Idą!!
Bez słów obrońcy ruszyli obsadzić barykady, wiedzieli o co chodzi, każdy wiedział. Muszą znowu zabić dostatecznie wielu atakujących aby w końcu się wycofali. Wiedzieli też jedno, nie walczą za swadie czy króla, walczą o życie...
Wszyscy siedzieli w milczeniu, w celi cicho brzmiał tylko jeden głos. Od czasu do czasu nagle się urywał gdy za drzwiami ktoś przechodził, sporadycznie grasujące szczury rozpraszały słuchaczy.
- Myślę-kontynuował Kris-że każdy z was pojął o co mi chodzi i czego wymagam. Plan nie jest szczególnie trudny ale i nie jest łatwy. Więc niech każdy z was weźmie sobie do serca to co mówiłem.
Vord siedział w milczeniu, do tej pory nie przerywał, ale miał wiele wątpliwości co do szans zrealizowania planu.
- Załóżmy że jakimś cudem dostaniemy się do głównych drzwi, co z resztą straży, na pewno obok wyjścia maja stróżówkę.
-Tak maja,gdy mnie prowadzili widziałem dwoje strazników,nad nimi wisi klucz do naszego sukcesu.
Heret drapiąc się po głowie cicho narzekał i rzucał inwektywami. Ulive popatrzył na niego jak na szaleńca, swoją drogą widać było że rudzielec źle znosi pobyt w zamknięciu. Był z nich wszystkich najbardziej podłamany, co za tym szło także najmniej skory do czegokolwiek.
-Co cie tak bawi?-zabójca bystrymi oczami spojrzał tamtemu prosto w oczy, z wyrazem twarzy mówiącej "nie sprzeciwiaj się".
-Otworzymy niby drzwi tym kluczem, to jeszcze jest zrozumiałe i jasne-odsapnął Heret- ale zastanawia mnie jak masz zamiar uciec z cytadeli. Myślisz że nawet przebranie się za straż coś da? Na zewnątrz rhodoków jak mrówek.
No tak, miał racje,nic im nie przyjdzie z wyjścia z lochów. Ich droga ucieczka kończyła się niemal w tym samym punkcie co zaczynała. Plan zabójcy jednak był bezsensu, tylko tyle mógł wymyślić? Lepiej jakby zupełnie zamknął się i nic nie mówił, taki plan skazałby ich wszystkich na śmierć .Lepiej jednak siedzieć dalej i mieć nadzieję że ktoś w końcu się po nich zgłosi, w między czasie może naprawdę znajdzie się inna droga ucieczki. Vord nie chciał ryzykować życiem w tak beznadziejnej sytuacji, za wiele miał do stracenia. Gdzieś nad nimi był jego medalion, nie chciał go ot tak zostawić, nie tą rzecz.
Kris zaśmiał się cicho, popatrzył po wszystkich .Po chwili znowu wybuchł śmiechem, oczy zaszły mu łzami, w końcu- ku uldze reszty- przestał.
-Na prawdę myślicie że jestem takim idiotą i umyślnie dam się zabić? Trochę więcej wiary, to klucz nie od głównych wrót, otwiera inne przejście. Zaufajcie mi i wpierw zdobądźmy go, zgoda?
Nastąpiła cisza, czy to z czystego zaskoczenia nagłym zwrotem planu czy też po prostu wszystkim głupio sie zrobiło. Nie mniej jednak dalej było trochę niejasności, nadal ten plan nie był iście precyzyjny. Kris jakby potrafił czytać w myślach od razu nie czekając na odpowiedz rzekł.
-Nie martwcie się, gdy tylko użyjemy klucza, droga ku wolności to tylko czysta formalność. Nie możemy tu gnić, zastanawiać się czy warto, czyż wolność nie jest warta każdego poświęcenia ? Nic nie mamy do stracenia, uwierzcie.
Nagle za drzwiami celi rozległy się ciężkie kroki, słychać było przekręcany kluczem zamek, i znajomy głos.
-Wszyscy pod ścianę, oprócz Vorda, i bez żadnych sztuczek bo posmakujecie bełtów!
Tak, to był na pewno głos strażnika który obiecał mu kare zaraz po tym jak mocowali się w klatce. Przeklęty zawistny człowiek, jednak to nie były puste słowa, i on naprawdę chciał zemsty. Ale do licha niby za co? Że nie chciał po prostu aby zamordowano człowieka? Jakim on był człowiekiem że chował urazę za coś tak głupiego, najwidoczniej zdeterminowanym.
Cały plan był teraz poważnie zagrożony, zapewne wezmą go na tortury. Zabójca z resztą może dalej spróbują uciec, zostawiając go na pewne katusze. Po raz kolejny uzmysłowił sobie jak świat mu nie sprzyja, ciągle nowe kłopoty. Te myśli szybko zastąpiły inne, uczucie bezradności i strachu. Pewność że niebawem jego ciało stanie się jednym wielkim kłębkiem bólu. Już oczyma wyobraźni widział rozgrzane pręty, liczne tasaki i inne narzędzia tortur ,buty Garsandy...Widział jak każdy kolejny dzień spędzi w bólu i samotności, jak z każdym dniem straci wolę życia. Wiedział że zacznie w końcu błagać o litość, oprawcy zapewne jej nie okażą. Będą czerpać z tego jeszcze większą przyjemność. Ile wytrzyma? Dzień, dwa, w ekstremalnym przypadku parę dni. Potem albo go w końcu zabiją lub sam umrze od zadanych ran. Albo jeszcze gorzej zostawią go w końcu, okaleczonego, z pęcherzami ropy, z połamanymi członkami. Będą napawać się tym widokiem, będzie jak skopany pies. Nie chciał takiej śmierci, bał się jej, kiedyś musi umrzeć ale nie w taki sposób. Nie chciał być poddany torturom, każdy człowiek nie chciałby .Dogadanie się z nimi nie miało sensu, chociaż zapewne i tak w przypływie paniki będzie próbował. Może kat okaże więcej współczucia i nie będzie dość bezwzględny i okaże mu litość nie czyniąc mu za wiele cierpienia. Albo zabije go na miejscu nie chcąc w ten sposób dręczyć drugiego człowieka. Ale to był kat, w ten sposób zarabiał, ktoś płacił a on torturował. Nie ważne kogo i jak, nie ważne za co. Ważne że dostawał za to denary, los skazanego obchodził go tyle co nic. Bo niby dlaczego miałby się przejmować kimś dzięki komu zarobi trochę sztuk złota.
Do środka niemal wpadli strażnicy ,trójka hardo wyglądających żołdaków. Za nimi stał owy strażnik, z wyrazem zadowolenia na twarzy patrzył na niego. Z kpiną w głosie sapnął.
- Dzień dobry Vordzie, chyba obiecałem ci kiedyś gościnę, nieprawdaż ? Brać go!
Dwójka strażników podeszła w jego stronę, jeden dzierżył okutą żelazem pałkę, żaden nie ukrywał wyrazu zadowolenia . Napawali się widokiem przerażonego więźnia. Wtem jeden zwalił się na ziemię tracąc przy tym zęby, kolejny nie zdążył zareagować gdy ostry kawałek miski wbił mu się w gardło. Pozostała dwójka szybko rzuciła się na więźniów ,ostatni z nich miał gotową do wystrzelenia kusze, wystrzelił trafiając w pierś Hereta. Vord z furią podbiegł błyskawicznie do niego, wyrwał kusze z rąk strażnika i rąbnął nią w jego głowę, wkładając w cios jak najwięcej siły. Tamten przyklęknął niemal gdy otrzymał cios, Vord ciosem z kolana w twarz rozłożył rywala na posadce.
Spojrzał za siebie, reszta strażników był martwa, zabójca bez słów wskazał na konającego Hereta, Był blady i oddychał płytko. Bełt trafił obok serca, lniana koszula przybrała purpurowy kolor. Gdy Ulive wraz z Krisem podeszli do drzwi by zobaczyć czy hałas nie zaciekawił straży, Vord przyklęknął przy umierającym. Nie mógł wykrztusić żadnego słowa, nie potrafił, nie miał teraz do powiedzenia czegokolwiek co pokrzepiło by Hereta. Ten chwycił go mocno z rękę, ledwie słyszalnie wyszeptał.
- Heh, jednak plan się udał...cieszę się że jednak zrobiłem cokolwiek co się przysłuży wam...Zanim odejdę z tego świata, nie dajcie się złapać tym sukinkotom...
Vord już miał mu odrzec gdy ten w spazmach śmierci rozszerzył oczy i wpatrywał się w jeden punkt na suficie.
-Widzę go...to nie człowiek...idzie tu...mówi że po wszystkich przyjdzie...ma Vordzie twoją...twoją...
Heret odchylił głowę i...umarł. Co chciał mu powiedzieć, co to znaczyło. Kto szedł po niego, co miał na myśli mówiąc coś o jego własności. Czyż nie chodziło mu o medalion?
-Vord - syknął cicho Kris-czysto, musimy iść,już.
Przymknął powieki zmarłego i ruszył cicho za resztą, po drodze mijali liczne cele, jak na razie nikt ich nie zauważył. Nie napotkali straży, szło więc dobrze. Do czasu gdy z jednej z cel rozległo się głośne wołanie.
- Straż,straż!!! Uciekinierzy, uciekli z celi!
Zabójca uderzył butem w drzwi, powalając stojącego za nimi krzyczącego więźnia i dodał.
-Biegiem, szybko do stróżówki.
Gdzieś za nimi rozległy się alarmujące głosy, straż chyba zaczęła się ciekawić tymi wrzaskami. Korytarz był długi, w końcu dostrzec można było główne wrota do lochów prowadzące na zewnątrz, po prawej otwarte drzwi, zapewne stróżówka. Pierwszy wyszedł gruby wąsaty strażnik ,nie zdążył nic powiedzieć gdy oberwał rzuconą pałką w twarz. W biegu zabójca podniósł ją i rozłożył drugiego, o dziwo chyba tylko go ogłuszył. Oboje strażników leżało bez przytomności, szybko, wręcz panicznie zaczęli szukać klucza. Ulive stał w wejściu i wypatrywał.
-Cholernicy, nie ma klucza, niemożliwe!-z paniką w głosie odparł Kris.
-No nie, mówiłeś że tu winien być, uratowałeś mnie przed katem tylko po to by niebawem znowu go przywitać?
Nic nie odparł, przeszukali biurko, szafę,nic nie było, przynajmniej żadnego klucza. Z bezradnością zebrali wszystko co nadawało się do walki, obok na stojakach stały uniformy straży. Przyodziali je ,czas leciał, nie tylko on . Coraz głośniejsze stawały się okrzyki gwardzistów, byli coraz bliżej, niemal czuć było smród wypitego przez nich alkoholu...byli w pułapce...
CDN...
-
CDN.Rozdziału 13.
- Wypełzły nocą, wielkie ohydne bestie, ni to niedźwiedź, ni to mara, koszmar powiadam wam, słuchajcie mnie wy zapici głupcy!
Siwiejący mężczyzna z niemałym zarostem i z bielmem na oku stał na jednym ze stołów w zajeździe. Wokół tłum ludzi wcale nie zwracał na niego uwagi, nikt nie chciał, woleli pić i grac w kości. Kilku od czasu do czasu przysłuchiwało się, inni rzucali docinki w stronę krzykacza. Tego wieczoru zajazd pękał w szwach, pełno w nim było podróżnych których zamieć powstrzymała od dalszej wędrówki. Przy kontuarze kilku zbrojnych z insygniami swadii popijało wino. Przy wielkim kominie grzała się grupa pielgrzymów i ich tragarzy. Mimo gwary rozmów, czasem wybuchu śmiechu, panowała przytłaczająca atmosfera, wręcz ciężka do zniesienia. Barman nalewał piwo omiatając sale mętnymi oczami, zarabiał na zamieci, mimo to wyglądał jakby chciał rzucić to wszystko precz. Przy wejściu dwoje ochroniarzy paliło fajki dębiny, dym leniwie unosił się do góry by ostatecznie zatrzymać się tuż pod sufitem. Nad salą ogromny świecznik okalał pomieszczenie łagodnym blaskiem świec, wosk oblepiał żeliwo, kapał na podłogę poniżej.
- Nikt nie reaguje? Wolicie dalej to ciągnąc, udawać że nic się nie dzieje? To nie wojna zżera Carladie, nie królowie ziem, to coś gorszego!
Barman skinął na ochroniarza, łysego i postawnego człowieka, ten podał fajkę koledze i joł się powoli przedzierać przez tłum, szło mu ciężko, gawiedź szczelnie wypełniała sale. Nikt nie miał ochoty ustępować miejsca, nikt nie miał zamiaru. Gdzieś rozległ się brzęk rozbitego kufla, potem krzyk i odgłosy bójki, drugi ochroniarz niemrawo poszedł w tamtym kierunku. Ze środka sali rozległy się głosy protestu, chciano by wreszcie się uciszyli. Nie chcieli by zakłócano ich pobyt w zajeździe. Pijak przy kontuarze upadł, nikt na to nie zwrócił uwagi. Zbrojni obok dalej pili, całkowicie ignorując leżącego obok człowieka.
- Ludzie, musimy się zmienić, przestać walczyć ze sobą jako te wilki o sarnę. W pojedynkę nie mamy szans, razem możemy wiele, musimy zjednoczyć Carladie dopóki jest czas! Zaklinam was!
Łysy ochroniarz wreszcie dopadł do krzykacza, bezceremonialnie wytargał go ze stołu, ignorując desperackie kopniaki, i ugryzienia. Siwiejący człowiek walczył o każdy metr, zapierał się o ludzi, chwytał za stoły, przewracał kufle biesiadników.
Szamotanina na końcu sali przerodziła się w większą bójkę, grupa traperów w geście solidarności do myśliwego zaczęła okładać kilku szlachciców, ci desperacko wzywali swą świtę. Ochroniarza już tam nie było widać, natomiast tłum gęstniał, pierwsze krzesła zaczęły latać trafiając do tej pory bezstronnych obserwatorów. Jednym z nich dostał w tył głowy zbrojny, osunął się na ziemię obok leżącego pijaka, jego koledzy nie byli już spokojni. Z krzykiem wdarli się w tłum siekąc mieczami każdego, mała posługaczka która wycierała z podłogi rozlane piwo została przebita mieczem...
Barman przerwał nalewanie piwa, uciekł do kantorka, zatrzaskując na głucho drzwi, ignorując błagalne wołania, krzyki...Gdzieś słyszał nawoływania do pokoju, to krzykacz znowu wrócił, głos jednak po chwili się urwał, zagłuszyły go krzyki, i odgłosy szamotaniny, wrzawa osiągnęła apogeum...
-Panie, grupa jeźdźców ,jadą chyba w naszym kierunku.
Aleric popatrzył w kierunku wskazywanym przez zwiadowce, faktycznie kilku konnych na szybkich koniach jechała na złamanie karku w ich stronę. Któż to mógł być, niech to szlag ,jeszcze chwila i dojechaliby spokojnie do zamku.
-Jest ich kilku, nas dwudziestka-rzekł zawadiacko Vordemor-jeśli to wróg i zaatakuje, okaże się szaleńcem Alericu.
Nordowie uśmiechnęli się, wyciągli spokojnie ciężkie miecze i topory, ściągnięto z do tej pory przypiętych do juk tarcze. Z ramion zwiadowców chyżo ześlizgiwały się długie łuki. Czekali spokojnie, zamieć momentalnie przybrała na sile. Aleric musiał jedną dłonią zasłaniać oczy, nic nie widział. Obok jeden z Huskarli głośno przeklął.
- Nic nie widzę, gdzie oni?!
Zaczął się wydzierać Vordemor, ledwie było go słychać chociaż stał tuz obok. Jeden ze zwiadowców wypuścił na ślepo strzałę, za nim z paniki kolejni.
- Nie strzelać do cholery!-ryknął lord-nie widać ich, lepiej łapcie za miecze!
Rozległ się świst tuz obok ucha lorda, gruba i długa strzała z czerwoną lotką wbiła się w gardło zwiadowcy, kilku nordów zaczęła głośno poddawać w wątpliwość słuszność walki, wołali o powrót. Przeklęci tchórze ,ktokolwiek ich zaatakował jest tak samo ślepy jak oni, jest ich mniej, a on walczył w niejednej bitwie, kilku zawszonych jeźdźców nie jest żadnym wyzwaniem.
Wtem wzrok wyłapał, za późno, grupa jeźdźców jechała wprost na nich. Żaden nord nie miał szans na czas zareagować....
*****
Koniec Księgi 1.
Księga 1, to z założenia wprowadzenie, ma na celu stopniowo ruszyć fabułę i akcje. Jest także swego rodzaju szansą na poznanie chociaż troszkę bohaterów opowieści. Zawiera wiele niedomówień, wiele rzeczy zostało trochę że tak się wyrażę "ruszonych" lecz nie są one jasne dla czytelnika.
Każdy z bohaterów mniej lub lepiej został opisany, znamy ich niektóre cechy, marzenia, jest szczątkowy zarys charakteru oraz przeszłości. Kilka zdarzeń niejako wplatałem w rozdziały by nieco podkręcić fabułę, lub jak ktoś chce inaczej by wiedzieć więcej. W każdym takim opisie jest pewne przesłanie, nawiązanie, czy to do przeszłości krainy czy jej losów. Kilka bitew które dla prawie każdego nie mają sensu, jak chociażby miażdżąca porażka Harlausa. Ktoś powie jak władca królestwa dał się tak podejść?? Niektórych dziwi zapewne że nieco zmieniłem odległości miast, położenie, długości geograficzne. No cóż, już wspomniałem, grę traktuje tylko i wyłącznie jako tło. Ot przykład, pamiętacie NPc-a Artimenera? No właśnie, inżynier, gracz miał okazje go wcielić do bandy najemnej, u mnie ukazany jest, jak ktoś zauważył jako człowiek zysku. Co to znaczy? Wymyśla nowe typy broni, planów nikomu nie zdradza, sprzedaje za majątek każde "dzieło", sam obsługuje większość z nich, wszak wspomógł Gravetha prototypem balisty. A w grze jej nie ma prawda?
Teraz jak zakończyłem 1 księgę,pomyślicie,"To 2 będzie ciekawsza, szybsza, więcej walki, itp". Nie żebym straszył, ale nie oczekujcie że teraz będzie akcja non stop rodem z jakiegoś oskryptowanego schotera(np.cod). Jeśli uważnie czytaliście całość to zauważycie także w jakim momencie zakończyłem zmagania każdego z bohaterów, jak wymownie pewne rzeczy zostały zaakcentowane. To chyba tyle,ah i teraz pytanie do Was czytelnicy.
Trochę czasu upłynie nim rozpocznę Księgę 2, więc piszcie jakie są wasze uwagi, pomóżcie mi na przyszłość unikać pewnych potknięć. Może macie pewne wnioski, spostrzeżenia,a może coś wam nie gra i nie pasuje. Pewnie kilka zdarzeń dla was nie grało roli. Co was irytuje, a może na odwrót, czego chcecie więcej, co wam odpowiada. Piszcie śmiało, gdyż tak jak mówiłem.2 Księga jest jeszcze nie ruszona, nawet literka;) Pozdrawiam.
-
Tak z ciekawości ile dziennie pisałeś książkę?
-
Nie piałem co dzień,jak już się chwyciłem pisania,na ogół rozdział powstawał od 2-4 godzin.Zależy od weny i motywacji.czasem parę dni pisałem 1 rozdział po parę zdań;/
Dlaczego pytasz?Można to odczuć czytając czy jak?
-
Można, bo kawałki zamieszczane są spore.Pomiędzy niektórymi był nawet dzień przerwy , a były rozległe.Masz ją w formacie pdf ? Bo porozrzucanego tekstu mi się czytać nie chce :/
-
Po tym jak komputer przeszedł gruntowne porządki nic się nie zachowało niestety.No cóż mogę rzec,tekst jest porozrzucany jak to ująłeś ale nie mam jakiejś tam systematyczności w pisaniu.I stąd takie "wędrówki" ;)
Teraz na tawernie pojawiło się lepsze opowiadanie,jest krótsze więc prędzej tamto przeczytasz.Moje jak widać długie,i przeczyta tylko ten któremu naprawdę się podoba.Nie piszę aby zaspokoić czyjeś wizje walk w Carladii,piszę dla siebie i dla tych którym to się podoba.Sam często czytam poprzednie rozdziały,wyłapuje liczne potknięcia.Ale cholera...powiedzmy sobie szczerze,technicznie że tak to ujmę opowiadanie leży.Ktoś zarzuci mi niedbałość,ok,ale trzeba i warto się zastanowić ile trzeba nieraz się wysilić aby cokolwiek napisać.N
ie zawsze są chęci,nie zawsze mam motywacje.Piszę to dla tych którzy jak mi na pw napisali("daruj sobie..."),jak już kiedyś wspomniałem.Pojawi się lepsze opowiadanie to moje w oczy was nie będzie raziło.Nie byłem i nie jestem pisarzem,ba,robię błędy ciągle i te same.Zrozumcie ze mimo braku "wiedzy",chcę to nadrobić moją fantazją.I powtórzę także,to moja wizja świata carladiii,a taka wiadomo,albo się polubi albo znienawidzi.
Pozdrawiam.Wieczorem "prolog" Księgi nr 2.
-
Księga .2.
Prolog...
"Czasy okrutnie się pogorszyły dla każdego kto żyw. Gdy opuszczałem rodzime stepy nigdy bym nie dopuszczał do siebie myśli że wszystko co znałem ,co wiedziałem to tylko mrzonka. Teraz wątpię nawet czy oto liść który trzymam w dłoni jest realny, czy to nie kolejna bujda. Racjonalnie myśleć już się nie da, to na czym opieraliśmy swą wiedzę zdaje się tak na prawdę nie istnieć.
Minął długi rok odkąd opuściłem swój dom, tak przynajmniej mi się wydaje. Dzień teraz trwa parę godzin, słońce na ten jedyny moment gdy wschodzi ukrywa się pod chmurami, te jak płaszcz gruby nie pozwalają promieniom przebić się na dół. Pogoda jest teraz jak rozjuszony byk, raz wieje okrutnie, raz śnieg sypie tylko po to by nazajutrz rozpętała się ulewa.
Tracę siłę i wole do czegokolwiek, moje członki są coraz słabsze. Sens odkrycia prawdy zgubił mnie, wszystko stało się tak szybko, tak nagle...Nie mam słów by to opisać, nikt nawet nie próbuje nazwać to co się teraz dzieje w całej Carladii. Cały świat oszalał, natura szydzi z nas zsyłając nędze, głód, choroby oraz ...Nie wiem nawet jak to ująć ,i nie próbuje.
Nie wiem o wielki Chanie czy ten list dotrze do ciebie, ale muszę spróbować, jestem zmuszony przerwać pisanie. Zaczyna się ciemnieć, zbliża się warta.
Keleber"
"Reinter Falheim .Góry Reyvadin.
Oto raport dla króla. Dowódca Północnej kompanii Lansjerów Bojarskich.
Nie mamy dość ludzi by bronic granic przed wrogiem. Pogoda także nie ułatwia przepływu karawan i zaopatrzenia. Znowu szósta karawana spóźnia się z zaopatrzeniem. Oprócz dzikich nordów nękają nas nocami "Xevirle", każdy wie co to znaczy odkąd uczeni oficjalnie to ogłosili. Walka z nimi...to szaleństwo, konie nie są w stanie walczyć, zrzucając jeźdźca na długo przed tym nim dosięgnie wroga. Są szybkie i diabelnie niebezpieczne. Co dzień i noc muszę karać kilku ludzi którzy przejawiają chęć ucieczki. Już nawet nasz sztandar Reyvadin nie wzbudza w ludziach takiej dumy i odwagi jak podczas wojny ze swadią.
Proszę o następujące rzeczy jak i mam kilka ...sugestii.
Proszę o nową dostawę strzał i pancerzy ,kilkanaście podjazdków by się zdało. Do tego trzeba nam więcej ludzi, szczególnie w rejon kotliny Seberra, tam właśnie często dochodzi do utarczek.
Sugeruje aby podwoić patrol na trasie Reyvadin/Rivacheg, obecnie grasują tam bandy kanibali oraz zbójców. Kolejna rzecz, emisariusz wrócił w kawałkach do nas, należy posłać nowego do Sarranidów.
Jeśli chodzi o moje zdanie. Radziłbym odpuścić te góry, zbyt wielu ludzi tu ginie, potrzeba nas do obrony miast i zamków,te rubieże z góry są stracone."
"Ludu Halmar!
Zachowajcie spokój, odrzućcie lęk i obawy, nie dajcie się ponieść strachowi. Wspomnijcie czasy gdy nasz lud odnosił zwycięstwa, kiedy razem jak jeden mąż odpychaliśmy wroga z naszych granic. Teraz nie jest inaczej, teraz także trzeba nam zebrać się na odwagę, wysłuchać głosu Wielkiego Chana. Plotki jakoby on nie żył nie są prawdziwe! Ktoś tylko pragnie zasiać w nas strach, nie wierzcie takim pogłoskom! Uprasza się aby po zmroku nie opuszczać swoich domów, baczcie na swe dzieci. Drzwi i okna szczelnie zamykajcie, w progu przed drzwiami postawcie jedną świeczkę i ją zapalcie. Jak każe nasza tradycja, od zawsze był to symbol nieugiętej wiary, teraz musimy o tym pamiętać!
Nasz pan pragnie i prosi o ludu Halmar aby chętni i butni mężowie zgłaszali się do koszar w celu poboru. Zasilcie szeregi Khanatu! Stawcie odpór, uderzcie w tych którzy chcą odebrać nam wolność. Osiodłajcie swe konie, naostrzcie szable, przygotujcie łuki!
Nie lękajcie się Xevirli !Da się je zabić jak każdą istotę, pamiętajcie tylko by zachować opanowanie. Odwaga i chwała stepu niech będą z wami w tej godzinie rozpaczy!
Fragment ogłoszenia na słupie w Halmar"
"Dziennik pokładowy 'Czarnych korsarzy'.
Dzień 36.
Wyprawa ma się ku końcowi, niebawem przypłyniemy do kryjówki wraz z łupami. Jak do tej pory złupiliśmy trzy statki rybaków, jeden sarranidzki okręt kupiecki.
Dzień 40.
Wczoraj w nocy nastąpił chwilowy bunt, Srebrnoręki wpadł w szał i zabił czworo ludzi. Został powieszony na maszcie. Bunt zażegnałem ale widać że chłopcy chcieli by wrócić w końcu do domu.
Dzień 45.
Przez mgłę wpadliśmy nieomal na okręt swadian, mały okręt transportowy. Złupiony i zatopiony. Okupiliśmy to znaczną stratą w ludziach. W kilku miejscach statek przecieka. Morze nam nie sprzyja tego dnia, nie ma wiatru.
Dzień 49.
Od czterech dni wiatr sie nie pojawił, Hakke twierdzi że zapasy się skończą na długo przed tym nim dopłyniemy do domu. Szczęściem ze swadianie mieli kilka beczek piwa. Przydzielę każdemu dodatkowe racje piwa, wolę mieć tych bękartów na wodzy.
Dzień 53.
Ludzie wpadają w szał z powodu braku wody i jedzenia. Podobno Zeke Siwy usmażył rękę zmarłego na szkorbut Jevena. Dostrzegłem z północy dziwną...mgłę ,zrobiło sie chłodniej. Ale czuję jak wiatr powoli przybiera na mocy.
Dzień 55.
Zamknąłem się w kajucie, chłopcy wszczęli bunt, słyszę jak biją się miedzy sobą. Nade mną słyszałem jakoby dostrzeżono wielki okręt płynący w naszym kierunku. Może to nasi?
Dzie...
Dostaliśmy czymś mocnym w kadłub, okręt przecieka. Zostało nas troje, wszyscy nie żyją, sam chyba wskoczę do morza. To szaleństwo! Śnieg sypie, wielki okręt obok, wiatr potępieńczo zawodzi! Podaje współrzędne gdybyśmy...abordaż??!
"Raport pióra Lorda Brulli.
Minął rok jak pogoda zaczęła się pogarszać. Spisuję naprędce sytuacje, wszystko co zasłyszałem oraz z odebranych raportów.
Sarranidzi odcięli się od reszty królestw ,pilnują granic, głoszą że to wszystko wina innych królestw. Mówią o wielkim złu jakie sprowadziliśmy. Jak dotąd wszelkie dyplomatyczne próby spełzły na niczym.
Nordowie, wielkim zdziwieniem napawa mnie wieść jakoby rozesłali do wszystkich królestw wezwanie do sojuszu. Przed czym? Przed tym mrokiem zapewne. Dodam że doszło u nas na dwór jakoby są w posiadaniu czegoś co ma związek z tym wszystkim,podejrzenia są kierowane głównie do lorda Alerica, wraz z nim podążają wieści że on nie żyje od roku.
Swadia nadal nie otrząsnęła się po wielkiej klęsce sprzed roku. Ich król zaginął, jak i większość baronów. Z tego co wiadomo utracili ponad połowę włości na rzecz okupanta oraz tych ...rzeczy. W oczach innych królestw swadianie są najsłabszym krajem. Ich rycerze odmawiają już walki między królestwami, ponoć utworzyli nowy zakon,"Świta Braci".
Khanat, trawią go wewnętrzne konflikty. Oni także odczuli całe to zamieszanie. Stracili sporo wsi, zamków. Słyszano ponoć o tym jak zbierają uczonych, w jakim celu? Jeszcze nie wiem. Armia jaką prowadził wielki Chan została zdziesiątkowana w górach Sebelle. Nie znamy ich przeciwnika, chyba że to nasi?
Na końcu nasze królestwo. Vaegirowie. Wiesz panie zapewne o tym że nasze granice już dawno są mrzonką. Uchodźcy, bandy najemników ,żebracy, kanibale. Nasze patrole nie dają rady utrzymać choćby pozorów porządku. Na wschodzie odkryto...miasto kanibali. Plotka głosi że ich ofiarami to między innymi świta lorda Naelchy, jego dzieci, żona. Faelichim nie utrzyma dłużej gór, po co w ogolę je pilnować?
Tymi nieprzyjemnymi wieściami kończę raport. Chciałeś panie mój znać moje zdanie na temat tego wszystkiego. Nie potrafię, cokolwiek nas atakuje nie ma dobrych zamiarów, nie patrzy na to jakie królestwo nęka. Nie patrzy czy atakuje biednego czy możnego. Wybiorę się osobiście do posiadłości Alerica ,cokolwiek tam jest ma to związek z tym wszystkim. Albo rozwiąże tą sprawę albo zginę próbując. Zabieram ze sobą jeden odział."
-
Bardzo ciekawie piszesz. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z tymi Wendolami (tacy dzicy rozbójnicy) z filmu "13-ty wojownik", którzy terroryzowali jakieś skandynawskie księstewko.
Tak sobie analizuję...:
1. Swadia w rozsypce
2. Nordowie niedługo będą mieli przerąbane, z tego, co widzę
3. Rhodocy... może podbili co nie co?
Sugestie:
1. Może dasz staremu Yaroglekowi umrzeć ze starości i królem będzie Valdym?
2.Więcej o Plaisie :D
3. Może co nie co o innych królestwach?
4. Jakiś rozdzialik o problemach w Swadii?
-
Super opowiadanie, czytam je od pierwszego rozdziału. :)
Przekopiowałem pierwszą księgę do worda i po wstępnym formacie wyszło:
-strony A5 (wąski margines)- 134
-wyrazy- 36.836 + kilkanaście połączonych
-znaki (bez spacji)- 199.165
-znaki (ze spacjami)- 236.643
Czyli jest już mała książka, tylko rozdziały trochę nierówne.
-
Że też chciało Ci się to liczyć.Rozdziały nierówne ,fakt.Ale myślę że jakby miała być wydana nieco inaczej bym je rozplanował.pewnie i coś dopisał.Teraz czas na księgę 2,chyba ostatnia tak myślę.
-
Aldred, super pomysł z drugim rozdziałem - mógłbyś wkleić zdjęcie tych "xivarli"?
-
ostatnia
Ja myślałem ,że to początek, a to już koniec będzie? :(
EDIT:
masz smykałkę do fabuły/intryg;)
Troszkę książek się przeczytało...:)
A na poważnie: jestem bibliofilem, to i pewne schematy/pomysły wychwycę, ale umiejętne ich dopasowanie do fabuły, to troszkę inna sprawa;)
-
No wiesz,tak mam w założeniu,zupełnie jak Z Wiliamem Kingiem. Napisał zabójce trolli i docelowo miała być to jego jedna część a popatrz ile ich jednak wyszło. Możliwe że 2 Księga nie będzie tą ostatnią.Zobaczymy jak dwójka Wam przypadnie do gustu,wszak tam już więcej będzie się działo;)
Przyszły tydzień i zamieszczę 1 rozdział,wciąż go piszę.
Bloomy:Czy ja wiem...mam w wyobraźni ich wygląd i to w końcu przeleje na karty opowiadania.Jedynie w grę wchodzi rysunek który bym narysował.(Coś tam potrafię;))
Ale tak myślę ze wersja książkowa na okładce księgi 2 miałaby takowych jak na razie tajemniczych przeciwników.bo jak dotąd nie wiecie czy to materialni przeciwnicy czy tez nie.jak i fakt jak oni wyglądają.Wszystko to wiecie tylko ze szczątkowych informacji zawartych w opowiadaniu;)
Matiego:Nie powiem czym,ale pewną podana propozycja nasunąłeś mi pewien motyw;)
Więc panowie i panie,jak widać czasem ot taki pomysł może mi się przydać,nie powiem Matiego masz smykałkę do fabuły/intryg;)
Na koniec dziękuje raz jeszcze moim czytelnikom,za wsparcie,za to że czytacie,za dobre słowo,wielkie DZIĘKUJĘ;)
-
Księga .2.
Rozdział 1
***Od teraz rozdziały będą dłuższe,więc jeden zajmie często kilka postów***
Brudny, rozczochrany i zarośnięty mężczyzna w poplamionej chłopskiej tunice siedział na ławce. Wpatrywał się w grunt pod stopami, raz za czas podnosił nerwowo głowę gdy tylko usłyszał jakiś dźwięk. W dłoniach trzymał złoty mały pierścień, obracał go wolno w palcach, bez żadnych emocji.
Z nieba znowu lunął deszcz, niebo momentalnie pociemniało. Człowiek głośno westchnął , wstał z brudnej ławki i wszedł do chaty obok, jakich pełno w tej bezimiennej wiosce. W środku czekała na niego otyła kobieta, wycierała ręce lepkie od tłuszczu w fartuch także niezbyt czysty.
- Jesteś!-Ryknęła równie szybko nim mężczyzna zdążył zamknąć drzwi.-Był w lesie?! Upolował co?!
Lord Plais westchnął i pokiwał przecząco głową. W myślach przeklinał po raz setny chyba wszystko to przez co znajdował się w obecnym położeniu. Jeszcze rok temu nigdy by nawet nie dopuścił myśli że skończy jako uciekinier. Wielki baron swadii, dawniej dowódca teraz oprócz pochodzenia, nie różnił się od reszty mieszkańców tego sioła. Na nowo powtarzał sobie że jak tylko Rhodocy wrócą na swoje ziemie, on wyjdzie z ukrycia. Jednak los drwił z niego, ponad pół roku wielka niegdyś swadia był okupowana przez wroga. Krążyły wieści że połowa baronów była martwa, że ostało się tylko Suno, oraz dwa zamki. Że stary Charlaus jednak nigdy nie zdołał zebrać armii, że zatłukli go w lesie jego własni ludzie. Plotek było wiele, człowiek inteligentny nie powinien we wszystko wierzyć. Jednak sam już się przekonał że nie do końca w carladii szaleje tylko pożoga wojenna. To co zobaczył rok temu w zajeździe spędzało mu sen z powiek do tej pory.
Przypomniał sobie jak sprawnie uciekł najemnikom, pamiętał że nieomal wpadł w zamarznięty staw. Potem zajazd, w środku scena masakry. Same trupy, wyglądało to na szaleństwo, karczmarz wisiał na wielkim żyrandolu. Plais w tedy zabrał chleb i uciekł.
- Jak nic nie upolował to won na pole! Nie pracujesz, nie jesz!
Gdyby ta stara baba wiedziała kogo ma przed sobą w mig stała by się przymilna. Jednak nie może wiedzieć, nikt nie może, mogli by go wydać tym psim synom. Niech dalej myślą że jest tylko uchodźcą. Ale kiedyś nadejdzie dzień w którym on na czele swojej nowej armii wpadnie tu, i spali wieś do jednej zakichanej deseczki. Ale do cholery, byle baba nie będzie tak się do niego zwracała!
-Słuchaj ty głupia krowo...
Nie dokończył gdy owa kobieta błyskawicznie sięgnęła po widły które trzymała w chałupie, lord musiał salwować się ucieczką . Gdy drąca się jak diabli baba przestała być w zasięgu wzroku, pojawił się kolejny problem, do wioski jechało dwoje jeźdźców. Szybko wszedł do pobliskiej wygódki i trzymając kurczowo drzwiczki patrzył przez szpary w deskach.
Obaj konni zatrzymali się tuz obok jego kryjówki, zatrzymali chłopa, lord znał go, to był Idiota. Oczywiście Plais sam nazywał ich gdyż chamy nawet nie wiedzieli jak się nazywają.
-Szukamy ludzi chętnych do wojaczki-odezwał się wyższy, na sobie miał zwyczajny szlachecki ubiór.
Drugi nosił tylko kolczugę, na plecach miał kuszę, twarz w licznych miejscach znaczyły blizny, zapewne pozostałości po wielu potyczkach.
-Byli niedawno, zabrali ludzi, nie mamy chen...chen...skorych do walki paniu...
Ubrany na modłę szlachecką mężczyzna chwycił obdartusa i joł nim potrząsać tak energicznie że jeszcze moment i chłopina wyzionął by ducha.
-Chamie, głupcze, idioto! Ja nie proszę, ja każę by się zgłosili ludzie! Potrzebuje ich jak najwięcej dla mojego pana. Pędź do sołtysa, strawę niech szykuje, przekaż mu że ma gości. Swadiańskich gości!!
Plais nie mógł uwierzyć, ci dwaj to swadińscy żołnierze, z ich liberii ciężko było wywnioskować pod kim służą. Coś zaczęło go łaskotać po głowie, cholerne wszy, nerwowo zaczął się drapać. Tak zawzięcie że uderzył głową o niska framugę, drzwiczki się otworzyły a on runął jak długi tuż pod stopami nowo przybyłych,
-Patrz Rob-zagaił głośno szlachcic- cham wprost ze sracza, ha ha ha.
-Tak, a patrz jaki zarośnięty, wygląda jak baran, tylko Hektor...widziałeś kiedy rudego barana?
Obaj ryknęli ze śmiechu, żaden nie chciał przestać, sporadycznie wskazywali palcem na niego jednak nie mogli wykrztusić nawet słowa. Baron wstał, strzepnął błoto z włosów, wyciągnął za pasa pierścień z jego pieczęcią, tuz przed ich twarzami.
Tamci momentalnie zamilkli, popatrzyli po sobie.
-Macie gnoje przekichane za takie słowa kierowane do wielkiego barona swadi, barona Plaisa!
-Plais?-rzekł cicho szlachcic, ewidentnie był nieco zmieszany-On przecież zginął podczas bitwy kiedy to armia swadii została rozbita przez rhodoków. Jak śmiesz powoływać się na zmarłego??Myślisz że pierścień czyni cie od razu wielkim?
Baron westchnął głośno, nie mógł znaleźć odpowiednich słów żeby dać do zrozumienia tym kmiotom ze mówi prawdę. Tamci patrzyli na niego z politowaniem, kusznik machnął ręką .
- Nic to, jeśli jesteś tym za kogo się podajesz...nasz pan na pewno cie rozpozna. Pójdziesz więc z nami. Ale jeśli okaże się że cie nie zna...zawiśniesz.
Baron schował spowrotem pierścień i podążył za dwójką ludzi. Niebo zaczęło wylewać coraz więcej zimnego deszczu. Brud i błoto zaległe we włosach spływał po twarzy, zalewał oczy. Oby ich pan-kimkolwiek jest-rozpoznał w nim barona. Sprawy przybiorą gorszy obrót jeśli to będzie ktoś całkiem obcy...
Weszli do wielkiej sali biesiadnej sołtysa, tamten siedział na jednym z krzeseł przy stole i wychylał kufel piwa. Widać było że pije od rana, na ziemi pod nim zalegały rzygowiny, parszywy kundel wylizywał to. Plaisowi zebrało się na wymioty ale jeszcze się powstrzymał, jego przybrani koledzy zasiedli naprzeciw sołtysa. Nie odzywali się ani słowem tylko pospiesznie zaczęli jeść niezbyt apetycznie wyglądające potrawy. Plais postanowił że jakoś uniesie się dumą i nic nie tknie. Po chwili duma ustąpiła głodowi, chwycił kawałek mięsa i łapczywie zaczął jeść.
Po dłuższym czasie szlachcic ku zaskoczeniu usypiającego gospodarza przemówił.
- Starcze, ludzi nam trzeba, im więcej tym lepiej.
Gospodarz podniósł mętny wzrok za kufla , otworzył usta by po chwili opaść na krzesło, w sali rozległo się głośne chrapanie.
- Jasna cholera! - krzyknął Rob -Ten cham się upił , sami musimy zacząć werbunek, nie możemy sobie pozwolić na stratę czasu, pan czeka. A ty uzurpatorze idziesz z nami.
Nic się nie odezwał, no cóż, co z tego wyniknie to się dopiero okaże. Westchnął, ile by dał aby być na miejscu sołtysa i się upić, chociaż na tą jedną noc. Poczuł mocarny uścisk na ramieniu, Rob wyraźnie był zirytowany że się ociąga. Wyszli na zewnątrz, mrok już oblał wieś. Przybysze poprawili płaszcze i nałożyli kaptury, bacznie się rozglądali . Zaczęło być zimno ,chamski strój nie dawał nawet odrobiny ciepła, może ta flaszka grogu którą wziął ze sobą zapewni mu ciepło?
Po chwili Hektor stanął jak wryty przed drzwiami jednej z chat, nerwowo przewracał oczami. Jego towarzysz przygotował kusze, wszyscy zastygli w bezruchu. Podpity Plais także poszedł za przykładem, szeptem zagaił.
- Co jest? Coś jest nie tak?
Rob uciszył go gestem ręki, w blasku księżyca jego twarz zdawała się być niemal biała, po skroni spływały mu kropelki potu. Wreszcie i Plais usłyszał gdzieś niedaleko cichy pomruk, podświadomość podpowiadała mu że to prawdopodobnie dziwne bestie które podobno atakują ostatnimi czasy w nocy.
- Hektor, musimy spieprzać jak najprędzej do koni. Nic już nie zdziałamy a już na pewno nie we dwójkę.
- Zwariowałeś? Pamiętasz co się stało miesiąc temu jak odjechaliśmy z wioski? Nazajutrz nikogo tam nie było, nie zostawię tych ludzi samych bez ochrony.
- Niech szlag ,ty i twoje ideały! I na cóż one ci się zdadzą? Nie mamy po prostu możliwości zapewnić tym biedakom jakiejkolwiek ochrony, musisz to zrozumieć.
Z tyłu sioła rozległ się krzyk przerażenia, zaraz potem kolejne, nie ulegało wątpliwości że wioska jest atakowana. Swadianie ku uldze Plaisa wreszcie zdecydowali się uciec. Wszyscy pędzili na złamanie karku w stronę przywiązanych do drzewa koni. Po drodze niemal nie zadeptali leżącego na ziemi chłopa, ten krzyczał i płakał na przemian.
Gdy minęli stodołę za którą miały być konie ujrzeli scenę masakry. Oba wierzchowce leżały na ziemi martwe, każde miało przegryzione gardło, swadianie wydali z siebie cichy jęk rozpaczy. Przed nimi natomiast wyłonił się dziwny kształt. Ledwie można było dojrzeć w tej ciemności z czym mają do czynienia. Kształt się zbliżał do nich, w końcu wszyscy doskonale mogli się przyjrzeć.
- To...to sołtys?-Jęknął cicho Rob.
Faktycznie na to wyglądało, to był na pewno ten pijak. Tyle tylko że nie wyglądał na pijanego oraz coś w nim było dziwnego. Sposób w jaki na nich patrzył, sposób w jaki szedł. Jego oczy zdawały się być mgliste, nie wyrażały emocji, z ust ciekła mu ślina oraz piana coraz gęściej zbierała się w kącikach ust. Otworzył szeroko usta i wydał z siebie nieludzki ryk, jego zęby były całe we krwi, dopiero teraz Plais zauważył że całe jego ubranie było poplamione świeżą krwią. Jego ręce nerwowo i mimowolnie dygotały. Za nim pojawiło się tuzin podobnie wyglądających ludzi, jeden wręcz nie miał twarzy. Wszyscy mieli te same oczy, żądze mordu i krwi. Cała banda błyskawicznie rzuciła się w ich stronę.
Rob szybko wystrzelił z kuszy w sołtysa, bełt wbił się głęboko w serce, mimo to ani na moment nie spowolniło to biegnącego szaleńca. Miast tego przyspieszył i zaryczał jeszcze głośniej .Hektor obrócił się na pięcie i zaczął uciekać, to samo i oni uczynili. Szaleńcy wydali z siebie dziki wrzask i zaczęli pościg.
Plaisa zaczęły płuca boleć ale strach dodawał mu skutecznie woli i sił. Pytanie tylko czy w ogóle był sens uciekać?
- Gdzie właściwie biegniemy??
- Niedaleko stąd jest prom, przeprawimy się na drugi brzeg, mam nadzieję że te dzikusy nie potrafią pływać.
Mówiąc to szlachcic niemal się nie potknął o drewnianą lalkę leżącą w kałuży. Deszcz przybrał na sile, zacinał teraz wprost w ich stronę. No tak, przecież cały czas wszystko musi działać na niekorzyść Plaisa. Wrzaski wydawały się ciągle przybierać na sile, a to zapewne oznaczało że "łowcy" są coraz bliżej. Baron nie miał zamiaru wytracać prędkości i się oglądnąć. Przeczuwał że zapewne w tym momencie mógłby się potknąć. Szybko pokonali płot i z impetem wpadli w zarośla, do tego krzewy cierniste. Swadianie głośno przeklinali gdy spore ciernie wbijały się w ciało. Gdzieś po lewej słychać było trzask gałęzi, zupełnie jakby stado dzików przedzierało się przez krzaki.
- Cholera jasna!-wysapał szlachcic- druga banda, sprytni są .
Ciemność jaka panowała w lesie była dodatkowym wrogiem, co rusz któryś z uciekinierów obijał sobie głowę o nisko rosnące konary. Niejednokrotnie nogi wpadały na śliskie korzenie, ich prześladowcy zdawali się być w swoim żywiole, Sukcesywnie skracali odległość do nich, Plais czuł jak traci już siłę, niebawem choćby nie wiadomo co straci zupełnie możność wykonania choćby kroku. Czyżby w końcu nadeszła śmieć której przez tyle lat unikał? Po prawdzie nigdy nie był jej tak blisko, zawsze wykorzystywał okazje by ocalić skórę. Jednak nie teraz, jego życie zależało od niego samego, na samą myśl o tym wymusił w sobie jeszcze trochę sił. Do czasu gdy nie uderzył z impetem w nisko rosnącą gałąź i padł na ziemie. W głowie mu wirowało, szumiało mu niemiłosiernie. Jak za mgłą widział oddalających się swadian. Podniósł się z trudem na nogi i to był błąd, zawirowało mu w głowie i znowu upadł. Niech to szlag, jest zgubiony...
-
Zombi w Calradii?
-
Kiedy nowy odcinek?
-
Spokojnie,na dniach,przed weekendem się wyrobie.Mam nadzieję;)
Edid:Coraz mniej szans żebym się wyrobił w ten weekend,brak weny po prostu,pomysł jest ale chęci brak...
-
Ciąg dalszy rozdziału 1...
Vord potarł ręce, rozejrzał się po placu. Wszyscy zajęci byli przygotowywaniem do wyprawy. Spojrzał w niebo ciemne jak bezdenna dziura ziejąca z ziemi. Zapalił fajkę, i znowu uderzyły go wspomnienia.
Przypomniał sobie jak wraz z Krisem i Ulive zostali odcięci w lochu...
- Widzę tylko trójkę strażników, widać nie do końca wiedzą co jest grane -stwierdził beznamiętnie zabójca-to daje nam przewagę, uderzamy szybko ,bez wahania, może któryś z nich ma klucz.
Błyskawicznie wszyscy wyskoczyli ze stróżówki, strażnicy za późno zorientowali się co jest grane, jeden dosłownie stracił głowę, dwóch kolejnych nie zdążyło wydać choćby dźwięku. Vord szybko obmacał denatów, znalazł, cóż za nieoczekiwany sukces, w końcu los choć na moment się uśmiechnął do niego .Kris szybkim ruchem wyrwał mu klucz z ręki i uważnie go oglądnął, wyraz jego twarzy mówił mu że to właśnie ten. Ulive także uśmiechnął się pod nosem.
Wtedy główne drzwi do lochu otwarły się z głośnym hukiem. W przejściu pojawił się łysy mężczyzna naznaczony licznymi bliznami, za jego plecami stało ponad tuzin uzbrojonych po zęby strażników.
- Mówiłem? Te bękarty chcą uciec! -wycharczał łysy -Zabić ich, pokażcie mi że dobrze zrobiłem płacąc wam tyle denarów!
Ucieczka, westchnął Vord, to był istny chaos, godziny ucieczki, chowania się po kątach. Nagonka, Ulive zginął na długo przed tym nim uciekli w kanały. Przebity bełtem, cholera, właściwie tuzinem bełtów. W tedy gdyby nie zabójca...
Odrzucił precz te myśli, w każdym razie gdziekolwiek sie nie pojawił ginęli jego ziomkowie. Szczęściem natknął się po paru dniach na Hretha i Livmera, szaleniec okazał w tedy jakim jest geniuszem. Nie dość że zwodził pościg to unikał patroli vaegirów. Po kolejnych długich i niespokojnych dniach dotarli do jednego z granicznych fortów swadii. Zastali tylko zgliszcza i ślady niedawnej walki, ani jednej żywej duszy. Padlinożerne ptaki wzbiły się w niebo gdy grupka uciekinierów weszła na plac. Wtedy doszło do słownej szarpaniny między Krisem i Hrethem. Dobrze że dyplomatyczny jak zawsze Livmer załagodził spór. Dni mijały, miesiące, z czasem niegdyś opuszczony fort zaczął tętnić życiem, grupy uchodźców masowo przechodziły za bramę, grupy żołnierzy i najemników. W tedy też wsparł ich odział pod dowództwem...Kerwina Salske. Tego samego kusznika który należał do rozbitej bandy najemnej. Wraz z nim przybyła Elissa, tego samego wieczora wyprawiono ucztę która trwała do rana. Nigdzie jednak nie było widać Burgi oraz Niksona. Wszyscy po cichu liczyli na to ze gdzieś żyją, chociaż z każdym kolejnym dniem ta pewność malała.
Z rożnych stron Carladii dochodziły wieści mrożące krew w żyłach. Mówiono o tym że dziwne bestie lub też dzicy ludzie atakują w nocy. Że to nie jest normalne, te wieści były nawet gorsze od tego że Swadia nieuchronnie gięła się ku upadkowi. Najbardziej jednak przeraziła Vorda wiadomość że Halmar zamknięto, nie wpuszczano nikogo jak i nie wypuszczano. Ponoć w mieście szalała choroba, nieliczni mówili o masowych porwaniach ludzi. A przecież prawdopodobnie tam była Selena, wuj był mądrym człowiekiem, i oby to potwierdził chroniąc jego miłość.
Rozważania przerwały odgłosy zbliżających sie kroków. To Hreth,przysiadł się przy nim na schodach, otwarł butelczynę i bezceremonialnie oznajmił.
- Wiesz co, tak sobie myślę.Chciałeś uciec od problemów do Khanatu. Ale powiedz mi czy w ten sposób nie okazałbyś się samolubem? Wiesz do czego zmierzam młody?
- Nie bardzo, dobrze wiesz że zależy mi na tym żeby odnaleźć Selenę. By w końcu zacząć żyć normalnie.
- Nie będzie tak i dobrze to wiesz. Teraz nie tylko wojna zatruwa tę krainę, i nie mów że to zdziczałe wilki nocami mordują ludzi. Tu dzieje się coś gorszego, wręcz nie wytłumaczalnego. A te kamienie mają z tym jakiś związek. Nie bez powodu najpierw zmierzamy do opuszczonej fortecy obok Sargoth. Do byłej posiadłości twojego znajomego, lorda Alerica, jak Livmer porobi te...badania. Obiecuje że wszyscy ruszymy do Halmar.
No tak, chodziło o obowiązek, ale w imię czego? Niby co im to da, cokolwiek się działo to ich jakikolwiek ruch jest kroplą. Vord unikał już tego tematu z Hrethem, wiedział że każdy z nich ma odmienne zdanie. On nie rozumiał że los Seleny nie jest mu obojętny. Czyż ruiny nie mogą poczekać? Miesiąc w te czy w tamte nic nie zmieni, poza tym zawsze istniała możliwość że nic tam nie znajdą. To była strata czasu, a dowódca najemników chyba chciał się wymigać od obietnicy. Może bał się stepów, może miał tam wroga z dawnych lat?
-Nie zabronię ci jeśli zechcesz jechać do Halmar, weź sobie najszybszego konia. Nie myśl że nie wiem co to miłość...-na moment głos Hretha się zwiesił, powędrował oczami w dal ale w końcu jednak się otrząsnął -tak, to będzie dobre, jedź Vordzie, może masz racje że w życiu są pewne zasady.
Młodzieniec był w niemałym szoku, unikał tej rozmowy tylko po to żeby się okazało że nikt go nie chce zatrzymywać. Tego się nie spodziewał, teraz gdy dano mu wolną rękę on miał wątpliwości. Gdyby tylko mieć pewność że Selena jest cała i zdrowa, że nie jest w potrzebie.
- Hreth! - krzyknął z murów Kerwin - Vaegirowie opuścili bród, jadą w dal. Teraz mamy szanse w końcu ruszyć.
Twarz starego najemnika rozpromieniła się, poklepał Vorda po ramieniu po czym energicznie wstał. Odwrócił się do niego.
- Masz wybór młody wojowniku. Pomóż nam odkryć tajemnice, by potem wiedząc na czym stoimy ruszyć do Halmar. Albo jedź od razu do Khanatu, wiedz jednak że może kiedyś nocami nawiedzą cie wyrzuty sumienia. Bo nie działamy dla siebie, musimy być odtrutką na jad jaki trawi te niegdyś piękną krainę.
- Nie jestem kimś szczególnym aby dać osąd czy to co zrobię ma sens...chciałbym w końcu mieć spokój.
I być człowiekiem bez zmartwień, pomyślał ,w końcu odnaleźć zatracony czas który zgubił dawno temu. Czy to co się teraz dzieje ma dla niego sens?Po prawdzie widział że obecnie źle się dzieje, że muszą znaleźć się ludzie którzy podołają temu. Dlaczego to on dla jakiegoś dobra miałby się poświęcać. Szczególnie że jest szarym i zwykłym człowiekiem. Niech wielcy bohaterowie pomagają, niech walczą w imię tego dobra ale nie on, do cholery on chciał tylko żyć w spokoju. Co go obchodziły problemy tłuszy. .Było tylu ludzi w Carladiii którzy mogą coś zrobić i pomóc. Królowie, lordowie, każdy z tych ludzi który swoją charyzmą mógł podołać zadaniu. Ale nie on!
Niebo pociemniało nagle i nie oczekiwanie, poleciały pierwsze krople deszczu zwiastując nadchodzącą ulewę. Ludzie zaczęli się uwijać jak w ukropie aby zabezpieczyć tabor. Nawet Elissa pomagała, kobieta...Vord wstał i pomógł kobiecie nałożyć pokrowiec na woź.
- Nie potrzeba mi pomocy, dam sobie radę- rzekła -Jedź do swojej ukochanej a nam daj się przygotować.
- Na prawdę wierzysz że jeśli udacie się do tamtego zamku to plotki okażą się prawdą? Myślisz że znajdziecie tam odpowiedź na pytania?
Kobieta popatrzyła na niego z ukosa, wymamrotała coś pod nosem i energicznie przywiązując ostatni węzeł odwróciła się i odeszła. Obserwował ją aż w końcu zniknęła w jednym z budynków, a on stał sam w deszczu. Co miał robić? Albo inaczej, co jest obecnie bardziej pożądane. Świadomość że znowu miałby odwlec spotkanie z Seleną przyprawiała go o złość. Co jeśli się okaże że przez zwłokę jej coś mogło się stać...Vord przeklął głośno, myśli czarne jak i to niebo nad nimi. Co chwilę pojawiały sie nowe komplikacje, a kto wie czy to jedyne.
Niemal bezszelestnie pojawił się obok niego Kris, twarz miał ostatnio coraz bardziej wymizerowaną. Twierdził że to pogoda tak na niego wpływa, jednak w obozie szeptano że w jego żyłach jątrzył się jad zadany przez jego dawnego brata broni.
- Co postanowiłeś?-cicho zagaił-Czuję się zobowiązany wam pomóc...muszę z nimi jechać. Nie masz pewności czy ona...jest cała i zdrowa, pamiętaj tez że w tym zamku do którego zmierzamy są ponoć medaliony. Kto wie, może i twój.
- Mam gdzieś medaliony, to tylko rzeczy. I nie obchodzi mnie co się teraz dzieje ,ja chce do cholery odnaleźć Selenę! Czy tak trudno wam to pojąć?
Chyba zbyt chamsko postąpił, zabójca nic nie powiedział. Podobnie jak Elissa odszedł i zniknął za zabudowaniami. Uderzył go nagły i przeszywający bul kolana, upadł w błoto. Zupełnie już zapomniał o tej dolegliwości, odwinął szybko nogawice. Kolano było niemal purpurowe i opuchnięte. Gdy dotknął je palcem przeraził się, mimo zimna , noga pulsowała dużym ciepłem. Spróbował się podnieść ale bezskutecznie, ale o nie, nie będzie wołał o pomoc. Powoli i systematycznie zaczął się czołgać do najbliższego budynku. Cholerna duma...
- Przemęczasz nogę chłopcze, nasmarowałem kolano i owinąłem bandażem. Ale zapomnij o jeździe konno przez najbliższe parę dni.
I to była w zasadzie jedyna diagnoza dla niego postawiona przez Livmera. W środku byłych koszar reszta szykowała sie do snu. Mieli z rana wyruszyć, a on?
Nie dał rady o własnych siłach iść, podróż do Halmar mogła by go zabić. Przeklęte kolano, oto i kolejna komplikacja.
Obok niego Kerwin skończył repetować kuszę, smarknął na ziemie i szczelnie owijając się kocem położył się do snu.
- Rozumie cie ,też kiedyś miałem kobietę, ale jednak nie dane mi było z nią być. Wybrała bogatszego adoratora, takie to cholerne życie. Jedź z nami, potem obiecuje ci że wbrew wszystkiemu pojadę z tobą do Halmar.
- Dziękuję - poklepał się po kolanie -Jak widzisz i tak nie dałbym rady teraz sam się udać...no nic, czas pokaże.
W ciągu szybko mijającej nocy Vord co chwilę budził się niemal z krzykiem, dręczony złymi przeczuciami oraz koszmarami...
Dni mijały nad wyraz szybko, niewielka grupka ludzi wraz z taborem jechała na przekór szalejącej naturze. Od trzech dni jak wyruszyli z obozu deszcz padał ciągle, obecnie nawet utarte szlaki były w wielu miejscach podtopione. Coraz częściej wozy grzęzły w błocie znacznie spowalniając. Powstawało coraz więcej potoków, z dnia na dzień rosnących na sile, raz mijali niewielkie gospodarstwo w dolinie, domostwo wraz z przyległą stajnią było do połowy zalane, grupka parszywych psów terroryzowała niewielkie trakty. Ogólnie obraz jaki roztaczał się przed ich oczami był wielce niepokojący.
Kerwin coraz częściej musiał używać nie tylko gróźb słownych rzucanych do swoich podwładnych, swadianie głośno wyrażali swoje niezadowolenie. Bunt wisiał w powietrzu, ale jak na razie Hreth pomagał młodemu dowódcy w trzymaniu ludzi na postronku. Ale to nie był koniec problemów, Elissa cierpiała na jakąś chorobę, prawie nie jadła, piła tylko wodę. Livmer na każdym postoju uwijał się jak w ukropie aby nieść pomoc potrzebującym. Kris jechał na czele, czasem szybko podjeżdżał do reszty informując o jakimkolwiek zagrożeniu.
W końcu zatrzymali się wieczorem u stóp gór Hussa. Z wyćwiczoną systematycznością i determinacją postawiono namioty, rozpalono ogniska pod rozciągniętymi plandekami. Deszcz dalej zacinał wprawiając w coraz większe przygnębienie każdego.
- Szlag mnie w końcu trafi! - ryknął nagle Hret pomstując pięścią w niebo - Czy w końcu przestanie lać??
- Wkrótce dojedziemy do zamku-dyplomatycznie i łagodnie odparł Livmer rozpakowując jednocześnie swoje unsylia aptekarskie - Nic nie poradzisz na to, bardziej martwił bym się o nastroje ludzi.
No fakt, łatwo było zauważyć jak w cieniu, pokątnie grupki swadiańskich żołnierzy o czymś rozprawiają. Jednak gdy tylko ktoś z najemników zbliżył się dość blisko nich, rozmowa nagle cichła. Vord czuł się jakoś zobowiązany wreszcie przysłużyć się Hrethowi. Podszedł do kilku żołnierzy. Ci dość idiotycznie zaczęli rozmawiać o pogodzie. No tak, czyż taki temat nie był dobry, jak nie masz o czym rozmawiać to rozmawiaj o pogodzie.
- O czym tak rozmawialiście panowie?
Swadianie nagle zatracili języka w gębie, żaden nie chciał się odezwać. Na pewno coś ukrywali, to było czuć, i nie trzeba być mędrcem aby to wywnioskować.
- No mówcie, przecież jesteśmy wszyscy w jednym zespole tak?
- No więc...- Odparł zarośnięty żołnierz, drapał się przy tym wielkimi jak miechy kowalskie dłońmi - Zastanawiamy się czy jest sens tam jechać? Nie lepiej poszukać jednego z baronów i dołączyć do armii? Co nas obchodzą błyskotki i ruiny zamku, to nie pomoże swadii.
Ah, czyżby odruch patriotyzmu nagle obudził się w tych ludziach? A co z wciąż nieprzytomnym baronem Devlainem? Jak by nie było to baron, a oni mają obowiązek trzymać nad nim piecze . Chyba że to swadiański sierżant Jaker stał za tym zarzewiem buntu. Ale patrioci jacy by nie byli mają słaby punkt.Wystarczy omamić takiego wizją możliwej przysługi dla kraju. Taką wizją po której mogą nawet w czeluści ziemi skoczyć.
- A wiecie że jeśli odkryjemy w końcu sekret tego co się dzieje, król, Swadia hojnie was wynagrodzą. Każdego bez znaczenia na status i rangę. Pomyślcie o tym, wszak nie chcecie do końca życia być na każdy rozkaz, chm?
- Tak...-odparł-Masz racje, wybacz za zwątpienie ale nigdy nie byliśmy w podobnej sytuacji. Obrona zamku przed rhodokami to co innego od szukania czegoś co nawet nie można określić i nazwać.
Hreth śmiał się ciągle gdy tylko Vord po raz kolejny opowiadał o utrapieniu swadian. Najemnicy siedzieli przy jednym z ognisk, Kris siedział nieco na uboczu, co jak co ale dalej nie ufano mu zanadto. Naradzali się już którąś godzinę, od nowa poruszano przerabiane setki razy kwestie. Vord miał już wstać i się położyć gdy gdzieś w górach rozległ się mrożący krew w żyłach wrzask. Wszyscy poderwali się na równe nogi, nawet śpiąca do tej pory Elissa nerwowo zaczęła przewracać oczami.
- Co to było?-cicho wystękał Kerwin.
Nikt mu nie odpowiedział, za to strażnicy z rożnych części obozu zaczęli dawać znać że coś się porusza naokoło obozowiska.
-Mam nadzieję że to nie...Xevirle...czymkolwiek to jest.
Mówiąc to przywódca najemników pomacał palcem po żelaznej głowni miecza. Kolejne z licznych zabobonów, co niby miało by to dać? Odłożył te myśli na bok gdy z rożnych części lasu naokoło obozu dochodziły podobne wrzaski. Niedaleko słychać już było Kerwina oraz Jakera wydających rozkazy. Zabójca też nagle zniknął z pola widzenia.
Z lewej rozległy się okrzyki przerażenia i odgłosy walki, po chwili z prawej.
Vord wyciągnął miecz i popędził w ciemność, wiedział że to błąd i że powinien walczyć w świetle ogniska ale przecież nie zostawi walczących samych. W tedy z ciemności wyłonił się napastnik. Odziany w zbroje vaegirskiego lansjera człowiek, nie miał prawego oka, z ust kipiała mu piana, w dłoniach niechlujnie trzymał berdysz. Nim jednak wykonał śmiertelny zamach Vord przebił mu tchawice mieczem ,ale o zgrozo, człowiek dalej nacierał chociaż tryskał naokoło krwią. Wykonał ponownie zamach ,młodzieniec zrobił unik w prawo i przeciął mu prawa dłoń, podciął szaleńca i zanurzył ponownie miecz tym razem w twarz. Ten jednak dalej się szarpał, ale miecz wbił się głęboko w ziemie przyszpilając napastnika. W tedy wyłonił się szybko Kris ,podniósł berdysz i odciął mu głowę. Dopiero w tedy ...człowiek przestał się ruszać, nie licząc pośmiertnych drgawek.
- Odcinaj im głowy, wyglądają na uzależnionych od jakichś ziół!
Potem zabójca zniknął za jednym z wozów, wokół szalała brutalna walka. Młodzi swadianie krzycząc z przerażenia machali opętańczo mieczami. Hreth natomiast klnąc szpetnie siał spustoszenie dwuręcznym toporem ,dzikusy jednak atakowali niepomni strat i tego że większość z nich nie miała żadnej broni. Vord podbiegł do jednego z szaleńców który siedział na młodym żołnierzu i próbował przegryźć mu gardło. Mocnym kopnięciem strącił go z chłopaka i szybkim cięciem pozbawił go głowy. Z mroku wyłaniało się coraz więcej wrogów, miast ubywać ich po rzezi jakiej dokonywali obrońcy to ciągle ich przybywało. Atakowali machinalnie i bez emocji, jakby zupełnie zatracili rozum. Część z nich przedstawiała sobą niemal na wpół zgniłe truchła, inni natomiast mieli na sobie szaty kupców, łachy chłopskie, kilku miało na sobie poszarpane kaftany łowców głów. Wszystkich łączyło jedno, bezmyślna chęć zabicia, żądza mordu w oczach i potępieńcze ryki. Niepodobna by człowiek mógł wydawać takie wrzaski. I ten fakt właśnie najbardziej przerażał obrońców. Niedaleko żołnierz stracił dłoń i upuścił broń na ziemie, uciekał w las, za nim niczym sfora wilków pobiegła pokaźna grupa otumanionych ludzi.
Kerwin wraz z kilkoma kusznikami systematycznie ostrzeliwali napastników stojąc na wozach, na całe szczęście większość bełtów trafiała w głowę zabijając na miejscu cel. Vord w końcu dotarł do Hretha. Walczyli teraz ramię w ramię z napastnikiem, jednak mimo tego że z łatwością zabijali, szaleńcy atakowali z tą sama wrogością. w końcu vord wykonał o jeden sztych za wolno i został przygnieciony przez jakąś kobietę, upadli na ziemie. Kiedys może i był piękna, teraz nie miała zębów i rzadkie kosmyki włosów opadały na puste oczodoły. Ślina i piana kapała mu na twarz, nieprzyjemna i cuchnąca zgnilizną. Uderzył kolanem w krocze okropności, ale ku jego zdziwieniu atak nie odniósł żadnego pożądanego skutku. Próbował sięgnąć do lewego buta gdzie miał schowany sztylet. Bezskutecznie jednak, kobieta miała nad wyraz sporo sił, i chyba więcej od niego, za wszelką cenę starała się dostać do gardła. Młodzieniec z obrzydzeniem wbił palce w puste oczodoły i zrzucił ją z siebie. Podniusł miecz gdy nagle otrzymał solidny cios z nadlatującego pocisku którym okazał się...kawałek stopy obutej w żelazo. W tedy z okrzykiem bojowym wkroczył Hreth osłaniając go, jego ciosy już nie były ani szybkie ani mordercze. Ot, machał tylko aby odpędzić się od tłumu wroga. Vord szybko podniósł się i ciął przez gardło kolejnego, dziwnego wroga. Za słabo, przeklął w myślach i uderzył ponownie tym razem posyłając głowę w ciemność.
Za nimi rozległ się krzyk sierżanta, szybki i urywany, panika była odczuwalna aż nad to w jego głosie.
- Z gór! Schodzą z gór! Jeszcze więcej!
Vord zaryzykował spojrzenie w tył, faktycznie po zboczu jak lawina naciągali kolejny wrogowie. Tylko że część z nich tym razem miała pochodnie, czyżby "oddział specjalny" zażartował. Hreth w końcu cisnął toporem i wyciągnął za pasa dwa miecze, na nowo uderzał ze zdwojoną siłą. Skąd on miał tyle sił? Kolejny wróg próbował na niego skoczyć, otrzymał kopnięcie w brzuch i na koniec wylądował na ziemi bez głowy...no w zasadzie bez czegoś co dawniej było głową.
Swadianie wraz z najemnikami w końcu wycofali się na środek obozu, tworząc niewielki krąg, w środku leżeli ranni. Nie wszyscy zdążyli, wielu ludzi walczyło o życie przeciw masie wroga, część po prostu z krzykiem uciekała w las.
- Nic to! -wycharczał Hreth-Nie dam tym sukinsynom tak łatwo mnie zabić, walczmy panowie. Dajmy im taki łomot że będą zbierać swoje kości wieki po całej Carladii.
Rozległy się okrzyki pokrzepienia, ludzie z uśmiechem i z nową siłą zaczęli walczyć. Jednak trzeba było przyznac że coraz częściej jakiś żołnierz padał z pełnym bulu okrzykiem na ziemie. Nic nie zapowiadało sie na to aby mieli wyjść z tej potyczki zwycięsko .Dopiero teraz mogli przyglądnąć się schodzącym z gór nowym wrogom. O zgrozo, to już nie byli szaleńcy atakujacy bez broni, w podartych ubraniach i zbrojach, nawet nie krzyczeli. Cóz to znowu za cholerstwo?
Po chwili nie tylko on zrozumiał, przyodziani w zbroje vaegirskie oraz nordyckie wojownicy natarli na tyły poczwar. Dziesiątkowali wroga z wyuczoną precyzją, nord z vaegirem...ramię w ramię. Z tyłu za nimi łopotały sztandary obu królestw. Natomiast z ciemności zamiast kolejnych bestii, wyłonili się jeźdźcy, po kilku minutach nie ostał się na własnych nogach żaden szaleniec.
Przed nich wyszedł odziany w podniszczoną zbroję vaegirskiego lorda ,mocno zniszczony przez czas mężczyzna. Wykonał lekki ukłon i szorstkim głosem powiedział.
- Lord Brulla, lord królestwa vaegirów, przywódca południowych odziałów broniących carladię. Nie możecie dalej iść, macie zawrócić na tereny Swadii .
CDN...
-
Była kiedyś taka gra komputerowa o facecie rozwalającym zainfekowanych jakimś pasożytem ludzi na statku gdzieś na północnym Pacyfiku... pierwsze skojarzenie po przeczytaniu tego odcinka.
-
Ciąg dalszy rozdziału 1...
Dyskusja a właściwie wzajemne się przekrzykiwanie trwała już ponad godzinę. Lord Brulla oraz Hreth siedzieli naprzeciw siebie i jeden drugiemu chciał dać do zrozumienia że ma racje. Vord już dawno stracił nadzieję i tylko biernie się przyglądał temu teatrzykowi. Vaegir widać już dawno schował lordowskie tytuły do kieszeni bo co rusz klął jak kowal który spartolił robotę.
- Słuchaj, byłem w dawnym zamku lorda Alerica. I zapewniam cie że nie ma tam nic co by mogło potwierdzić waszą teorię. Na własne życzenie zresztą sprawdziłem te ruiny, i moim obowiązkiem jest strzec tego rejonu.
- Wiem, wiem, mówiłeś to już tyle razy że łeb mnie boli. Co wam zależy aby nas po prostu przepuścić? Myślisz że ta garstka ludzi będzie plądrowała wsie czy jak?
- Oczywiście że nie, widzę przecież z jakim trudem odparliście małą hołotę otumanionych. I właśnie do tego zmierzam, na traktach i w puszczy kryją się pokaźne siły tego tałatajstwa. Nie macie szans dotrzeć do zamku, nawet jeśli to dotrze garstka z was. Z całego serca właśnie próbuję wam to uzmysłowić. Zawróćcie do Swadii, zbierajcie ludzi, trzeba się zbroić.
I od nowa zaczęli słowne przepychanki, młodzian wstał i podszedł do Krisa który z dokładnością medyka czyścił broń.
- Co, nie mogą znaleźć wspólnego języka?
- Tak, coś mi się wydaje że będzie trzeba zawrócić, ten lord jest uparty jak osioł.
Zabójca spojrzał na dwójkę kłócących się ludzi, uśmiechnął się pod nosem i wrócił do czyszczenia. Co go tak śmieszyło, naprawdę cieszył się na myśl o powrocie? Czyż nie twierdził że zależy mu na pomocy? Kris przerwał czyszczenie broni gdy podszedł do nich Kerwin.
- Cholera, mitrężymy tu czas. Jak tak dalej pójdzie to zestarzejemy się u podnóża tych wszawych gór.
Najemnik miał rację, takie nic nie robienie działało na ich niekorzyść. Może mieli tu siedzieć do rana tylko po to aby usłyszeć że jednak wracają? Swiadańscy żołnierze siedzieli zrezygnowani, jednak nie załamani. Oprócz nich była tu pokaźna liczba nordów i vaegirów. Vaegirów...z którymi ponad rok temu musieli się potykać.Teraz w obliczu całkiem innego niebezpieczeństwa pojawiła się w tych ludziach wzajemna miłość i chęć współpracy. Kto by pomyślał że narody które od lat biły się o skrawki ziemi kiedyś staną po jednej stronie barykady. Czy na prawdę trzeba było do tego poważnego problemu, na skalę całej krainy?
Któż to mógł wiedzieć...Kris mocno trącił go łokciem i wskazał na stojącego niedaleko norda. Tamten widząc wzrok obu najemników przerwał gapienie się na nich.
- Ten nord od dłuższej chwili przygląda się tobie Vordzie. Możliwe że pamięta cię i planuje dokonać zemsty?
- Zemsty? Teraz? Aleric chyba nie żyje, co by mu przyszło z tego.
- Nie wiem, może sam go o to zapytaj?
Tak, chociaż na moment będzie mieć zajęcie, poza tym co mógł mu tu zrobić? Wbije mu ot tak topór w głowę i stwierdzi że dokonał zemsty? To było głupie i wyglądało by na przedstawienie kuglarza. Na którego owy wojownik nie wyglądał. Cholera, był wysoki i potężnie zbudowany, taka masa mięśni musiała z łatwością łamać karki ludzi takich jak on. Lepiej będzie jednak jak będzie łamał karki dziwnym szaleńcom, a on taki nie był...prawda?
- Coś cie zainteresowało wojowniku?
Nord odwrócił się w jego stronę, na czole miał kilka szwów. Prawy policzek wyglądał jakby ktoś przyłożył nań rozgrzany pręt. W świetle ognisk wyglądał na okrutnie nieobliczalnego morderce.
- Tak-odparł mocnym, gardłowym głosem-Tyś Vord , mój pan...wiele mówił o tobie. Za wszelką cenę chciał aby cie zabito za kradzież jego rzeczy i jego córki. I mógłbym w tym miejscu cie zbić, powiedziałbym że jesteś zwykłym złodziejem, ale w obecnej sytuacji...to nie miałoby sensu.
Czyli to był były człowiek Alerica, dobrze że nie miał jak większość nordów porywczej natury, tylko po co w ogóle on mu to mówił?
- Dlaczego nie jesteś ze swoim panem tylko tu?
Nord skrzyżował ręce na piersi i powiedział.
- Mój pan? Nie wiem co z nim. Ostatni raz widziałem go rok temu, parę mil od brzegu morza. Wpadliśmy w zasadzkę...dziwnie odzianych ludzi. Nikt chyba nie przeżył, mnie torturowano dwa miesiące ale uciekłem. Chcieli wiedzieć wszystko na temat tych ...badań Alerica. Pytali o nazwiska wszystkich zamieszanych w to, pytali o kamienie. Nie wiem co to za ludzie byli, ale przypuszczam że ma to związek z wielkim okrętem który przybił do brzegu...ta krypta zesłała na nas wiele złego i niewyjaśnionego.
- Krypta? Czyli w ruinach zamku jest to miejsce o którym krążą słuchy?
- Jest, z samego zamku zostały zgliszcza i spopielone ruiny. Szkielety ludzi i zwierząt. Brulla był tam, wejście było zawalone więc zostawił tam ludzi którzy mają...Zaraz zaraz, po cholerę ja ci mówię? Dość tego, wracam do obowiązków i zapomnij co powiedziałem, zmyślam okrutnie jak wypiję.
Nord odwrócił się na pięcie i odszedł, a więc faktycznie coś tam było. Vaegir więc umyślnie kłamie mówiąc że nic tam nie ma. Hreth musi się o tym dowiedzieć i to jak najszybciej.
Omal się nie przewracając na śpiącym człowieku dobiegł do obu rozmówców. Dyskusja przybierała coraz groźniejszy obrót. Lord był niemal purpurowy na twarzy, wątpliwe że od ciepła ogniska. Z kolei Hreth groźnie zaczął gestykulować pięścią, mówiąc o tchórzach i kłamcach.
- Przepraszam że przerywam ta mądrą dyskusje...
Oboje spojrzeli na niego, nie ukrywali przy tym złości że przerwano im dyskusje, właściwie kłótnie ale lepiej im tego nie wytykać.
- Dowiedziałem się że jednak w ruinach zamku Alerica jest krypta, w której rzekomo miało być dokonane ciekawe odkrycie. Wiem też o potężnym statku który przybił do wybrzeży calradii. I proszę wybaczyć Lordzie Brullo, ale wiem że rozpocząłeś próby dostania się do podziemi...
W pierwszym momencie wydawało się że vaegir wstanie i przebije go szablą którą teraz kurczowo trzymał. Zmielił jakieś przekleństwo w ustach, splunął w ogień , unikając patrzenia na Hretha cicho rzekł.
- I co z tego że jest krypta? W każdym zamku są rodowe groby pod ziemią. Ja sprawdzam tylko czy nikt nie splądrował podziemi. A statek? Pewnie domorosły inżynier postanowił coś takiego wybudować. Nic odkrywczego nie wniosłeś...najemniku.
- A jednak!-krzyknął starszy najemnik-Czułem że jakimś tam prawem chciałeś nas celowo odesłać. Celowo nie chciałeś nas przepuścić. I ja i ty dobrze wiemy że w tej krypcie jest rozwiązanie naszej zagadki. Aleric ponoć głupcem był ale na swój sposób, tak na prawdę musiał zdawać sobie sprawę z tego co tam jest. Nie możesz nam bronic tam iść, my też chcemy pomóc tej krainie. Pomoc odrzucasz?? Jakim prawem, kto dał ci prawo decydować o losach calradii?
-Spokojnie, król mój i nordów. Ja wykonuję rozkaz, też dowodzisz swoimi ludźmi. Chyba wiesz co oznacza nie wykonanie rozkazu?
- Trzymajcie mnie bo nie wytrzymam. Nie pitol mi o rozkazach! Królowie wiedzą tyle samo co chłop paprający się w gnoju. Teraz już nie te czasy że królestwa biją się o stertę kamieni. Obecny wróg jest inny, egoizm przez was przemawia! Niezwłocznie ruszam dalej ,jeśli trzeba będzie to mieczem utoruje sobie drogę do tych ruin!
Zapadła cisza, dopiero teraz Vord zauważył kilku vaegirów trzymających w gotowości berdysze. Widać , kłótnie było słychać w całym obozie. Z kolei Brulla szukał w głowie kolejnej riposty. Zamilknął na długą chwilę, po czym gestem ręki kazał gwardzistom opuścić broń.
- Dobrze, po części masz racje. Mądre słowa przez ciebie przemawiają. Chociaż wielu lordów już dawno kazało by cie powiesić. Widzisz, ja sam nie wiem co dokładnie mam już robić. Niby bijemy każdego agresora, strzeżemy traktów, fortów, ale czy to ma jakiś większy sens? Tego nie wiem, po prawdzie chyba nikt nie wie. Do czego zmierzam, chciałbym wreszcie w jakiś znaczący sposób przyczynić się dla dobra nie tylko mojego kraju ale i całej krainy. Dam wam wolną rękę, nie będę stawał wam na przeszkodzie.
Hreth w końcu po tych słowach wyglądał na bardziej opanowanego. Pokiwał w uznaniu głową. Oboje wstali i uścisnęli sobie ręce, nim najemnicy odeszli od ogniska Brulla rzucił na odchodne.
- Tylko uważajcie na liczne zgliszcza, po zmroku unikajcie ich jak ognia. To siedlisko szaleńców. Na miejscu przywita was mój odział, powołajcie się na mnie. Życzę powodzenia i mam nadzieję że przyjdzie nam ponownie się spotkać w lepszych okolicznościach.
Rankiem mieli wyruszyć w dalszą drogę, teraz czekał ich niespokojny sen...
Plais przykucnął, banda zdziczałych ludzi pobiegła dalej za dwójką swadian. Ah, czyli jednak bolesny upadek miał sens. Ruszył w prawo macając po drodze każdy konar by znowu nieoczekiwanie nie zarobić bolesnego ciosu w głowę. Nagle stracił grunt pod nogami i sturlał się po niewielkim urwisku. Przekoziołkował parę razy i zatrzymał się...u stup żołnierza.
- Patrzcie kogo nam natura zesłała!
Niech to szlag, to akcent rhodoków, spojrzał w górę i zobaczył sporą grupę uzbrojonych żołnierzy Gravetha. Jak to mówią, jeśli dopadnie cie pech to odpuści dopiero po twojej śmierci.
- Mówiłem-zagaił inny-To ten Pais co ukrywał się parę miesięcy, a tamci dwaj mieli go odprowadzić do swoich. Pięknie, nagroda nasza!
Bezceremonialnie postawiono go na nogi i zawiązano ręce z tyłu. Lord modlił się aby tak teraz napadła ich zdziczała banda, nic takiego nie nastąpiło. Co więcej, nawet nie było już ich słychać. Rhodokowie szybko ruszyli przez gąszcz aż w końcu las się przerzedził i słychać było szum rzeki. Ich oczom ukazała się niewielka barka ,rozświetlona licznymi pochodniami. W cieniu przewijali się strażnicy. Czy to nie ta barka o której mówili ci dwaj swadianie?
Żołnierz obok niego krzyknął w kierunku barki.
- I jak? Macie tamtych dwóch?
- Tak, nie sprawiali większych problemów, właźcie i płyniemy.
Zapowiada się kolejny ciekawy dzień w gościnie rhodoków. Czasy gdy człowiek jechał na czele swojej armii wydawały się teraz dla barona bardzo mgliste i odległe. Teraz mógł tylko się biernie przyglądać na to co się działo. Nie miał jakiegokolwiek wpływu na to co z nim będzie. Powoli zaczynał żałować że urodził się baronem. Co by nie zrobił i co by nie powiedział zawsze kończyło się ni mniej ni więcej klapą.
Gdy zamknięto go w małej kanciapie zobaczył siedzących obok dobrze mu znanych dwóch swadian. Ci byli nieco poobijani, musieli chyba się trochę szarpać z rhodokami, i z jakim skutkiem?
- Witam-cicho i ironicznie zagaił Hektor-Troszkę się rozdzieliliśmy podczas spaceru, prawda?
-I z czego się cieszysz? Grozi nam szubienica.
Obaj zaczęli się śmiać jak ten chłop który w końcu doczekał się końca suszy.
- Myślisz że to rhodokowie?-ledwie powstrzymując się od śmiechu rzekł Rob-Oni już dawno wycofali się na pewne pozycje, ci tutaj to dezerterzy ,lub coś w tym rodzaju. Wiozą nas w charakterze niewolników, jeśli dopisze nam szczęście zrobią to w Uxhal, tam istnieje w podziemiach taki proceder. W tedy łatwo uciekniemy. Spokojnie, jako uzurpator najwyżej stracisz głowę...i to dosłownie.
Banda głupców, myśleli że są tak dobrze poinformowani. Znając szczęście jakie do tej pory dotrzymuje baronowi kroku, płyną w mniej sprzyjające im miejsce. Ale jeśli nadarzy się tylko mała szansa ucieczki to nie zawaha się zaryzykować. Wszelkimi sposobami będzie dążył do tego aby w końcu jako baron odpocząć w zamku pod sztandarem swadii. O tak, i ta myśl niech mu towarzyszy cały czas, to motywuje do działania. Nie dbał co będą robić ci durnie, niech uciekają lub dadzą się zabić. Ich los był w tym momencie najmniej ważny, tu chodziło o jego skórę. Miał za dużo do stracenia, szczerze powiedziawszy wszystko już stracił. Ale tytuł pozostał tak? A wiec swoim pochodzeniem zapewni sobie przyszłość. Najpierw uciec do swaii, potem szybko mieć dobre zaplecze finansowe. Załatwić szybki werbunek i mieć pod sobą armie. A na koniec, na deser, ubiegać się o tron. O tak, Harlaus dawno był pożerany przez robaki, nie słyszał też aby ktokolwiek ubiegał się o tron. Lordów było mało...za mało aby przeszkodzić mu w misternym planie. Realizowanym dopiero w jakimś ciemnym i śmierdzącym magazynie pod kluczem. Ale miejsce nie było ważne, liczył się dobry i bystry umysł. Który podpowiadał mu że ma spore szanse. Ta pozostała przy życiu garstka baronów nie stanowi realnego zagrożenia dla pozyskania tronu. Miał wielu dłużników którzy w zamian za milczenie poprą jego kandydaturę, resztę przekupi lub czymś zaszantażuje. Oby Haringoth tak zechciał już nie żyć, ostatnio wyglądał jakby właśnie miał się położyć i nigdy nie wstać. Ze wszystkich to właśnie on mógł mu zaszkodzić, mógł bardzo skutecznie skomplikować wszystko. Ma sporo czasu aby to jakoś rozwiązać, mowa tu przecież była o umarlaku.
Całe to zamieszanie w calradii było niczym więcej jak okazją to odniesienia sukcesu. Nigdy w całym swoim życiu nie był tak blisko i namacalnie tronu. W tedy król był, stary ale jednak był. Cały zastęp baronów i szlachciców, teraz wszyscy pozostali nadzy i sami. Bez kogoś kto z koroną na głowie powiedzie kraj ku zwycięstwie. Zaprowadzi nowe rządy i rozpocznie nową erę panowania. Miał już w głowie kilka nowych edyktów, numerem jeden będzie zniesienie głosowania przez baronów. Król, czyli on, musi mieć słowo ostateczne, zdanie innych nie będzie już nigdy więcej wpływało na losy królestwa. Ah, cóż za piękna perspektywa. Wykorzystać wojnę i całe to zamieszanie na swoją korzyść. Kto powiedział że nie ma plusów z wojny. One są, tylko potrzeba mądrego człowieka aby je dostrzec.
- Rob, powiedz mi, ona już jest w Uxhal?-szepnął Hektor przeszkadzając Plaisowi w układaniu pięknego planu.
- Posłano po nią, mieli ją szukać ale wydaje mi się że jest a czemu pytasz?
-Trzeba szybko posadzić ją ,że tak powiem, na tron. Bez władcy to anarchia tylko.
Rob przytaknął głową i spojrzał na barona.
- Twoje zdanie gówno znaczy ale spytam. Popierasz lady Isoldę co do tego aby objęła tron?
Plaisa momentalnie oblał zimny pot, był tak zszokowany tym czym właśnie usłyszał że nerwowo zaczął się wiercić. Co on bredził? Co powiedział?? Ta baba miała objąć tron swadii, niby jakim cholernym prawem? Słyszał plotki które mówiły że jakieś tam prawo ma, nawet większe od staruszka. Ale do cholery, to tylko pobożne życzenie chłopów którym maiła zagwarantować większe prawa. Niby ona miała cokolwiek zrobić dla królestwa? Niech zajmie się garami, pracą przy chłopie. Od tronu jej wara.
- Coś taki? Słyszałeś o co pytałem-ponowił Rob.
- Tak...słyszałem. Ale panowie, ona nie ma żadnego prawa do tronu .Trzeba wybrać z baronów jako każe zwyczaj. Z doświadczenia wiem że ba...kobiety nie mają głowy do rządzenia.
Rob wzruszył ramionami i szybko odparł.
- Chyba tylko ty tak sądzisz. Wszyscy ,prawie wszyscy-poprawił się-Będą popierać jej roszczenia, twoje zdanie że tak powiem nie ma znaczenia.
Baron ledwie powstrzymał się aby nie rzucić się na tego idiotę i rozszarpać go na kawałki. Miast tego westchnął głośno .Nic nie da pokazywać że ma się odmienne zdanie. Baronowie zagłosują na nią bo nie mają wyboru, tak na pewno dlatego. Musiałby osobiście pojawić się w zamku i ogłosić swoją kandydaturę. W tedy układami zyskałby poparcie. A ta gówniara takiej możliwości nie miała. Jej pozostało przekonywanie pięknymi słowami. Fakt była piękna, nawet on chciałby ją za żonę...Zaraz zaraz...uderzył go genialny, niemal niemożliwy wcześniej do wymyślenia pomysł. Przecież rozwiązanie było jeszcze łatwiejsze. Musiał się szybko z nią ożenić. I razem z nią rządzić, teoretycznie oczywiście. Bo to on będzie trzymał rękę na pulsie. Ona będzie tylko tłem. W grę wchodził jeden szkopuł. Co jeśli ona się nie zgodzi na to? Trzeba by znaleźć na nią dobrego haka. Choćby nawet zmyślonego, a z tym nie będzie problemów.
Oparł się wygodnie ,zamknął powieki i oczami wyobraźni widział siebie siedzącego na złotym tronie obok Isoldy...Sen przychodził szybko, nie pogniewałby się jakby przyśniła mu się noc poślubna na wielkim łożu,a na nim całkiem naga Isolda. On jako król a ona jako...jako...jego żona.
-
Widzę, że Plais znowu zaczyna marzyć... byłoby ciekawie, gdyby był jedynym ocalałym lordem :D.
-
Heh,taki już ten nasz Plais,marzyciel.Ale on nie chce wszystkiego tak? Tron mu wystarczy,tylko nie wiadomo co z resztą lordów;)Jego wina ze co rusz wpada w kłopoty,ma chłopina pecha;)
Kolejny rozdział powinien być w tym tygodniu,ten chyba niezbyt długi;/
-
Po raz pierwszy przeczytałem "książkę" z miłą chęcią. Nie ma o czym mówić - jest świetna!
Pisz dalej, jestem ciekaw co Plais znowu wymyśli. :)
-
Z 3 wątków zrobiły się dwa... Może jakiś nowy wątek i nowe postacie? Np Chanat zacznie coś robić?
-
Witam, opowiadanie jest zawieszone na czas...chm...nieokreślony. Nie, i nie chodzi tu o najzwyczajniejszy na świecie brak czasu. Tego akurat mam sporo. Chodzi o zgoła co innego. Tak więc, jeśli wrócę do pisania dam znać. Pozdrawiam.
Edid:Sesje postaram się jakoś ruszyć, ale nie obiecuje. Mam taką nadzieję.Ech...fakt taki,podjąłem się jej prowadzenia to i skończyć też muszę .O sesje się nie martwcie.
-
Lekki offtop, a co z sesją?
-
Jako że nie prędko zamieszczę nowy rozdział,chciałbym wam pokazać klasyki poezji "dark".potraktujcie je jako nawiązanie do mojego opowiadania.Mam nadzieję że wam sie spodoba bo naprawdę świetny tekst....
"Rainer Maria Rilke"
""Rycerz"
Rycerz wyrusza odziany w stal
na koniu w szumiący świat;
a w świecie jest wszystko: jest dzień i jest dal,
jest wróg i jest druh i jest bal wśród sal
i jest maj i dziewczyna, jest las i jest Graal
i Boga pełen jest każdy cal
i wszędy Jego jest ślad.
Ale pośrodku zbroi rycerza,
za najciemniejszym pierścieniem,
czyha i myśli Śmierć zza pancerza:
Kiedyż przejasnym mgnieniem
na stal tę runie klinga, co mści,
klinga niosąca zaranie,
co mnie dobędzie stąd jak lew,
gdzie sromotnego gnicia
tyle spędziłam dni, -
bym się podniosła z ukrycia
na granie
na śpiew.
(tł. Witold Hulewicz)"
"Śmierć ukochanej"
"O śmierci wiedział, co wszystkim wiadomo:
że nas zabiera i wtrąca w milczenie.
Lecz kiedy ona, nie wydarta z domu,
nie, z jego oczu zdjęta cichym cieniem,
odeszła między nieznajome mary
i kiedy czuł, że tam w umarłych kraju
dziewczęcy uśmiech jej jak księżyc mają
i z jej dobroci biorą miary,
wtedy mu bliskie stały się mogiły:
jakby z cieniami wszedł w związki rodzinne
dzięki niej, nie dbał o mniemania inne,
nie wierzył i nazywał kraj ów miłym,
słodkim wieczyście, o klimacie błogim -
i w mroku go wypieścił pod jej nogi. "
Mam nadzieję ze tym "akcentem" wybaczycie mi chwilową zwłokę.Pozdrawiam.
-
Ciąg dalszy rozdziału 1...
- Zamek Jelbegi był niegdyś pierwszym bastionem obrony granic nordów...jak spoglądam na te ruiny serce się kraje.
- Lepiej niech się kraje Kerwin - rzekł Hreth -Bo pamiętajmy co mówił Brulla , omijać wszelkie ruiny . Dzień jeszcze się nie skończył więc przyspieszmy.
Faktycznie , samym świtem wyruszyli i jak na razie mieli bardzo dobre tempo . Gdyby jeszcze te wozy tak się często nie blokowały . Vord ogarnął wzrokiem cały tabor , około dwudziestu swadian , ranni najemnicy . Wyglądało to bardziej na desperacką próbę dotarcia do ruin niźli wyprawę w prawdziwym tego słowa znaczeniu.
Dziś ku zdziwieniu wszystkich nie padało . Było ponuro ale jednak deszcz już nie padał . Przeprawa przez dolinę Jelbegi była ciężka , grunt był jeszcze bardzo grząski . Rwące potoki co rusz stawały im na drodze . Góra zdawała się płakać wylewając z siebie takie ilości wody . Po prawej gęste zarośla przylegały do góry , Vord miał nieprzyjemne wrażenie że w śród krzaków czyhają na nich szaleńcy . Że jeszcze chwila i wypadną na nich , tym razem mordując każdego żywego...
W tedy Kris wrócił do taboru , koń na którym przyjechał był w licznych miejscach poraniony , zupełnie jakby kąsały go wściekłe lisy . Sam zabójca także ledwie siedział na siodle , na czole miał ogromnego guza.
- Przy przeprawie napadli mnie . Pułapka prawie sie udała-tu wskazał na czoło-Alem wymanewrował , rozsądniej będzie przeprawić się przez rzekę w innym miejscu.
Hret zatrzymał karawanę i podrapał sie po głowie . Livmer podbiegł by sprawdzić rany Krisa . Kilku swadian zaczęło między sobą szeptać , widać nie uśmiechało im się znowu potykać z tymi przeciwnikami.
- Racja , zboczymy nieco z traktu i przejdziemy rzekę w innym miejscu . Ruszamy.
Kolejny dzień i jego problemy , Vord miał wrażenie że to dopiero początek atrakcji , a już na pewno wcześniej czy później przyjdzie im walczyć...
Barka chyba się zatrzymała , po tak długim czasie łatwo można to było wyczuć . Drzwi do kanciapy z głośnym skrzypieniem się otwarły . Do środka dość pospiesznie weszło kilku oprawców . Każdemu nałożono worki na głowę.
- Od tej pory nikt nie wyda z siebie żadnego dźwięku . Dopiero jak pozwolę , i lepiej szybko to sobie przyswójcie.
Poprowadzono ich po schodach , kolejne co Plais poczuł to nagły powiew wiatru , byli na zewnątrz . Słyszał gwar rozmów , gdzieś jakaś karoca przejechała . Z lewej słychać było namawiających do handlu kupców . Byli w porcie , to pewne , tylko pytanie gdzie?
Gdy wreszcie poczuł pod stopami twardy grunt , wepchnięto ich na deski . Po chwili zrozumiał że jest na jakimś wozie . Wóz ruszył , gwar życia w mieście także przybierał na sile w miarę jak oddalali się od barki.
- Cichutko panowie...mam tu piękny sztylet jak co . Jeszcze kawałek.
W końcu po długim czasie i potykania się ściągnięto im worki z głów . Byli w jakimś obszernym salonie . Wyglądało to na rezydencje arystokraty lub kogoś równie ważnego. Same meble przedstawiały sobą fortunę . Nad kominkiem wisiał spory obraz , przedstawiał jakiegoś wojownika stojącego na szczycie skały . Stał chyba na jakimś klifie , gdyż na dole namalowane było morze i statek płynący w kierunku czekającego człowieka . Istne arcydzieło można by rzec . Ściany salonu uginały się pod ciężarem zawieszonych wszelkiej maści broni , od halabard po miecze dwuręczne . Albo mieszkał tu kolekcjoner albo bogacz który najzwyczajniej w świecie nie miał co robić z denarami.
- Za chwilę przyjdzie pewien człowiek - rzekł jeden z oprawców - I lepiej się zachowujcie...on nie lubi wdawać się w bezsensowne dyskusje.
Plais teraz zauważył , żołnierze byli przyodziani w stroje łowców głów . A więc gdziekolwiek by ich nie prowadzili , w jakimkolwiek mieście. Nikt nie mógł ich zatrzymać , przecież łowcy właśnie po to byli , aby ścigać kryminalistów . Jednak szybko zaskoczenie minęło . Jeden z nich zdjął pospiesznie kaftan , pod spodem miał inny , niemal czarny , ze znakiem samotnej wieży na piersi . Kogo mógł to być herb?
- Zabójcy...-wyszeptał Hektor.
Tego tylko brakowało , osławiona gildia zabójców , w której istnienie wszyscy wątpili . Czego mogli od nich chcieć ? Wątpliwe że denarów , może jakiś rhodok opłacił ich aby ścigać baronów swadii ? Nie zdążył sobie odpowiedzieć gdy do środka wszedł starzec . Kim on był ? Miał długa brodę , szedł podpierając się na złotej lasce , lewa powieka mimowolnie drgała . Jeden z zabójców pomógł mu usiąść na wielkim fotelu naprzeciw nich.
- Wybaczcie za niewygody na jakie was skazałem - wysapał - Ale inaczej nie dało się tego załatwić . Wiecie po co was tu ściągnąłem?
Plais popatrzył na swadian , ci nerwowo przełykali ślinę . Z kolei starzec zaczął się wyraźnie niecierpliwić . Machnął ręką jakby odpędzał muchy , błyskawicznie jeden z jego ludzi podbiegł uderzając Roba w twarz . Ten zwalił się na ziemie jęcząc , Plais zauważył że obok niego leżały dwa zęby . Ten sam zabójca szybko go podniósł i wyszeptał.
- Spróbuj się przewrócić a już nie wstaniesz...
- Wybacz panie... - jęknął Hektor - Nie wiemy dlaczego nas tu sprowadzono . Działamy w imieniu swa...
- Dość ! - starzec momentalnie przewał mocnym nad wyraz głosem , nie był raczej aż tak niedołężny jakby się zdawało - Nie obchodzi mnie co chcieliście zrobić . Obchodzi mnie inna kwestia . Daruję wam życie . Ale w zamian żądam aby wykonać dla mnie pewne zadanie . Dodam że zależy mi na jego powodzeniu . Jeśli spróbujecie się jednak od tego wymigać...uwierzcie , w całej Carladii nie ma miejsca w którym bylibyście bezpieczni.
Dzień powoli miał się ku końcowi , długi i znojny . Przeprawa przez rzekę nie był igraszką , sporo zapasów pochłonęła woda , ludzie klęli złorzecząc naturze . Wszyscy byli mokrzy i wykończen i, wreszcie Hreth nakazał postój . Stara i opuszczona chata myśliwych była miłym urozmaiceniem od nocowania pod gołym niebem . Vord kilkakrotnie pytał ile jeszcze przed nimi , za każdym razem słyszał to samo...już nie daleko . Wszystko byłoby może i do wytrzymania gdyby nie fakt że kolano odezwało się na powrót okropnym bólem. Siedział teraz obok naprędce rozpalonego kominka . Drwale musieli w pospiechu opuszczać to miejsce , na zewnątrz była niedawno co usypana kupa drewna , nie zdążyli spieniężyć drewna . Zapewne wszystko dzięki szaleńcom.
Ciepło powoli rozprzestrzeniało się po skromnej izbie , dając tym samym namiastkę normalnej egzystencji .Teraz jakby wszystko zatraciło swój pierwotny pęd , był tylko on i spokój.
- Mamy gości - rzekł Hreth pospiesznie wchodząc do chaty.
I tyle jeśli chodzi o błogi spokój , pomyślał . Czy na prawdę co chwile coś musi się stać ? Na jego nie szczęście zawsze było to coś nieprzyjemnego . Niedaleko Segmentis uspokajał jęczącego w konwulsjach bólu lorda Delinarda . Było jasne że ten człowiek wyzionie wkrótce ducha . Odkąd tylko Kerwin wraz ze swadianami się do nich przyłączył taki stan ciągle towarzyszył lordowi.
- Kto to ? - zagaił Kerwin chwytając jednocześnie za kuszę.
- Nie wiem , raczej nie dzikusy , idą w ciszy , jakby się skradali . Chyba że nawet i skradać się potrafią . Jeśli tak...to mamy przesrane.
Wtedy nagle rozległ się dźwięk rozbitej szyby , do środka z impetem wbiła się gruba strzała do której było coś przytwierdzone . Vord szybko rozwiązał zawiniątko , był to kawałek pergaminu , pospiesznie go rozwiązując zaczął czytać.
"Do Vorda Reinera od jego wuja Faurhima.
Witaj Vordzie , wiele okoliczności zmusiło mnie abym napisał do ciebie i wynajął do tego celu kompanie przesyłową . Ale musisz to wiedzieć . Twoja luba ponad rok temu przybyła do mnie . Razem udaliśmy się do mojej posiadłości w Halmar . Opowiadała o twoich nielichych problemach . Rad jestem wiedząc że żyjesz , ale jak zdrowie ? Oby jak najlepsze . A teraz czytaj uważnie , Selena po paru miesiącach zechciała się usamodzielnić , to jej starałem się jakoś wyperswadować . Ale kobieta ma nieugięty charakter . Wynajęła jedno z mieszkań w dzielnicy "Żaków" . Zaczęła chyba studiować . Do czego zmierzam . Pierwsze miesiące... była przekonana że w końcu przybędziesz . Czekała , ale widziałem jak z dnia na dzień jej wiara maleje . Jak zaczyna być zobojętniała na twój los . I mimo że wiem jak te słowa mogą na ciebie zadziałać jestem zobowiązany ci to napisać . Czasem zaczęła sporo że tak powiem ...pić w dobrych zajazdach . Szerokie grono znajomych z którymi nie stroniła od picia i zabaw do białego rana . Można by rzec , zmieniła się okrutnie od czasu jak pierwszy raz ją poznałem . Obecnie dość często odwiedza ja pewien mężczyzna , zdarza się że wraca rano od niej . Tyle wiem na pewno . I tu moja prośba do ciebie , nie pokładaj już nadziei w tym że ona cie kocha nada . Po prawdzie wątpię czy kiedykolwiek tak było . Ocknij się z tego snu w końcu , znajdziesz sobie inną kobietę . Muszę kończyć , przepraszam za złe nowiny ale musisz wiedzieć . Do zobaczenia w końcu w Halmar."
Vord czuł że jeszcze chwila i zemdleje , czuł jak zaciska pięści aż knykcie zbielały . Wypuścił z dłoni list , zaczęło mu wirować w głowie . Jeszcze nigdy nie czuł się w takim stanie, nawet ból kolan ustał momentalnie . Po policzku mimowolnie poleciały krople łez.
- Co tam wyczytałeś ? - Z ciekawością w głosie odparł stary Hreth.
Vord z całej siły kopnął stojący obok taboret i pośpiesznie wyszedł z chaty . Na zewnątrz był już ciemno i chłodno . Ale co go to do cholery obchodziło teraz ? Czyżby kobieta którą znał , którą kochał nigdy nie istniała ? Zostawiła go w taki sposób i wybrała innego ? Dlaczego ? Co takiego źle zrobił , może ktoś specjalnie wysłał mu ten list aby tak myślał? Szczerze w to wątpi ł, Vord dobrze znał charakter pisma wuja . Dobrotliwy jak zawsze , chciał go uprzedzić . Ale czy to cokolwiek teraz zmienia ?
Zatrzymał się nad niewielkim urwiskiem , w dole leniwie płynął strumyk . Otoczenie było pogrążone w mroku , także w mroku jego myśli . Bowiem nic nie miało dla niego teraz sensu . Wszystko straciło jakiekolwiek zainteresowanie , nawet zakichane ruiny . Może po prostu teraz się upije i pogrąży się myślach . Będzie pił i zapomni o wszystkim . Przecież wychodzi na to że nie ma już sensu jechać do Halma r. Po co niby ? Żeby zobaczył ją z innym ? Tego by nie zniósł a on mógłby go z wściekłości zabić . Po prawdzie gdyby tu teraz był to wpierw spytał by w czym jest od niego lepszy że zasłużył sobie na jej uczucie . Dlaczego nagle Selena wybrała innego , i czy kiedykolwiek go kochała . A potem i tak przebił by go mieczem.
Gdy teraz sięgnął pamięcią , pamiętał jak nieraz Selena spotykała się ze znajomymi . Vord jej tego nie zabraniał , on tez miał swoich przyjaciół . Fakt , czasami lubiła sobie wypić , ale z nim . Kończyło się to później zawsze prawie tak samo . Czyżby to wszystko było tylko z czystej chęci zbicia nudy . Czy Vord był tylko jej pocieszajką ? Cały wcześniej znany mu świat runął jak złamane przez wichurę drzewo . Nagle i bez litości . Tyle przeszedł , ledwo unikał śmierci , cały czas trzymała go przy życiu chęć bycia już z... z tą...
Usłyszał za sobą szelest , pewnie Hreth przyszedł znowu swoje monologi wygłaszać.
- Zostawcie mnie na razie w spokoju!
Nie odpowiedział , no tak,dobrze komukolwiek o tym mówić . Zapewne głupiec nigdy nie przeżył miłości . Albo ją stracił na własne życzenie,przeklęty...
Usłyszał ciche sapanie za sobą i po chwili poczuł piekący bul na prawym ramieniu . Stoczył się w dół , zatrzymał się przed strumykiem . Nie zdążył w myślach posklejać faktów gdy ujrzał ześlizgującego się w dół człowieka . Mężczyzna miał na sobie postrzępiony kaftan oraz poplamione spodnie . W ręku dzierżył solidną drewniana pałkę . Jego oczy były takie same jak u tych z podnóża gór Hussa.
- No chodź tu ! W końcu się na kimś wyżyje !
Fakt że zostawił miecz w chacie w cale nie pomniejszał jego pewności siebie . Napastnik uderzył z wrzaskiem , Vord okręcił się wokół niego i uderzył z pieści odwracającego się człowieka . Ten zawył i natarł , tym razem trafił w lewą dłoń . Młodzieniec przeklną , i także z wrzaskiem natarł . Zaczęli się mocować . Vord próbował jakoś go obalić , miast tego sam wylądował na ostrych kamieniach . Przeciwnik uderzał teraz raz za razem , jak na razie trafiał w wyciągnięte do góry ręce . W końcu kolejny cios trafił Vorda w skroń , zaczęło mu ciemnieć przed oczyma . Ale wezbrana w nim agresja nie pozwoliła od tak zemdleć . Przyjął kolejny atak i tym razem chwycił oburącz za głowę pomyleńca , nieznacznie odsunął się na bok i z całych sił rąbnął jego głową o kamienie . Człowiek cicho pojękując jak skomlący pies miał spore trudności aby się podnieść . Szybko otrzymał solidne kopnięcie w łeb , potem Vord chwycił za największy jaki znalazł kamień i roztrzaskał mu czaszkę . Przeciwnik leżał już martwy.
Uklęknął dopiero teraz zdając sobie sprawę że w trakcie walki darł się jak opętany . Ze skroni ciekła krew , a ręce pulsowały tępym bólem . Selena...Położył się na plecy z nadzieją że jego życie właśnie teraz się skończy.
- No , przeszły nerwy ?
Czyj to głos , ah tak Kris , przechylił głowę w tył i zobaczył siedzącego na skarpie zabójce.
- Nie odpowiadaj , niezła walka ale praca nóg fatalna . Byłem tu od początku , w pierwszej chwili chciałem ci pomóc . Ale jak widziałem w jakim stanie wyszedłeś z chaty...Stwierdziłem że lepiej jak dasz upust złości.
- To teraz mnie zostaw w świętym spokoju.
- Nawet nie wiesz jak to komicznie wygląda . Leżysz rozciągnięty nad wodą , wokół strzępy mózgu . I ty i twoja psychika . Mało oryginalne uwierz . Lepiej chodź ze mną z powrotem.
Co on stał się taki nagle dobroduszny . Posłaniec dobra od siedmiu boleści , a chyba zapomniał jak mordował ludzi za denary. Co go obchodził jego los . Przecież nie czuł teraz tego co on . Tego rozczarowania , tej straty . Niech cholera porwie w trzy wiatry wszystkich z zasięgu jego oczu . On sobie tu poduma , pomyśli co dalej . Tak ciężko było im to zrozumieć , gdyby miał teraz coś więcej sił cisnął by w tą szerzącą się ze śmiechu facjatę na skarpie . Kris szybko ześlizgnął się w dół i wyciągnął rękę w geście pomocy.
- Mówiłem ! Zostaw mnie w spokoju ,jeśli masz ubaw to ciesz się ale nie tu . Chrzanie całe życie od tej właśnie chwili !
- Czytałem , i nie ukrywam że ta kobieta nieźle cie okręciła wokół palca . Zamierzasz się tu zestarzeć z tego powodu o ile rzecz jasna nie wykrwawisz się na śmierć ?.
Vord z trudem się podniósł , ale nogi trzęsły się niebezpiecznie . Rozglądnął się wokół , okolica powoli zachodziła mgłą . Bez słowa przeszedł obok Krisa i zaczął się gramolić w górę. Po kilkunastu "powrotach" na dół pozwolił pomóc sobie.
Na zewnątrz chaty stał Kerwin i Elissa . Oboje unikali jego wzroku . I dobrze , lepiej jak nikt nic nie będzie mówił.
- Nie ta to inna.-Głośno zagaiła najemniczka gdy już miał wejść do środka.
Stanął naprzeciwko niej , szukał jakiś słów . Ale nic nie oddało by jego załamania i złośc .Takimi słówkami , do tego mało pokrzepiającymi można raczyć ludzi na przedstawieniach. W życiu realnym tak się nie mówi , cholera po prawdzie nic nie powinno się mówić . Koledzy , rodzina , znajomi , jedni udawali że nic nie widzą inni na siłę próbowali pocieszyć . Nikt kto doznał czegoś takiego nie jest w stanie aby słuchać . Zrozumienie było by jak najbardziej na miejscu . Inna ? Jaka inna , już innej nie będzie . Po co? Każda kobieta jest taka sama na swój sposób . Najpierw ładne słówka , mówienie że się kocha , że nic inne nie jest ważne . Ale koniec jest z goła inny . I w Rivacheg pewien pisarzyna będzie gadał że to zawsze mężczyźni ranią i zostawiają kobiety ? Tak ? To jak nazwać teraz to w jaki sposób jego zostawiono ? Nijak ,tego przecież nie ma według dyrdymałów pisarzyny . Na papier łatwo przelać bajki , ale o nie , codzienność bardziej wchodzi w związki z koszmarem.
Wszedł bez słowa do środka , chwycił za pierwszą lepszą flaszkę i pociągnął kilka łyków . Alkohol palił jak diabli , lepiej jednak jak nie będzie niczym popijał , w ten sposób szybciej się upije . Zbył Livmera gdy ten tylko podszedł do niego z bandażem . Vord położył tylko kawałek na czole , rozłożył się na posłaniu i pił , pił...aż w końcu zapadł w nieoczekiwany sen.
Przebudził się nagle , w głowie nadal mu wirowało , ostatnie co pamiętał to jakiś koszmar w którym gonił uciekającą mu Selenę . Otarł pot z czoła i westchnął głośno , sięgnął po flaszkę . Cholera , wszystko było wypite , no tak....W przeciwległym koncie zauważył barczystą sylwetkę Hretha i drugą już mniej okazałą . Livmer żywo rozprawiał o czymś z dowódcą najemników . Gdyby mu tylko tak nie wirowało w głowie , poprawił się wygodniej i spróbował się wsłuchać w rozmowę.
- Nic nie rozumiesz Livmer . Wiemy obaj że nic nam nie da odkopać kryptę . Problem leży gdzie indziej.
- Wiem , zważ na to że ludzie nam się sypią . Nawet Vord biedaczysko popadł w załamanie . Rozumiesz więc że musimy obrać inną strategię . Brulla dał mi ciekawą rzecz znalezioną na jednym z pobojowisk . Myślę że powoli układanka się układa.
- Jutro zbiorę ludzi , przemowa musi być . Młodziaka skutecznie wybudzę z tego stanu . Baba to żaden problem , kto jak kto ale ja mogę chyba tak mówić?
- Tak...przepraszam że weszłem na taki tor rozmowy . Kładźmy się już.
-
Rozdział .2.
Człowiek w kunsztownie wykonanej zbroi jechał między swymi ludźmi . Każdy miał to samo uzbrojenie, pięknie zdobione miecze wisiały przy boku . Wszyscy siedzieli na potężnych koniach w kropierzach . Stali w milczeniu , za nimi powiewał sztandar na którym widniało słońce oraz księżyc . Ze wzgórza lustrowali leżącą w dolince wioskę , w dole szalała walka . Tutejsi wojowie , nordowie , walczyli z ogromną masą dziko wyglądających ludzi.
Tervil wiedział czym oni są , wszyscy tu obecni wiedzieli . Wiadomo także było czego to było następstwem . Z nieba padał usilnie deszcz , gdzieś na północy rozbrzmiał grzmot. Burza nadchodziła , tak było od długiego czasu . Carladyjczycy sami sobie zafundowali to wszystko . Teraz nie wiedzieli co winni zrobić . Nie wiedzieli nawet dlaczego tak się dzieje. Cesarz miał racje mówiąc że wcześniej czy później przypomną sobie w jaki sposób ich dawny splendor upadł . Ojcowie na wiecach często o tym mówili . Twierdzili że kwestią lat jest ponowne przebudzenie . Głupcy podzielili sobie krainę na królestwa a czyż Carladia do nich należała ? Wiadomym było że jego prawdziwi mieszkańcy i władcy wcześniej czy później zechcą odwiedzić dawno opuszczone miejsce . Teraz to oni , lud Cesarstwa musi na nowo zadziałać . Teraz mieli więcej informacji niż to było za czasów tutejszego wielkiego cesarstwa . Wiedzieli co robić . Wszak to ich ojcowie zapobiegli całkowitej destrukcji tej krainy . Okupili to niepowetowanymi stratami . Zostali zmuszeni do opuszczenia tej krainy , dać jej czas na odnowę . Nieliczni w tedy zostali , dziadowie tutejszych królów . Widać przez ten czas zatracili dawne wartości . Wznieśli swoje ponad te na prawdę słuszne . Miotali się teraz nie wiedząc co robić . Jeśli dobrze pójdzie to ocaleje większa ilość carladyjczyków niż to miało miejsce za pierwszym razem . Bo teraz mają ich , Lud Cesarstwa , jedyni i prawdziwi mężowie tych ziem . Panowie powrócili.
- Tervil , jakimże trzeba być nierozważnym by doprowadzić do tego przez niewiedzę ?
Ah , Kerteba , jak zawsze chciał pojąć głupotę tutejszych . Nie dziwił się mu zbytnio , wielu z nich ciekawiło jacy oni teraz są . Co sobą reprezentują . Odwaga może i była im znana , ale krok z nią winien podążać rozsądek i honor . A można było nazwać kogoś rozsądnym kto bez zważania na skutki robi coś tak idiotycznego ?
- Ile już tu jesteśmy Kerteba ? Powiedz według miary tej krainy , nigdy nie nauczę się tych dziwnych określeń....
- Coś koło roku , licząc od chwili gdy przybiliśmy do brzegów .
- Czekaj niech no ja porachuję . Rok...nieco opieszale postępujemy , dawno powinniśmy dotrzeć do Krypty "Nurvela" . Ale musieliśmy przecież jechać tylko w nocy i unikać większych skupisk żołnierzy . Im dłużej nikt o nas nie wie tym lepiej .
Poprawił swoje długie blond włosy i przyodział z powrotem hełm. Chełmy były zrobione na modłę tych z tych dawnych lat , wysokie ze szpicem na końcu . Na szczycie mocowano barwne pióra , chociaż wedle tradycji na ogół były to białe pióra ptaków "Świtu". Usadowił się ponownie dobrze w siodle i spojrzał w dół.
- Wiecie co robić . Ma być to szybko i profesjonalnie . Tak jak zawsze . Gdyby pytali kim jesteśmy....
- Wiemy Tervilu , jesteśmy tylko wędrownymi rycerzami bez ziem.
Ludzie byli gotowi , każdy niemal bezgłośnie nałożył hełm , poprawił miecz przy boku . Wykonali pchnięcie lancą w górę , ciekawe czy tutaj dalej walczono lancami i kopiami. Zresztą skoro byli tutaj rycerze w królestwach to chyba powinni prawda ? Pięćdziesięciu ludzi , tylu miał przy sobie , dwa razy tyle było już w terenie . Każdy Helred wiedział co robić i miał swoje rozkazy . On dowodził najtwardszymi ze wszystkich . Zwani w domu "Jeźdźcami Przeznaczenia" , nie oparł się im żaden wróg . Każdy od młodych lat zdobywał wojenne doświadczenie . Każdy w jednym palcu miał arytmetykę ,medycynę, inżynierię , nade wszystko jednak mistrzostwo w zabijaniu . Na przykład Ar Ferbe , zwany "łapą niedźwiedzia" lub z rzadka "Toporem na wroga" . Zabił swego czasu poczwarę z bagien , sam zakradł się do leży Hubirów . Po czym wybił co do jednego . Mógłby być świetnym dowódcą , jednak odmówił . Dlatego to właśnie on miał przejąc władzę nad odziałem . Jego ojciec jak każe tradycja zrobił wszystko by tak było , w ciągu trzydziestu lat swego życia przyswoił wszystko co tylko możliwe . Honorem i dumą zmiażdży wszystko co tylko napotka na swej drodze.
Niebo jeszcze bardziej pociemniało , wrzaski z wioski odbijały się echem po okolicy . Co rusz zagłuszały je grzmoty, burza przychodziła coraz szybciej . Świetnie , w majestacie piorunów zaczną odsiecz . Wykonał szybki gest palcem,"Jeźdźcy Przeznaczenia" runęli jak jeden mąż w dół . Nikt nie wydawał żadnych okrzyków bojowych , tylko lanca i galop rumaków . Z tyłu słychać było dość wyraźnie łopoczący sztandar.
Po chwili zwarta masa konnych na niemy sygnał rozproszyła się z impetem wpadając do sioła . Nordowie ze zdziwieniem uskakiwali na bok , oszaleli ludzie natomiast nie wydawali się ani trochę zdziwieni . Jak zawsze , ale to akurat nikogo z nich nie zaskoczyło . Gdyby tutejsza kawaleria postanowiła zaszarżować to zapewne konie zrzuciłyby jeźdźców napawane lękiem przed tymi ludźmi . Ale ich konie wywodziły się z tej samej nie skalanej krwi koni dawnych epok.
Tervil nadział pierwszego wroga na lance , z precyzją błyskawicznie wyswobadzając broń by była gotowa do kolejnego ataku . Kolejny oponent zginał zadeptany pod kopytami wierzchowca . Nabił kolejnego psa tym razem jednak nie zdążył wyrwać lancy na czas . Niech to , pomyślał , traci siły powoli przez ten klimat . Sięgnął po miecz , tym razem masakrując zastępy wroga . Spojrzał w tył nie po to by sprawdzić jak sobie reszta radzi . Ale by dojrzeć czy połowa z nich zeszła z rumaków by obcinać głowy powalonym . Wtedy otrzymał słaby cios w naramiennik , to nordycki wojownik , wymachiwał włócznią przed nim . Głupiec nie rozróżniał sojusznika ?
- Odstąp , pomagamy wam !
Nie posłuchał , albo może odgłosy walki zagłuszyły jego słowa ? Naparł po raz kolejny włócznią . Tym razem dowódca odbił cios mieczem i szybkim sztychem w odsłonięte gardło zabił norda . Skręcił teraz za jakiś wielki budynek prowadząc jeźdźców na przód , zostawiając połowę aby robili to co im kazano . Kolejna banda pędziła na złamanie karku przed nich . Musiał przyznać że było ich trzykroć więcej od nich . Wielu z nich musieli niedawno "żyć" jako wojownicy . Trzymali prymitywnie wykonane bronie , z rykiem rzucili się im na przeciw . Przeklęci , gdyby myśleli wiedzieli by że nie zatrzymają w taki sposób jazdy . Wbili się w głąb tłuszy , z niemal mistrzowską precyzją każdy przeciwnik leżał po jednym cięciu . Nie byli żadnym wyzwaniem . W ostatnim momencie uchylił się przed nadlatującą cegłą . Obok niego jeden z rycerzy chwycił ją w locie i cisnął nią w pobliskiego wroga. Mózg wyleciał jak z trebusza ochlapując resztę watahy .
Gdy dobijali ostatnich podszedł do nich starzec w mocno zniszczonej kolczudze .Krwawił z tuzina ran , jego zbroja w wielu miejscach ziała dziurami . Szedł pomagając sobie przy tym sporym toporem.
- Dzięki niech będą Ragnarowi ! Zesłał najemników , zgadłem ?
Dowódca zsiadł z rumaka i zdjął hełm , ukazując przy tym swoje oblicze. Kilku nordów szeptało miedzy sobą jakoby to równie dobrze mogłaby być kobieta . Zignorował te przytyki i szukał słów by cokolwiek mu odpowiedzieć . Ma go uświadomić o tym co się dzieje z ....królem ? Cóż szkodziło, okaże trochę miłosierdzia pokrzepiając ich kłamstwem . W tedy podszedł do nich Kerteba i położył rękę na ramieniu starca.
- Nie wasz król , najemni rycerze . Wędrujemy tu i tam . Zbierzcie ludzi , kierujcie się do najbliższej twierdzy i przekażcie wszystkim po drodze że teraz liczy się wspólne dobro . Skończymy palić zwłoki i nas już nie ma , wybacz ojczulku.
Starzec stracił momentalnie wesoły wyraz twarzy . Odwrócił się do garstki ocalałych i jękliwie rzekł.
- Zabieramy się stąd . Słyszeliście , niech w końcu ktoś kopnie w ten tłusty tyłek Ragnara !
Po godzinie uporali się z paleniem ciał , nikt nie ucierpiał . Prawidłowa jak zawsze szarża . Szkoda mu było tych ludzi , nie wiedzieli co robić . Zupełnie jak dziecko które na moment straci z oczu rodzica . Czuł się jak ich ojciec , czuł w sobie chęć udzielenia im pomocy . Całej krainie , słyszał jak ona woła rozpaczliwie aby jej pomóc.
- Herledzie mój ? - Zagaił jeden z ludzi - Nie dajmy się omamić tej krainie , zróbmy co mamy zrobić . I wracajmy już , czuję się okropnie nieswojo.
- Tak wiem , wybaczcie że się na moment zawahałem . Im dłużej tu jestem tym bardziej udziela mi się nastrój Carladii . Nic to jazda , czeka nas jeszcze sporo pracy !
Tak , sporo pracy , a tutejszych ludzi traktował jak daleką rodzinę .Każdy z nich bez wyjątku był jakby pozostałością ludzkości dawnego Cesarstwa . Czuł się dumnie móc okazać im pomoc . Byle tylko obawy rady nie okazały się do końca słuszne . W tedy nawet ich obecność może nic nie dać....
-
Co z odcinkiem?;)
-
Miło że ktoś ciągle czeka na kolejny rozdział.ten powstaje ale przez brak czasu i natchnienia nie wstawię go prędko.Natomiast polecam zajrzeć na 1 stronę tematu,edytowałem pierwszy post .Mam nadzieję że ktoś gdy będzie czytać od razu utożsami ten utwór z moim wykreowanym brutalnym carladyjskim światem.Pozdrawiam.
-
Opowiadanie ciekawe, zacząłem czytać je wczoraj wieczorem a skończyłem dzisiaj, było trochę błędów typu: "wydawało się że vaegir wstanie i przebije go szablą(...)"Szablą wykonuje się przecież tylko cięcia, jednakże to tylko drobne błędy które zawsze można poprawić. Czekam na dalszą część.
-
Nagły stop w pisaniu książki? Tak czy siak czekamy z niecierpliwością!
-
Oj daj mu spokój, sam jestem na 5. Rozdziale "Historii Promiennego Krzyża", i mam zaćmienie...
-
Wiem, ja chcę tylko dodać mu otuchy i motywacji w pisaniu.
-
W tym tygodniu wstawię kolejny rozdział. Troszkę cierpliwości,i Wielkie dzięki za wsparcie Panowie;)
-
Miał być rozdział i nie ma...
-
Spokoojnie. Ma jeszcze dwa dni do złamania słów. 2+7=9...
-
Ciąg dalszy rozdziału .2.
Spory odział rycerzy wyjechał z lasu. Przed nimi rozciągały się połacie ziemi , jak okiem sięgnąć bezkresna dal równin. Jenak na tle tego krajobrazu odznaczał sie jeden punkt, i to właśnie był ich cel. Swoisty ząb wystający z ziemi, ruiny zamku.
- To ten zamek Kerteba? Tam jest grobowiec?
- Tak Herledzie, przynajmniej z tego co odczytuje z map, dlaczego pytasz?
- Widzę niemałą liczbę zbrojnych, coś tam robią. Może pilnują ruin? I popatrzcie na prawo bardziej, widzicie kolejną grupę jak zmierza do zgliszcz? Mały tabor....chm, może wiozą zaopatrzenie czy coś w tym rodzaju. Coś kombinują...
Rzeczywiście, Tervil dostrzegał znacznie więcej niż powiedział. Obie dziwne grupki ludzi znacznie się od siebie różniły. Pierwsza w ruinach wyglądała jak zbieranina żołnierzy z wielu stron świata. Jak mrówki wchodzili i wychodzili, wywozili ze środka spore ilości jakiegoś gruzu. Na prawo, mniej liczebna zbieranina, dwa muły ciągły jedyny wóz wypchany po brzegi jakimiś rzeczami. W tedy dostrzegł wśród nich postać która przeciągła jego wzrok tak bardzo że nie mógł oderwać z nań wzroku. Na przodzie jechał mężczyzna, śmiało by można było rzec że dziwak. Ale nie dla niego, znał te rysy twarzy. Miał pamięć do zapamiętywania ludzi. Kto to był? I dlaczego do diaska tak znacząco rożni się od reszty. Coś w nim było...Tervil oblał się zimnym potem, pierwszy raz odkąd postawił stopę na tej ziemi. Czyż to nie był syn Hareda? tego samego który lata temu opuścił rodzime ziemie i orzekł że chce żyć między carladyjczykami? On sam zapewne i nie żył,ale zostawił po sobie syna. Ciekawe czy uw człowiek zdawał sobie sprawę że w jego żyłach płynie ta prawdziwa i czysta krew? Nie dziwne że na tle reszty odznaczał się bardzo. A inni nieświadomie zapewne, poddali sie jego słowu. Tak właśnie tutejsi ludzie zwykli reagować na jakiekolwiek słowo cesarskiego syna.
Czy rozważnie było jechać całym odziałem? Mogą to odebrać jako atak, tak było już parę razy. A nikomu z nich nie uśmiechało się zabijać dalekich krewnych.
- Kerteba, wjedźcie z ludźmi z powrotem w las, tam rozbijcie obóz. Pojadę do nich, obadam co robią i dowiem się mam nadzieję co z grobowcem.
Przyjaciel rozszerzył nieznacznie oczy jakby właśnie usłyszał obelgę,l udzie zaczęli odradzać mu ten pomysł.
- Tervil, to nieroztropne jak i ryzykowne. Nie wiemy co to za ludzie, może to szabrownicy? Może nie zechcą przyjaźnie cie przyjąć? Nie podważam oczywiście słów twoich. Jak tak usilnie chcesz tam jechać bez swoich ludzi to pojadę z tobą. Albo razem albo w ogóle.
- Zgoda, jedzmy zatem i nie traćmy czasu. A wy- Tervil zwrócił się do swoich ludzi-Czekajcie, mam ze sobą róg, jeśli stwierdzę że może być...nie miło. Zadmę w niego, w tedy błyskawicznie ruszajcie w stronę ruin.
Baron Plais szedł ulicami Uxhal wraz z nim jak cień szli Hektor i Rob. Ulice nie były tak zaludnione jak dawniej, teraz kieszonkowcy nie mają tak łatwo. Minęli jeden z nielicznych już zamtuzów. Szpetne kobiety namawiały do uciech ale żaden z nich nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Każdy myślami był przed tym co ich czeka. Odkąd starzec potwierdził że Plais to baron, dwaj swadianie wychodzili z siebie byleby tylko mu zadośćuczynić.
Stanęli przed wrotami pałacu Delinarda, przynajmniej tak dawniej było. Mizernie wyglądający gwardziści smętnym wzrokiem omiatali okolicę. Plais okazał im sygnet i tamci niespiesznie otworzyli odrzwia. Ruszyli od razu do ozdobnych wrót, bezpośrednio do posiadłości Delinarda.
Zabójcy mieli konkrętnego haka na nich. Baron źle sie czuł będąc przez kogokolwiek szantażowany. Tyle że z tymi nie było ani ciekawie ani łatwo. Ale całe to zdarzenie wywoływało kolejne pomysły. Starzec świadomie lub nie, pomaga mu w zdobyciu władzy. A czyż właśnie o to mu nie chodziło? Tylko że wcześniej czekała ich misja, w której powodzenie wszyscy wątpili. No cóż, to się okaże po wizycie która miała za moment nastąpić.
- Vord do diaska pospiesz się- krzyknął Hreth-Widać zamek, za nie długo odpoczniemy.
Chłopak popatrzył w kierunku wskazywanym przez dowódce. Widać było stąd że trwają tam jakieś prace, cóż z tego jak nastrój był nadal ten sam. A jeśli Hreth myślał że przemowa jaką ostatnio przeprowadził zmieniła jego nastrój to grubo sie mylił. Nic go już nie cieszyło, stracił po prostu chęć do życia. Niby dla kogo teraz miał się plątać po tym padole? Nie miał nikogo już, był wuj, ale po prawdzie taki przyszywany. Najemnicy to tylko kumple, fakt jeszcze kiedyś oddałby życie za nich. Ale teraz? Z niecierpliwością oczekiwał jakiejkolwiek walki, da z siebie wszystko a może i nawet zginie. Cholera czy to normalne aby chcieć umrzeć? Nikt o zdrowych zmysłach nie chce zginać, a on swoją postawą pokazywał wszystkim wokoło że oto jest człowiek który ma właśnie taki zamiar. Świat cholernie mu nie sprzyja, zawsze zsyła coraz więcej problemów, tym ostatnim na prawdę przesadził. Czy winił Selenę? Tak, gdyby go kochała nie znalazłaby innego tylko czekała aż w końcu się pojawi. Ciekawe czy to czego doznał po utracie przytomności w obozie to był sen, mara czy jakieś przesłanie. Było dość realne, niemal czuł obecność ukochanej, biła od niej miłość ale i zmartwienie jak i strach. Livmer twierdził że to tylko sen i by nie dawać mu wiary. A co jeśli to nie był zwykły sen a staruszek doskonale o tym wie tylko go okłamuje?
Ruszył szybciej do przodu natchniony maleńką iskierką nadziei. Delikatnie trącił Livmera w ramię, ten spojrzał na niego z zapytaniem malującym się na twarzy.
- Słuchaj, pamiętasz jak po ataku zabójcy opowiadałem o moim dziwnym śnie? Czy w tedy mówiłeś prawdę że to tylko sen?
- Tak, to był tylko sen. Cóż więcej chciałbyś usłyszeć, czasem sny przybierają namiastkę realności. Nie głów sie nad tym.
Ukrywał coś, w jego głosie nie wyczuwał pewności siebie. Ale jeśli ukrywał to dlaczego? Czy prawda mogłaby być aż tak nieprzyjemna? W obecnej chwili chyba nic nie mogło już go bardziej załamać. Westchnął głośno i zaczął się wpatrywać w mały punkt po lewej. Po chwili zrozumiał że to dwaj jeźdźcy jechali w tym samym kierunku gdzie oni zmierzali. Zdawało się że to jacyś rycerze, nie wyglądali na swadiańskich. Reszta taboru także ich zauważyła, Hreth wysunął się na przód a wraz z nim Kerwin.
Dwoje rycerzy w dziwnych, niespotykanych wcześniej zbrojach podjechało do nich. Oboje niemal bezgłośnie zsiedli z potężnych koni. Pierwszy z nich zdjął szpiczasty hełm i ukazał swoje oblicze, cerę miał niemal bladą, oczy zwężone tak bardzo że Vord zaczął się zastanawiać czy w ogóle na nie widzi. Długie spięte z tyłu blond włosy opadały na plecy. Prawą dłoń trzymał na głowni wielkiego miecza, ten przypięty był do obszytego złotem pasa. Sam pas zapewne musiał mieć ogromną wartość. Może to jacyś szlachcice? Po krótkim namyśle odsunął jednak te przypuszczenia na bok. Nigdy nie widział kogoś kto dźwiga na sobie wartość taką za którą można by kupić cały zamek. Dość powiedzieć że ich pancerze nie wyglądały aby były zrobione z materiału takiego jak zbroje swadiańskich rycerzy. A więc kim oni byli?
- Jam jest Tervil -skłonił się uw blondas i wskazał na stojącego z boku kompana-A to, Kerteba, jesteśmy wędrownymi rycerzami bez pana. Wiecie może co to za ruiny?
Nim ktokolwiek zdołał odpowiedzieć, Hreth bezpardonowo smarknął na trawę i zmierzył wzrokiem obu. Nie ukrywał przy tym tego samego głupawego uśmieszku jakim raczył zazwyczaj obcych.
- Ruiny jak ruiny, a wy rycerzyki lepiej jedzcie dalej. Nie dalej jak trzy mile stąd jest mały gaj, od groma tam przeciwników....
Stojący do tej pory cicho kompan blondyna już sięgał po miecz ale powstrzymała go ręka jego zdawać by się mogło pana. Ku zdziwieniu Vorda oboje bez słowa wsiedli na rumaki.
- Tyś Hreth tak? Nie ładnie tak traktować swoich braci...
Hreth nic nie odpowiedział, momentalnie poczerwieniał na twarzy i ruszył przed siebie.
- Ale rozumiem-nadal kontynuował-Żyć w takiej krainie, z dala od swoich, bez rodziny. A twoja kobieta dalej na ciebie czeka, wiesz o tym? Jak długo będziesz tak zatajał swoje pochodzenie? Jak długo będziesz wypierał się tego kim jesteś? Zmienił cie ten pobyt tutaj, i to bardziej niż myślisz.
Segmentis gestem ręki kazał ruszyć dalej, swadianie spoglądali z zaciekawieniem na dwójkę przybyszy. Vord szedł ostatni, rzucił ostatnie spojrzenie za siebie i napotkał wzrok Tervila. Przez moment poczuł coś dziwnego, czuł jakby ten człowiek doskonale wiedział kim jest i jakby go znał. Na moment poczuł przyjemne ciepło i zrozumienie. Gdy się odwrócił całe to uczucie prysło.
Kim oni byli i co łączyło ich z starym grzybem? Musieli go znać, może nawet im pomogą? Ktoś kto nosi się tak bogato musi mieć wielkie wpływy.
-Nie patrz na niego Vord-syknął przez zęby Segmentis-Nie patrz.
- Dlaczego? Coś w tym złego? Kto to jest, jakaś rodzina dla Hretha?
-Nie musisz wiedzieć, ale chyba źle się dzieje skoro oni tu są...Sam Hreth mało mi mówi chociaż znamy się nie od dziś. Czasem gdy wypił za dużo mówił o dziwnych rzeczach. Czasami nie mówił w naszym języku, to dziwne trochę. Myślałem z początku że po prostu zaczyna szaleć, ale o nie, on chyba chce by o nim tak myślano. Nikson był raz z nim podczas małej potyczki. Wrócił z niej w tedy blady jak trup, nie chciał nic mówić. Hreth natomiast...ech, szkoda czasu dochodzimy do bramy .
Kerteba całą drogę powrotną do lasu się nie odzywał. Gdyby go nie powstrzymał mógłby nawet i zabić Hretha. Tervil dalej dumał nad tym co usłyszał od niego, dziwne, uparcie udawał że nie wie o co chodzi. Może i rzeczywiście część dawnych wspomnień wyparł ten klimat. Ale jego butne nastawienie ustąpiło przerażeniu gdy usłyszał co się ma niebawem stać. Momentalnie stał się...chm, normalny. Zupełnie jakby głupota w jego głowie nagle ustąpiła. Opowiedział im wszystko co wiedział, dopytywał się o każdy szczegół. Teraz mają swojego człowieka w tej krainie.
Ale zastanawiało go teraz jeszcze jedno, czy on wiedział jak się skończy jego życie po paru latach? Czy zdawał sobie sprawę że dobrowolnie będzie żyć bardzo krótko jak na lud Cesarstwa. Nawet w tej chwili i im ubywało zycia szybciej niż w ojczyźnie. Dlatego musieli naprawdę sie spieszyć.
W końcu pokonali ostatni pagórek i wjechali powoli w las, panowała absolutna cisza, półmrok sprawiał że drzewa wyglądały na obumarłe. Carladia właśnie konała...
- Panie!
Z zarośli wyszedł zwiadowca, po barwach poznał że zapewne to jeden z ludzi Herleda Berveta, jednej z trzech grup. W jego kołczanie ostała się jedna strzała, w kilku miejscach kaftan był poprzecinany.
- Wysłano mnie do Ciebie i to w bardzo naglącej sprawie. Nasz odział starł się z Xevirlami. Odkryliśmy położenie dwóch kamieni a ich właściciele już dawno nie żyli. Gdy kroczyliśmy w kierunku jaki mieliśmy rozpisany napadły nas całe zastępy poczwar. Mało tego, wpływ...przebudzonego jest większy niż myśleliśmy. Jego moc wsparła jego strażników...Zdziesiątkowano nas nim zdołaliśmy ujść na bezpieczne pozycje. Obecnie jesteśmy w Rivacheg, vaegirowie wraz z nami co dzień odpierają szturm....
- Jak to? Czyż Nurvel nadal nie leży zamknięty w ciemności? Jeśli to co mówisz jest prawdą...obawiam się że należy niezwłocznie dać znać ostatniemu oddziałowi. Napiszę wiadomość do Larsaga, jego broń musi nam pomóc. Do tego czasu jego infiltracja powinna być zakończona. Chodź z nami, odpocznij a potem w drogę.
Jeszcze ostatni wóz, pocieszał sie w myślach Vord. Jak tylko porozmawiali z dowódcą tutejszych ludzi , wszyscy najemnicy pomagali w odkopywaniu wejścia do krypty. Praca była ciężka i wszystko szło w powolnym tempie. Niektóre kawałki gruzu były zbyt wielkie i nieporęczne więc trzeba było rozbijać je kilofami. Jak można było się domyśleć kamień był cholernie nieustępliwy. Pot zalewał mu oczy a ręce promieniowały paraliżującym bólem grożąc że za chwilę wypuszczą kilof z ręki.
Wyprostował plecy i spojrzał w lewo, dwójka nordów z wyuczoną precyzją uderzała kilofami. Nie widać było po nich by byli zmęczeni, chociaż zapewne musieli to robić od rana. Trochę im zazdrościł takiej krzepy, westchnął i zamachnął się kolejny raz kilofem, i kolejny raz bez rezultatu. Jedyny efekt to kolejny tępy bul rąk po zetknięciu się z kamieniem.
- Niech to szlag! Nie ma innego sposobu? - Wycharczał bardziej do siebie niż na głos.
- Narzekasz jak baba - powiedziała Elissa podnosząc kawał gruzu i wrzucając go na woź - Chłop nie może narzekać, ma pracować i się nie uskarżać. Tobie widzę to drugie wychodzi lepiej .
- A ja myślałem że kobieta ma gotować i karmić mężczyznę a nie włóczyć się po świecie jak włóczęga.
Chwilę po tym otrzymał bolesny cios w twarz. Padł na gruz przy akompaniamencie salwy śmiechu wszystkich wokół.
- Powtórz to jeszcze raz a obiecuje że pokażę co KOBIETA potrafi...
Vord wstał otrzepał się z kurzu i ignorując wszystkich zaczął uderzać raz za razem. Był wściekły, kobiety...Nie dość ze jedna go zostawiła to kolejna go bije. Cóż za wstyd, przyjdzie może kiedyś czas że jeszcze wyciągnie do niego rękę prosząc o pomoc. Teraz nawet kamień był jakby mniej oporny...
- No, dać kopa to potrafisz pracować - Jego oprawczyni zaczęła się głośno śmiać, do chwili gdy całkiem niechcący naładował na szuflę trochę pyłu i wyrzucił to za siebie. Całkiem przypadkowo trafiając ją w twarz, już się nie śmiała. Chwilowy sukces, pomyślał, i jakby nigdy nic zajął się swoją pracą.
Późnym wieczorem odbyła się wystawna uczta w dawnych koszarach. Odkorkowano beczki z piwem i wystawiono na stół smacznie wyglądające potrawy. Wszystkie praktycznie były regionalne, przysmaki nordów. Od kaszy z mięsem po kaczki zapiekane z kartoflami.
Usiadł na końcu ławy obok Kerwina, ten smarował czymś ogromne odciski na dłoniach cicho stękając przy tym. Potem skrupulatnie wyczyścił kuszę i dopiero zaczął łapczywie jeść. Vord natomiast szybko wychylił pierwszy kufel piwa i nalał sobie kolejny. Naprzeciw usiadła zgryźliwa Elissa, bez słowa zaczęła jeść i popijać ogromnymi ilościami piwo. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
- Przyjemny dzień no nie? Zjedz coś ,jutro znowu kilof zostanie twoim kompanem.
- Wolę dlatego dziś się upić, aby zapomnieć o takim kompanie.
Ta nic już nie powiedziała tylko zajęła sie piwem, przez moment poczuł jak go kopnęła w nogę. Delikatnie ale odczuwalnie, ciągle dziwnie podejrzanie się na niego patrzyła. Już otwierała usta by coś powiedzieć gdy z przeciwnego końca Hreth uderzył kilka razem kuflem w stół po czym wstał.
- Uczcijmy panie i panowie ten dzień. Wypijmy za powodzenie naszej misji !.
Całą sala wzniosła toast i prawdziwie po nordycku wychyliła cały kufel piwa. Nim odstawili pierwszy kufel z drugiej strony wstał Garson, dowódca tutejszych, także z kuflem.
- Uczcijmy dzień w którym ludzie z rożnych królestw się zjednoczyli. Odpłaćmy naszemu wrogowi ,krew za krew!
Później Vord już nie zliczył ile było kolejnych toastów. Pod koniec biesiady gdy przy stole ostali się nieliczni wstał i wyszedł na dwór odetchnąć nieco świeżym powietrzem. Było zimno i ciemno, a w głowie wirowało mu okropnie. Po krótkiej chwili zdecydował że ta sterta starych szmat obok wejścia będzie idealnym miejscem by spać. Położył się i tak długo jak potrafił wpatrywał się w te niezliczone gwiazdy nad nim. Gdy już niemal usypiał poczuł czyjąś obecność obok. Niemrawo przewrócił oczami i ujrzał nikogo innego tylko Elissę. Bez słowa położyła się obok niego, wpatrywali sie chwilę w siebie. Mimo potężnej dawki alkoholu wiedział co może za moment się zdarzyć. Nie zdołał nic powiedzieć gdy ta delikatnie przymknęła mu usta. Jej ręka zaczęła wędrować coraz niżej. Jej twarz...w tej ciemności przypominała Selenę, te lata miłości, wspólne noce. Cholera nawet teraz o niej sobie przypomniał, mimo tego jak go potraktowała. On nie potrafił, nie mógł chociaż chciał tego. Energicznie strącił ją z siebie i wstał.
- Przepraszam, ale ja...nie mogę, wybacz.
Kobieta ze zdziwieniem malującym się na twarzy podeszła bliżej obejmując go w tali.
- Dlaczego? Coś nam się chyba należy od życia. Ty masz swoje zmartwienia, ja swoje. Czy tylko mamy walczyć i narażać życie? Oboje wiemy że jest nam to potrzebne. Myśl jak chcesz...ale ja czasami także jestem samotna, czuje się taka...
- Odrzucona? - Dokończył za nią - Doskonale to rozumiem, ale mam pewne zasady. Nieważne jakby one nie wyglądały idiotycznie. Lepiej już idź.
- Naprawdę wierzysz w to co mówisz? Może po tych miesiącach coś poczułam do ciebie? Przez wzgląd na niedawny uraz nie dasz mi nawet szansy?
- Nie rozumiesz mnie, chociaż widzę ...że się starasz. Porozmawiamy kiedy indziej.Wybacz.
Elissa na moment jeszcze stała wpatrując się w niego przeszywającym wzrokiem, jednak w końcu odwróciła się i poszła w mrok nocy. A on stał dalej jak głupek, w duchu śmiejąc się sam z siebie jakim jest idiotą. Każdy normalny facet chciałby z taką kobietą spędzić noc. Ale czy to było w porządku? Myśl o dawnej miłości, zresztą niedawno co utraconą nie pozwala mu myśleć o innej.
Położył się w końcu i natychmiast musiał wstać...nadmiar alkoholu i jego zgubne skutki. Zaczął wymiotować obok posłania, wzdrygnął się na myśl co by się stało gdyby nie odprawił Elissy...
-
Witam, wiem że pewnie przeklinaliście moją opieszałość w pisaniu opowiadania(w sesji także). Będę wobec Was szczery, wena jest, pomysł jest, nawet co do ostatniego rozdziału(finału). Ale od kilku miesięcy muszę się leczyć, szczegóły nie są ważne. Bo i żalić się nie lubię. Ale kolejne rozdziały mogą(ale nie muszą) pojawiać się w coraz większych odstępach czasowych. Wszystko się zmieni jak wrócę do zdrowia;/
Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuje wszystkim czytelnikom za wsparcie.
-
Ważne, byś zdrowiał, nie przejmuj się niecierpliwymi czytelnikami. Jak kocha to poczeka.
-
Rozdział .3.
Obudził go solidny kopniak . Vord otworzył oczy mimo okrutnie ciążących mu powiek. Nad nim stał Kervin , kurczowo zaciskając pieści wycedził przez zęby.
- Odwal się od Elissy, dobrze ci radze chłystku.
Co za piękne powitanie, pomyślał, minęło trochę czasu nim zdołał poukładać wczorajsze fakty w głowie, uczta, zalotne uśmiechy oraz wizyta nocna. Gdy odwrócił wzrok na lewo przypomniał sobie o tym jak on świętował po piciu...
- Spokojnie, ona mnie nie interesuje, nic zdrożnego w rozmowie nie ma chyba, co?
- Nie kłam, mam cie na oku, jeden fałszywy ruch...a nawet Hreth cie nie obroni. Poza tym, i tak nie masz u niej szans. Przemyśl to sobie dobrze.
Kervin odwrócił sie na pięcie i pośpiesznie udał się w stronę częściowo zawalonej wieży. Po niebie leniwie sunęły czarne jak noc chmury, wiatr uderzał raz po raz w jego wymizerowaną twarz dając tym samym nieco ukojenia. Przy zawalonym wejściu już trwały prace, znowu ci sami nordowie wiedli prym w utrzymywaniu niemożliwego tępa. Odgłosy prac sprawiały że bul głowy tylko narastał. Wstał ciągle trzymając sie za głowę i udał się do koszar w poszukiwaniu wody lub czegokolwiek co mógłby wypić. W środku było zupełnie pusto, ślady po wczorajszej imprezie sprawiły że nieomal znowu zwymiotował. Smród alkoholu i tytoniu całkowicie odbierał mu chęć by żyć. Usiadł przy stole i pociągnął kilka łyków piwa. Tak, tego mu było teraz trzeba. Nim zdołał sie nacieszyć tym że kac ustępuje usłyszał na zewnątrz jakieś poruszenie. Potem coś rąbnęło w ścianę koszar, cały budynek zadrżał na moment. Cóż u licha znowu sie mogło dziać? Wyszedł pośpiesznie na zewnątrz i ujrzał jak ludzie biegną na stanowiska na murach. Hreth stał w bramie i żywo o czymś rozprawiał z Kervinem, tamten przytaknął głową i pobiegł na wieże. Zaczepił kusznika, był chyba tak samo zaskoczony tą sytuacją jak on.
- Co sie dzieje?
- Atakują nas!
Nie dowiedział sie kto gdy kusznik właśnie pokonywał już schody. Vord szybko odnalazł miecz i nałożył niedbale kaftan, najszybciej jak potrafił wspiął sie po rozlatujących chodach i wyjrzał za blanki.
Jak okiem sięgnąć dookoła rozciągał się obóz, dziesiątki namiotów i ognisk. Można było dostrzec tłumy żołnierzy przechadzających sie po obozie. Na przeciw bramy powstawała jakaś wielka drewniana konstrukcja. Szykowali sie do szturmu to pewne, ale kto to był?
Wyłapał wzrokiem Krisa, podszedł do niego przeciskając się między łucznikami i wojami .
- Co sie Kris do diabła dzieje??
Ten dalej patrzył w dal ,sprawiał wrażenie jakby w ogule go nie słyszał. poprawił tylko kuszę i dalej nie odwracając się rzekł.
- Turegor, ten sam który oprócz Alerica chciał twojej śmierci za medalion i Selenę. Chyba o tobie nie zapomniał.
- Skąd to wiesz?
- Popatrz za bramę, zaraz sam sie dowiesz...
Ale jedna rzecz jeszcze nie dawała mu spokoju, skoro tamci zdołali rozbić obozowisko, i przybyli w tak pokaźnej liczbie to jak to możliwe że nikt z nich ich wcześniej nie dostrzegł? Wyraził swoje wątpliwości na głos, a wciąż nieobecnym wzrokiem Kris odparł.
- Sam sie zastanawiam, wczoraj nic prawie nie piłem, ale i też wartownicy jak i ja sam niczego nie dostrzegliśmy w mroku. Żadnej pochodni, żadnego dźwięku. Taka armia nie może się poruszać bezszelestnie. W dodatku nordowie na każdą większą czy mniejszą wyprawę idą przy dźwiękach bębnów i wzniosłych pieśni. Coś mi tu cholernie nie gra...
Gdy doszli do bramy z której mogli zobaczyć idącego na przodzie Turegora , wątpliwości tylko przybyło. Lord szedł w towarzystwie kilku wojowników z włócznią na której zatknięto kawałek białej szmaty. Ale nie to było dziwne, ale dziwny, niemal mimowolny pochód. I ta cisza, owszem ognisk było mnóstwo ale przy nich nie było ani jednego człowieka. Może po prostu szykowali sie do rychłego ataku? A jeśli tak to co powstawało za obozowiskiem? Wcześniej Vord zakładał że to pewnie wieża oblężnicza, ale teraz ani trochę ta konstrukcja jej nie przypominała. Całość miała kształt stożka, cholernie wysokiego stożka, przywodzącego na myśl ogromny stos .Czyżby jakaś forma sygnału czy coś w tym guście?
Na murach teraz tylko szeptano, butność z jaką każdy wbiegł na mury momentalnie ustępowała strachowi lub też bardziej niepewności. Hreth pojawił się obok nich ,nie uśmiechał się tylko tępo lustrował otoczenie. Widać było że walczył z myślami. Livmer także teraz dołączył do nich i spoglądał ukradkiem to na przeciwnika to na Hretha. Ci dwaj cały czas coś zatajali, mieli jakieś dziwne tajemnice z którymi nie chcieli sie dzielić. Ale cholera, teraz chyba każdy z nich był po tej samej stronie barykady. Uwięziony i ciągle atakowany. Nie było więc miejsca na takie przedstawienia.
- Hreth, powiedz mi co się dzieje ,dlaczego ciągle jestem tym który nic nie wie i któremu mało się mówi? Albo w końcu to wydusisz albo możesz być pewien że stanę się mniej ochoczy do pomocy. Ja chcę wiedzieć!
- Vord -wycharczał przez zęby - Jak zaczniesz być taki wścibski to nie zawaham sie ciebie zabić. Uwierz ,wielu moich kompanów zginęło gdy zaczęli szukać. To że jesteśmy teraz razem nie znaczy że mam cie niańczyć i o wszystkim mówić. Jesteś tak naprawdę małym i zagubionych chłopcem który myśli że miecz czyni go wojownikiem. Te sprawy cie przerastają.
Już mu ktoś tak kiedyś powiedział, chyba nawet Kris. Czy każdy traktował go jako tło tego świata? Bezczelny głupiec, nie okazywał żadnego zrozumienia. Był dowódcą z tego typu co potrafią tylko pomiatać żołnierzami. Livmer otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć ale przeszywający wzrok Hretha skutecznie go zniechęcił. Tymczasem Turegor był prawie przy bramie....
Pokonali już kilka mil od wczesnego ranka, Kerteba jechał na przodzie i ciągle wypatrywał jakiegokolwiek oznaku zasadzki lub zagrożenia. Wiatr cicho zawodził poruszając koronami drzew. Świat jakby całkiem zamarł, widok ten był równie piękny i mistyczny co nad wyraz dziwny. Tervil odkąd postawił stopę w tej krainie nie widział i nie słyszał ani jednego ptaka. Ostatni raz miesiąc temu widzieli jedna sarnę która majestatycznie spoglądała na nich. Czuć było od zwierzęcia strach i panikę, czuło prawdopodobnie tą ciężką atmosferę jaka teraz panowała. Obraz zamordowanych rybaków nad rzeką co rusz mącił mu w umyśle. Ci ludzie zostali zaatakowani w czasie gdy łowili ryby, może chcieli wykarmić rodziny? Pola zboża były całkowicie zniszczone. Zbiory w tym roku nie mogły być owocne, będzie cudem jak choćby małą część ludzie zbiorą z pul. A to o wiele za mało. I szczerze można było wątpić aby lokalni władcy coś uszczknęli swoim poddanym. Żywność była teraz droższa od złota czy srebra. Swoją drogą cesarskim także powoli zaczynało ubywać jedzenia. Mieli jeszcze po kilka chlebów "Arsini", ale na długo nie wystarczą. Zaczynał sie zastanawiać czy dobrze postąpili karmiąc mieszkańców jednej z licznych tutaj wiosek. Ale widok małych ,umorusanych dzieci zmusił go do tego. Małe niewinne stworzenia, którym przyszło walczyć o przetrwanie w Carladii. Ich nie można było winić, winę ponosili wielcy tego świata. Królowie i władcy, świadomie lub nie, sami się o to prosili. Wielka przepowiednia się sprawdzała. Może gdyby zostawić im w bardziej oczywistym miejscu wskazówki...Ale i to pewnie było by tylko zapalnikiem aby odkryć prawdę.
Z wielu raportów jakie otrzymywał w tym czasie wynikało że najbardziej cierpią Khergici, na tamtych terenach wpływ "Uśpionego" był największy. W czasie ostatniej wielkiej wojny-a raczej masakry- nie było tak otwartego i jawnego działania. Wcześniej odbywało się to w cieniu, za plecami i pokątnie. Teraz zanosiło sie na to że dawne...
- Tervil - znienacka pojawił sie obok Kerteba - Dzień, no może dwa będziemy w mieście o nazwie Uxhal. Jak dobrze pójdzie to wszystkie kamienie znajdą się w naszych rękach. Ale martwi mnie jedno...
- Tak?
Przyjaciel wziął głęboki oddech i oglądnął się w tył.
- Czy roztropnie było zostawiać ich przy krypcie? A co jak odkopią wejście?
- Jest tam kilka zabezpieczeń, poza tym nie znamy położenia ostatniego kamienia. Zakładam że nadal jest tam gdzie powinien. Tego ostatniego łatwo nie wydobędą. A przynajmniej nie zdążą nim my się tam nie pojawimy.
Na moment uderzyła go fala kilku wspomnień na raz, oczy zaszły mu mgłą i spadł z konia. Odgłosy towarzyszy słyszał niewyraźnie ,cały świat zaczął diabelnie szybko kręcić się wokół niego. Oczyma wyobraźni ujrzał ruiny zamku w której jest krypta. Ciemność szczelnym kręgiem otoczyła zamek, w środku garstka ludzi u których z każdą minutą ubywało odwagi. Ciemność była przyciągana do krypty. Skierował wzrok w stronę krypty...gdyby mógł krzyknął by. Z zawalonego wejścia ujrzał zamazaną postać, wysoką i majestatyczną. Nie ulegało wątpliwości kto to był. Nie był materialny, ale i też niewiele brakuje. W tedy ich wzrok się spotkał. Postać wydała z siebie ryk wściekłości. Tak nienawistny i rządny zemsty że Tervil mógł tylko patrzyć nań jak zahipnotyzowany. Zapomniany i jedyny władca...Nurvel...
W końcu wizja ustąpiła, nad nim Kerteba wraz z ludźmi polewali go wodą i próbowali przywrócić go do świadomości.
- Ale mnie wystraszyłeś Tervil, co się stało??
Nie mógł tego opisać, musiał działać, szybko i natychmiast. On...On wysłał Xevirle aby go uwolniły!
- Zawracamy do krypty, natychmiast,szykować się do ciężkiej walki!
Ludzie popatrzyli po sobie niepewni czy aby ich pan nadal nie majaczy. Po chwili pomogli mu wstać na nogi i wsiąść na kona. Bez słowa galopem ruszyli do ruin. Czy zdążą? Jak dobrze pójdzie to dojadą do ruin wieczorem. Zaczynał wątpić czy ta garstka ludzi zdoła się do tego czasu utrzymać.
Trójka swadian już kilka godzin siedziała w pałacu, Plais siedział na wielkim fotelu Delinarda. Nie mógł uwierzyć w to co stało się przedtem...
Weszli do wielkiego holu ,szambelan służalczo oznajmił że hrabia Delinard jest w sali audiencyjnej. Ruszyli w tamtym kierunku, po drodze mijali rzeźby przedstawiające wielkich wojowników, nawet było popiersie Harlausa. Na kilku postumentach brakowało rzeźb, pewnie Delinardowi zaczynało brakować denarów i zaczął sprzedawać swój dobytek. Przed głównym wejściem stało dwoje strażników. Jeden praktycznie usypiał ale gdy zobaczył gości otworzył wrota i wpuścił ich do środka zamykając za nimi drzwi. Dziwne że nie kazał broni zostawić przed wejściem jako każe zwyczaj.
W środku było cicho, Delinard siedział odwrócony do nich plecami przed kominkiem w którym ostanie drwa się dopalały. Hektor nerwowo oblizał wargi, trząsł się nie mniej niż on sam. Rob stanął przy wrotach przewracając oczami naokoło. Plais przełknął ślinę i rzekł idąc w stronę lorda.
- Delinard, mam dla ciebie przykrą wiadomość, mógłbyś chociaż się odwrócić jak do ciebie mówię!
Tamten ani drgnął, zupełnie jak dawniej, zawsze zachowywał się jakby był kimś wielkim. No cóż, zaraz zacznie gadać. W tedy Hektor delikatnie trącił go łokciem gestem głowy pokazując plamę krwi na podłodze pod lordem. W cieniu coś sie poruszyło, na szczura było za wielkie. W tedy Plais dostrzegł. Tam leżał związany i zakneblowany mężczyzna, szamotał się próbując wyswobodzić się z więzów.
Plais stłamsił w sobie strach i podszedł do Delinarda, gdy ujrzał jego twarz...cicho jęknął i upadł na podłogę. Hektor zaklął szpetnie i cały pobladł. Hrabia Delinard nie żył, z piersi wystawało mu kilka bełtów, palce u rąk mu połamano. Musiał być długo mordowany nim umarł, na jego kolanach leżał kawałek pergaminu. Drżącymi rękoma Plais go wziął i zaczął czytać, ciągle zakrywając usta.
"Oto Plaisie twoje zadanie na teraz. Zapewne zastanawiasz się kto tego głupca przed tobą zamordował. Odpowiedz leży w kącie przy szafie. A teraz skup się. Weszliście do sali i zobaczyliście jak ten człowiek zabija lorda. Niestety samego Delinarda nie udało sie wam uratować ale mogliście zabić morderce nim ten ucieknie. Wszedł oknem po lewej od komina, wlazł przez stodołe, z okiennicy zwisa lina z hakiem po której tu wszedł. Wykorzystaj swój status i zrób to co należy do ciebie. Umocnij swoje wpływy. W odpowiednim czasie zwrócimy się do ciebie abyś się odwdzięczył. Pamiętaj też że dwór jest pełen naszych szpiegów i będziemy znali każdy twój ruch. Członkowie gildii i rajcy są przekupieni, nikt nie odmówi ci prawa objęcia miasta. Powodzenia. Troskliwy opiekun".
Szybko zmiął list i schował go za pas. Hektor i Rob tępo spoglądali na niego.
- I co teraz?? Zabiją nas wszystkich jak tylko tu straż wpadnie. Łamanie kołem nas czeka!
- Zamknij sie Hektor! -Plais zniżył nieco ton głosu- Zabijcie tamtego człowieka .Poharatacie sie przy tym,żeby tona walkę wyglądało. To jest morderca.
Towarzysze niechętnie podeszli do związanego człowieka, Rob błagalnym wzrokiem spojrzał na Plaisa.
- Głupcy, róbcie co wam każę. Jak tego nie zrobimy to i tak ci drudzy nas zabiją. Niedługo każdego z was czeka nagroda, wszystko dla dobra Swadii.
Rob zacisnął pięści i podszedł do lorda, spojrzał raz jeszcze na denata , w kącikach oczu pojawiły się łzy.
- Ty...ty...Delinard był jednym z lepszych lordów. Dbał nie tylko o dwór czy miasto, dbał o poddanych. To był tak samo twój przyjaciel. Ile jesteś w stanie poświęcić żeby tylko zdobyć władze? Na rozum ci poszło? Szczam na to że jesteś baronem, w dupie to mam. Dla mnie, jak i większości ludzi w tym królestwie jesteś gnidą i zadufanym w sobie snobem!
Cóż za chamstwo, Plais szybko uderzył go w twarz, tamten runął na podłogę. Szybko usiadł na nim i wyciągnął sztylet za cholewy buta, przystawiając mu go do gardła cicho powiedział.
- Uważaj na słowa, siedzimy wszyscy w jednym szambie, teraz wyglądasz jakbyś faktycznie walczył z mordercą. Zachowaj swoje nic nie warte uwagi dla siebie. Dobrze?
Rob po chwili z wciąż rozszerzonymi oczami ze strachu przytaknął. Hektor stał patrząc na to co przed chwilą się stało, Plaisowi wydawało się że usłyszał ciche "Skurwysyn".
- A ty co tak patrzysz?? Zabij go w końcu!
Gdy związany człowiek był już martwy, Plais czuł jak przybyło mu pewności siebie i odwagi. Perspektywa rządzenia miastem a potem i całym królestwem była tym czym dla dziwki pieniądz. Niefortunne porównanie ale szczerze miał to teraz gdzieś.Był kimś....
Teraz siedział w fotelu w którym niedawno zasiadał Delinard i dumał co dalej. Niebawem rajcy ogłoszą go prawowitym władcą miasta. A potem co dalej? No cóż ,trzeba by odnaleźć tą gołąbeczkę Isoldę, z jego nowymi przyjaciółmi ślub to tylko formalność. Ucieszył się w myślach na samą myśl że gdzieś tam daleko Harlaus przewraca sie w mogile z wściekłości. O ile go w ogule pochowano. Może później napisze do jednej osoby by zbadała czy ta świnia i szuja Haringoth jeszcze dycha? Cela tortur bardzo by się ucieszyła goszcząc takiego gościa. O tak, zemsta najlepiej smakuje na chłodno. Bez pośpiechu, czysta rozrywka. Będzie się napawał widokiem cierpienia każdego kto zalazł mu za skórę.
W tedy do sali weszli rajcy i mistrz gildii...
-
Co z nowym odcinkiem?
-
Podpisuje się pod pytaniem.
-
Ciąg dalszy rozdziału 3.
Turegor nie paktował, po tym jak kilka godzin temu sam sobie poderżnął gardło dzika wataha przeciwnika uderzała raz za razem. Rozbijali sie o mury niczym fale morza uderzające o skalisty brzeg. Brama trzeszczała od ciągłego walenia w nią toporami. Przeciwnik nie był bystry i geniuszem taktycznym nie powalał. Nadrabiał to jednak dziką furią i nadludzką odwagą. Nordowie nie byli już zwykłymi ludźmi jak wcześniej sądzono. Byli tak samo przepełnieni rządzą mordu jak dotychczasowi szaleńcy jakich napotykali. Vaegirowie, nordowie, swadianie, wszyscy walczyli zawzięcie o każdy cal murów. Coraz częściej słychać było paniczne wołanie o strzały bądź bełty. Z tyłu płonęła jedna chata, przeciwnik miotał pochodniami za mury zupełnie niepomny ze to raczej marny środek do zmiękczenia wroga. Jednak śmierdzący dym skutecznie utrudniał oddychanie jak i patrzenie. Oczy łzawiły, nikt by nie był zdziwiony gdyby sie okazało że to nie do końca same pochodnie.
Vord wystrzelił przedostatniego bełta trafiając szalejącego na dole mężczyznę w kark. Ten padł i niezgrabnie próbował sie podnieść, został dosłownie stratowany przez nacierających z tyłu nordów. Ze zgrozą Vord dostrzegł jak kilku atakujących z nadludzką siłą wbija ciężkie topory w mury i powoli próbuje sie wspinać do góry. Skała która pod kilofem nie mogła ustąpić nie mogła się oprzeć tym toporom? Nad nimi poszybował ogromny głaz uderzając w studnie. Na dole rozległ się nadludzki wrzask jakby z tysięcy gardeł i brama z hukiem posypała się w drobne drzazgi posyłając gromadzących sie tam obrońców na ziemie. Hreth splunął i skoczył na dół zabierając ze sobą połowe obstawy flanek. Vord zrobił to samo. Nim otrzepał się z kurzu już musiał parować pierwszy atak, podciął szybko norda i przebił mu tchawice. W całym tym koszmarze pocieszał go fakt że zdążyli zatrzymać ich w wąskim przejściu bramy.
Cóż z tego jak wróg napierał z okrutną siłą, zdawało się że nie chodzi im o samo wyrznięcie obrońców lecz aby dostać się do środka. Walczył teraz ramię w ramie z Hrethem i wojem norskim, tylko tylu na raz mogło się z mieścić w bramie. Za nimi żołnierze pchali znad głów rohatynami i włóczniami. Odciążając nieco walczących na przedzie. W trakcie gdy walczył o swoje życie przez chwilę zdawało mu się że za morzem atakujących coś brutalnie prze do przodu, powietrze wypełniał strach oraz coraz głośniejszy ryk...
Mistrz gildii wręczył w końcu Plaisowi upragniony dokument i nałożył mu na szyje złoty naszyjnik z zetkniętym na nim herbem miasta. Rajcowie przez kolejną godzinę opisywali stan miasta i Swadii. Baron mógłby przysiąc że kilku z nich niechętnie to robi, mimo tego że w liście dostał zapewnienie o ich lojalności.
Teraz musiał rozwiązać pierwszy spór, przed nim dwóch wyglądających na idiotów w szlacheckich strojach mężczyzn stało. Doradca przeczytał na głos akt oskarżenia przeciw jednemu z nich. Baron wiercił się na fotelu, szczerze miał to głęboko gdzieś o co im chodzi. A jeszcze bardziej nie chciało mu się tu mitrężyć czasu na takie błahostki. Czekały go większe czyny. Strata czasu przez tych obwiesi doprowadzała go powoli do szewskiej pasji.
- Baronie Plaisie - rzekł gruby szlachcic z licznymi pryszczami - Nie podobna by Farhel z rodu Karbelfe mógł korzystać na własność z połowy stajni przeznaczonej memu rodowi. Przeto liczę na prawy osąd.
Służalczo skłonił się ,chociaż z takim brzuchem mógł to być dla niego iście heroiczny wyczyn ,godny bohaterów. Drugi z nich spojrzał na grubego z grymasem uśmiechu na twarzy i ponownie spojrzał na barona.
- Ten...człowiek żywnie kłamie, mam ja na stanie papiery potwierdzające że stajnia należy się mej rodzinie. Nie wiem jakim prawem on domaga się abym dobrowolnie oddał mu to co moje.
Plais schował twarz w dłoniach, z utęsknieniem pragnął władzy. Ale zapomniał że jest i druga strona medalu, ta gorsza i najmniej przyjemna. Nie mógł na dodatek się dobrze skupić bo obaj zaczęli się kłócić, co rusz któryś powoływał się na jakieś wyssane z palca prawa. Baron uderzył pięścią w podłokietnik, swoją drogą za mocno , bo poczuł cholerny ból. Spojrzał na zdziwionych szlachciców i rzekł najspokojniej jak mógł.
- Mam osąd, moje słowo jest święte w tym mieście, więc słuchać uważnie. Żaden z was nie będzie mieć stajni, niezwłocznie każę ją spalić. I po problemie!
Rozległa się wrzawa i słowa oburzenia, strażnicy powstrzymali obu przed wtargnięciem w stronę Plaisa. Ten uśmiechnął się tylko i gestem nakazał ciszę. Wstał , wyprostował się i rzekł.
- Ah, bym zapomniał, czyż to nie dalej jak jutro należy uiścić podatek? Wam obu podwajam go!
- Jak to??! - błagalnie odparł gruby - Już teraz płacimy zbyt wysokie podatki! Pięćset denarów miesięcznie, teraz mamy płacić tysiąc? Nie zapłacę tyle!
- Zgadzam się z nim - rzekł drugi- Ani denara więcej, nie może baron tak robić, chłopstwo pomrze z głodu gdy i my będziemy musieli podnieść im pańszczyznę!
- A co mnie to obchodzi? Delinard, niechaj ziemia mu lekką będzie, robił źle obniżając wam podatki. I co z tego wynikło? Miasto ledwie się trzyma, ale o nie, ja przywrócę mu lata świetności. Won mi stąd!
Z pomocą straży krzykacze w końcu opuścili sale audiencyjną. Skrybowie oraz doradcy patrzyli na niego ze zdziwieniem, ale żaden z nich nie ośmielił się przemówić. Plais energicznie wstał podszedł do nadal piszącego skryby i wyrwał kilka stron, ten z lękiem spojrzał na niego.
- Tu nie ma nic do zapisywania, zrozumiano?
Skryba pokiwał twierdząco głową, baron udał się do swojej komnaty, czas wysłać list...
Był już wieczór, gwiazd jak zawsze od jakiegoś czasu nie było widać. Skryły sie za całunem ciemności, z utęsknieniem chciały by spojrzeć na ziemie pod nimi. Panowała absolutna cisza nie licząc odgłosów kopyt, dziesiątki jeźdźców w połyskujących zbrojach gnało w stronę łuny pożaru.
Tervil miał w głowie tylko jedną myśl, by na czas zdążyć z odsieczą. Po części winił siebie za to że ci biedni obrońcy musieli sami walczyć. A teraz za pewne nikt z nich nie żył. Przebudzony za wszelką cenę chciał w końcu wyjść na wolność a co za tym idzie musiał posłać znaczna liczbę popleczników. Wiedział że ruin Tehlrog pilnuję mała garstka ludzi. Ludzi którymi gardził i całkowicie nie wierzył w ich siłę. Musiał też wiedzieć że Cesarscy są w Carladi. Czas okrutnie im nie sprzyjał, ponaglił rumaka do jeszcze większego wysiłku. Normalne konie dawno by padły po tak zabójczym tempie i w dodatku z nałożonym kropierzem.
Wtedy z lewej z lasu dojrzał poruszenie, Kerteba też to zauważył, wydał szybkie rozkazy i połowa ludzi skierowała się w tamtą stronę. Rozległo się zawodzenie jakby z tysięcy udręczonych dusz. I w tedy właśnie rozpoznali z kim mają do czynienia. Xevirle! Ich pan wiedział co chcą zrobić i chciał za wszelką cene im to uniemożliwić. Potężnie zbudowane humanoidalne istoty. Swoista hybryda człowieka. Był rosły na dwa metry, miał dwoje oczu, całkowicie zamglonych , każdy był całkowicie łysy, w miejscu gdzie powinien być nos miały tylko dwie dziury. Na myśl przywodziło to pysk nietoperza. Mimo umięśnienia skórę miały tak cienką że doskonale było widać każdą żyłę, niemal sine ciało. Czy tak ostatnio wyglądali? Przebudzony lubił się tak bawić kosztem ludzkiego strachu. Przyoblekłszy ich w formę jakiej najbardziej by się bali tutejsi ludzie. Każdy dzierżył potężne miecze i topory, kilku miało dwakroć większe od siebie łuki. Tak zwane "latające kosiarze".
Zaryzykował spojrzenie w tył raz jeszcze i sie przeraził. Kerteba rozpoczął potężną szarże, ludzie ze śpiewem na ustach nacierali. Wtedy potężne strzały zrzuciły kilku na ziemie. Część przybijając do ziemi. Kilku się podniosło i kontynuowało natarcie. Rozległ się trzask łamanych lanc, ryki poczwar oraz krzyki ludzi. Oby Kerteba sobie poradził z nimi. Bo jeśli tutaj zaatakowały ich w takiej liczbie to co się dzieje w ruinach??
Niecała dwudziestka rycerzy pognała z Tervilem na czele przez polanę. Zamek rósł w oczach, a wraz z nim rosły ...odgłosy walki. Czyli obrońcy nadal się trzymali? Zadziwiające, nie wierzył że mogą tak długo sie bronić.
- Panowie, ci ludzie przelewają krew. Teraz musimy z całych sił postarać się przepędzić wroga. Pamiętajcie, każdy z nas jest synem cesarskim, do boju!
Rozpoczęło się natarcie, zastępy nordów ,już przemienionych, zwróciły swój wzrok na nowego wroga. Pierwsze szeregi zostały na miejscu zmasakrowane. Powoli jednak impet szarży malał...
Po tym jak istny koszmar wpadł na obrońców sprawy szły w gorszym kierunku. Zostali zepchnięci w tył, walka na murach przypominała teraz osaczonego przez wilki jelonka. Hreth z nadludzką siłą powalił w końcu dziwnego przeciwnika. Krwawił jednak z tuzina ran i ledwo trzymał sie na nogach. Vord przeciął przeciwnika i sparował kolejny cios topora. Tym razem zdrętwiała dłoń nie wytrzymała i upuściła miecz. Szaleniec powtórzył atak i młodzian musiał wykonać unik wpadając na kolejnego przeciwnika. Szaleniec z rykiem zdzielił go w twarz z pięści. Vord przyklęknął, wtedy Kris zabijając swojego przeciwnika wpadł między niego a poczwary, siekł dwoma mieczami i pomógł mu sie podnieść. Nic nie mówił jak zwykle miał to w zwyczaju, dyszał ciężko , na prawe oko nic nie widział, krew z czoła całkowicie je zalewała. Najemnik podniósł miecz i uderzył w kolejnego, był nim starzec bez zębów i z wielkim garbem. Cholera, pomyślał, nie ma szans żeby wyjść z tego cało. Po lewej na murach usłyszał przez moment krzyk przerażenia Elissy. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył jak kobieta została powalona przez tłustego norda. Zaklął głośno i zaczął przebijać się w tamtą stronę.
- Vord!!! - ryknął Hreth - Trzymaj szyk do cholery co ty robisz?!
Zignorował go i w końcu dopadł do schodów, kolejny krzyk kobiety, usłyszał nad sobą potężne uderzenie i spojrzał w górę. W odpowiednim momencie, chwycił w locie spadającą najemniczkę. Spojrzała na niego i lekko sie uśmiechnęła.
- Mówiłeś mi kiedyś...że przyjdzie czas że zapragnę twojej pomocy...udało ci się.
Położył ją na ziemi i poczuł coś ciepłego na dłoniach. To była krew, z brzucha kobiety wylewały się wnętrzności. Nachylił się nad nią niepomny szalejącej wokół walki.
-Wyjdziesz z tego Elissa...słyszysz??
Pokiwała przecząco głową, spojrzała oczami coraz bardziej mętnymi.
- Dziękuję ci Vordzie...teraz jest mi dobrze, przy tobie jestem bezpieczna. Chwilkę odsapnę, obudź mnie jak będzie po wszystkim...
Otrzymał bolesne kopnięcie w żebra i upadł na ziemie. Nad nim stał ten sam tłusty szaleniec, z rykiem zamachnął się ogromnym berdyszem. Vord przeturlał sie na bok i uderzył z wrzaskiem na niego. Atakował tak szybko i zawzięcie że tamten nie był w stanie sie bronić. Po prostu przyjmował na siebie kolejne dzikie cięcia. W końcu gdy wydawało się chłopakowi że nord padnie, ten rzucił sie na niego i chwycił za gardło. Z lekkością podniósł go do góry z głupowatym wyrazem twarzy. Zaczynał się dusić, siekł coraz słabiej w rękę która go trzymała, bez skutku. On nie czuł bólu, czy tak właśnie ma zginąć? Zaduszony na śmierć? Resztką woli i siły kopnął go w krocze, ku jego zdumieniu bez efektu. W tedy rozległ się świst i bełt wbił się w głowę napastnika. Po chwili oboje upadli na ziemie. Spojrzał do góry masując gardło i łapczywie łykając powietrze. To Kerwin, wyłapał wzrokiem Elissę i szybko zbiegł na dół zabijając po drodze zastępującego mu drogę norda.
Kerwin spojrzał na niego a potem uklęknął przy kobiecie. Próbował ją budzić, klepał delikatnie po twarzy...ujął jej dłonie i po chwili zaczął cicho łkać. Elissa nie żyła, Vord podszedł do najemnika i poklepał go po ramieniu, nie powiedział nic, bo cóż niby miał mówić. Powoli do niego docierało co się przed chwilą stało.
- Skurwysyny zapłacą mi za to! - wycharczał kerwin - Każdy co do jednego!
Po tych słowach ucałował w czoło najemniczkę i z rykiem rzucił się w mase wroga, Vord ruszył za nim. Gdy zabijał przed oczami miał obraz niedawnej uczty, śmiech i spojrzenia Elissy, przypominał sobie jaki miała charakter. A teraz od tak...zginęła. W pewnym momencie Kerwin zwalił się z nóg jak długi, w nodze tkwił mu topór do rzucania. Najemnik nie dawał jednak za wygraną, osłaniając się jego ukochaną kuszą siekł mieczem. Vord z trudem stanął przed nim i przyjmował na siebie wściekle ataki. Jeśli ma umrzeć w tak beznadziejnej sytuacji, zrobi to ale ginąc za kogoś. Za przyjaciół, postawi na szalę swoje życie. Dla każdego z nich bez wyjątku. Vaegirski wojownik obok pokiwał w jego stronę głową w uznaniu. I rąbał potężną szablą nacierających przeciwników. Vord wiedział że ich dni są policzone, zabierze jak najwięcej tych cholernych nordów ze sobą.
..."Lękajcie się mnie albowiem sprawię że wasze życie zamieni się w koszmar. Noworodki zaczną umierać, zwierzęta chorować. Pogoda będzie groźna i nieprzewidywalna, brat bratu wrogiem.Nadchodzi kres Carladii,kres wszystkiego co wam znane,tak było od zawsze,i teraz też tak się stanie.Nic was nie ochroni,już niedługo przyjdę po was wszystkich...."
Fragment przepowiedni "Dni Mroku" Tom3, ustęp 7, autor nieznany.
-
Czyżby to było zakończenie? Nie mówię nic, ale jeśli tak, to bardzo niespodziewane. Wszyscy wyrżnięci, Calradia nieocalona, wszystko stracone... bezsensowna śmierć. Tak przemija chwała tego świata.
-
Chyba nie myślisz że cokolwiek na ten temat zdradzę?;)Pamiętaj nic nie trwa wiecznie,z drugiej strony wiara czyni cuda. Pytanie jak będzie w tym przypadku...
Ja wiem,wielu z Was chciało by widzieć tam rycerzy którzy w pojedynkę gromią setki wrogów(Jak w singlu m&b ,wy vs grabieżcy),ale ja stawiam na brutalną realność,nikt nie jest nad-człowiekiem.Każdy ma wady,cechy,uczucia i plany. A to że dzieje się jak sie dzieje w Carladii...no cóż,od poczatku usilnie to powtarzam,to moja wizja na tę krainę,jej losy,przeszłość,postaci,całą tą tajemniczą otoczkę ukrywającą się przed naszymi oczami gdy gramy. Tak to widzę...
-
Wiem o tym że nic nie trwa wiecznie. Samochody, pieniądze, dziewczyny, władza. Wszystko minie, prędzej czy później.
Wielu by chciało, ale to niestety musi być brutalna realistyczność, a nie teletubisie gdzie każdy jest dla siebie miły i jest rozwiązanie.
Mam jedno pytanie jednak odnośnie tego ostatniego rozdziału: nie zrozumiałem, czy garstka obrońców to byli ci najemnicy i Vaegirzy, czy może Vaegirzy walczyli z Nordami w szturmie?
-
Szturm odpierali najemnicy pod wodzą Hretha ,swadianie(dwudziestka),kilkunastu vaegirów oraz nordów.Oni byli tu wcześniej zostawieni przez Brulle do pilnowania ruin.;)
-
Wreszcie przeczytałem całość. Muszę Ci pogratulować talentu. Ta opowieść naprawdę bardzo wciąga, ale za ten BUL...
-
Rozdział .4.
Dwójka postaci w kapturach skrywających twarze szła w mroku nocy przez ulice Halmar. O tej porze nie było nikogo na ulicach, nie licząc patroli straży. Obchodny co rusz zapalał kolejne pochodnie które szybko gasły, gdy ujrzał dwójkę ludzi pośpiesznie zeszedł im z drogi.
Minęli cmentarz i skierowali sie w stronę magazynów na zboże, oboje zastygli w bez ruchu przy rogu ulicy, po drugiej stronie panowała absolutna cisza. Oboje wiedzieli czego się spodziewać i co mają zrobić. Poprawili szable u pasa i nasłuchiwali. W końcu wyższy z nich szeptem zwrócił sie do towarzysza.
- Mam nadzieję ze nasi informatorzy nas nie wystawili. Jeśli dzisiaj nie uda nam się rozbić tej szajki przemytników to jutro szybko zwiną się z miasta.
Drugi z nich nic nie odrzekł tylko obserwował przyległą do magazynów drogę. Wyjął za pasa kartkę i raz jeszcze sprawdzał ilu może ich być.
- Czytasz to już piaty raz Habbe, mamy efekt zaskoczenia. To tylko przemytnicy, żaden z nich nie zabiłby nawet leżącego człowieka. To będzie dla nas...trening.
- Lardel do licha wiem o tym. Ale dobrze wiesz że lubię wszystko dokładnie zaplanować. Nie chcę żeby chociaż jedna szuja nam sie wymknęła. Pamiętasz jak w Sunegate uciekł nam jeden złodziej? Przez to że mnie w tedy nie posłuchałeś, już gnoja miałem na celu z kuszy.
W cieniu wrót do jednego z magazynów pojawiła się postać, na chwile stała w bez ruchu po czym zniknęła za rogiem. Oboje szybko lecz po cichu przebiegli drogę i stanęli za tym właśnie rogiem. Habbe wychylił się po czym zerknął na towarzysza, gestem kazał mu także się wychylić. Wśród licznych skrzyń i beczek dostrzegli dwójkę postaci przygarbionych, potem rozległo sie ciche skrzypienie i trzask. Ludzie dosłownie rozpłynęli się wśród skrzyń.
-Zamaskowane wejście - wyszeptał Habbe - Czyli nie mają meliny w magazynie lecz pod nim. Że też akurat ten magazyn musiał być najstarszy w mieście, w tedy budowano piwnice pod nim aby mięso szybko sie nie psuło.
-I co z tego? Tym lepiej dla nas, tam będzie ciasno, nie wykorzystają przewagi liczebnej. Mówię ci to już setny raz, wpadnijmy tam i zróbmy co trzeba, chciałbym jeszcze dziś coś wypić.
Cicho skradając się doszli do skrzyń i zaczęli macać grunt ,Habbe w końcu uśmiechnął się pod nosem i chwycił za gruby sznur, lekko szarpnął nim i wśród śmieci ukazała się drewniana klapa.
Nagle coś za nimi sie poruszyło, ujrzeli jak przez drogę idzie kolejna postać w ich stronę. Czyzby kolejny szmugler?
- Schowaj się, tego tu musimy złapać żywcem - rzekł Habbe w tym samym czasie kucając za przegniłą beczką.
Słyszeli coraz wyraźniejsze kroki, kimkolwiek on był niezbyt konspiracyjnie sie zachowywał, był teraz naprzeciwko beczki za którą schował się Habbe.
- Kto tu jest?-wycharczał przepitym głosem.
Lardel zrobił to do czego go uczono. Zakradł się do człowieka od tyłu i za całych sił uderzył pałką w tył głowy. Szybko go zakneblowali i związali. Habbe znalazł spękaną mise wypełnioną deszczówką i chlusnął w twarz nieprzytomnego.
Człowiek się ocknął, jego karnacja mówiła im że nie jest stąd, może rhodok? Habbe przystawił mu nóż do gardła.
- Jeśli zaczniesz wzywać pomocy zabiję cie. Potrzebujemy informacji a ty ją nam udzielisz, dobrze przyjacielu?
Nieznajomy przytaknął głową i gdy już mógł mówić, cicho wyszeptał.
- Kim jesteście?
- Nieważne - Lardel był wyraźnie zniecierpliwiony, widać było po nim że pragnie w końcu walki. Co jak co ale po dwóch miesiącach śledztwa chyba mu sie należała - Czym handlujecie i dla kogo pracujecie. Śpiewaj wszystko a skończysz tylko w lochach.
- Myślicie że jak wam powiem to uda wam się znaleźć lidera? On nie wybacza zdrady, nawet w najlepiej strzeżonym lochu mnie zabije. Gówno wam powiem. Śmierć będzie dla mnie najlepszym wyjściem.
Czyli mają przed sobą zaślepionego typa który bezgranicznie i służalczo wykonuje rozkazy. Ale Habbe wiedział że każdego da się złamać. Nie było człowieka który zniósł by "proces pozyskiwania informacji", co też zakneblowali go spowrotem i wrzucili za mały kamienny murek obok, Habbe zadbał o to aby dodatkowo przywiązać go do uschniętego ale bardzo grubego drzewa. Na wypadek gdyby ptaszek chciał im odfrunąć w czasie gdy oni będą zajmowali sie jego kolegami na dole.
Upewniwszy się że są sami otworzyli powoli klapę, przed nimi widniała dziura ciemności, na dół prowadziły stare schody. Oboje bez słowa zeszli na dół zamykając wejście. Lardel wyjął za pasa małą kłódkę i łańcuch, szybko zaryglował wyjście. Albo oni wyjdą stąd albo tamci, tylko jedna strona zwycięży.
Ku zdumieniu obu mężczyzn schody ciągle prowadziły na dół, mimo coraz większego chłodu kropelki potu pojawiły sie na karkach. Każda akcja, mniejsza czy większa niosła ze sobą pewną dozę ryzyka. Na każdą szli ze świadomością że to może być ta ostatnia. Jak do tej pory z każdej wychodzili cało. Przez dziesięć lat służby jako tajny wywiad Wielkiego Hana nie raz mogli zginąć, niejednokrotnie ocierali sie o śmierć. Często śmiejąc jej się w twarz. Byli weteranami jeśli chodzi o ciche akcje. Jednak od roku coraz częściej nie mogli dokończyć powierzonych im zadań. Do tej pory nie rozwikłali zagadki masowych zaginięć w Halmar. I ostatnie dwie misje ...Habbe wolał sobie teraz ich nie rozpamiętywać. Fakt jednak że na samą myśl o tym co w tedy widzieli napawał go lękiem. Człowieka który przecież widział wszystko, gwałty, zabójstwa, morderstwa całej rodziny, szpiegów innych królestw, tajne stowarzyszenia działające na szkodę Khanatu i nie tylko.
Odrzucił precz te myśli, schody stawały się coraz bardziej zdradliwe, były wytarte przez czas, śliskie i niebezpieczne. Jakby zapraszały gości, chodźcie i połamcie sobie nogi. Na dole przez moment odbił się echem jakiś głos. Jednak był bardzo zniekształcony i nie do końca było pewnym czy to na pewno głos człowieka. Może belki tak pracowały i trzeszczały . Pod ziemią człowiek zaczyna wszytko odczuwać inaczej. Wzrok był upośledzony, teraz dotyk i słuch był przewodnikiem.
Po długim i mozolnym schodzeniu stanęli na pewnym gruncie, faktycznie to była niegdyś piwnica, na ile mogli dojrzeć widzieli zniszczone i dawno porzucone skrzynie oraz beczki, po prawej leżał rozwalony wózek transportowy, z tego magazynu od lat już nie korzystano. Aż dziwne że władze nie zamknęły go całkowicie, czyżby dobrowolnie zgadzali się aby ktoś tu mógł mieszkać lub się ukrywać? Po pewnym czasie byli w kropce, doszli do końca piwnicy a nie napotkali nikogo. Gdyby tu byli czekając na atak z zasadzki to Habbe by to wyczuł. Tu nikogo nie było, ale jak to u licha możliwe? Przecież oboje widzieli jak ci ludzie tu wchodzili.
- Może gdzieś jest inny korytarz?
Błyskotliwy Jardel, był z nim od samego poczatku i znał go bardzo dobrze ale mimo to czasem nie mógł pojąć jakim cudem on przeszedł szkolenie.
- Gdybyś czytał więcej i oglądał plany miasta oraz zabudowań to byś wiedział że pod magazynem znajduje się tylko jedno pomieszczenie. Nie ma budowniczego który odważyłby się na większą piwnice. To zbyt ryzykowne.
Jardel zamruczał coś pod nosem i oparł się o belkę, w tedy coś zatrzeszczało i towarzysz zniknął w czarnej dziurze. Habbe zdumiony nieco podszedł tam i dopiero teraz zrozumiał, towarzysz przypadkiem odkrył tajne wejście. Mina leżącego musiała być teraz zaiste głupkowata. Pomógł mu wstać nie ukrywając rozbawienia tą sytuacją.
- Gratuluję, odkryłeś sprytnie zamaskowane przejście. Masz nosa Jardel.
-Nie kpij,l epiej szykuj się na kolejne zejście...
Habbe minął go i spojrzał nachylając się przy gruncie. Faktycznie,przejście prowadziło na dół, schody jednak były tu niemal jak nowe. Ale jakim cudem? Przecież to niemożliwe, uważnie czytał plany budynku, nie było tam nic o kolejnym przejściu. Przemytnicy byli za głupi aby sami wykonali taką profesjonalną robotę. Znał wielu inżynierów i dałby sobie rękę uciąć że nikt nie byłby w stanie wykonać czegoś takiego. Co oni ukrywali do licha? Dlaczego zwykli złodzieje ukrywali się tak głęboko pod miastem. Co oni tam chowali? Szykowała się naprawdę nieciekawa robota, a co za tym idzie podwyżka. Zaczął się zastanawiać czy nie rozsądniej było by wrócić i wezwać do pomocy straży. Zabezpieczyli by piwnice a reszta zeszła by na dół. Z drugiej strony niechybnie stracili by dużo czasu a i ich szczury uciekły by i pewnie nigdy tu nie wracając.
- Co robimy Habbe? Mam coraz bardziej złe przeczucia, wdepnęliśmy w większe gówno niż na początku myśleliśmy.
- Wiem wiem, ale musimy tam zejść, jak nie my to kto? Zobaczymy co tam mają, jak stwierdzę że nie podołamy temu sami to wrócimy i wezwiemy straż.
Towarzysz przełknął głośno ślinę, bał się na pewno, ale nie chciał tego zbytnio okazywać. Strugał zawsze bohatera, to teraz miał iście heroiczne zadanie. Habbe przysiągł sobie że jak będzie po wszystkim to jak nie pije to tym razem schleje się jak świnia. A dzieciom kupi kosz zabawek sprowadzanych z północy. A potem, z tydzień wolnego. Ostatnio za dużo pracowali, ani raz się nie skarżąc na to jaka mają ciężką prace. Tym razem będzie musiał, za dużo tego.
Zaczeli powoli schodzić na dół wodząc palcami po ścianach. Przez moment poczuł wibracje jakby cały korytarz się zatrząsł. Za nim po cichu wyraził te same zmartwienie Jardel. Cholerni przemytnicy, co kolejna grupa to jeszcze zmyślniejsze kryjówki. A on musiał łazić w ciemności tylko po to aby ich aresztować, w ostateczności zabić.
Po długim czasie schody się skończyły i znaleźli się w szerokim korytarzu prowadzącym na wprost. Było tu diabelnie zimno, przed sobą coraz częściej słyszeli odgłosy jakiejś pracy. Jak walenie młotem w ścianę, czyżby próbowali jakiegoś podkopu ?. W swojej karierze tylko raz zetknął sie z sytuacją gdy pewien chłop przez dwa lata kopał podkop pod zamkiem Uhhun, dostał się do piwniczki lorda i wykradł mu co do jednej butelczyny wina. Było o tym głośno, mieli go stracić ale przygarnął go niejaki Artimener mówiąc że ma zadatki na dobrego inżyniera. Może trafili teraz na bandę Artimenerów?
Jardel trącił go łokciem, pod ścianą leżała jakaś postać. Cicho podeszli i Habbe prawie jęknął na głos, to był lansjer z lordowskimi insygniami, straż przyboczna tutaj? Ale jak? Zapowiadało się coraz ciekawiej, Jardel dobrze powiedział, wdepneli w ogromne gówno...
CDN...
-
Całkiem ciekawe opowiadanie niektórym się zdaje że wielcy poeci od tak mieli talent i na momencie zapierniczali ołówkami/klawiszami. Fakt ! czasami zdarzają się wyjątki ale na niektóre prace można czekać tygodniami, miesiącami ba nawet i latami. Sam kiedyś pisałem różne rzeczy na swoim blogu - wiersze, powieści, erotyki oraz artykuły do różnych portali. Lecz z czasem natłok spraw, pracy, biegu ..... wyjazdów za granicę odebrał mi pewien potencjał.
chcę tylko napisać abyś ćwiczył i ćwiczył a będzie coś fajnego z tego.
-
Pisał że zajmuje się czymś z tym związanym.
-
to znakomicie raph
-
Nie było mnie 2 tygodnie, a tu nowy odcinek... super!
pewien chłop przez dwa lata kopał podkop pod zamkiem Uhhun, dostał się do piwniczki lorda i wykradł mu co do jednej butelczyny wina. Było o tym głośno, mieli go stracić ale przygarnął go niejaki Artimener mówiąc że ma zadatki na dobrego inżyniera. Może trafili teraz na bandę Artimenerów?
Świetne! Więcej postaci z gry proszę.
-
Więcej postaci z gry?To jakich waszym zdaniem było by dobrze ukazać w opowieści?Kogo i dlaczego,i co ona mogła by wnieść do tego świata?
Pisać mi na PW jak co.Tych których wybiorę ,poinformuję w tym poście,zedytuje go tylko.Tak więc macie chwilę dla siebie gdyż kolejna część już wkrótce;)
-
Tak jest! Dzisiaj podczas kompania się w wannie wyskoczyłem nago na ulice i krzyknąłem "Eureka!"
A o co mi chodzi? :
Ja chyba wiem o co tobie chodzi z tą kryptą. Ma pewnie ona jakieś podziemne tunele prowadzące do niektórych miast, jak np. te Halmar. I gdyby Nordowie to zdobyli, to spokojnie mogliby przechodzić do miast, masakrować garnizony miast i szybko opanować cała lub chociaż część Calradii.
A tunele pewnie wybudowane jeszcze przed czasami Imperium Calradyjskiego, odkryte przez nich.
Nordowie pewnie przybyli podobnym, ale nieco mniejszym. Bo w końcu gdyby zdobyli kryptę, to mogliby tam składować zaopatrzenie, spokojnie trzymać armie liczące powiedzmy 3000 ludzi i spokojnie podbijać miasta.
Ciekawy jestem czy to miałeś na myśli z tymi kryptami ;)
-
Intrygujące i ciekawe,ale chyba nie sądzisz że cokolwiek zdradzę na ten temat?;)
Owszem mógłbym,ale w tedy po co mielibyście czytać,im bliżej końca tym prędzej przekonasz się czy byłeś blisko;)Nowy rozdział już ma się ku końcowi,w poniedziałek wstawię.
Miło że w czasie kąpieli dumasz nad carladią;)Pozdrawiam.
-
Ok, nie zdradzaj :P
No i przed momentem znowu naszło mnie oświecenie. Te tajne przejście w Halmar, tam pewnie gdzieś została porwana Selena, albo nie porwana tylko współpracująca z przemytnikami.
A ten amulet co o nim mowa w 1 księdze była pewnie był kluczem do pomieszczeń w kryptach, albo miał moc z którą właśnie ludzie w jakiś sposób zmieniali się w zombi. Albo po prostu bezcenny amulet. W kryptach pisze że ten co go posiada zostanie królem w Calradii i jest wielka jatka o niego.
A więc, skoro Selena jest jednym ze złych gości, to amulet "zgubiła" w tych ruinach do których dostała się przez te tunele, robili zasadzki aby łapać ludzi i przemieniali w zombi aby powoli niszczyć oddziały znajdujące się na północ od ich bazy w Halmar. Potem jakieś bzdury że są zbawcami bo pokonali zombi, zyskiwali by poparcia kolejnych bojarów, jarlów, baronów itd. aż w końcu wyszliby z tych podziemi, umocnieni w siłę i zaczęli zdobywać Calradię.
A odnośnie Plaisa, Haringoth pewnie został złapany w takie coś, ale się do nich przyłączył z nadzieją zemsty na Plaisie.
To mnie oświeciło tylko, ale jednego jestem pewien: ty te wszystkie wydarzenia połączysz (Plais spotka Nordów, Brulla i Aleric, najemnicy wraz z Rhodokami itp. spotkają się gdzieś tam) i jakoś to rozstrzygniesz - nie wiem jak, może atak kosmitów :P - ale jakoś na pewno.
Zresztą, zobaczy się.
-
Co z nowym odcinkiem?
-
Przeczytałem 1 rozdziałów bardzo fajna lektura jutro przeczytam reszte tak trzymać :D
-
Bardzo fajne odwzorowane realia Warband pomyśl o wydrukowaniu jej :D
-
Na podstawie tej powieści można by zrobić moda do Warbanda... :)
-
Na podstawie tej powieści można by zrobić moda do Warbanda... :)
I tu żeś w samo sedno trafił ;)
-
Witam po jakże długim zastoju w zamieszczaniu kolejnych rozdziałów. Nie będę was zadręczał tłumaczeniem się dlaczego i w ogóle. Myślę ze możecie sami zrozumieć ze mam także wiele innych rzeczy do roboty.Tak więc o to czy porzuciłem opowiadanie nie trzeba sie martwić.
Ech i chyba czas abym skorzystał z okazji i odpowiedział na kilka waszych pytań.
Sanjar Khan:Wydać książkę...kiedyś o tym myślałem ale jak spojrzeć na nieco ułomny styl pisania oraz błędy i jeszcze raz błędy...to wiem doskonale ze nie miało by to racji bytu. Zresztą to takie bardziej fanowska opowieść niż opowiadanie z prawdziwego zdarzenia. Do tego prawa autorskie.Jedno jest pewne,kiedyś jak mi się poszczęści w życiu( w końcu) to wydam inne.Ale to już całkiem inna bajka.
Matigeo:Mod?Raczej to odpada,ja nie potrafię zrobić choćby najprostszego modelu;)A i w samym opowiadaniu nie ma nic aż tak innowacyjnego aby zrobić w oparciu o nim mod.Wyobraźnia wam i mnie spokojnie wystarczy;)
Rapodegustator:Twoje domysły dla osób trzecich mogą wyglądać jakbyś to Ty wymyślił scenariusz;)
Na koniec (znowu się powtórzę) cierpliwości;)Teraz mam więcej czasu to i rozdziały teraz pojawią się częściej ,i dziękuję za wsparcie.Pozdrawiam.
Na zupełny koniec i aby pomóc wam poczuć klimat w trakcie czytania opowiadania wstawię "utwór przewodni" Księgi 2.Pierwszy już ma (na 1 stronie),pierwszy post.Wiem ze nie wasze klimaty,nie mniej jednak według mnie świetnie oddaje nastrój Carladii w opałach.
http://www.youtube.com/watch?v=GWe9XRqu2ws&feature=g-vrec
-
Czemu nie poprawić błedy ortograficzne i Git tylko by rozdziały i ogółem cała książka musiały być dłuższe.
-
Ciąg dalszy rozdziału .4.
Vord spojrzał na wykrzywioną w grymasie bólu twarz Kerwina, odepchnął na bok kolejnego norda i resztkami sił wyprowadzał słabnące coraz szybciej cięcia. Po prawej Hreth szalał dwoma toporami niosąc natychmiastową śmierć każdemu kto wszedł mu w drogę. Z wściekłością w oczach spojrzał na Vorda, nadal był wściekły że młody najemnik nie usłuchał jego rozkazu. Obok wielki vaegir z berdyszem głośno krzyknął i upadł z oderwaną ręką, momentalnie opadła go masa przeciwnika. Vord z przerażeniem widział jak ci niemal żywcem próbują go pożreć. Jakiś swadiański żołnierz nieskutecznie próbował ocalić jakoś towarzysza broni. Kolejny nord nie dał mu czasu na rozważanie co się dzieje wokół gdy uderzył na niego tasakiem, jak zwierze atakował na oślep. I cholera, gdyby tak go choć raz trafił mogło by to się zakończyć dość nieprzyjemnie. Vord niemal zanurkował w jego stronę przebijając go na wylot, szybko wyrwał ostrze i bezceremonialnie odciął mu łeb. Kolejni już nacierali, walczył teraz z paroma na raz, jedyne co mógł zrobić to blokować i liczyć na jakiś cud że ktoś ich zajdzie z tyłu i wybije.
Zaczął ciężko oddychać, każdy unik czy blok kosztował go coraz więcej sił, ile tak może jeszcze? Przecież walka z góry jest przegrana, nie lepiej dać się zabić i mieć spokój na zawsze? Wtedy Kerwin pojawił się obok niego ledwo stojąc na nogach i wraz z nim atakując rzekł.
- Nie musiałeś mnie bronić i tak to przegramy. Na pewno, ale jeśli oni myślą że dam się ot tak zabić, to grubo się mylą.Dawaj tych sukinsynów!
Vord był pod wrażeniem skąd u Kerwina tyle sił, mimo tylu ran dalej nie ustępował. Wyłapał jego spojrzenie i podążył za nim, najemnik mruczał coś pod nosem patrząc na Elissę. Po czym uderzył z całych sił nacierającego norda roztrzaskując mu czaszkę kuszą. Jego ukochana broń rozleciała się w drobny mak, czy na prawdę był gotów wszystko poświęcić w tak beznadziejnej sprawie?
Natarł na kolejnego norda, siekł go przez twarz po czym uderzył ze zdwojona siłą na kolejnego, zadziwiające jak w obliczu nieuchronnego człowiek zdolny jest do takich czynów. Nie był to heroizm ale w obecnej sytuacji był to szczyt możliwości. Niespodziewanie oberwał ciężką buławą w bark , przyklęknął przeklinając głośno przeciwnika ,rzucił się na niego tym samym zwalając go z nóg. Uderzył pięścią najsilniej jak potrafił w twarz, agresor zawył potępieńczo i zaczął niebezpiecznie się szamotać, w tedy Vord otrzymał kolejny cios w tył głowy, upadł bezwładnie na ziemie. Przerzucił oczyma dookoła, wszystko zatraciło swój szaleńczy bieg, postacie dookoła rozmywały się, były wolne niczym starcy. Wrzawa jaka towarzyszyła walce wydawała się dochodzić jakby spod ziemi, ogarniał go błogi spokój. Było mu teraz przyjemnie, nie czuł ran, zmęczenia, strachu. Teraz było mu dobrze,i nie chciał aby to sie skończyło, podświadomość krzyczała aby się podniósł, że zaraz zginie jeśli czegoś nie zrobi. Ale on nie chciał, i nie mógł po prawdzie.
Nagle dojrzał gdzieś przed sobą wyróżniające się kształty, biło od nich światło i ciepło. Jednocześnie wywoływały w nim niepokój i sprzeczność czy to nie jakieś przedśmiertne mary. Usłyszał coraz donośniejszy odgłos, co to było, co je wydawało? Przypominały odgłosy rogów. Przebijały sie zagłuszając i tak stłumione dźwięki,je było słychać najwyraźniej i najgłośniej. W tedy też poczuł mocne szarpnięcie za rękę, i niemal nie krzyknął gdy ujrzał ich przed sobą...
Synowie Cesarstwa wbili się agresywnie w tabuny wroga, siekąc z zabójczą precyzją, nim Tervil sie zorientował przekraczali już bramę. Jóż dawno jego ludzie zsiedli koni i przepędzili je aby nie ucierpiały aż nadto w trakcie odsieczy. Berhol, trębacz z wielkim autorytetem zaczął grać na złotym rogu "Vote do Inmera", Tervil wiedział że sługusy ich wroga nie cierpią tego imienia jak i samej pieśni. Ludzie śpiewając masakrowali ogłupiałych przeciwników nie dając im najmniejszej szansy podjąć równej walki.
Dowódca wątpił czy znajdą tu jakichkolwiek ocalałych, niemożliwe było aby tutejsi ludzie mogli wytrzymać tak długo. W tedy kątem oka ujrzał na niewielkim placyku grupę ludzi otoczonych morzem wroga. Czy to możliwe? Musieli być wielkimi wojownikami skoro jeszcze mogli się bronić. Spojrzał na trębacza i wskazał na ta właśnie maleńką wysepkę ludzi. Ze spokojem tym razem parli naprzód, zwalisty nord zastąpił mu drogę dzierżąc dwakroć od niego większy topór, wziął zamach , zapewne z zamiarem przecięcia go w pół. Tervil wykonał krok w tył chwycił przelatujące obok stylisko, ruchem dłoni wykręcając go z powrotem wykonał krok w przód. Nabity na własną broń szaleniec wił się jak wąż, dowódca bezceremonialnie zmiażdżył mu głowę obutą stopą. Jego ludzie nie zostawiali nikogo przy...życiu. Usłyszał w głowie ciche i samotne wołanie o pomoc, ktoś... nieświadomie go przywoływał. Wychwycił kierunek skąd to wołanie nadchodziło. Niesamowite, to ten chłopak od Hretha, wpatrywał się w tedy w niego. Ale dlaczego on? Było więcej niż pewne ze nie miał rodziny z cesarstwa, nie miał tez tego daru, był jak i inni tutejsi ludzi upośledzony na umyśle i ciele. Mimo wszystko słyszał jego cichy głos.
- Nacierać dalej, jak najszybciej odciążcie tamtych walczących. Mam coś do wykonania, nie wtrącać się.
Pokonując kolejnych przeciwników dopadł do norda który właśnie zamierzał rozwalić chłopakowi głowę buławą. Tervil chwycił go za szyje ,uniósł wysoko do góry po czym z całą mocą rąbnął nim o grunt, poczwara zastygła już w bezruchu. Kilku szaleńców śliniąc się i tępo patrząc na niego nie ważyła się nań uderzyć. Dobrze, czyli przebudzony tracił swą moc. Nie mógł jeszcze jak dawniej toczyć swoich chorych ambicji na wielką skalę. Za szybko tracił moc, a to znaczyło że jeszcze mają szanse i sprawa nie jest przegrana. Chwycił chłopaka i podniósł go przed siebie. Młodzieniec nadal był na wpół przytomny, jednak ich wzrok znowu sie spotkał. Gdyby miał więcej czasu, mógł by sprawdzić kim on jest, może w tedy było by wiadome dlaczego nieświadomie prosił go o pomoc. Chyba że to ukryta do tej pory siła umysłu tutejszych ludzi? Może nie wszyscy tak do końca byli słabi.
- Trzymasz się synu jakoś?
Ten niemrawo przytaknął głową, czegoś panicznie szukał lub kogoś, mamrotał coś pod nosem cicho, Elissa, kompani, brak nadziei. Młody był w szoku, Tervil ujął go jedną ręką pomagając mu iść, a sam torował sobie drogę do swoich ludzi. Rozglądnął się dookoła, jego ludzie wybijali ostatnich wrogów. Plac usłany był masą ciał, jednak jedno przykuło jego uwagę.Nieopodal bramy leżało większe ciało, to..Xevirl! Skoro one tu były to musiały mieć większy sens. Pytanie co planował ich przeciwnik. Owszem, atak na zamek był bezsensu, ale nie dla niego. Wiedział że to tylko dywersja ,pod nią ukrywał sie plan. Teraz go olśniło, jak mógł być taki głupi, przekazał młodzieńca swojemu człowiekowi a sam biegiem ruszył w stronę wejścia do krypty. Jeśli otwarto wrota to ich ostatnie zwycięstwo okaże się marnym i udawanym przekonaniem że może być dobrze. Po raz kolejny zapomniał aby nie lekceważyć Nurvela. Przecież w każdym choćby najmniejszym działaniu ma swój plan. Powoli i skrupulatnie wije sieć intrygi by ostatecznie postawić na swoim.
Dopadł do gruzowiska, na pierwszy rzut oka wejście nie istniało. Ale czy aby na pewno? Obszedł całość dobijając ryczącego nieopodal norda. Wstrząsnął nim dreszcz strachu, u wylotu wejścia ziała dziura. Xevirle musiały wejść do środka korzystając z zamieszania jakie towarzyszyło bitwie. Czyli atak na zamek był zwykłą dywersją, nie miał na celu zabicie obrońców, tylko odwrócić ich uwagę. Przywołał gestem ręki kilku ludzi i szybko zeszli w dół...
Stojąc na balkonie Plais obserwował musztrę na dole. Nowi rekruci przechodzili właśnie pośpieszny trening, normalnie trwał on kilka miesięcy. Ale teraz mają na to tylko dzień. Hektor właśnie biegł do zamku taszcząc pod pachą masę pergaminów. Oto i obiecany raport w sprawie rhodoków. Baron już zaciskał dłonie z radości, odbije sobie z nawiązką te wszystkie niepowodzenia i upokorzenie jakiego doznał. Spojrzał w stronę stajni, Rob jak zwykle ociągał się z powierzonym mu zadaniem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to za tydzień cała swadia ruszy na odwiecznego wroga.
- Mam to - wysapał ciągle łapiąc oddech Hektor.
Plais bezceremonialnie wyrwał mu z rąk papiery i ruszył do swojej komnaty. Jego podwładny szedł za nim jak cień, po prawdzie coraz bardziej go tym drażnił. Lubił gdy mu usługiwano ale służalczość przesadzona jest cholernie irytująca.
Gdy w końcu zasiadł w fotelu opierając się w wygodnym siedzisku zagaił Hektora.
- Mam nadzieję że wszystko załatwiłeś jak ci kazałem? Lista lordów, raporty ?
- Tak, ale nie myśl że to było łatwe, straciłem mnóstwo denarów na tym, otarłem się niemal o śmierć w Alei Rozpusty...
- Oh, daruj sobie poetyckie opisy sprawy tak trywialnej. Możesz odejść i najlepiej ponaglij tego osła. Miał już dawno wyjechać.
Niechętnie i powoli Hektor wyszedł trzaskając drzwiami, zuchwały szczeniak. Niebawem należy obmyślić plan jak tych dwóch się pozbyć. Ale narazie byli mu potrzebni, poza tym za dużo wiedzieli by jawnie im grozić. Otwarł pierwszy raport i zanurzył się w lekturze....
Po niespełna godzinie mozolnego przedzierania się przez gąszcz liter Plais odłożył listy. Oparł się ciężko w fotelu, już pierwsza wiadomość była dla niego zaskoczeniem, rchodokowie wysłali emisariuszy do swadii. Nie było jednak wiadome w jakim celu, może zapragnęli pokoju? Może zrozumieli że swadia w końcu podnosi się z jeszcze większą potęgą niż niegdyś? Odstąpią od zajętych zamków i miast, zawrócą i nigdy już nie pokarzą swojej zapitej mordy na tych ziemiach. W to wątpił, byli na fali zwycięstw i sukcesów, parli naprzód. Oni zapewne chcieli kapitulacji swadii, nie tym razem. Teraz to oni dostaną baty, w swojej życzliwości Plais nie zostawi choćby jednej cegły z ich zamków.
Kolejne raporty to w większości doniesienia o atakach dziwnych stworzeń i band szalonych ludzi napadających wioski. Zupełnie jak w tedy gdy Plais ukrywał się w wiosce i spotkał dwójkę swadian. Nie wiedział co powodowało takie zachowanie, ale czy to było ważne? To tylko znaczyło że nie tylko tutaj szaleją dzikusy. Poddani Gravetha także musieli z nimi się zmagać. Nic ciekawego dalej, akty zgonów wpływowych szlachciców, spalone wsie, dezerterzy. Dziwny sojusz między vaegirami oraz nordami. Od kiedy oni zaczęli działać razem. Odkąd sięgał pamięcią te dwa kraje walczyły o każdy metr ziemi, wszystko zaczeło się sześćdziesiąt lat temu kiedy to bojar Halka, ojciec Naelchy nieopacznie obraził topór Kardasa. No może nie tyle co obraził co nie ucałował go na powitanie w wielkiej sali królewskiej w Wercheg. Nordowie jak banda smarkaczy z ambicjami wzięli sobie to do serca żądając przeprosin za - w ich mniemaniu - hańbiący czyn. A później nieustanne walki. I teraz oni po tylu latach nagle zawarli pakt?? Niemożliwe, autor tego listu zostanie skrupulatnie przepytany w piwnicach zamkowych.
Co teraz zrobić, jaki poczynić krok i gdzie ta Isolda? Tego się nie dowie dopóki nie zwoła zebrania lordów w królestwie, a w tedy także nastąpi wybranie nowego króla. Oby jego nowi przyjaciele poczynili wszelkie możliwe kroki aby na pewno to jego nań wybrali. Odłożył precz papiery, podszedł do stołu i nalał sobie trochę wina, wino było dobre i przyjemnie rozgrzewało ciało, nic nie szkodzi że pochodziło z Veluci...
Habbe przykucnął przy lansjerze, ten przewrócił się na bok, z ust kipiała mu piana i krew. Dopiero teraz oboje zauważyli głębiej w korytarzu jeszcze więcej martwych ludzi.
- Co do... - jęknął Lardel.
- Cii - wysyczał Habbe - Nie wiem, wygląda mi na to że rozegrała się tu krwawa jatka. Ale jak możliwe że zwykli przemytnicy mogli zabić doświadczoną straż chana??
Wątpliwości jeszcze przybyło gdy szukając kogoś żywego natrafili tylko na gwardzistów. Z kimkolwiek walczyli nie utłukli ani jednego. Lardel jakby czytając w myślach rzekł.
- Możliwe że kilku ze zbirów zginęło i ich kumy zabrali ciała żeby nikt się nie połapał. Może nawet i wiedzą że jesteśmy na ich tropie.
Całkiem możliwe, ale niby skąd mieli by wiedzieć że są śledzeni? Szpieg musiał jedynie wchodzić w grę, ale w ich organizacji nigdy się to nie zdarzyło, dlaczego teraz miało by być inaczej?
Ruszyli już teraz z wyciągniętymi mieczami naprzód, korytarz stawał się coraz bardziej wąski. Habbe pogładził ścianę, była niemal gładka, ledwie wyczuwał żłobienia które mogły dawać odpowiedz że był jednak zbudowany niźli wykuty w skale. W podobnych podziemiach powinno być wilgotno, ale jak dotąd nie poczuł żadnej kropli wody spadającej na niego. Zadawał sobie pytanie gdzie oni właściwie się znaleźli?
Nagle usłyszał gdzieś za sobą dosłownie przez moment kroki. Oboje zastygli w bezruchu przyklejając się do ściany w nadziei że trudniej będzie ich dostrzec. Usłyszał trzykrotne uderzenie o posadzkę, krótkie, długie i krótkie. Na końcu jedno głuche uderzenie. Znał ten dźwięk, a raczej sygnał, to jeden z nich. Szybko odpowiedział tym samym. Ledwie rozpoznawalny w mroku zjawił się obok nich Gartan. Jeden z najlepszych w organizacji, czyż nie miał być jeszcze w terenie?
- Co tu robisz?
- Cicho Habbe - spojrzał za siebie na walające się na podłodze trupy - A jednak się zaczeło...Musimy szybko dotrzeć do wrót!
- Ale co się zaczeło?? - żachnął Lardel - Mów jaśniej !
- Nie ma na to czasu! Biegiem !
Habbe niechętnie ale ruszył za znikającym już powoli nowo przybyłym. Nie dość że nie zdołali połapać się o co chodzi to teraz mieli zupełny pat. Gartan musiał o czymś wiedzieć, ale o czym że nawet nie może sobie pozwolić na chwilę zwłoki aby im wszystko wytłumaczyć? Zaczynał dostawać zimnych dreszczy na plecach i na domiar złego miał tylko coraz gorsze przeczucia co do tego wszystkiego. I chyba zaczynało do niego docierać że oto nie tropią zwykłych przemytników, to był ktoś znacznie niebezpieczniejszy. Aż tak bardzo że musieli we trojkę temu podołać, mimo że zawsze posyłano ich dwójkami i to niezależnie od wagi zadania. Tam na górze musieli zdawać sobie sprawę co się świeci. Już doganiał Gartana gdy mimowolnie rzucił mu się w oczy wiszący u jego pasa sztylet. Nigdy czegoś podobnego nie widział. Owszem widział swoiste dzieła sztuki, arcydzieła kowali i złotników. Ale czy zwykły sztylet, niezależnie jak doszlifowany mógł wydzielać niewielkie światło. W miarę jak biegli owo światło stawało sie bardziej jasne. Cóż to za ustrojstwo, skąd Gartan go miał?
- Co u licha za sztylet masz ?
Gartan nawet się nie odwrócił tylko przyśpieszył. Habbe zagryzł wargi z wściekłości, nie zwykł być zbywany. To on zawsze starał się roztaczać wokół siebie aurę tajemniczości, czuł się jako ktoś ważny. A tu proszę, gość który zawsze był terenie przybiega ze świecidełkiem i struga kapitana. Gdy to się skończy srogo mu nagada i nie omieszka donieść o tym zwierzchników. Omal nie wpadł na Gartana który się zatrzymał przed otwartymi wrotami. Ze środka biło zimno a uczucie dreszczu tylko się zdwoiło.
- Powiem to raz panowie, cokolwiek wychynie z ciemności...odcinać łby. Naszym celem jest nie dopuszczenie do otwarcia pewnych wrót, nawet za cenę życia.
- Jaja sobie robisz prawda? - cicho zająkał Lardel.
Tak jak się spodziewał nie doczekali się odpowiedzi. I jak wiele straci w oczach Jardela jako kapitan przez tego zadufanego Gartana? Natomiast z mroku jęły wyłaniać się jakieś kształty, mnóstwo zawodzących i ryczących kształtów. Nie było wątpliwości, wszystkie szły w ich kierunku...
-
No w końcu:)
-
najemnik mruczał coś pod nosem pacząc na Elissę
http://www.google.pl/imgres?q=co+ja+pacze&hl=pl&newwindow=1&sa=X&tbm=isch&prmd=imvns&tbnid=0luoYD9XUkwWIM:&imgrefurl=http://no-to-pieknie.blogspot.com/2012/04/co-ja-pacze.html&docid=JbUr9I9cwnhCZM&imgurl=http://4.bp.blogspot.com/-0Frs8LGFUzc/T39GFr76LeI/AAAAAAAAFYg/BIQCaOuVvWo/s1600/cjp.jpeg&w=408&h=347&ei=MABiUK2kCcrjtQa044DQDw&zoom=1&iact=hc&vpx=840&vpy=214&dur=269&hovh=207&hovw=243&tx=164&ty=127&sig=101937840906992989242&page=1&tbnh=143&tbnw=168&start=0&ndsp=24&ved=1t:429,r:4,s:0,i:82&biw=1280&bih=853 (http://www.google.pl/imgres?q=co+ja+pacze&hl=pl&newwindow=1&sa=X&tbm=isch&prmd=imvns&tbnid=0luoYD9XUkwWIM:&imgrefurl=http://no-to-pieknie.blogspot.com/2012/04/co-ja-pacze.html&docid=JbUr9I9cwnhCZM&imgurl=http://4.bp.blogspot.com/-0Frs8LGFUzc/T39GFr76LeI/AAAAAAAAFYg/BIQCaOuVvWo/s1600/cjp.jpeg&w=408&h=347&ei=MABiUK2kCcrjtQa044DQDw&zoom=1&iact=hc&vpx=840&vpy=214&dur=269&hovh=207&hovw=243&tx=164&ty=127&sig=101937840906992989242&page=1&tbnh=143&tbnw=168&start=0&ndsp=24&ved=1t:429,r:4,s:0,i:82&biw=1280&bih=853)
Bardzo mi się podoba i ciesze się, że jest kolejna część. ;)
-
Rozdział.5.
Dzień po bitwie w końcu uporano się ze spaleniem ciał. Był to pomysł a raczej przymus podyktowany przez Tervila. Zamek przypominał teraz jedną wielką zbiorową mogiłę, w imię której przelano mnóstwo krwi. Jak się okazało na marne, Tervil zwołał wszystkich do prowizorycznego namiotu by uchylić rąbka tajemnicy, tak przynajmniej szeptano wśród ocalałych.
Niebo wylewało litry wody tego dnia, opłakiwało wczorajsze zdarzenia, śmierć tak wielu istnień. Jeden ze swadiańskich kuszników powiesił sie niedawno na baszcie, teraz właśnie jego kamraci go odcinali. Morale upadło miast urosnąć po wygranej. Vord zastanawiał się teraz czy można było to nazwać wygraną, czy strata tylu ludzi w obliczu tak wielkiej tragedii mogła przynieść jakiś wymierny efekt? Kerwin siedział obok niego, cały poowijany w bandażach kurczowo ściskał chustę Elissy. Siłą go opatrzono, krzyczał że nie ma już po co żyć, że stracił sens istnienia. Nie pozwolił spalić ciała ukochanej, własnoręcznie wykopał dół za murami, z pomocą Vorda wznieśli z pobliskich kamieni mogiłę.
W tedy też przekazał mu dziwnie brzmiące słowa. Stali w strugach deszczu, po jego policzkach spływała woda, ale czy tylko ona? Ściskając czerwoną chustę spojrzał na mogiłę. Starał się nie okazywać smutku i tym samym nie dawać mu okazji do litowania się nad nim.
- Jóż wiem Vord...jak się czułeś w tedy gdy straciłeś ukochaną...Słyszałem słowa Elissy. Ona... - wytarł nos w rękaw, uspokoił się nieco i kontynuował - Ona miała takie racjonalne podejście do wszystkiego, nie żyła marzeniami. Jakim byłem cholernym głupcem że nigdy nie powiedziałem jej...że nie powiedziałem jej...
Kerwin upadł na kolana i wybuchnął płaczem, tłukł głową o kamienie ciągle nazywając siebie kretynem. Vord spojrzał w niebo, nie wiedział co miałby mu powiedzieć, jak pocieszyć. Sam nie pogodził się do teraz z utratą Seleny, sam musiał tą gorycz trzymać w sobie. Nie wymagał też od nikogo aby go pocieszano, wiedział że to tylko słowa które ni jak nie mogą załagodzić tej straty. Ale jego towarzysz? Przecież zawsze był hardy, pewny siebie i nie okazywał uczuć. Był jak typowy najemnik, żądny pieniędzy i sławy, nic ponad to. Ale był także człowiekiem i nie ważne kim by był. Czy to szlachcicem, katem, złodziejem, chłopem, był tylko zwykłym człowiekiem, z krwi i kości.
- Jesteśmy podobni młody do siebie bardziej niż myślisz. Chcielibyśmy zwojować cały świat, chcielibyśmy żeby nasze plany układały się wzorowo. Ale jesteśmy tylko pionkami w jakiejś przeklętej grze zwanej życiem. Kurwa, los odebrał mi po raz wtóry coś bardzo ważnego, a co dał w zamian?? Uganiamy się za czymś czego nie rozumiemy, walczymy z czymś z czym nie mamy szans, tracimy tylko brachów, i bliskie nam osoby...
No tak, stracili wielu znajomych, w mniej lub bardziej tragiczny sposób. Nikson, z wiecznie wygadanym charakterem. Bruga który zawsze twierdził że nie ma dla niego przeciwnika. Rudą najemniczkę która miała ambicje i nie dawała sobie w kasze dmuchać. Ciekawe jak będzie później, nie było teraz miejsca w którym było by spokojnie. Szalała wojna, już nie ludzka z chęci złota i ziemi. O coś czego nikt nie pojmował, znaleźli się w złym miejscu i o złym czasie. Ale z drugiej strony to nie powód aby załamywać ręce i stwierdzić "nie chce żyć". Skoro znaleźli się w takim położeniu to w ich interesie jest podołać temu. Przeć naprzód pokonując trudności. W głębi serca Vord wierzył że kiedyś...trud ten zostanie wynagrodzony.
- Śmierć towarzyszy Kerwin to coś z czym nie można łatwo się pogodzić i zapomnieć .Ale zważ na to że wszyscy oni oddali życie za coś o co my musimy dalej walczyć. Teraz to my musimy dążyć do celu, dla nich i dla nas samych. Żywot najemnika nigdy nie był łatwy. Powinieneś to wiedzieć lepiej ode mnie.
Salske popatrzył na niego, wpatrywał się przez moment w niego jakby dalej trawił w myślach jego słowa. W końcu podniósł się i przy pomocy Vorda ruszyli do zamku.
- Piękne słowa - wyszeptał - Ale czy prawdziwe...
Siedzieli teraz pod murem, mijali ich przybici ludzie. Ludzie w lśniących zbrojach rozbili obóz nieopodal zamku. Livmer wraz z Hrethem przywołali ich do siebie.
- Młody - wskazał na Vorda - po zebraniu czeka cie srogie kazanie ,wiesz chyba za co. A ty Kerwin do diaska weź się w garść bo cie nie poznaje. Ten pyszałek z blond włosami chce nam coś powiedzieć, do namiotu wszyscy.
W środku było niewiele osób, Garson z oszpeconą od miecza twarzą, kapitan rycerzy wraz z przybocznym i Kris. Wszyscy wpatrywali się na mapę rozłożoną na naprędce wykonanym stole. Gdy podeszli do reszty, "wybawiciel" Vorda rzekł.
- Jesteśmy już wszyscy, czas abym wam przekazał coś bardzo ważnego...
Tervil nie mógł nadal uwierzyć, grobowiec został jednak otwarty. W środku nie zastali przeciwnika, widzieli pozostałości prac ludzi którzy zapewne próbowali dowiedzieć się co właściwie widzą. Wrota były otwarte, żaden kamień się nie ostał, jedna dziura wyglądała jakby męczono się nad nią długi czas. Nie wiadomo czy to xevirle otwarły wrota czy ludzie, jeśli ci drudzy to gdzie teraz są? Musieli uciec z krypty, ta łamigłówka nie układała się ani trochę. Wewnątrz tak jak się spodziewał odnalazł sarkofag, był otwarty. Jeśli tak się sprawy mają to zostało im bardzo niewiele czasu.
Kerteba wrócił z garstką ludzi i zdał nie mniej przerażający raport, brakujące kamienie znalazły się posiadaniu ludzi. Xevirle które ich zaatakowały okazały się być tylko dywersją. Ogromna ich liczba przekroczyła granice Swadii. Cesarskim synom wiadome było po co tam zmierzają. Do czasu aż nie otrzyma raportu od dwóch innych oddziałów musi posłużyć się ludźmi. A oni muszą im pomóc jeśli chcą jeszcze aby ich kraina ocalała.
Zebrał najbardziej odpowiednich z nich w namiocie aby im przekazać tajemnice, przed wejściem zaczepił go Kerteba.
- Na prawdę powiesz tym słabym istotom prawdę? Znienawidzą nas, skulą ogony i nie zechcą nam dopomóc, mimo że walczyć im przyjdzie o jutro.
- A mam inny wybór? Gdy przybiliśmy ponad rok temu do brzegu zakładałem że sprawy mają się zgoła inaczej. Tak też mi mówiono nim odpłynąłem, nie ma innego wyjścia. Trzeba podjąć szybkie działania. Czas nam nie sprzyja, a my...powoli tracimy siły.
- Wiem to, podczas ataku Xevirli, ludzie walczyli słabiej niż rok temu. Wielu zginęło w sposób co najmniej żałosny. To już nie ta siła, zrubmy co trzeba i nic ponad to. I wracajmy z tej przeklętej krainy.
Poświęcenie...czy to przepowiadała mu wieszczka Krifelbe? Ojciec przekazał mu także że ich obowiązkiem jest pomóc tym ludziom. Że to ich przeznaczenie, wszak to pokolenie nie było temu winne. Po cichu mówiono że to wina cesarskiego ludu...Odrzucił precz te mroczne myśli, zaczynał wątpić w coś za co nie tak dawno jeszcze oddał by życie. Wiedział czyją sprawką są te myśli. Poklepał po ramieniu kompana i razem weszli do namiotu.
Gdy zjawiła się ostatnia czwórka mógł w końcu przekazać im to co istotne.
- Jesteśmy już wszyscy, czas abym wam przekazał coś bardzo ważnego...
Spojrzał na mapę i uważnie ją zaczął oglądać, fakt była wykonana niechlujne ale to jedyna jaka zdołali zdobyć.
- My jesteśmy tu - wskazał palcem na ruiny zamku Tehlrog - Tu znajduje się krypta do której usilnie wy i wasi poprzednicy chcieli dotrzeć. Tyle tylko że nie mogliście wiedzieć że kryptę już otwarto, mniemam że jakiś rok temu.
- Ale jak to możliwe - zabrał głos dowódca garnizonu Garson - Gdy lord Brulla tu przybył zastał tylko ruiny i zawalone wejście które nakazał nam odkopać.
- Tak by się zdawało, sam podobnie myślałem. Wejście zostało odkopane zaraz przed ostatnimi wydarzeniami. Równo z tym...gdy tu przybyliśmy.
Hreth uderzył pięścią w stół przewracając kilka kufli.
- Aleric, ten przeklęty idiota musiał go otworzyć! A twierdzono że zginął wraz ze świtą!
- Bo tak było - ciągnął nieugięcie Garson - Znaleziono na wybrzeżu zwłoki jego świty, oraz pierścień lorda.
- To nie świadczy o tym że musiał tam zginąć. Znam ja tego drania - niemal krzycząc Hreth ciągnął - Jak znam życie udało mu się uciec, pewnie nie sam. Tyle że jednego z jego wspólników widzieliśmy przed oblężeniem. Turegor sam się zabił. Z tego co wiem nie działał sam.
Tervil wyłapał przeszywające spojrzenie Kerteby, oboje wiedzieli o czym oni mówią. Gdy przybyli na brzeg zauważyli ludzi. Byli uzbrojeni a więc myśleli że to piraci lub jacyś bandyci. Wysłał kilku łuczników konnych aby zbadał z kim mają do czynienia a w razie ataku z ich strony zabić ich. Możliwe że to o nich chodziło? Czy w tedy starczyło pojmać owego lorda i krypta nie była by otwarta. Ale skąd mogli to wiedzieć? Lepiej ten fakt przemilczeć.
- Stało się, pozwólcie że przekażę wam dalsze fakty a czasu mamy mało. Są jeszcze dwa takie miejsca, i jeśli one zostaną otwarte ... - wskazał na Halmar - Tu znajduje się kolejna krypta o nieco innym przeznaczeniu ale fakt pozostaje tan sam. A trzecie miejsce to Uxkhal, całość tworzy niezbyt idealny trójkąt.
- Co tworzy że się tak zapytam ?
-Hreth - odpowiedział wyprzedzając kapitana Livmer - Te trzy miejsca są ze sobą jakby w równej linii. Zresztą zademonstruję.
Wziął trzy kufle i ustawił je podobnie jak punkty na mapie, potem zanurzył pędzel w kałamarzu i połączył je liniami.
Tervil westchnął tylko, musi używać bardziej dla nich zrozumiałego słownictwa. Ale starzec go zaskoczył wiedzą, może im się jeszcze nie raz przydać.
- Dokładnie o to mi chodziło. Nie myślcie że to przypadek. Jeśli nakreślić linie z każdego punktu do środka to w miejscu ich przecięcia jest coś co albo da nam przewagę lub nas zabije. To nie koniec, teraz opowiem wam co działo się lata temu i co sprawiło że dzieje się dziś to czego jesteśmy świadkami. To będzie długa opowieść, ale przynajmniej dowiecie sie czegoś o waszej historii. Od was zależy czy mi uwierzycie...
Habbe ciężko dysząc oparł się o jeden z filarów. Lewa ręka pulsowała od bólu a spod prowizorycznego opatrunku ciekła krew. Spojrzał na Jardela który leżał półprzytomny na podłodze, wokół walały się ciała ...ludzi którzy ich ubiegłego dnia zaatakowali, było ich ze dwa tuziny,a wygrali tylko dlatego że bronili się w przejściu. Gartan stał naprzeciw złotych wrót ciągle wpatrując się na pismo którego i tak pewnie nie znał. Ciekawiło go teraz jak długo ma zamiar tu siedzieć, powinni wezwać posiłki i to jak najszybciej. Z tego co Gartan mówił szaleńcy mogą znowu ich zaatakować. Ale jak dotąd nie odpowiedział na żadne z ich pytań.
Powoli podszedł do niego nie zważając na to czy przerwie mu to idiotyczne wpatrywanie się we wrota.
- Gartan, skoro odparliśmy tych szajbusów i mamy nieco czasu to byłbyś tak łaskaw nas oświecić co się tu wyprawia ?
Ten odwrócił się do niego jednocześnie chowając za pas papier na którym jak teraz Habbe zauważył coś zapisywał.
- Myślę że powinniście wiedzieć - spojrzał na lezącego Jardela-Chociasz tamten raczej tego nie usłyszy...
Habbe chwycił go za kołnierz i wstrząsną nim kilka razy, nie zwalniając uścisku wycedził przez zęby.
- Mów do jasnej cholery! Nie zgrywaj mędrca który wszystko wie. Pamiętaj że mimo to i tak ja tu mam najwyższą rangę. Chcę żebyś to wiedział.
- Już nie - Gartan uśmiechnął się zawadiacko - Starszy mianował mnie na Cień Chana. Ode mnie też zależy co teraz mamy...macie robić. Puść mnie lepiej...
Zwolnił uchwyt i nie mogąc wypowiedzieć żadnego słowa usiadł ciężko na schodach. Jak to możliwe? On dostał taki awans i to tak szybko. Przecież on pracował tu dopiero dwa lata, jakim sposobem rada jego wybrała na Cień? Czy nie docenili ile Habbe zrobił dla nich, ile wyrzeczeń , jak się poświęcał niejednokrotnie. A teraz ot tak przymykali na to oczy, ładną wdzięczność dostał od staruchów.
- To nic osobistego Habbe, nie miałbyś na to żadnego wpływu. Zresztą jak i rada...
- Jak to? Niby że ktoś im to narzucił? Chan ?
- Nie...byłem na kolejnym zadaniu, węszyłem za bandą zbiegłych dezerterów. W tedy tez spotkałem dziwnie ubranych ludzi, nie wiem skąd oni są. Słabo mówili po naszemu, ich kapitan przekazał mi tak dziwne wieści o jakich nikomu z nas się nie śniło. Wypytywał o Halmar, o to czy dzieje się tam coś niepokojącego. Ale jako że nikogo nie wpuszczamy do miasta wybrał mnie jako formę przekazu dla rady i Chana. Otrzymali przeze mnie list w którym ten człowiek wszystko opisał. Rada z początku nie wiedziała co zrobić. Jednak zgodzili się na wszytko. Mianowali mnie na najwyższego rangą, przekazali mi to zadanie. Na mojej głowie jest aby wypełnić je co do joty. Każdy w organizacji już tu zmierza.
- O czym ty mówisz Gartan? To mnie niepokoi, skąd taka aura dramatyzmu i strachu ?
- Dostałem ten sztylet, dowódca tych ludzi dał mi go aby łatwiej było nam wykonać zadanie. Uwierz, nie możemy dopuścić do otwarcia wrót.
- Ale dlaczego? Co to za miejsce? Co się stanie jak otworzymy ?
Gartan nie zdążył odpowiedzieć gdy daleko w korytarzu rozległo się dzikie wycie. Głuchy brzęk kos bojowych, dźwięk pancerzy. Czyżby szli do nich lansjerzy? Oni przecież nie żyli, więc jakim sposobem ?
- Jak wspomniałem Habbe, odcinaj głowy, nie wiem dlaczego ale oni w tedy nie ożywiają. Inaczej będą ciągle powstawać. To nienaturalne, brzmi jak bajka ale to jest okrutnie realne.
Gartan poprawił opaskę na czole aby długie włosy nie opadały mu na twarz, podniósł oparty obok miecz i ruszył do wrót. Oboje stanęli w przejściu, na Jardela nie można było już liczyć. Miał nadzieję że "ożywieni "lansjerzy nie zachowali swoich zdolności bojowych. Teraz dochodził do niego możliwy scenariusz. Jeśli zginie tu? Co stanie się z dziećmi, żoną? Kto ich tu odnajdzie by pochować na bezkresnym stepie? Na domiar złego lewa dłoń zaczęła boleć jeszcze bardziej...
-
Dwa rozdziały (właściwie półtora) w krótkim odstępie czasowym, tak trzymaj! :]
-
No co? Najpierw je napisał, a potem na raz dodał ;) Nie takie trudne.
A więc jednak, złe zakończenie (się szykuje) :( Kurna, a myślałem że ich wszystkich wyrżną, a tu nie ma happy end'u. Odparli szturm...
-
Taaa... a co tam w innych państwach (Yimra jako radna Veluki :D )?
-
Ciąg dalszy rozdziału .5.
W Uxhal tego dnia wrzało, niemal wszyscy mieszkańcy miasta wyczekiwali posłańców rhodockich. Mieszczanie wraz ze swymi świtami przechadzali się po ulicach aby móc na własne oczy przyjrzeć się im odwiecznym wrogom. Szczęśliwcy mieszkający przy drodze która prowadziła do zamku wisiała na balkonach. Straż została postawiona w stan gotowości, co rusz odział przechodził czujnie obserwując tłum.
Plais dostrzegł z balkonu zamieszanie przed główną bramą, poselstwo już dotarło. Hektor stał obok, nic nie mówił, był lekko poddenerwowany całą ta sytuacją. Na dole jeden z żołnierzy krzyknął do nich.
- Panie, poselstwo dotarło, za nimi ciągną inni lordowie swadii.
Co on powiedział??? Jacy lordowie, po co tutaj mieliby zmierzać, niech to szlag. Teraz mogą pokrzyżować jego plany, czyżby za jego plecami zebrano naradę i to w Uxhal? Baron spojrzał na Hektora pełnymi wściekłości oczyma.
- Nie wiem panie jak to możliwe - zająkał się na chwile - Nic mi nie było wiadome o tym aby baroni mieli się tu zebrać.
No tak, oni przecież potajemnie to zrobili, w zupełnej tajemnicy. Ale co oni tu robią w czasie gdy posłańcy tych psów tu są? Cokolwiek by to nie było nie może być zbiegiem okoliczności. Oni wszyscy coś knuli przeciw nowemu panu tego miasta. Wstrząsnął nim nagły dreszcz, znał to uczucie, jego władza była zagrożona. A co jeśli...Haringoth jest wśród nich jakimś cudem? Co jeśli nawet Harlaus przeżył i także skrycie tu zmierza? Było jasne że w tedy jego dni są policzone, nie dość że odbiorą mu co jego to na dodatek staruch pozbawi go tytułu. Potem wygna z królestwa lub co gorsza każe powieść...
- Hektor, biegnij do Alei rozpusty, znajdź naszych przyjaciół. Czuje że muszą nam pomóc w delikatnej sprawie.
Ten pośpiesznie poprawił płaszcz i wyszedł. Plais krzyknął za nim jeszcze.
- Tylko się pośpiesz, od tego zależy czy głowy nasze zostaną na swoim miejscu...
Do zamku wchodzili właśnie rajcy i mistrz gildii, spojrzeli na niego z nieukrywaną radością. Nigdy go nie zaakceptowali w roli władyki miasta. Jeśli przyjdzie co do czego to nie zawahają się sypać. Oby zasrani zabójcy i to przewidzieli. Jeśli na czymś im bardzo zależało to powinni teraz mu pomóc. Tak wszak powiedział mu ich przywódca.
Chciał jeszcze zostać tutaj, zobaczyć kto przyjechał, ale lepiej jak uda się do sali audiencyjnej, w drodze do niej trzeba jak kiedyś w Suno...sprawnie dobierać słowa. Przeklinał po raz wtóry los ,czy chciał tak wiele? Czy aż tak bardzo wymagał czegoś dla siebie? Działał zawsze w imię Swadii, nie zawsze dobrymi czynami, ale fakt pozostawał. Jeśli kogoś poświęcał to nie dla siebie, robił to dla ukochanego królestwa. Od zawsze nie podobało mu się to że musieli ulegać presji ze strony innych królestw. Że Harlaus zamiast siłą walczyć co swoje, wolał paktować. Wysyłać dary i jak to się skończyło? Swadia znalazła się na skraju upadku, a on chciał ją podnieść...czy inni to rozumieli? Każdy z tych parszywych baronów chciał uszczknąć trochę złota i władzy dla siebie. Wątpliwe czy którykolwiek z nich przejmował się na poważnie krajem.
Pośpiesznie strażnicy otwarli mu wrota do sali, w środku jeszcze nikogo nie było, rajcy czekali pewnie na lordów. Jako zwyczaj każe oni wchodzić winni pierwsi. Szybko nalał sobie wina i trzęsącymi sie dłońmi wypił od razu całą zawartość. Słyszał za wrotami gwar rozmów, czuł się jak złapana w klatce mysz. Czuł się ofiarą jakiegoś spisku ,kimś kogo powinni sie pozbyć. Mroczny plan wcielać w życie nie bacząc na to co Plais dobrego zrobił dla Swadii. Chciał się teraz po prostu rozbeczeć i powiedzieć ze ma w dupie już wszystko i niech robią co chcą. Ale o nie, nie da im satysfakcji, pokaże im że do końca będzie szedł w zaparte przy swoim. Ma cennych sprzymierzeńców, w nich pokładał bezgraniczne zaufanie.
Wrota powoli się otwierały, jak bestia próbująca go pożreć żywcem. Baron napiął mimowolnie wszystkie mięśnie, przełknął ślinę i najlepiej jak potrafił zachował pewność siebie. Pierwszy wszedł Grainwad, łysy pajac z jeszcze śmieszniejszym płaszczem, za nim kolejno Despin, Stamar, Beranz, Montewear, Meltor, Rafard, Clais i Deglan. Dziewięciu baronów,czyli tylko tylu się ostało, może jeszcze nie jest tak źle. Bez słowa każdy zasiadł na fotelu, Grainwad obrzucił wzrokiem całą sale. Nie czekając na posłów rzekł.
- Plais nie zastanawia cie jedna rzecz ?
- To znaczy?
Ten przybrał ponury wyraz twarzy i kontynuował.
- Powiedz mi jak to u licha możliwe że Delinarda ktoś zamordował skoro wiem od swoich ludzi że jest na północy u nordów. Resztki naszych ludzi wraz z najemnikami sie nim opiekują gdyż podupadł na zdrowiu. Czyżbym czegoś nie zauważył przez lata i Delinardów było dwóch ??
W sali rozległy się konspiracyjne szepty, co ten palant bredził? Przecież na własne oczy widział go martwego na tym fotelu. Jak to możliwe że by się nie połapał. Pamietał jego twarz i o pomyłce nie mogło być mowy.
- Słuchaj, sam na własne oczy widziałem go martwego.
Meltor tradycyjnie wtrącił swoje trzy grosze.
- To mamy problem bo możliwe że jeden z nich to sobowtór, pytanie kto za tym stoi i jaki miałby z tego zysk...
Plais zastanowił się ,wrócił myślami do tamtego dnia. Dał by sobie ręce uciąć że denat na fotelu to Delinard. Te same rysy twarzy, wzrost, wszystko się zgadzało do licha. Zabójcy mogli by tak bardzo się pomylić? Przecież to był ich fach, zabijanie, nie mogli takiej kaszany odstawić.
- Poza tym - kontynuował Grainwad - rok temu po straszliwej klęsce naszych wojsk Delinard nigdy nie wrócił z nami do swadii. Nikt z nas zresztą nie miał czasu aby go odwiedzić w Uxhal. Każdy musiał zabezpieczyć swoje włości. Pytanie, czy Delinard skrycie przybył do miasta czy był w nim cały czas. Albo nigdy nie wrócił, tylko prawdą jest że przebywa u nordów. A jeśli tak to twoje roszczenia do miasta są bezpodstawne Plaisie.
- Grainwad, cenię twoje uwagi, wiesz o tym. Sam przez rok byłem...więziony u tych psów. Gdy uciekłem ,kluczyłem po borach byle dotrzeć do naszych ziem. Zupełnie przypadkiem tu trafiłem. Delinard jednak nie żył, a rada rozpaczliwie chciała mnie jako pana miasta. Ktoś musiał przywrucić tu ład.
- Niech wejdzie zatem rada - rzekł Stamar gładząc wąsy - Przekonamy się co oni mają do powiedzenia.
Cholera, pomyślał, gdzie się podziewa Hektor. Jeszcze chwila i wszystko straci, było więcej niż pewne że ci idioci go wydają. Powiedzą że nikogo o to nie prosili, mogli poczekać na spadkobierce po Delinardzie. Ile prawdy tym było że wśród nich są ci przekupieni przez zabójców? Cholerny Delinardzie, nawet po śmierci potrafisz namieszać.
Rajcowie z mistrzem gildii weszli wykonując ukłon. Zasiadli na końcu stołu, kilku z nich rozłożyło księgi uważnie coś czytając.
- Mistrzu gildii - rzekł Stamar zezując jednocześnie na Plaisa- Jak to się stało że nasz przyjaciel Plais objął rządy nad Uxhal? Wierzę że nam to wytłumaczysz.
-Panie! - krzyknął jeden ze strażników - Świta rhodoków czeka przed wejściem.
Cóż za ulga, chwilowo muszą odłożyć ten temat na bok. W tym czasie oby Hektor się uwinął z zadaniem.
- Niech wejdą...
- Niech czekają - przerwał mu Grainwad - mamy tu sprawę którą najpierw chciałbym rozwiązać. Przebyli tyle drogi...niechże im służba poleje wina i przeprosi za chwilkę czekania.
Plais był wściekły, ten głupiec zachowywał się jakby był panem tego dworu, jednak nie chciał się nic odzywać. No cóż przyjmie z dumą na siebie wszelkie oskarżenie, z jeszcze większą je obali.
Mistrz gildii spojrzał na obydwu baronów zupełnie jakby się znalazł między młotem a kowadłem.
- Ekchem ,no więc mam wszystko na piśmie, jednakoż prawa...
Wrota uchyliły się i wszedł jeden z rajców, siwiejacy mężczyzna z twarzą jakby przez ostatnie dni nic nie spał. Taszczył pod pachą grubą księgę.
- Wybaczcie panowie za spóźnienie, musiałem pozbierać niezbędne dokumenty. A ty - zwrócił się do mistrza gildii - Jak masz zamiar cokolwiek osądzać bez księgi głównej? Którą to ja spisuję a bez której nie masz na mocy prawa cokolwiek rozstrzygać.
Plais odetchnął z ulgą ,to najwyraźniej człowiek zabójców, chwała ci Hektorze. Mistrz gildii spojrzał na swoją księgę, wyraz twarzy mówił mu że jest co najmniej zdziwiony że ma inną.
- Jak to możliwe, miałem ją wczoraj wieczorem na biurku...- szepnął bardziej do siebie niż do reszty.
- Tak więc miłościwi lordowie - rzekł nowo przybyły magister - Na wszelkie pytania oraz wątpliwości chętnie odpowiem.
Beranz wpatrywał sie na jego szyje.
- Co się panu stało? - wskazał na zaczerwienione ślady na szyi - Skąd te ślady na karku?
- Oh to? Nic takiego, wczoraj jakiś gówniarz chciał mi zrobić psikusa w odwecie za zamknięcie jego ojca. Wrzucił mi w nocy węża polnego przez okno, dobrze że w porę sługa usłyszał dźwięk rozbitej szyby i nie odratował.
Baronowie znowu zaczęli szeptać między sobą. Najwyraźniej nie bardzo chcieli wierzyć w tą historie. "Głowa gildii" spojrzał na niego i rzekł.
- Ależ ty nie masz sług, zawsze sam dbasz o domostwo.
- A ty co, śledzisz mnie czy jak? Lubie czasem mieć towarzystwo...
Plais nie wiedział czy się śmiać czy płakać, gość jeszcze lepiej od niego kłamał. Nie ma się co dziwić, był zamieszany w groźną szajkę. Na porządku dziennym musiał kłamać. Reszta lordów nie ukrywając odrazy zaprzestała dalszych pytań. Gestem dłoni Grainwad kazał mu kontynuować.
- Hrabia Delinard zginał zamordowany, wielka to strata dla miasta i kraju. Ale jako że bez władcy miasto jest siedliskiem zepsucia musieliśmy podjąć bardziej radykalne metody. Harabia Delinard nie zostawił po sobie syna, maiał córkę wszak oraz żonę, jednakoż...Ich ciała odnaleziono kilka miesięcy temu nad rzeką, zginęli wraz ze świtą. Nie wiemy kto podjął sie tego okrutnego czynu, myślę że to te dziwne stworzenia.
- To dlaczego nie ma ich w krypcie rodzinnej? - rzekł Despin.
- Gdyż nie dane nam było wsiąść zwłoki...strażnicy którzy natrafili na ciała zostali zaatakowani przez bandytów. Przeżył jeden wręczając mi insygnia lordowskie. Chwilę potem sam skonał z odniesionych ran. Z dobroci serca nie powiadomiłem o tym ludu, by ich serca nie pękły z bólu.
- To co najmniej dziwne że tak wiele osób nagle ginie w jednym czasie. - zripostował Grainwad - Sam przyznasz że ofiar jest tak wiele że mógłbym zakładać że ktoś celowo zamordował całą rodzinę.
- Nie mamy czasu Grainwad - rzekł Clais- Czekają na nas posłańcy oraz ważniejsza kwestia. Po to wszak tu przybyliśmy...
Grainwad nie ukrywał irytacji, zmierzył Plaisa lodowatym wzrokiem, zupełnie jak niegdyś Haringoth. Zawsze ktoś znajdzie się na jego miejscu by bruździć mu w życiu.
- Ale - kontynuował magister - Jeśli wasza miłość chce odwołania barona Plaisa ze stanowiska władcy Uxhal. Trzeba spisać stosowny dokument którego rozpatrzenie, liczne sprawdzanie pod kątem prawa, zajmie nie mniej jak pół roku...
Dobrze, cała wataha dostała za swoje. Ich miny były bezcenne, musiał się powstrzymywać by nie wybuchnąć śmiechem.
- No cóż to możemy przyjąć naszych gości panowie ?
Reszta spojrzała na niego z ukosa ale nikt nie zaprotestował. Plais gestem dłoni dał znak strażnikowi aby wpuścił rhodoków. Za wrotami czekało kilkunastu rhodockich żołnierzy, jednakoż do środka weszły trzy osoby. Pierwszą z nich niemal od razu rozpoznał, kolejny stary wróg, niech to szlag trafi. Dopiero co uniknął wpadki a już przyjdzie mu zmierzyć się z nowym problemem. Baron Raichs, przed którym ponad rok temu musiał uciekać gdy zaatakował karawanę rhodoków oraz vaegirów. Nosił na sobie znamiona zmęczenia , zmienił się wiele od ostatniego spotkania. Tu i ówdzie siwizna zdobiła jego głowę, delikatnie kulał na jedną nogę. Nie mniej jednak Plais był więcej niż pewny że to on. Za nim szedł dużo młodszy mężczyzna, tego człowieka nie poznawał.
- Szlachcic Vordemor De Vulchis, przyboczny lorda Raichsa - skłonił się młodzieniec.
Ostatnia osoba była kobietą, niska jasnowłosa istotka. Ubrana w szlachecki strój także się skłoniła przed resztą, wykonując nienaganny ukłon.
- Osobisty sekretarz króla Gravetha, Ymira,do usług przyjaciele ze Swadii.
Znał to imię, głupia dziewka z głupimi ambicjami, swego czasu podróżowała ze zbieraniną nie mniej idiotycznych najemników. Było nawet o nich głośno, zmieniali panów jak rękawiczki. Służyli temu kto więcej płacił, kto to nimi przewodził? Ach tak, ten chłystek Alayen wraz z Lezalitem "mądrym". O ile nie miał informacji o tym drugim to młodego znano w całej Carladii za jeden czyn . Urodził się w małej szlacheckiej rodzinie, jego ojciec był znanym rycerzem. Jednak gdy Alayen miał osiemnaście wiosen jego ojciec podupadł na zdrowiu. Ale nie miał możliwości syna uczynić rycerzem, młody pewnej nocy wykradłszy zbroje ojca uciekł z domu. Ukradł szkapę u miejscowego kowala i ruszył w świat. Głosił że jest rycerzem, że jego rodzina ma bogatą przeszłość , że jest wzorem rycerza. A był pachołkiem ,do tego złodziejem, jego ojciec na wieść o tym zmarł z rozpaczy. Matka nigdy nie wybaczyła synowi tego co zrobił. Potem jednak stopniowo ludzie zapomnieli o tym. Witano go w wioskach jak bohatera. Aż wreszcie los postawił go na drodze Lezalita. Po kilku miesiącach banda psów wojny urosła znacząco. I tak zaczęła się ich sława. Ciekawych towarzyszy dobierali sobie rhodocy, brali każdego ażeby tylko zyskać przewagę nad wrogiem.
Trójka posłów usiadła, służba każdemu nalała wina i wyszła z sali.
- No więc, witam was - rzekł udając spokój Plais - Z czym do nas przybywacie?
Ci popatrzyli po sobie ,wyglądali na zdziwionych tym pytaniem. Głos zabrał jednak Grainwad, wstał i rzekł wskazując na powoli otwierane wrota.
- Powitajmy nowego władce, pana i króla Swadii. Dziś nasz piękny kraj będzie miał władce. Nasi przyjaciele przybyli tu na polecenie chorego króla Gravetha, chcieli także złożyć hołd .
Plais podążył za wzrokiem wszystkich, był w szoku, był zdziwiony ale i jednocześnie wściekły. Co się tu wyprawia, specjalnie wybrali jego miasto oraz celowo nie dano mu znać że tutaj wybiorą nowego króla? Ale kogo? Nikt z tu obecnych, to pewne, ale kto mógł to być. Dlaczego nie otrzymał choćby szczępka informacji o tym? Wtedy omal się nie przewrócił, znał tą osobę, jeśli ta osoba zostanie królem to jego problemy dopiero się zaczną. Poprzednie przy tym to błahostka.
Grainwad - a jakże by inaczej - spojrzał na wciąż zdziwionego Plaisa.
- Co jest? Nie cieszysz się że wreszcie po roku mamy władce? Opłakujmy dobrego Harlausa ale i jednocześnie świętujmy następce.
Magistra nie było już w sali, kiedy on wyszedł do cholery? I dlaczego teraz? Nadal był mu potrzebny i to bardzo. Nie poradzi sobie jeśli przyjdzie mu wyrazić roszczenia do tronu. Ale czy w ogole taka możliwość wchodził w grę jak już wszystko było przesądzone? Coraz bardziej był wściekły, cały plan diabli wzięli. Nie powiedziane czy nie zechcą Uxhal uczynić stolicą. A to oznaczałoby że Plais pójdzie w odstawkę i nawet jego prawo do rządów nic nie będzie znaczyło. Po prostu będzie musiał oddać miasto królowi.
O ile mężczyzna byłby jeszcze do manipulacji o tyle nieodgadnięta psychika i opór kobiety jako króla będzie wielkim problemem. Isolda...dlaczego do cholery właśnie teraz musiałaś się pojawić. Akurat przed tym gdy to Plais miał ambicje aby zostać królem. Dlaczego to ciebie musieli wybrać, od lat chciała wygryźć Harlausa. Podważała jego prawo do rządzenia, jak żmija sączyła jad w jego żyły. Może motłoch potrafiła okłamać, czarować pięknymi słówkami. Ale o nie, on nie był ślepy, wiedział co tej suce chodziło po głowie. Była chciwa i nieodgadnięta jak każda baba. Każda taka była, leciała na złoto, na dwór. Byle szlachcic, nie ważne jak szpetny mógł się ożenić z piękną chciwą i zachłanną kobietą. Ciekawe czy plan baronów zakłada jej ożenek z jednym z nich. Wątpił by pozwolono jej samej objąć tron. Musieli sobie zdawać sobie sprawę z tego dobrze by było mieć jednego z nich przy Isoldzie. By tej coś głupiego nie wpadło do głowy. Kogos mądrego, przystojnego, utalentowanego jak on. Patrząc na resztę nie widział w nich króla, zapewne myśleli o tym samym co on. Ale jakie mieli szanse? Kilku z nich miało już żonę, a więc jego szanse zwiększyły się o połowę. Pytanie czy baba sama wybierze z kim chce być czy kategorycznie po włożeniu jej korony na głowę odmówi...Nie było przypadku gdy nagle z tego wszystkiego zaczęła go głowa boleć. Oj Plaisie, pomyślał, ileż ty musisz wycierpieć...Za jakie grzechy, nasunęło mu się stare chłopskie przysłowie "Biednemu zawsze członek w oczy", mimo że nie był biedny rozumiał przesłanie aż nad to...
-
kolejno Despin, Stamar, Beranz, Despin
Hmmm...
rzekła Despin
:P
Ostatnia osoba była kobietą, niska jasnowłosa istotka. Ubrana w szlachecki strój także się skłoniła przed resztą, wykonując nienaganny ukłon.
- Osobisty sekretarz króla Gravetha, Ymira,do usług przyjaciele ze Swadii.
Znał to imię, głupia dziewka z głupimi ambicjami, swego czasu podróżowała ze zbieraniną nie mniej idiotycznych najemników. Było nawet o nich głośno, zmieniali panów jak rękawiczki. Służyli temu kto więcej płacił, kto to nimi przewodził? Ach tak, ten chłystek Alayen wraz z Lezalitem "mądrym". O ile nie miał informacji o tym drugim to młodego znano w całej Carladii za jeden czyn . Urodził się w małej szlacheckiej rodzinie, jego ojciec był znanym rycerzem. Jednak gdy Alayen miał osiemnaście wiosen jego ojciec podupadł na zdrowiu. Ale nie miał możliwości syna uczynić rycerzem, młody pewnej nocy wykradłszy zbroje ojca uciekł z domu. Ukradł szkapę u miejscowego kowala i ruszył w świat. Głosił że jest rycerzem, że jego rodzina ma bogatą przeszłość , że jest wzorem rycerza. A był pachołkiem ,do tego złodziejem, jego ojciec na wieść o tym zmarł z rozpaczy. Matka nigdy nie wybaczyła synowi tego co zrobił. Potem jednak stopniowo ludzie zapomnieli o tym. Witano go w wioskach jak bohatera. Aż wreszcie los postawił go na drodze Lezalita. Po kilku miesiącach banda psów wojny urosła znacząco. I tak zaczęła się ich sława. Ciekawych towarzyszy dobierali sobie rhodocy, brali każdego ażeby tylko zyskać przewagę nad wrogiem.
No proszę... :) od córki kupca do sekretarki króla.
-
Sekretarki? Taaa, już wiem po co ją wynajął...
:D
A teraz na poważnie, podoba mi się nawiązanie do tylu tych postaci, ale widać że wtramboliłeś to na siłę.
Alayen i Lezalit? Proszę ja cb, jak już, to trochę bardziej sensownie. Nie widzę Alayena i Lezalita razem...
A ta Isolda, przeniesie stolice do Suno. Prawda?
Taki szczegół, spisek się szykuje? Znaczy, baronowie i ta ich "suczka" chcą wbić na tron któregoś z baronów przy pomocy Rhodoków w zamian za haememem, hołd lenny?
-
Szczerze powiedziawszy, to bardziej bym widział ślub Izoldy z
Tristanem Kosturem z Veluki... sam Graveth, jako np bezdzietny, przekazałby państwo w spadku parze młodej.
A odnośnie "kąpanionów" - Lezalit z Alayenem się zniosą, ale ten pierwszy nie luby Yimry.http://mountandblade.wikia.com/wiki/Lezalit (http://mountandblade.wikia.com/wiki/Lezalit)
-
Błędy poprawione;)
Co do tego czy któryś z "najemników" się lubił lub nie...wszak sam Plais wprowadził nas w myśl że już dawno ową grupę psów wojny rozwiązano. Nie podał powodu jednoznacznego prawda? Pozostaje nam więc gdybać co sprawiło że mimo sławy w końcu sie rozpadli.
Co do kontrowersji na linii opowiadanie a fakty z gry...przypominam że grę traktuje tylko jako tło dla opowiadania. Nie wszystko musi(wręcz nie może) się zgadzać z tym co widzieliśmy w grze. Nie pamiętam też abym kiedykolwiek tak pisał.
Co do "wtrambolenia' postaci na siłę do opowiadania. Nikt w opowiadaniu nie występuje bez potrzeby, sam fakt że użyłem kilku ze znanych npc-ów może świadczyć o tym że nie do końca muszą być tymi których znaliśmy. Alayen i Lezalit, fakt, z perspektywy gry nie bardzo mogli by sie lubić. Ale spójrzmy na to z innej strony. Przypadkiem ta dwójka się spotkała przed laty, chciałem niejako nawiązać do samego faktu że my jako gracze zbieraliśmy npc-ów i tworzyliśmy bandę najemną. Jako że głupio by było napisać coś w stylu "Najemnicy pod wodzą Gracza olek wielkiego przykład...", rozpadli się. Może przez niemożność dojścia do porozumienia. Tego nie wiemy. Jakbym sztywno się trzymał gry opowiadanie było by nudne(o ile już takie nie jest), bez niczego co mogło by zaskoczyć. Bo niby co ja w tedy mógłbym pisać? Z daleka przybył mężczyzna\kobieta przeznaczenia. Od zera do bohatera, od chłopa po króla całej Carladi. No proszę was, czy nie macie dość takiego schematu?
W tedy poszedł bym na łatwiznę,"zerżnął " bym co do słowa wypowiedzi npc-ów, misje głównego pro-herosa w stylu dostarcz list od barona "A" do barona "B". Jak ktoś chce to może napisać,zapewniam,sami byście narzekali że opowiadanie jest bez sensu.
Wielu zarzuca mi ułomność w składaniu zdań, brak zasad interpunkcji czy też ortografii. Z tym się zgadzam, ale jak niejednokrotnie wspomniałem, nigdy nic nie pisałem. Mimo masy książek jakie przeczytałem dalej brnę przez zwykłą ludzką głupotę. Piszę bo to sprawia mi radość, gdy zamieściłem 1 rozdział wielu wątpiło czy będę to kontynuował. Ale nie o tym mowa.
Na koniec, pragnę abyście pamiętali, nigdy nie będę się trzymał faktów z gry w tym opowiadaniu. Na ile będę mógł to zanadto nie przesadzę. Nie mniej jednak Carladia znana wam z gry jest nieco(a raczej sporo) inna w opowiadaniu. Pozdrawiam, wracam pisać dalej...
-
Wiem.
Interpunkcja nikomu (przynajmniej mnie) nie przeszkadza. Ważne że jest ciekawe, i jest jedyną książką którą przeczytałem dobrowolnie i z bardzo miłą chęcią.
Ale i tak dam ci kilka podstawowych porad w pisaniu:
- jak stawiasz przecinek, to po nim rób spacje odstępu, sam powiesz że lepiej to wygląda
- pisałem solucje i wiem że wiele razy można się pomylić pisząc "Delinard, Raichs, Sraichs, Delinard...". Jak już napiszesz, to przeczytaj to co napisałeś z minimalną dokładnością, by te najbardziej rzucające się w oczy błędy (jak te "paczenie") zlikwidować.
Ogólnie to się nie załamuj tymi błędami ;) Człowiek to człowiek, a nie jakiś cyborg.
Ciekawie by wyglądała powieść pod tłem "With fire and sword".
A związane z księgą: co z tymi zombiakami? Teraz widzę, że praktycznie nie ma z ich strony zagrożenia, skoro nordy za stertę kamieni byli gotowi stracić nawet 5000 bardzo dobrze zaprawionych w boju żołnierzy.
-
Coś temat ucichł :() kiedy kontynuacja?
-
Jak kolejny rozdział zostanie napisany ;)
-
Jak kolejny rozdział zostanie napisany ;)
Pytam bo pare ładnych dni mineło.
-
Pracę zmieniłem, na lepszą ale i co za tym idzie(jak to w polsce) pracuje po 12 godzin, rozdziały powinny sie pojawiać średnio co tydzień, max dwa. Do tego dochodzi sesja warhammera rpg, gramy ze znajomymi co niedziele i parę godzinek w niedziele muszę poświecić na przygotowanie i samą grę.
Post informacyjny i jeśli wstawię nowy rozdział, możliwe że dziś,to go zedytuję. Pozdrawiam.
Edid:Niebawem pojawia się postacie które kilku z was mi zaproponowało, czy odnajdą się w opowieści? Czy będą tam pasować?Ocenicie sami. Coraz bliżej końca księgo drugiej...
Edid 2:Matiego, Ty chyba byś chciał żebym się wykończył przy pisaniu aż 12 ksiąg;)Ps.Ostatnimi czasy nikt na forum już nie pisze opowiadań ,co taka nisza?W końcu i mnie dopadnie brak zapału;/
-
A ile w ogóle będzie tych ksiąg?
-
12 - czas na calradyjski epos! :D
-
Jak prace nad kolejnym rozdziałem?
-
Czy mamy szanse przeczytać przed 11 kolejny rozdział?
-
Rozdział .6.
"Kto zdobył pocałunki, a nie zdobył reszty, jest godny utraty tego również, co było mu dane."(Owidiusz)
Kapitan rycerzy skończywszy opowieść przybrał na moment wyraz twarzy mówiący że jest lekko zdenerwowany. Jego kompan także zdawał się być myślami gdzie indziej. Nastąpiła cisza przerywana raz po raz grzmotami. Na zewnątrz rozpętała sie ulewa jakby chciała dodać dramatyzmu tej opowieści. Wiatr potępieńczo zawodził, szalał jak rozjuszone zwierze schwytane w klatkę. Hreth odchrząknął głośno.
- Ciężko mi uwierzyć w to, nawet jeśli miałbym jakoś to łyknąć to pozostaje pytanie. Co u licha mamy teraz zrobić? Roznieść te trzy miejsca w pył? Zebrać do kupy wszystkie kraje i jak dobrzy przyjaciele wspólnie pokonać wroga? Kim on jest bo nadal nie wiem. Co mu przyjdzie z tego że zniszczy całą carladię? Za dużo domysłów a za mało działania.
- Dokładnie - zawtórował Garsen mierzwiąc nerwowo brodę - Nagle przybyliście opowiadając jak dla mnie nierealną historie. A my mamy wam tak po prostu zaufać? Bo tak każecie? Nie znamy was, nie znamy także waszych pobudek. Nie jestem przekonany po co tak na prawdę tu przybyliście. Może to wasza sprawka?
Tervil spojrzał chłodnym wzrokiem na Hretha i Garsena, westchnął i usiadł na krześle. Jego przyboczny nerwowo ściskał miecz u pasa.
- Wasze dywagacje mają sens. Nie dziwię się że nie możecie uwierzyć, jak i też spodziewałem się tego od samego początku. Nie macie wyboru, musicie nam zawierzyć i zrobić to o co...poprosimy. Jeśli się nie zgodzicie staniecie sie naszymi wrogami którzy będą zawadą w wykonaniu zadania.
Nastąpiło poruszenie, wszyscy zebrani zaczęli się wykłócać i wyzywać. Vord nic nie mówił, biernie obserwował to wszystko. Nim dziwny sojusz nastąpił już zaczął się rozkładać. Tervil nie był rozważny skoro prosto z mostu powiedział co myśli. A jego słowa o danych ludach, o wielkiej wojnie? Były jak legenda, w której może i tkwiło ziarenko prawdy ale i tak było fikcją. Dla Vorda nie było rzeczy niemożliwych, świat krył wile sekretów ale w coś takiego jak mógłby uwierzyć. Kris położył rękę na jego ramieniu po czym zbliżył się do reszty. Wyciągnął błyskawicznie sztylet za pasa. Wszyscy przerwali kłótnie i uskoczyli w bok, Kerteba z równie błyskawicznym tempie wyciągnął miecz. Co on chce zrobić?
Kris uderzył w stół przewracając puchary, alkohol zalał całą mapę . Nastąpiła cisza, nerwowa atmosfera była odczuwalna aż nad to.
- Ja im wierzę - odparł beznamiętnym głosem - Sam doświadczyłem dziwnych zdarzeń na przestrzeni ostatniego czasu. W pewnej piwnicy zobaczyłem marę, myślałem że to człowiek, ale nim nie była. Po tym bandy zdziczałych ludzi. Każdy z nas się z nimi zetknął, czyż to może być normalne? Parę lat temu nic takiego nie było. Bestia która wspomagała dzikusów też waszym zdaniem jest fikcją? Nie mamy wyboru, musimy zagrać ostatnia kartą, jeśli nas zdradzą to inne kraje nie omieszkają wytoczyć im wojny. Ciągle będziemy ich mieć na oku...
- Stul pysk zabójco ! - przerwał mu Hreth - Akurat ty nie możesz nam mówić o lojalności czy też zaufaniu. Pamiętasz jak chciałeś zamordować Vorda? Idę w ciemno że masz na barkach śmierć wielu ludzi, w większości niewinnych. A co jeśli oni mają swój własny cel a nami chcą się posłużyć jak narzędziem? Myślisz że dam tak łatwo sie omamić ich słowom? Wiem trochę o nich dzięki ojcu, nie do końca są cnotliwymi rycerzami ratującymi damy w opałach. Mają mnóstwo za skórą...
- Jak śmiesz! - Tervil wyglądał teraz jakby miał wszystkich tu obecnych rozszarpać pazurami - Jesteś marną kopią nas, twój ojciec miał racje wysyłając twoją kobietę za morze. Zmarnowałeś wiele razy szanse stać się kimś lepszym. Mącisz w głowach tym ludziom tylko dlatego że taki masz kaprys. Mają swoją wolę, nie muszą słuchać ciebie, więc łaskawie na trzeźwo przemyśl jeszcze raz to co powiedziałem.
Hreth nic nie odpowiedział, lewa powieka kilka razy mu zadrgała, Livmer chwycił go za ramię gdy ten chciał wyjść na zewnątrz. Ten odtrącił jego rękę i wyszedł. Tervil westchnął głośno i zaczął się uspokajać. Kerteba rozłożył bezradnie ręce i coś szepnął swojemu panu na ucho. Po chwili oboje zmierzali do wyjścia. W tedy w wejściu do namiotu pojawił się Hreth z toporem w rękach. Przybrał bojową postawę, włosy miał całe potargane, wzrok utkwił w kapitanie, przez zęby wycedził.
- Niech pojedynek rozstrzygnie po której stronie jest prawda. Skopię ci tą dupę. O twarz też zadbam bo wnerwia mnie takie zniewieściałe oblicze!
- Z chęcią wbije ci do głowy że nie pojmujesz wielu spraw. Ten kto go wygra przejmuje dowództwo nad wszystkimi tu ludźmi, łącznie z moimi...
Kerteba z przerażeniem oczach spojrzał na pana, potem z wściekłością wymalowaną na twarzy spojrzał na Hretha. Zapewne sam miał wielką ochotę go pokonać. Livmer i reszta także starali się to wyperswadować Hrethowi, ten z uporem osła wyszedł na plac na zewnątrz.
Cała grupa podążyła za dwójką mających się zaraz zmierzyć ludzi. Utworzyli krąg dość duży by tamci mieli wiele miejsca do walki. Zewsząd ludzie zaczęli się schodzić by oglądać mające się zaraz rozegrać przedstawienie. Mury nad nimi były całkowicie zajęte, ludzie pokrzepiali swoich panów zagrzewając do walki. Kilku nie omieszkało rzucić niezbyt kulturalnych słów w stronę Tervila, natomiast rycerze obserwowali w milczeniu i spokoju to wszystko.
Vord zastanawiał sie czy Hreth mądrze zrobił wyzywając tamtego na pojedynek. Kapitan był rozluźniony i pewnie stał z obnażonym mieczem. Czy był aż tak dobry i pewny siebie? Nie znali jeszcze jego umiejętności, tym bardziej najemny przywódca.
Oboje rzucili się na siebie, walka się zaczęła...
Kris obserwował mającą zacząć się wkrótce walkę z nieukrywanym zażenowaniem. Przypominało mu to nordyckie "święte pojedynki" lub walki swadiańskich rycerzy o jedną kobietę. Wiedział że ich walka nie rozwiąże problemów, możliwe że tylko je pogłębi. Ale może to jest jedyny sposób aby ci dwaj sie dogadywali?
Splunął w dal na myśl o zwariowanym przywódcy najemników. Hreth dalej mu nie ufał, nawet nie ukrywał tego. Obnosił sie z tym na prawo i lewo, ażeby tylko po raz setny dać mu do zrozumienia że traktowany jest tutaj jak wyrzutek. Nie dbał szczególnie o jego przychylność. Pewnych ludzi nie da się zmienić...do niedawna nawet i on sam myślał że to co robił było słuszne. Mordując ludzi zyskał sławę w ciemnym kręgu ludzi bez twarzy. Z łowcy stał sie ofiarą, starzec nie odpuści tak szybko. A jego pies Ces nadal nie dał za wygraną...
Rozejrzał się wokoło, bardziej z nawyku niż z samego faktu by zlustrować okolice. Tyle twarzy, spojrzenia chłodne i bez emocji. Najemnicy, połączone siły sojuszu, rycerze. Nikt nie okazywał mu choćby małego podziękowania za pomoc jakiej do tej pory wszystkim udzielił. Odwrócił sie na pięcie i ruszył w strugach deszczu na zniszczony mur. Widok był piękny gdy błyskawice raz po raz rozświetlały niebo. Bezkresna dal, majaczące w oddali góry. Drzewa targane wiatrem, na końcu dopiero ujrzał liczne trupy. Niczym dywan pokrywający okolice, ludzki dywan. Pełen krwi, brudu i potu. Bezsensowna walka, można powiedzieć bratobójcza.
Westchnął po raz kolejny opierając sie o blanki, zupełnie ignorował okrzyki dołu zagrzewające do walki obu adwersarzy. Co miał teraz zrobić by udowodnić im wszystkim że nie jest już człowiekiem o dwóch twarzach? Rozprostował palce i w tedy go olśniło. Skoro kluczem do zwycięstwa jest posiadanie kamieni i nie dopuszczenie do tego aby je przejęły bestie...Spojrzał w dół, nieopodal za murami pasły się konie rycerzy, były dobrze pilnowane. Ale czy aby na pewno?
Wyjął z kieszeni skrawek papieru i kredę,z mozołem zasłaniając sie płaszczem napisał krótką acz treściwą notkę. Livmer lub Vord powinni to odczytać. On musiał zacząć działać, siedzenie bezczynie w miejscu działało mu na nerwy. A już dawno nie wpadł w szał. Był o wiele spokojniejszy i koszmary nocne jakby nieco ustąpiły. Teraz jednak możliwe że podczas tej misji przyjdzie mu na nowo pokonać swoje własne demony, Ces, starzec ,duchy zamordowanych ludzi...
Skrupulatnie zapisawszy wiadomość schował ją do kieszeni, zostawi ją w miejscu z którego uprowadzi konia. Na szczęście większość ludzi była skupiona na walce, kilku wartowników na murach sprawiali tylko pozory że pilnują tego miejsca. Za to na dole rycerze z surową dyscypliną pilnowali każdego cala ziemi. Zabójczy wiatr... czyż nie zyskał tego przydomku przez wzgląd na jego umiejętności? Cicho ześlizgnął się po murze, bezszelestnie upadł na ziemie i przeturlał się w stronę stosu ciał zabitych. Jak na razie nie został zauważony. Ulewa przybrała na mocy, jedyny sukces leżał w tym aby dobrze wyliczyć moment kiedy uderzy błyskawica. To jedyny moment kiedy mogą go zauważyć. Uderzyła gdzieś dalej, rozświetliła na chwilę okolicę. Kris wychylił się i ze zdumieniem zauważył jak pilnie pilnują koni. Ponurzy rycerze przemierzali okolice z obnażonymi mieczami, zapewne gotowi w każdej chwili ukatrupić napastnika.
Ruszył błyskawicznie w stronę najbliższego konia, wartownik nie zdążył krzyknąć gdy oberwał z pieści. Kolejny wyłonił się z ciemności, skąd do licha wiedział że jest tu intruz?? Rycerz wykonał szybkie ciecie które zapewne pozbawiło by go głowy gdyby nie sparował sztyletem. Kris szybko odciął więzy i kopniakiem posłał nieustępliwego rycerza na ziemie. Usłyszał świst w porę bo na milimetry włócznia przeleciała od jego głowy. Wskoczył na konia, kolejny rycerz wykonał zamach lancą, Kris chwycił za drzewiec i złamał na kolanie.
Ruszył w zabójczym tępię omijając pojawiających się z mroku rycerzy. Spojrzał w tył, kilku rycerzy podjęło pościg za nim. Czy byli lepszymi jeźdźcami od niego? To miało się wkrótce okazać. Zjechał w dolinę gdzie teren był grząski, tamci w zbrojach mogli ryzykować to że ugrzęzną w zdradliwym terenie. Mimo to uparcie jechali za nim, o dziwo skracając dystans. W między czasie Kris odpiął klamry w kropierzu konia, gdy uporał się z nim, zwierzę jakby dostało nowej siły, ruszył szybciej przed siebie, kątem oka widział jak jeden z rycerzy zatrzymał się i zaczął zbierać rozrzucony kropierz. Czwórka dalej go goniła.
Po pewnym czasie wyłonił się nagle las, z impetem wpadł w gęste chaszcze. Gałęzie srogo smagały go po twarzy. Koń nerwowo strzygł uszami, rycerzy już nie słyszał. Czyżby odpuścili?. Gdy wjechał na polanę z przerażeniem zauważył w świetle kolejnej błyskawicy czwórkę rycerzy czekających na niego. Skręcił ostro w lewo. Tamci nachyliwszy lance zmierzali w prost na niego. Pierwszy wykonał błyskawiczne pchniecie, Kris nachylił głowę na wysokości uszu konia. Lanca śmigła nad nim. Kolejny nacierał wprost na niego. Zabójca wykonał kolejny ostry skręt, zwierzę parskło głośno jakby nienawykło do takich manewrów. Ominął w końcu nagonkę i dalej ruszył przed siebie. Tamci wykrzykiwali w swoim języku jakieś rozkazy i utonęli w mroku. Kim oni do cholery byli? Nienaturalnie szybcy, przewidywali jego ruchy, jakim sposobem?
Nie czas na zastanawianie się, czekało go zadanie do wykonania. Pokaże wszystkim że do czegoś jest potrzebny.
Lansjerzy leżeli martwi w wejściu do krypty, Habbe polał miejsce w którym niedawno miał wszystkie palce u prawej dłoni. Prowizoryczny bandaż przybrał szkarłatny kolor. Zagryzł z bólu wargi. Łzy ciekły mu mimowolnie po policzkach. Gartan, leżał na wznak na posadzce, pierś ledwo się unosiła, czyli jeszcze żył. Z kolei Jardel jak się teraz okazało umarł w trakcie gdy oni walczyli. Habbe przymknął jego powieki, towarzysz który przez tyle lat pracował wraz z nim. Z niejednej karczmy wychodzili zalani w trupa. Każde urodziny spędzali przy suto zastawianych stołach. Teraz...bestie w końcu odnalazły dla niego przeznaczenie. Usiadł obok druha,bardziej do niego niż do siebie powiedział.
- Mamy przesrane, naprawdę godna walka, musimy odetchnąć nieco...
- Nie ma czasu - jęknął podnoszący się z podłogi Gartan - Musimy szybko zawalić wejście do tej krypty. Podnoś się i pomóż mi podważyć te dwa filary.
Czy on oszalał? Niby jak mieli tego dokonać we dwójkę i bez narzędzi? Na dodatek jakoś się nie przejął że przed chwilą zginął człowiek. Kipiała w nim teraz złość, świerzak który powinien słuchać starszych rozkazuje. Rozbestwiony bachor.
- Najpierw pochowamy Jardela.
Gartan spojrzał na niego z ukosa, parsknął śmiechem. Tego było za wiele, gówniarz już dawno powinien dostać nauczkę. Podniósł się szybko i rąbnął w twarz niczego niespodziewającego się Gartana. Ten runął jak długi na ziemie. Trzymając się za policzek zawadiacko się uśmiechnął i wstał. Otrzymał kolejny cios, tym razem silniejszy. Gartan splunął na ziemie krwią i dygocąc wstał po raz kolejny. Z tym samym szyderczym uśmieszkiem.
- Gartan, będę cie bił dopóki nie zaczniesz mnie słuchać. To że rada cie wybrała na kapitana tej misji nie oznacza że ja będę w ciemno jak pachołek wykonywał twe rozkazy. Mam za sobą sporo zakichanych lat służby, byle chłystek nie będzie mną poniewierał. Nie zasłużyłem na to!.
- Głupiś jak cep, bez obrazy Habbe. Nie dotarło do ciebie jeszcze? Twoje lata służby są niczym w obecnej sytuacji. Nawet nie wiesz co robić. Miast dopilnować bezpieczeństwa wszystkich ludzi u góry ty chcesz najpierw pochować Jardela? Nie bądź śmieszny, zresztą bijesz jak ciota. Gdybyś naprawdę chciał mnie zabić użyłbyś prawdziwej siły. Takie pstryczki są dla mnie niczym, lepiej abyś był tego świadom.
Szczeniak był hardy, Habbe myślał, nie, on był pewny że paroma ciosami utemperuje szczyla. Ten jednak był tak wielce zaoferowany swoją misją że miał to gdzieś. Czyżby czasy gdy słuchano starszych powoli przemijały? Z trudem ale jednak młody miał trochę racji. Na górze była jego rodzina o którą w pierwszej kolejności powinien zadbać. Nawet nie chciał myśleć że coś mogło by się im stać. Z drugiej strony pozostawienie druha tutaj...było dla niego ciężkie. Gartan upewniwszy się że znowu nie otrzyma ciosu powoli podszedł do filara przy wrotach. Wyciągnął świecący sztylet i zaczął macać palcami po kamieniu.
- Powinieneś się cieszyć Habbe...Jardel otrzyma najlepszą z możliwych form pochówku, ta krypta będzie dla niego zaszczytem, nie odbieraj mu tego co do tej pory zrobił...
Habbe na moment oniemiał, spojrzał na martwego przyjaciela a potem na filary. Nic nie powiedział, podszedł i cicho spytał Gartana.
- To co mam robić?
- Znajdź wystający kwadratowy kamień i go naciśnij, ja włożę tam sztylet i po sprawie. Nie pytaj jak to możliwe...sam nie wiem.
Isolda usiadła na zdobnym fotelu obok posłów. Posłała wszystkim uśmiech.
- Ja, jako następczyni wspaniałego człowieka Charlausa z dumą będę służyła temu królestwu jako królowa.
- Najpierw musimy przedyskutować kilka spraw o pani.
Służalczo odparł Grainwad, cholerny idiota, pomyślał Plais, już był manipulowany przez dziewkę. Nalał sobie kolejny puchar wina i szybko pochłonął zawartość. Był wściekły jak nigdy, gdyby mógł zabiłby wzrokiem wszystkich w sali. Już przegrał sprawę, w momencie gdy Isolda weszła do sali było pewne że tron nie będzie mu pisany. Co więc powinien zrobić? Gdy czegoś w porę nie wymyśli straci wszystko to co przez lata planował. A przez kogo? Przez tych lordów od siedmiu boleści. Spojrzał na Raichsa, idiota wpatrywał się w niego. Pewnie z chęcią by teraz wszystko opowiedział, wyżaliłby się jak to jego karawana została zaatakowana. Jak jego wieś poszła z dymem parę lat temu. Ale o nie, on musiał sie podlizać nowemu władcy, cholernik niech jeszcze wejdzie jej do łoża. Posłowie przywodzili mu na myśl trupę pajaców łażących od miasta do miasta, byle pokazać kilka sztuczek i zarobić grosza. Bo niby przybyli tu bezinteresownie? Liczyli na złoto, może nawet na kawałek ziemi. Gdyby Plais był królem..wysłałby wszystkich tutaj bez wyjątku na sarranidzcie pustynie, przywiązał do drzewa i skazał na śmierć z odwodnienia. A on w cieniu namiotu obserwował by jak sępy powoli odgryzają kawałki z ich ciał. Marzenia zostały przerwane gdy odezwała się Ymira. Bezczelna zabierała głos jako pierwsza wśród mężczyzn...co to za maniery do licha??
- Król Graveth jak powszechnie wiadomo podupadł znacznie na zdrowiu. Jestem jego głosem więc w tej sali jako że nie mógł tutaj osobiście przybyć. Kazał mi wam przekazać treść tego listu.
Powstała i rozpieczętowała list, Plais po raz kolejny chwycił się za głowę. Wszyscy jak głupcy wpatrywali się w nią jak w ołtarzyk. Isolda ciągle się uśmiechając także nastawiła uszu. Pewnie, niech poudaje że cokolwiek ją to obchodzi. Mógłby teraz się założyć że baba nie może sie doczekać kiedy tylko założy koronę .A gdy to zrobi to zapewne wcieli swoje prawa w życie. A kto na tym najbardziej ucierpi? Jasne że on, bo kto inny jest niedoceniany? Na każdym kroku ktoś buciorami wchodzi w jego życie. Czasy gdy jako lord był poważany i ceniony zdawały się być teraz tylko iluzją. Teraz miał wrażenie że z tego wszystkiego został mu ten pierścień i tytuł. Inni zdawali się nadal posiadać dawne poważanie. Jego traktowali jako zło konieczne. Ale jeszcze zapłaczą gdy on ułoży sobie plan. Tak genialny i dobry że nawet wielcy królowie tego świata nic nie poradzą. Tymczasem Ymira zaczęła czytać .Plais życzył jej żeby tak parę razy się przejęzyczyła, żeby tak nie mogła odczytać paru słów wystawiając się tym samym na pośmiewisko.
- W obliczu tego co przez ostatni rok się wydarzyło i odkładając stare waśnie między naszymi królestwami składam propozycje. Gdy wasz kraj wybierze władce, otrzyma ode mnie ofertę, propozycje sojuszu. Musimy zapomnieć o tym ile nas dzieliło przez dziesiątki lat. Zdajemy sobie sprawę z tego że nowy wróg zagraża nam, wam i całej Carldii. Baczcie na nordów i vaegirów, na khanat oraz sarranidów. Wszyscy połączyli siły aby pokonać nowego wroga. My jako ostatni także powinniśmy tak zrobić. Odstąpię od zajętych zamków i wiosek, wyciągnę każdy denar ze skarbca aby pomóc wam w odbudowie królestwa. W zamian pragnął bym aby nasz sojusz utrzymał się nawet po wojnie. Nie chcę od was pieniędzy. U schyłku swego żywota dostrzegam błędy jakie popełniałem, ile złego zrobiłem nierzadko błędnymi decyzjami. To ja przyczyniłem się do śmierci mojego dawnego przyjaciela Charlausa. To ja osłabiłem wasz kraj, za to proszę o wybaczenie choć to trudne. Wy także przez lata napsuliście nam krwi, nieraz niewinni chłopi cierpieli za to że ich pan naraził się swadianom. Gdy tylko Lady Isolda usiądzie na tronie proszę o rychłą odpowiedz. Z szacunkiem i gratulacjami dla nowego władcy Król Graveth.
A jednak się nie przejęzyczyła, gęby wszystkich zastygły. No tak, kilka ładnych słów, obietnic a te barany idą na pewną zgube. Banda imbecylów i debili, on..jako jedyny godny lordowskiego tytułu, majestatyczny wojownik musi ich przebudzić z tego. Wstał i zaczął mówić, ostatni as z rękawa!
-
Ciekawe, ciekawe.
Niech zgadnę, Isolda to krewna Gravetha?
-
Isolda?To pretendentka do tronu swadii znanej nam gry. Ale skąd ona jest? Czym się kieruje? jakie ma plany?Tego nie wiemy,nie mogę w sumie nic więcej dodać bo obdarło by to fabułę z aury tajemniczości;/
-
Tak, ale jakąś daleką krewną Gravetha (co za zbieg okoliczności) może być.
-
Graveth jest zwykłym uzurpatorem, niespokrewnionym z żadnym rodem królewskim... chyba, że jako rhodocki szlachcic miał kochankę na swadiańskim dworze :D.
-
Ciąg dalszy rozdziału 6
Ulewa trwała od kilku dni, wiatr smagał chorągiew miasta Rivacheg. Bunduk po raz kolejny musiał się schować za blankami. Oparł się ciężko plecami i naciągał cięciwę na kuszy. Ręce mu drżały, mięśnie wołały o odrobinę odpoczynku. Obok ich nowy sprzymierzeniec , kapitan Urgram, dowudca jeszcze dziwniej wyglądających ludzi stał i wpatrywał się na morze wroga. Ten to miał wciąż wiele sił, pomyślał najemnik. Westchnął i wstał, wychylił się ,wymierzył i wypuścił bełt zabijając kolejnego wroga. Kapitan podszedł do niego.
- Nie marnuj bełtów dopóki nie będą realnym zagrożeniem. Widać coś kombinują, po kilku tygodniach w końcu przestali nacierać. Miej oczy szeroko otwarte.
Vaegirscy łucznicy - słynący w całej Carladii za najlepszych strzelców - także przestali strzelać. Obrona miasta zmniejszyła się już o połowę, zostało może ze trzy tysiące ludzi pod bronią. Odział Urgrama mimo tego że walczył wszędzie tam gdzie było najgoręcej stracił tylko dwóch ludzi. Dwadzieścia osiem głów a warci byli co najmniej setki ludzi. Lord Mleza i Druli z radością przyjęli ich do pomocy. Jeszcze wczoraj nie ukrywali radości że nadal chcą bronić miasta. Tamci jednak zachowali ponure milczenie, wydawało się że nie chodzi im tak do końca o obronę miasta. A więc o co?
Bunduk przeżył wiele lat, wiele lat wojował, zdobył doświadczenie i wiedział że coś tu śmierdzi. Gdy ładował kolejnego bełta ledwie słysząc wychwycił rozmowę , przyboczny lorda Mlezy cicho rozmawiał z kapitanem.
- To są słowa lorda Mlezy panie...
- On i Drula od poczatku wiedzieli o co nam chodzi...teraz chcą łamać słowo?
Rozległ się grzmot, rozmowa została przerwana. Z murów poniosły się radosne okrzyki, i okrzyki triumfu. Wróg wycofywał sie pospiesznie. Bunduk nie mógł uwierzyć, czyżby w końcu przyszło im odpocząć?
- Gdzie oni tak szybko biegną?
Spytał jeden z łuczników, inni także zaczęli zadawać liczne pytania.
Kapitan Urgram pobladł momentalnie, nawet w tej ciemności oświetlanej wątłym światłem z pochodni Bunduk to zauważył.
- Przekazcie lordom że miasto jest bezpieczne a my niezwłocznie wyruszamy.
Najemnik spoglądał to na znikających już przeciwników to na kapitana. Gwardzista także był zmieszany, nerwowo drapał się po brodzie.
- Ale..panie...nie mogę tego zrobić. Muszę wypełnić obowiązek, takie mamy tu prawa.
- To je zmieńcie puki czas. Skoro ty się boisz swego pana sam pójdę do nich. Przy okazji - zwrócił się do ludzi na murach - walczyliście dzielnie i ofiarnie ..jak na ludzi z tej krainy.
Bunduk splunął, mimo faktu że kapitan przysłużył się do obrony zachowywał się teraz jak istny buc. A on niby kim był? Nie pochodzili z żadnego królestwa, sami zresztą mówili że nie pochodzą z tych ziem. Najemnicy? To odpadało, nie wzięli nawet jednego denara. A więc kim oni byli? Gdy już Urgram wraz z gwardzistą schodzili po schodach na dół, Bunduk wyraził swoje myśli na głos.
- A ty kim jesteś? Dlaczego bezinteresownie nam pomagaliście?
Tamten nawet się nie zatrzymał, arogancki jak każdy wysoko postawiony. Najemnik nie dał za wygraną i pobiegł za nimi.
- Nie musisz odpowiadać, jako dowódca kompani najemników mam prawo iść z wami do lordów. Tam zapewne usłyszę odpowiedz. Może jestem najemnikiem, ale w kaszę nie dam sobie dmuchać. A już w szczególności gdy zleceniodawca zalega z zapłatą.
Gwardzista miał już coś powiedzieć ale kapitan gestem ręki go uciszył. Przeszli przez wielki plac gdzie ludzie Urgrama w równym szyku stai na baczność , najemnik zmierzył ich wzrokiem i zawadiacko parsknął . Spodziewał sie że ktoś z nich zareaguje, jednak nawet powieka im nie drgnęła. Zaczeli go przerażać ci ludzie. Wśród nich czuł się jak ktoś gorszy. Tak zresztą był traktowany. Z trudem od początku oblężenia wywalczył sobie walkę na małym skrawku muru. Z trudem bo akurat tamci także mieli zamiar tam walczyć.
Zastanawiał się gdzie wywiało Rolfa, oboje podczas lat wojaczki nauczyli się wielu rzeczy. Twój sojusznik mimo dobrych chęci i tak wcześniej czy później cie zdradzi. Uśmiechnął się pod nosem, zaraz znajdzie solidnego haka na gogusia. Tutejsi ludzie...posiadają wiele atutów...
Hreth natarł jako pierwszy ,zamachnął się dwuręcznym toporem, Tervil z gracją wykonał unik, potem kolejny. Najemnik wyprowadzał raz za razem mordercze i niezwykle szybkie cięcia. Wykonał zamach z lewej, kapitan uskoczył wprost na linie ciosu lewej reki Hretha. Oboje zaczęli sie mocować ręką, jednak kapitan chwycił miecz rękojeścią do przeciwnika i błyskawicznie uderzył w brzuch przeciwnika. Hreth splunął tylko i nie dał po sobie poznać że cokolwiek odczuł, teraz atakował z mniejszą częstotliwością ale zmuszał rywala do uników i odbijania ciosów. Oboje wyprowadzali serie zwodniczych ataków i błyskawicznych pchnięć.
Vord zastanawiał się jaki cudem miecz Tervila jeszcze sie nie rozleciał, skąd miał tyle siły by jedną ręką odbijać tak zabójcze ataki. Musiał jednak z zaskoczeniem przyznać że trafił swój na swego. Nie dawał z początku szans Hrethowi na podjęcie równorzędnej wali a tu proszę. Obdartus dawał sie we znaki rycerzowi i to nawet lepiej niż można by to sobie było wymarzyć. Pytanie czy oni walczyli na śmierć i życie czy do pierwszej krwi. Niemal natychmiast otrzymał odpowiedz. Hreth krzyknął z bólu, na lewym ramieniu widniało głębokie cięcie. Najemnik wymamrotał coś pod nosem i uderzył toporem. Tervil jakby stracił wcześniejszy zapał i w ostatniej chwili zablokował cios zmierzający w jego głowę. Atak zatrzymał się na hełmie nieznacznie go uszkadzając. Kapitan zachwiał się i po chwili spojrzał chłodnym wzrokiem na oponenta. Wykonał kilka pchnięć zmuszając przeciwnika do ciągłego wycofywania sie. Gdy tamten nie miał już miejsca do odwrotu zrobił coś co zaskoczyło nawet kapitana. Wykonał szybki obrót niemal błyskawicznie znajdując się za plecami Tervila. Uderzył toporem który gdyby trafił cel przeciął by na pół rycerza. Tervil szybko odwrócił się i zbił atak na bok, ostrze zahaczyło o prawą nogę rysując zbroje. Najemnik nie dał za wygraną, był niesiony teraz determinacją, naparł na rycerza obalając go na ziemie. Zdarł z jego głowy hełm i uderzył pięścią w twarz rycerza. Ten szybko chwycił jego pięść o włos od twarzy ją zatrzymując. Zaczęli się mocować. Rycerz wykręcił dłoń Hretha i wykonując przewrót znalazł się na nim. Po czy ku zdziwieniu wszystkich podniósł go wysoko nad ziemie i cisnął kawałek dalej .Z nosa Hretha pociekła stróżka krwi, kapitan szybko znalazł się nad nim przystawiając miecz do jego gardła.
W tedy z tyłu wszyscy usłyszeli zawołania. Przez tłum przedarł się jeden z rycerzy, uklęknął w geście przeprosin i pospiesznie zaczął mówić.
- Wybacz panie że przerywam walkę...Ten zabójca skradł konia i uszedł w las. Zostawił ten list - rycerz wyjął za pasa kawałek papieru - Zaadresowany jest do niejakiego Vorda i innych...najemników. Myślę że powinien pan to przeczytać.
Kris uciekł? Dlaczego, czyżby wziął sobie aż nad to do serca co powiedział mu Hreth? Tervil spojrzał z góry na leżącego najemnika.
- Dokończymy tę walke kiedy indziej,obiecuję ci to.
- Walczmy dalej! - ryknął z furią Hreth - Pokaż że masz jaja! Masz szanse mnie zabić i zakończyć to tu i teraz! Nagle obleciał cie strach durniu? Nie odbieraj mi możliwości zobaczenia twojej gęby tuż przed śmiercią!
Kerteba oraz Livmer podeszli w milczeniu do obu, staruszek pomógł wstać najemnikowi cicho coś mu mówiąc. Najemnik wyraźnie był niepocieszony. Głupiec, pomyślał Vord, mógł właśnie zginąć a mimo to zachowywał się jakby to on był na wygranej pozycji.
Ignorując podnosząca się wokół wrzawę, kapitan odebrał list i wręczył go Livmerowi.
- To do was, jednak skradziono nam konia więc czytaj na głos.
- Nie czytaj na głos, pokaż mi jego treść! - ryknął najemnik - Później przekaże te informacje moim ludziom. Kup sobie nowego konia cwaniaczku.
Kerteba wymamrotał coś pod nosem i już miał uderzyć na najemnika ale powstrzymał go żelazny uścisk Tervila. Pokiwał przecząco głową.
Niech to szlag, ci dwaj w życiu się nie dogadają, byli jak ogień i woda. Tyle że Hreth powinien zacząć zachowywać się jak na dowódce przystało. Tymczasem na każdym kroku szukał zaczepki, uparty stary osioł. Vord podszedł do Livmera i wyrwał mu list. Mimo sprzeciwu Hretha zaczął czytać na głos.
- "Wyruszam zebrać wszystkie kamienie, gdy je zbiorę odnajdę was. Mam nadzieję że w tedy będziemy o krok od zwycięstwa. Obcy nie znają Carladii tak dobrze jak ktoś o moim dawnym fachu. Gdy wrócę mam nadzieje że ten ignorant Hreth zauważy moją lojalność. Nie szukajcie mnie."
Rycerze popatrzyli po sobie nieco zmieszani, najemnicy cicho rozmawiali na ten temat. Garsen natomiast przeklinał pod nosem mamrocąc że u nordów niesubordynacja karana jest ostrymi cięgami.
Co strzeliło do łba Krisowi? Chciał na własne życzenie znowu wpaść w tą samą ciemność z której ledwie mógł wyjść? W dodatku jego dawni kompani chcieli jego śmierci. A co on mógł zrobić, nie miał pojęcia gdzie go szukać. Nawet jeśli i by go odnalazł, co by mu w tedy powiedział? Jak by mu pomógł? Byłby tylko utrapieniem, niepotrzebnym balastem. Kris był niezwykle bystrym i utalentowanym człowiekiem. Jeśli ktokolwiek z nich miał szukać kamieni był nim tylko on. Z drugiej strony Kris był jego druhem mimo wcześniejszych zajść. Obawiał sie w duchu że może już nigdy nie wrócić. Kolejny przyjaciel legnie by nigdy nie wstać. Ile już przyjaciół stracił? Iluż z własnej głupoty straciło życie w imię jakiejś wyższej sprawy? I ta nieszczęsna Selena...nadal wypełniała jego myśli. Nawet do teraz nie do końca dawał wiary temu że tak po prostu go przestała kochać. Niby można od tak, z dnia na dzień zatracić uczucie tak silne?
Zastanawiał sie z czasem po co się narodził. Jaki był cel w tym że żyje, czy musiał coś zrobić, coś osiągnąć? Czy po prostu narodził się, otrzymał kopa i wepchnięto na tą ziemie. A dalej niczym ślepiec szukaj bracie celu. Jakiego celu? Gdyby tak chociaż jedna sprawa się rozwiązała...ale jakie były szanse że kiedykolwiek dotrze do Halmar? Czy w ogule miasto nadal istniało? Wzdrygnął się na tą myśl, wszak tam był jego wuj i...ta kobieta. Mimo wszystko nie chciał nawet myśleć że mogła by umrzeć. Jeszcze nie teraz, nie dopóki nie porozmawia z nią. Nie wyjaśni tylu spraw do wyjaśnienia. Dopóki nie otrzyma odpowiedzi prosto w twarz, nie Vord, ja cie nie kocham. W tedy niech się życie toczy swoim losem.
- Ścigamy go panie - przerwał milczenie rycerz - Nie powinien nam umknąć.
Ścigają go? Jeśli go dopadną to na pewno nie darują mu życia. Nie oni, każdy z nich miał w sobie podobne cechy jak ich kapitan. Zapewne złapią go i zabiją tak po prostu gdzieś w dziczy. Chciał teraz przekonać jakoś Tervila by tego nie robili. Ale słowa uwięzły mu w gardle. Bał sie cokolwiek zasugerować kapitanowi, jak mógłby zareagować na to że jakiś chłopaczyna mu dyktuje co ma robić?
- Niech jedzie gdzie ma jechać. Nie ma szans aby odnalazł choćby jeden kamień ale możemy pokłaść w nim skrawek wiary. Jako jedyny - tu popatrzył wymownie na Hretha - zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje.
Kerteba wyraźnie nie podzielał zdania swojego pana ale uwagi zachował dla siebie. Hreth tylko parsknął i odwrócił sie na pięcie ruszając do namiotu.
- Nie skończyłem Hreth, przekaże wam plan i ruszamy wszyscy za dwie godziny.
Hreth zanim zniknął w namiocie wycedził przez zęby.
- To przekaz ze swojej wielkiej wspaniałomyślności plany Livmerowi. To prawie tak jak ja bym to usłyszał. Idę się napić, nawet nie pytam czy pijesz. Dziewice nie piją ostrego alkoholu...
Tervil zignorował przytyki, spojrzał na ciemne niebo. Po dłuższej chwili zaczął mówić...
Obie postacie w czarnych płaszczach stały obok oschniętego drzewa. Człowiek którego wcześniej Habbe wraz z Jardelem pojmali nadal był do niego przywiązany.
- Niebawem zacznie świtać Habbe, bierzmy go. Na miejscu go przesłuchamy.
Zarzucili na niego starą płachtę i ruszyli ciemnymi uliczkami.
Zawalenie wejścia nie było takie trudne jak z początku zakładał. Po odnalezieniu przycisku Gartan wsadził do otworu sztylet, kilka razy nim przekręcił. Z góry usłyszeli głośny zgrzyt i kamienny blok runął w dół. Ledwie obaj zdążyli uskoczyć. Nie było to typowe zawalenie przejścia w pełnym tego słowa znaczeniu ale jego zamknięcie. Ktokolwiek wybudował tą kryptę był geniuszem by stworzyć takie zabezpieczenie na wypadek otwarcia wrót. Gartan schował sztylet poklepał kompana po ramieniu i razem zaczęli zmierzać ku wyjściu.
Teraz Habbe idąc ciemną aleją wpadł w grobowy nastrój, Jardel...leżał zakopany pod ziemią. Co teraz powie jego starej i schorowanej matce?Jak zareaguje jego kobieta? Co teraz pocznie bez niego...Czy gdyby wiedział jak to się zakończy ruszyli by tej nocy ku śmierci? Z nieba lały się strumienie wody, nad nimi rynna nie wytrzymała wypuszczając na nich ogromne ilości wody. To nie miało jednak znaczenia, już dawno byli przemoczeni. Ich zakładnik wiercił się nerwowo, chciał coś mówić ale knebel skutecznie mu to utrudniał. Habbe poprzysiągł że po otrzymaniu niezbędnych informacji od niego długo będzie zadawał mu cierpienie. Będzie to marną rekompensatą za smierć towarzysza.
- Habbe, chciałbym jeszcze ci o czymś powiedzieć...
Już miał mu powiedzieć żeby sobie wsadził gdzieś swoje uwagi. Ale tylko milczał, nie miał ochoty na rozmowę, na nic nie miał ochoty. Wiedział że gdy wróci do domu to opije się i uśnie. Zapomni na chwilę o przykrych wydarzeniach. Jeśli tego nie zrobi chyba oszaleje. Ich fach stwarzał ryzyko wpadnięcia w obłęd czy depresje. Wielu dobrych agentów kończyło w zakładach dla obłąkanych. Kończąc swój żywot przykuci do łoza, karmieni przez pachołków raz dziennie. Załatwiali się pod siebie. Koc zmieniano raz na trzy dni...Wiedział o tym, odwiedzał tam czasem swojego chorego brata. Płacił za niego dodatkowe pięć denarów by dbano o niego lepiej niż o innych. By czasem wyprowadzali go na świeże powietrze. W końcu był członkiem jego rodziny.
- Zresztą to akurat może poczekać...Dam ci nieco więcej czasu na to.
Po niespełna godzinie doszli do dużego budynku, Gartan otworzył drzwi i obaj szybko zniknęli wewnątrz.
W środku siedział nieznany mu mężczyzna. Był łysy ,twarz pokryta była licznymi bliznami. Orli nos,i dziwny, niemal paraliżujący wzrok. Obok niego leżał związany i nieprzytomny sekretarz. Gartan zdjął z barków jeńca i chwycił za miecz. Habbe mimo drętwiejących rąk poszedł za jego przykładem. Mężczyzna uśmiechnął się tylko i powoli wstał rozkładając ręce na znak że nie ma złych zamiarów.
- Ty po lewej to Habbe, a ty po prawej to Gartan, tak?
Skąd on wiedział kim oni są? I co u licha robił w ich kryjówce, jak znalazł to miejsce i jak dostał się do środka? Habbe miał nieprzyjemne wrażenie że za moment może dojść do walki. Pocieszała go myśl ze ich jest dwóch.
- Nazywam się Ces..po prostu Ces. Pewnie zadajecie sobie pytania kim jestem, czego chcę i co tu robię, prawda? Jeśli otrzymam to po co tu przyszedłem włos wam z głowy nie spadnie. Ale jeśli trzeba będzie...zabije bez mrugnięcia okiem.
- Chyba kpisz - powiedział poddenerwowanym głosem Habbe - Wiesz kim my jesteśmy i gdzie sie włamałeś? To ty właśnie sobie przysporzyłeś kłopotów. Nie ważne po co tu przylazłeś. Jesteś aresztowany, nie próbuj niczego głupiego!
Habbe podziękował sobie w duchu że lata ostrej dyscypliny pozwoliły zachować mu zimną krew. Nawet Gartan był zaskoczony butnością towarzysza. Dobrze, niech młody czuje respekt i szacunek.
- Wy czegoś nie rozumiecie - pokiwał bezradnie głową nieznajomy - Ja nie proszę ale każe, kurewsko mnie dobija czekanie. Nie lubię czekać, staję się wtedy wredny i niemiły. Lubicie takich ludzi? Stul więc pysk gnoju i zacznij mnie doceniać!!
Błyskawicznie nieznajomy rzucił sztyletem w stronę Habbe. O włos od głowy utkwił w drzwiach.
- Następnym razem wyceluje między oczy...
Habbe nie wytrzymał, warz z towarzyszem natarli na łysego agresora, ten do końca stał z radosnym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Stał pewny siebie, bardzo pewny siebie...
-
Rozdział.7.
"Jeśli nie mogę zmiękczyć bogów,piekło poruszę"(Wergiliusz)
Wiatr ciągle i uparcie uderzał w szybę, która teraz była niemal całkowicie zakryta białym puchem. Mężczyzna siedzący przy stoliku obok okna po raz wtóry próbował coś ujrzeć za okna. Bezskutecznie, było coraz zimniej i nie zapowiadało sie na to by w nocy było lepiej. Kolejny silny podmuch i spod drzwi posypał sie śnieg, szmata która miała uszczelniać szparę pod drzwiami nie dawała dobrych efektów. Mimo niegasnącego ognia w kominku było coraz zimniej, para towarzyszyła każdemu oddechowi. Kufel grzańca który niedawno został przyrządzony całkowicie ostygł.
Człowiek opatulając sie grubym płaszczem podszedł do kominka i dorzucił niedbale kilka szczap drewna. W górę poszybowały iskry, przez moment w środku zrobiło sie jaśniej. Na moment, na chwile dając poczucie bezpieczeństwa. Nad ogniem wisiał niewielkich rozmiarów garnek który wisiał przymocowany do tyczki powyżej. Mężczyzna wziąwszy drewnianą łyżkę zamieszał lichą zawartość w środku. Oczy błądziły beznamiętnie od ognia do pożywienia. Po chwili, gdy stwierdził że jeszcze nie gotowe ,zakrył garnek i zasiadł znowu przy stoliku. Szybko wypił, zimne już piwo i oparł się ciężko na krześle.
Na zewnątrz wiatr zawodził jak dzikie zwierze w ostępach. Może i nawet to były zwierzęta? Co za różnica, nie miał zamiaru wychylić choćby nosa na taką pogodę. W środku ledwie było do wytrzymania, nie mógł sobie wyobrazić jak było na zewnątrz. Tymczasem chwycił za leżący mały notatnik z oprawką ze skóry sarny. Przewertował kilka stron, przysuwając jednocześnie bliżej świeczkę. Ta migotała sprawiając że litery w notesie niemal tańczyły. Przetarł oczy, był zmęczony, potrzebował dobrych parę godzin snu. To by mu pomogło, przeklinał w myślach i dalej brnął przez gąszcz zdań i liter. Który to już raz czytał ten notes? Piaty, siódmy? Wiedział jednak że musi lepiej zrozumieć sens tego wszystkiego. Gdy niemal przysypiał nad lekturą rozległo się głośne walenie w drzwi. Mężczyzna podniósł wzrok znad książki, nasłuchiwał, nawet nie drgnął. Sprawdził czy sztylet dobrze się wysuwa za pasa. Odłożył notes, prawą dłoń delikatnie trzymał na rękojeści broni. Cicho stąpając podszedł do drzwi. Z zewnątrz nie słyszał nic prócz wyjącego wiatru. Kolejne dudnienie, uparte i szybkie.
- Kurwa, Areis! Ja tu zamarznę zaraz! Otwórz!
Człowiek odzyskał teraz pewność siebie, to jego nowo poznany kompan, Halka Fartes. Szybko otworzył mu drzwi, przybysz wskoczył do środka jak spłoszone zwierzę. Gdyby mógł zapewne staranował by teraz każdego na drodze byle szybko znaleźć się w środku. Gdy zamknął drzwi podszedł do trzęsącego się z zimna towarzysza który już zajął miejsce przy palenisku. Nim zdołał zadać mu pytanie ,tamten wyjadał łapczywie niedogotowaną potrawkę z zająca. Gdy nieco sie zagrzał i wyjadł połowę zupy, zrzucił gruby płaszcz na podłogę.Ciężki łuk oparł obok kominka, kołczan rzucił pod ścianę.
- Gdzieś ty się tyle czasu podziewał? Vaegirowie i ich "daję słowo"...
Halka wydmuchał nos, poprawił pas który ciągle mu się odpinał.
- To nie takie łatwe, nie zapłaciłeś mi dość dużo bym sie miał uwijać. Poza tym na zewnątrz trwa śnieżyca. Nie jest łatwo znaleźć drogę. Gdybyś nie poskąpił denarów to najął byś kilku dodatkowych zwiadowców. Ja znam te tereny, co nie oznacza że widzę przez taką zadymę.
- Obiecałeś że ta podroż nie potrwa długo, skąd mam mieć teraz pewność że mój brat dalej tam jest? Muszę go jak najszybciej odnaleźć.
- Co jest tak ważnego że szukasz go przez całą krainę, w dodatku teraz...Zresztą, mało mnie to obchodzi, ty płacisz ja wykonuję swoją robotę.
- Właśnie, ja płacę...i zaczynam powoli tego żałować. Co ty myślisz że jestem jakimś szlachcicem z kuframi denarów? Kosztujesz mnie więcej niż mała armia.
- Na dobrego zwiadowce nie wolno skąpic. Bo ten czasem może pomylić drogę lub zgubić zleceniodawcę...
Arogancki jak zawsze, Halka dobrze wiedział że bez niego Areis nie poradzi sobie w tych przeklętych górach. Co też z premedytacją świetnie to wykorzystywał. Może dobrze było jednak nająć grupę łowców głów? Ci przynajmniej gdy mieli kontrakt to choćby po trupach ale wykonywali dobrze powierzone im zadania. Niestety, vaegirski łowca był teraz jego jedyną nadzieją.
- To kiedy możemy ruszać?
Zwiadowca zdjął grube buty i grzał teraz stopy przy kominku.
- Gdy minie zamieć, dwa, może trzy dni. W taką pogodę tylko desperat wyruszyłby przez te góry. Ah, i bym zapomniał. Widziałem dość świrze tropy sporych rozmiarów oddziału który zmierzał dokładnie w tym kierunku który i my musimy obrać. Zastanawia mnie jakim głupcem musi być ich przywódca że ryzykuje życie swoich ludzi w tak zdradliwym terenie.
- Wiesz kto to może być? Wiedzą o nas?
- Nie martw się, nawet jeśli wiedzą to najzwyczajniej mają to gdzieś. Głębokie ślady, nie mają koni, to albo vaegirski odział strzelców,najemnicy lub bandyci. Wybierz sobie sam.
Świetnie ,najpierw zamieć , teraz to. Ciekawe kto to mógł być, i czy to przypadek że zmierzają w tym samym kierunku co oni. Może to karawana? Dobrze by było w tedy do nich sie przyłączyć, w większej grupie było by bezpieczniej. Nawet by podziękował za współprace łowcy. Spojrzał na niego, ten tylko się uśmiechnął i dalej grzał stopy. Trzy dni z takim kompanem...Wątpliwe by wytrzymał z nim aż trzy dni, pod jednym dachem...
Gdy Ymira skończyła czytać w sali zapadła cisza. Nie dla Plaisa, energicznie wstał i podszedł do ogromnej mapy, wzrok kilku baronów gdyby mógł zabijać, zrobiłby to na miejscu.
- Król Graveth - Plais ceremonialnie wskazał po kolei na zajęte miasta i zamki - Zajął połowę naszego królestwa, mordując mieszkańców, załogi garnizonów. Spustoszył wioski, jego ludzie gwałcili i grabili. A teraz chce nam oddać te zgliszcza? Niby kim mamy obsadzić te sterty gruzu? Najemnikami? Chłopami? A mamy na to dość denarów? Nawet miasta w naszym posiadaniu cierpią na braki ludzi. Najemnicy pójdą za tym kto więcej zapłaci. W tym przypadku za rhodokami, bo oni świetnie sie na nas przez cały rok wzbogacili. Rhodokowie mają na tyle wypchane skarbce że zrekompensują nam to wszystko? O ile wiem, dalej ich ludzie obsadzają zdobyte włości. I gdzie ta pomocna dłoń? Nikt na tej sali nie powie mi że nie mam racji.
Lordowie patrzyli w osłupieniu na Plaisa, nerwowe spojrzenia wodziły to na niego to na poselstwo. Isolda także zaniemówiła, ręce nieznacznie jej drgały, była najwidoczniej wściekła lub co bardziej prawdopodobne wystraszona że właśnie traci możliwość objęcia tronu.
- Plais - rzekł Grainwad siląc się na uprzejmy ton - Siadaj w tej chwili i przestań robić z siebie idiotę.
- Racja, myślał by kto że kiedykolwiek strategia była twoim atutem.
Zawtórował Stamar, posłowie dalej milczeli, młody Vordemor natomiast wycedził coś po cichu przez zęby. Ymira uspokoiła go kilkoma słowami. Isolda w końcu przerwała milczenie, wstała i podeszła do Plaisa. Jej oczy pałały gniewem, teraz pewnie to ona wygłosi przemowę, obalając jego słowa. Nic bardziej mylnego, Plais momentalnie przestał sie uśmiechać gdy został parokrotnie spoliczkowany przez ta sukę. Świerzbiła go ręka by jej odpłacić, powstrzymał się jednak.
- Jak śmiesz w takiej chwili w tak prostacki sposób wyciągać to co było przedtem? To wina polityki Charlausa, winne są obie strony. Tak bardzo ci zależy na tym by nie doszło do sojuszu? Kim ty w ogóle jesteś? Co zrobiłeś dla królestwa? Myślisz że ja nic nie wiem o twoich "wyczynach"?? Albo usiądziesz albo każę cie wyprowadzić, a narada odbędzie sie bez twej osoby.!
- Przypominam o pani - najspokojniej jak mógł Plais mówił- Że jeszcze nie jesteś władczynią, i przypominam że to ja mam lordowski tytuł. Takim zachowaniem nie powiększasz swoich szans na tron.
- W sumie Plais ma trochę racji...nieco jednak źle dobrał słowa.
Odezwał się nagle Rafard, zignorował wzrok innych i wstał. Podszedł do mapy, po dłuższej chwili odwrócił sie do reszty.
- Ja też nie bardzo mogę pojąć w jaki sposób rhodokowie będą w stanie nam pomóc. Wyniszczyli wszak nam połowę królestwa. Swadia potrzebuje parę lat aby zacząć się podnosić. - Skierował wzrok na posłów - Potrzebujemy namacalnych dowodów waszego oddania, wybaczcie ale zbyt wiele lat ze sobą wojowaliśmy by zawierzać na słowo.
Plais ucieszył sie w myślach, czyli jego słowa przynosiły, powolny,ale jednak efekt. Miał już pierwszego sprzymierzeńca, po minach niektórych widać było wątpliwości. Grainwad wraz ze Stamarem przeszywali na wylot obu baronów przy mapie. Isolda już nic nie mówiła, nie była tak silna jakby sie mogło wydawać. Kilka argumentów i była w kropce. Głupia mała i zagubiona dziewczynka. Co ona sobie myślała? Że samą gadką obejmie tron? Że nikt nie zaneguje jej praw. Plais dziwił sie dlaczego staruszek Charlaus wiedząc o niej, nigdy nie kazał jej pojmać. Czyżby dobrowolnie zgadzał się ujść w cień? Czy jego ostatnia bitwa miała być dla niego zwieńczeniem władczej posady. Czy wiedział parę godzin wcześniej że zginie na terenach rhodoków? Tyle pytań...ale do licha, co go to interesowało. Nie żyje, proste, nieprawdaż? Problem tylko pozostał w postaci tej uzurpatorki Isoldy. Już sam nie wiedział kogo bardziej nienawidził, rhodoków, Haringotha, Grainwada, Isoldy...Cholera, po prawdzie wszystko go irytowało. Sprawę nieco skomplikowali zabójcy, i te stwory. Ciekawiło go co będą siepacze chcieli w zamian za pomoc. Nic małego, to pewne, nie za taką cenę. Gdyby chcieli pieniędzy, sami już dawno by sobie je wzięli. Na tej sali nie miał prawdziwych sprzymierzeńców. Banda głupców, jak niby miał cokolwiek dla siebie wywalczyć będąc całkowicie zdany na siebie?
- Dość tego!- Plais skierował wzrok na Raichsa który wraz z posłami wstali - Nie przybyliśmy my tu aby wytykano nam błędy, wina leży po naszej jak i po waszej stronie. Nasz król zdaje sobie z tego sprawę, mimo to pierwszy wyciąga rękę aby zawrzeć sojusz. Wracamy, nasze zadanie właściwie sie skończyło. Gdy Swadia poukłada swoje sprawy, i będzie gotowa, ufam iż uda nam sie dokończyć rozmowę.
Baronowie podnieśli ogólne larum, kilku powstało i namawiało Raichsa aby został, przepraszali. Kilku wykrzyczało obraźliwe słowa w stronę Plaisa, słychać było też jawne groźby pod jego adresem. Isolda usiadła na krześle obok mapy i schowała twarz w dłoniach. Spod palców pociekło parę łez. Rafard zwiesił głowę jakby czuł sie winny że częściowo podzielał zdanie Plaisa. Sekretarze nie widząc dalej dla siebie zajęcia pospiesznie opuszczali sale.
Grainwad szybko doskoczył do Plaisa i chwycił go za kołnierz, był wściekły, było to aż nad to widać.
- Ty pieprzony idioto! Właśnie zaprzepaściłeś możliwość pokoju dla królestwa, nie wiadomo czy zdołamy posadzić na tronie Lady Isolde. Haringoth miał racje, zawsze mi powtarzał że jesteś jak wąż, zdradziecki. Cokolwiek robisz, robisz to nie dla swadii ale dla siebie. Postaram się aby nowy władca pozbawił cie wszystkich przywilejów, tytułu, wszystkiego. Skończysz w rynsztoku, klnę się na mój honor.
Plais był już raz w podobnej sytuacji z dawnym wrogiem, w tedy denary załatwiły sprawę. Teraz raczej nie można było na to liczyć. Rafard położył dłoń na ramieniu agresywnego barona.
- Grainwad, opanuj się, on miał trochę racji. Ale nie musiał tego mówić takim tonem. Sojusz dalej nie jest stracony, tylko odwleczony w czasie.
Ten zwolnił chwyt, odetchnął głęboko parę razy by sie uspokoić. Spojrzał na łkającą Isoldę.
- Dokończymy rozmowę innym razem Rafard. A ty - rzekł,znowu, a jak, do Plaisa - Za dwie godziny widzę cie na arenie, stoczymy przyjacielski pojedynek. Takie mam prawo, a ty masz prawo je odrzucić, co jednak oznaczać będzie że ucierpi na tym twój skarbiec. Honoru dawno nie masz, więc o to sie nie martw.
Plais dalej zachowywał spokój, udawał że jest niewzruszony, że to on tu rozdaje karty.
Gdy posłowie, Isolda i baronowie udali się do swych kwater do sali wszedł Hektor. Speszył się w pierwszej chwili że sala tak szybko była pusta. Podszedł do siedzącego na wysokim fotelu barona.
- Mam informacje.
Baron westchnął i wypił chyba szósty kieliszek czystego spirytusu. Gestem dłoni kazał kontynuować.
- Za godzinę, na ulicy "Dworzan Dna", przy tablicy ogłoszeń mamy się spotkać z człowiekiem, wiesz od kogo on jest.
Plais uśmiechnął się, jakże alkohol całkowicie ukoił jego nerwy i obawy. Nie czuł strachu, miał nawet gdzieś czy zdoła sie pojawić na arenie.
- Oh mój Hektorze, za godzinę urocze spotkanko które pewnie zwali mi na głowę więcej durnych spraw. Za dwie godziny walka na arenie z Grainwadem...Myślisz że powinienem dalej pić?
Pomagier był zbity z tropu całkowicie, zapewne pierwszy raz widział Plaisa w takim stanie. Podrapał sie po głowie i nim sie odwrócił by wyjść ,powiedział.
- Każę przygotować nowe odzienie i gorącą kąpiel. Nie pij...panie...jeśli łaska.
Nie pij ,nic nie mów, nie rób tego....dlaczego ciągle słyszy tylko takie słowa? Nie wytrzymał, nalał sobie kolejny kieliszek i wychylił. Za szybko, zwymiotował szybciej niż płyn zdążył dotrzeć do gardła. Księgi i papirusy były całe w cuchnącej cieczy, baron uśmiechnął się do siebie i krzyknął.
- Służba! Stół mi ktoś zapaskudził. Żwawo bo wychłostać każe!!!
Tervil przemówił do zgromadzonych dość głośno by można go było usłyszeć nawet podczas takiej ulewy.
- Wspomniałem o trzech punktach i o czwartym który znajduje się pośrodku nich. Wyznaczę grupę ludzi która się tam uda aby zabezpieczyć główne wrota, cała reszta rozproszy się aby znaleźć wszystkie kamienie. Posłańcy będą kursować miedzy każdym odziałem informując o postępach. To by było na tyle, nie lubię sie rozdrabniać.
- Dlaczego wysyłasz małą grupę do czwartego punktu - rzekł Livmer.
- To proste, im mniejsza grupa tym trudniej zauważy ją przeciwnik. Pozostałe odziały które przybyły na tą ziemie wraz z nami otzrymały rozkaz jak najszybszego odnalezienia kamieni. Przejdźmy od razu do wybrania takiej grupy.
Tervil spojrzał na otaczających go ludzi. Mruczał coś pod nosem, po paru minutach gdy wielu zaczeło już głośno narzekać rycerz odezwał się.
- Potrzeba nam ludzi którzy znają te tereny, którzy posiadają pewne umiejętności. W skład tej grupy wejdą, ja, Kerteba, jako że potrzeba dobrych wojowników którzy znają wroga. Dalej wasz tutejszy uczony Livmer, Vord, Kerwin, oraz...Hreth. Mimo wielu spraw jakie nas dzielą będzie nam potrzebny. Za godzinę zbiórka przy bramie i wyruszamy.
Vord był zaskoczony że wybrano właśnie jego to tej wyprawy. Jakie on miał umiejętności? Sam dobrze wiedział że kiepski z niego szermierz, nie zna sie na tropieniu, po prawdzie na mało czym się zna.
Podszedł do niego Livmer wraz z Kerwinem który utykał na nogę.
- Powiem Hrethowi, ciężko będzie mu sie zgodzić na to - rzekł Livmer - Znowu przyjdzie nam wyruszyć na trakt...Czuję że to moja ostatnia wyprawa...
- Co ty gadasz - zripostował Kerwin - Przeżyjesz nas wszystkich, tacy ludzie jak ty nie umierają od byle błahostki. Chodź Vord, trzeba zebrać jakiś ekwipunek.
Młodzieniec nie podzielał optymizmu kusznika, miał złe przeczucia że wpakują się w kłopoty większe niż wszystkie dotychczas. I że na własne życzenie, właściwie życzenie Tervila, już nigdy nie spotka swej ukochanej. Ona gdzieś tam jest, niepomna że jego dawna miłość podejmuje sie samobójczej misji. Że przemoczony, poobijany bedzie sie włuczył w dziczy. Tylko po to aby prawdopodobnie odnalezć swoją śmierć. Westchnął, znowu próbował przywołać sobie twarz Seleny. Coraz trudniej mu to przychodziło, jej twarz z dnia na dzień rzopływała mu się jak we mgle. Czy za miesiąc, dwa , całkowicie ją zapomni. Zapomni o wszystkich przyjemnych chwilach, gdy żył jeszcze jako człowiek szczęśliwy, niepomny że wkrótce jego życie całkowicie zmieni swój bieg. Z sielanki w koszmar na jawie...
Ruszył za dwoma towarzyszami, czuł że zginie, bał się tego momentu gdy w końcu wyruszą, gdy miną bramę. Że któregoś dnia zginie przebity żelastwem lub rozszarpany przez bestie. Że wycierpi wiele nim umrze. Że będzie musiał oglądać śmierć jego kompanów. Elissa, zmarła na jego rękach, czy i z nimi będzie tak samo?Cóż, nikt tego nie wie, pozostało jedynie czekać na to co niebawem nastąpi...
-
Prezent pod choinkę! Fantastycznie, będzie co czytać. ;) Ten Plais...:P
-
Oj tam zaraz prezent, długo nic nie napisałem. Ale nie martw się, przed nowym rokiem na pewno wstawię ciąg dalszy. Sporo wolnego a co za tym idzie sporo czasu na to by coś napisać. A Plaisem sie nie martw bo dołączysz do jego czarnej listy;)
-
Ciąg dalszy rozdziału.7.
"Definicje powstają wyłącznie z rozpaczy"(Cioran)
W małym pomieszczeniu oświetlonym lichym światłem świecy panowała cisza. Sporadycznie z zewnątrz przewijały się odgłosy kroków, po chwili jednak i one zanikały. W końcu impas przerwał mężczyzna który jako jedyny stał, bawił się sztyletem, na twarzy malował się uśmiech. Pogarda dla pokonanych, w mroku błysnęło dwoje oczu niczym wilcze ślepia które zoczyły ofiarę. Stał wpatrując się na leżące pod nim dwie osoby, dał sie słyszeć cichy śmiech. I on szybko się jednak urwał, człowiek nachylił sie nad leżącymi. Sztylet niebezpiecznie zbliżył się do gardła jednego z nich, ostrze na moment przybrało oślepiający blask jakby pobierało energię ze światła świecy.
- I co palanty? Chyba mówiłem wam że nie macie szans ze mną, trzeba potrafić oceniać swoje i wroga siły. A wy się nieco przeliczyliście...
Habbe stęknął, próbował wstać, ale ten drań podciął mu oba ścięgna. Rany promieniowały niewyobrażalnym bólem. Każda cześć mięśni zdawała się zaraz rozlecieć. Spojrzał na Gartana, z tej pozycji widział tylko jego nogi i niewielką kałużę...wina czy krwi? Ich wróg mógł teraz w każdej chwili zarżnąć ich jak prosiaki. Wygrał mimo że to oni mieli przewagę. Po raz kolejny spróbował wstać, silny kopniak przybił go jednak spowrotem do podłogi.
- Czego chcesz - cicho wystękał, po prawdzie i to przyszło mu ciężko - Zabijesz teraz nas, sprowadzisz na siebie kłopoty.
Bezwłosy oprawca powstał z klęczek i podszedł do biurka. Habbe usłyszał pospiesznie otwierane szuflady, księgi i pergaminy poszybowały w przeciwległy kąt. Czegokolwiek szukał, w biurku tego nie znajdzie. To było by zbyt oczywiste.
- O proszę - uradowanym głosem powiedział łysy - Podwójna szuflada, takie numery robiłem na początku mojej...kariery. A ten kluczyk, czyż nie do ukrytej wnęki? Chyb tak, popatrzmy gdzie moi przyjaciele wykonali schowek.
Po dłuższej chwili, człowiek, zwany przez siebie samego Cesem zaśmiał się i słychać było wprawiony w ruch mechanizm. Skrytka była otwarta.
- Czego tam szukasz-wysapał Habbe - Nie ma tam nic co by cie mogło zainteresować.
Ces przykucnął przy nim i pomachał mu przed twarzą dwoma błyszczącymi amuletami.
- Tego szukam - następnie schował je do kieszeni i pokazał mu dokument z lokacjami innych kamieni - Oraz tego. Ułatwiliście mi robotę chłopcy, dlatego chyba was nie zabije. Będziecie pewnie mnie szukać i chcieć się zemścić. Ale uwierzcie, następnym razem nasze spotkanie będzie dla was tym ostatnim. Mój pan jest wam dozgonnie wdzięczny. Agenci...heh, jednak nie jestescie do końca bezużyteczni.
Po tych słowach Habbe otrzymał solidny kopniak w twarz i utonął w ciemności...
Baron oraz jego przyboczny, Hektor, przeciskali sie przez tłum ludzi. Padało znowu ale mieszkańcy zdążyli się do tego już przyzwyczaić. Po prawej kowal wykłócał się z dwoma najemnikami o cene miecza, powoływał się przy tym na to że zdobył wiele dyplomów i jego robota jest droga ale solidna. Dalej żebrak natarczywie zatrzymywał ludzi prosząc o denara lub kawałek chleba. Ludzie nie zwracali na niego uwagi, jakiś szlachcic poczęstował go kopniakiem. Dwójka rycerzy w paradnych zbrojach urządziła sobie wycieczkę po ulicach. Ludzie ustępowali im z drogi, potężne wałachy górowały na tle pospólstwa. Zgiełk miasta, nawoływania do zakupu, nierzadko zepsutego jedzenia, krzyki kurierów, nawoływania samozwańczych proroków.
Plais nigdy nie lubił przebywać w takim towarzystwie, a gdy musiał to robił to tylko na chwile. Minęli kolejną dzielnice mieszkalną, smród uryn uderzył niczym młot bojowy. Baron wyciągnął wyperfumowaną chustę i przyłożył do nosa. Gdyby tego nie zrobił mógłby znowu zwymiotować. Gestem dał do zrozumienia Hektorowi aby ten podał mu flaszkę wina. Wypił kilka łyków. Nie wytrzeźwiał jeszcze do reszty, czuł że jego ruchy są spowolnione jakby przedzierał sie przez bagna. Spojrzał z ukosa na Hektora, ten paradował w szlacheckim stroju. Zalotnie puszczał oczka do co piękniejszej kobiety. Plais wiedział że gdyby mu pozwolić to ten bęcwał pobiegłby do zamtuza. On nie miał takich problemów, gdy będzie chciał w jego komnacie znajdzie kilka dziwek z bogatszych domów rozpusty. Często tak robił, jak i większość znanych mu baronów. Musiał jednak odrzucić te myśli precz, miał robotę do wykonania.
Isolda zamknęła się pewnie w swojej komnacie i wylewa mnóstwo łez. Niczym zbity pies pozbawiony pana. Reszta idiotów zapijała się w komnatach, lub co bardziej prawdopodobne, knuła przeciw niemu. Z wyjątkiem Grainwada, on zapewne szykował się do walki. Plais dalej nie mógł zdecydować co z tym faktem zrobić. Oczywistym było, że gdyby chciał to pokonałby rywala. Ale na prawdę musi sie tym przechwalać? Czuł że jeszcze trochę i wymyśli i na to sposób.
Z jakże słusznych myśli wyrwał go głos Hektora.
- Jesteśmy prawie na miejscu, lepiej się skupmy.
- To ty się skupiaj a ja zajmę się podejmowaniem decyzji których twój rozum nie ogarnie.
Przyboczny wymruczał coś pod nosem ale nie powiedział nic więcej. Baron uwielbiał wprost pokazywać mu ze jest kimś lepszym. Skręcili w uliczkę, Hektor spojrzał jeszcze w tył czy nikt ich nie śledzi. Obok porzuconych beczek stał mężczyzna skrywający twarz w kapturze. Hektor nerwowo oblizał wargi i pierwszy podszedł do niego.
- Jesteśmy.
Obcy pokiwał głową na znak że rozumie i ściągnął kaptur z głowy. Mężczyzna w podeszłym wieku, mógłby być nawet dziadkiem. Siwe włosy krótko ścięte, twarz pokryta bliznami, nie wszystkie od broni. Niektóre wyglądały jakby były zrobione w czasie tortur. Jedno oko zezowało na prawo i lewo. Gdy uśmiechnął się , mogli ujrzeć że ma same złote i srebrne zęby. Swoisty i chodzący skarbiec, pomyślał Plais.
- Mój pan - rzekł ochrypłym głosem - zakłada że miasto znajduje się już pod twoim panowaniem tak?
- Chyba tak, wiekszośc baronów jednak nie ukrywa że nie są z tego faktu zadowoleni.
Nieznajomy pokiwał głową i spojrzał na dachy budynków. Przez parę minut nic nie mówił tylko mamrotał do siebie. Czyżby był szalony? Plais nie wykluczał tego, każdy zabójca musi być na swój sposób szurnięty skoro z dobrej woli wykonuje taką a nie inna prace.
- Twój drugi pomagier wyruszył już, to dobrze, ale wiedz że go obserwujemy. Masz jednak jeszcze kolejną robotę...
- Jaką? Człowieku, ja za niecałą godzinę mam walczyć na arenie z durniem który mnie wyzwał. Nie może to poczekać?
-Nie! - nieznajomy przybrał teraz złowrogi wyraz twarzy, chęć mordu biła od niego na mile - Potrzebujemy wsparcia twoich ludzi ,wyślesz odział w miejsce które zaznaczyłem na mapie.
Zabójca wręczył im mapę na której zaznaczono jedno miejsce. Swadianie patrzyli na mapę nie bardzo rozumiejąc po co niby mieliby tam sie udać. Z pomocą rozszyfrowania im tej zagadki pospieszył zabójca.
- To miejsce zwane "Krwawymi głazami", znajduje sie tam wejście do podziemi. A waszym zadaniem będzie zabezpieczyć to miejsce, każdy kto nie będzie od nas a zbliży się na małą odległość ma być zabity. Innymi słowy, macie zabić każdego kto tam spróbuje wejść. Do czasu aż nasi ludzie tam nie przybędą. Masz na to bardzo mało czasu, mój pan nie lubi czekać. Nie interesuje nas skąd weźmiesz ludzi. Ah, i jeszcze jedno, pośpiech jak wspomniałem jest wskazany. Spodziewamy się tam grupy ludzi którzy także chcą wejść do środka. Macie oszczędzić tylko ich przywódce. Wysoki blondyn w zbroi której nawet najlepsi swadiańscy rycerze nie paradują. Żegnam.
I to by było na tyle, zabójca szybko zniknął im z pola widzenia. A oni nadal stali jakby trawili słowa które przed momentem usłyszeli.
- I co teraz? Nie mamy ludzi by posłać ich w tamto miejsce. Garnizon miasta i bez tego jest w żałosnym stanie.
- Wiem, niech to szlag, coraz więcej wymagają od nas. Czuje że tron miasta będzie dla mnie przekleństwem. Ciekawi mnie tylko co znajduje się w tym miejscu że jest tak bardzo ważne dla nich. I kim do cholery jest ten blondas że chcą go żywego. Szybko, ruszajmy do pałacu, trzeba w mig opracować plan działania.
- A Grainwad i walka na arenie?
No tak, Plais zupełnie przez to wszystko zapomniał o tym. Ale tak jak przypuszczał, znalazł świetne rozwiązanie. Oczywiście zgodne z prawami swadian.
- Trzeba podjąć walkę bo Grainwad wyśmieje ciebie i twój dwór...
- Hektor...znajdź sobie jakąś fikuśną zbroje, i idź w moim imieniu na arenę.
- Co? Ja?? Nie można tak.
- Rywal walki na arenie ma prawo wysłać na grunt swojego czempiona, a wiec Hektorze - Plais poklepał przybocznego po ramieniu - Gratuluję, zostałeś moim czempionem.
Mina towarzysza była bezcenna, i poprawiła Plaisowi jakże do tej pory zły nastrój.
Trójka ludzi obserwowała z pagórka mały odział wyruszający z Uxhal. Jeden z nich oparł się ciężko o drzewo, smarknął na ziemie i wytarł nos w rękaw. Spod zabrudzonych płaszczy dało się zauważyć nordyckie kolczugi. Najroślejszy z nich mężczyzna z długą rudą brodą cały czas nie spuszczał z oczu małego oddziału. Trzeci wyciągnął z juk konia krótki łuk, przymocował do strzały białą chustę. Po chwili wystrzelił w stronę karawany.
- Alericu, nie sądzisz że dość szybko wracają? Udało im się?
- Nie wiem Turegor, ale niebawem zobaczymy czy Vordemor wykonał swoją role. I mam nadzieję że twój sobowtór dobrze odgrywa role na ziemiach nordów...
- Już tu jadą - rzekł trzeci, Naelda - Dobrze, bo czas nas nagli.
Lord Aleric nie mógł sie doczekać informacji od posłów. Przeszył go ból pleców, cholerna strzała. Ponad rok temu cudem uniknęli śmierci. W momencie gdy wśród zamieci trwała wymiana ognia. On i jego ludzie szykowali sie do walki. Gdy zobaczyli jeźdźców zmierzających w ich stronę niemal każdy wiedział że nie mogą tego wygrać. To byli dezerterzy z vaegirskiej armii, ze dwa tuziny lansjerów. Wtedy w ostatniej chwili w sukurs nordom niespodzianie przybył kolejny, liczniejszy odział zakutych w dziwne zbroje ludzi. Rozgromili vaegirów. Ich przywódca, wysoki blondyn wypytywał ich o kryptę. Debatowano czy ich zabić, ostatecznie chyba uwierzyli w ich kłamstwa i pozwolili odejść. Tego dnia stało się dla nich jasne że muszą opuścić te ziemie, udali się najpierw na przygranicze swadii. Tam starli sie z bandytami, stracili wielu ludzi ale udało im sie ujść z życiem. Przez następne miesiące lawirowali między wioskami omijając większe miasta i zamki. Słyszeli i nieraz widzieli skalę zagrożenia dziwnych stworów.
W końcu udało im się dotrzeć do Yalen, tam wynajęli małe mieszkanie gdzie mogli w spokoju obmyślić plan, co dalej. Pewnego dnia nieoczekiwanie Vordemor oznajmił że niejaki Hrabia Raichs chętnie wsparł by ich działania. Zastanawiające było tylko że wiedział o tym, później się okazało że Bellen, ten stary uczony po wypiciu większej dawki alkoholu na jego dworze, wszystko wyśpiewał. Potem ich plan mający na celu nie tylko otwarcie wrót ale i zebranie innych kamieni powiększył się znacznie o kolejne ambitne plany. Zdecydowali o tym, aby wykorzystać zamieszanie, i skierować wydarzenia według ich zamysłu. Do tej pory były wątpliwości czy to wypali, ale czy kiedyś było inaczej?
Sam fakt że wszyscy wierzyli w śmierć jego i całej grupy działał na ich korzyść. W tym czasie zebrali mnóstwo informacji, o wiele więcej niż przed rokiem. Teraz wiedzieli o co chodzi i co mają zrobić. Nie błądzili po omacku jak w tedy. Wysyłali wielokrotnie listy do Bellena aby ten na nowo do nich dołączył. Ten jednak albo odpisywał krótkim "nie" albo w ogóle nie pisał. Później dowiedzieli sie że zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Dziwny też był fakt że z jego domu nie zniknęła biżuteria ani denary, zaginął tylko niewielki notatnik. Ten na którym uczony spisywał swoje spostrzeżenia i fragmenty "przepowiedni".
Od wielu informatorów dowiedzieli sie także o przybyszach którzy odwiedzili carladie. Gdy powiązali fakty okazało się że jednych z nich już spotkali podczas feralnego ataku vaegirów. Jedni mówili że szukają krypt, nikt jednak nie miał pojęcia po co. Inni twierdzili ze to najeźdźcy z obcych ziem którzy wykorzystują zawieruchę wojenną do swoich celów. Inna wersja mówi o tym że to wręcz oni sami sprowadzili na carladie te kłopoty. Naliczono do tej pory dwa takie odziały, jeden na terenach jego dawnego królestwa nordów, a drugi u vaegirów. Nikt nie potrafił jednak z pełną odpowiedzialnością powiedzieć czego tu chcą. Turegor zaryzykował stwierdzenie że mogą wiedzieć o tych kryptach i przybyli tu w swoim znanym celu, albo żeby je zamknąć i nie dopuścić do otwarcia lub do ich otwarcia...A jeśli do otwarcia to czy zdawali sobie sprawę co tam się skrywa?
Oni sami nie mieli twardych dowodów na to co tam jest, mieli fragment informacji. I jeszcze do niedawna cieszyli się że wiedzą niemal wszystko. Do czasu gdy ci obcy przybysze nie szukali tego co oni. Pytanie czy mieli ten sam cel co oni czy z goła całkiem inny.
Aleric już dawno porzucił nadzieje na to że zdobędzie swój zamek, który ponoć obrócił się w ruinę. Ciekawiło go bardziej czy krypta została otwarta. Przeklął w myślach, gdyby znał prawdę dwa lata wcześniej...Już teraz zagadka dawno by się wyjaśniła. Jednego jednak wszyscy byli pewni, chcą otworzyć krypty. Bez względu na wszystko, może się okazać że to najlepsze rozwiązanie a im przyjdzie odebrać tytuł obrońców Carladii.
Posłowie i ich świta już była dość blisko by Alerci mógł usłyszeć barona Raichsa.
- Zawszeni swadianie! Prawie się udało gdyby nie jeden z ich lordów. Znam ja tego gagatka, to Plais. Pies, a właściwie szczur który knuje i dąży do tego aby jego cele były ponad inne. Opowiadałem wam chyba nieraz o nim prawda?
- Tak - odezwał się Naelda - Nim zajmiemy się już wkrótce, wystarczy poczekać aż opuści miasto, dopóki żyje, nasz plan nie wypali.
- A co z ich nowym królem? - zapytał Turegor.
- Wybiorą go wcześniej czy później, pewnie już byłaby koronacja, gdyby no właśnie, nie ten Plais!! Jak ja go kurwa nienawidzę, odkąd pamiętam grabił moje wsie, a ja jego wsie. On zgwałcił mi niedoszłą kobiete, ja mu wyrżnąłem pięć tuzinów chłopów. I tak do teraz, gdy przyjdzie ten czas, proszę abym to ja wykonał ostatni cios!
Aleric wiedział że rhodocki lord nienawidzi tego Plaisa. Ale po prawdzie mało go to obchodziło, cel był inny niż tylko zabicie barona. Dlatego czuł że musi przerwać mu dalsze żale.
- Dobrze już dobrze. Co teraz robimy, ten list od "króla". Uwierzyli w niego? I co z armią? Gotowa do ostatecznego ataku?
Raichs zsiadł z konia i usiadł na ziemi, spoglądał na odległe miasto Uxhal.
- Daj mi najpierw napawać się widokiem miasta które niebawem obrócimy w ruinę. Zaraz wszystko ci powiem.
Aleric przybrał wesoły wyraz twarzy, rozłożył szeroko ręce, głębokimi wdechami czerpał powietrze.
- Panowie! Od teraz tworzymy nową historie Carladii. Od teraz to my kładziemy podwaliny na nową ere!
-
świetne opowiadanie :D owszem zdarzają się błędy ortograficzne ale komu się nie zdarzają? Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg :)
-
Kiedy kolejna część?
-
Ktoś tu niedawno na Sb kazał mi kończyć bo ponoć nudne opowiadanie sie robi;)Więc tym bardziej nie rozumiem zniecierpliwienia.Piszę jednak dalej,w końcu pasowało by zakończyć opowiadanko.W sobotę lub niedzielę nowy rozdział;)
Ps.Na tawernie powstaje ciekawsza alternatywa o Carladii,zgodna z realiami gry,dla znudzonych czytaniem moich wypocin ,zachęcam do jego śledzenia.
-
Więc niech "ten ktoś" nie czyta. Z pewnością są osoby, które czekają na kolejne rozdziały, w tym ja ;]
Uważam, że to opowiadanie jest ciekawe, zatem jeśli masz jeszcze chęci, to kontynuuj :]
-
Ja tam czytałem zawsze, a najśmieszniejsze jest to, że osoba która miała "problemy" napisała nad Aldredem. A dziękuje Ci, że namawiasz kogoś do czytania moich świeżutkich wypocin. Obym tylko nie stracił zapału i chęci, bo ty przez długi czas to miałeś i chwała Ci za to. Poczekam na następną część, którą chętnie przeczytam.
Pozdrawiam
-
Na SB napisałem ja, ale dla żartów. Mówiłem przecież :)
-
* Niech to szlag...wcieło mi nie wiedzieć czemu cały niemal rozdział, został tylko początek...Ostatnio dziwne rzeczy sie dzieją z kompem, eh, no cóż, Pamiętam jak całość wyglądała to w tygodniu postaram się to nadrobić. Przepraszam za zwłokę i ten...fail .Na pocieszenie i w oczekiwaniu na "zagubionego rozdziału w akcji", wspomniany wcześniej początek. Właściwie prolog rozdziału 8.
*
Rozdział .8.Prolog
Rozdział 8
"Na ziemiach Carladi trwała dziwna wojna, niepodobna do żadnej innej. Ludzie mieli spotkać się z czymś co przerasta ich najśmielsze oczekiwania. Czy to naturalny cykl, czy być może próba?. Kraina zadrżała w posadach, od jej gór odbija się echem zawodzenie i zew...istoty która po setkach lat powraca na łono życia. Ale czy ona kiedykolwiek tak na prawdę umarła? Czy naprawdę ona istnieje? Splendor dawnej chwały cesarstwa pozostawił po sobie nagie ruiny rozsiane po całej krainie, złowróżebne katakumby, w cieniu których mrok urządził sobie swoje legowisko. Nagie forty które są omijane szerokim łukiem. Przy domowych ogniskach starzy ludzie straszą nimi swoje młode pociechy, ku przestrodze. Aby nie wścibiać nosa tam gdzie sie nie powinno. Każdy, czy to lord, rycerz czy chłop. Każdy bez wyjątku wie podświadomie że nie powinno się nawet wracać myślami do przeszłych lat. Mimo tego że wielu składa hołdy dziękczynne za ostatniego cesarza, za spuściznę jaką po sobie pozostawił. Wszyscy bez wyjątku wierzą że cesarstwo zniszczyli sami ludzie. Obecne królestwa były małymi karłami próbującymi udawać wielkiego pana.
Pogoda przybrała dla ludzkości niekorzystny wygląd, smaga wiatrami i deszczem. Jakby w jej zamyśle było zatopienie całej krainy. Natura zdaje się już dawno nie dbać o swe włości. Pozostawiając martwe połacie lasów, na wpół żywe zwierzęta. Niczym zawistny młodszy brat, odbiera po kolei ludziom to bez czego stają sie coraz słabsi. Tabuny zdziczałych ludzi, których umysł został zmącony, zniszczony i niezdatny do myślenia. Czy to naturalny bieg, czy trwała nieznana wcześniej choroba?. Plaga śmierci która przygarnia każdego, niespodzianie, i szczuje na końcu swymi dziećmi ludzi zdrowych. Ale czy ci zdrowi i hardzi, czy tak na prawdę i oni zachowali swe człowieczeństwo. Psy Nurvela zostały wypuszczone, dawni wielcy patriarchowie cesarstwa...po raz kolejny poczuli potrzebę ratunku tego co zawsze należało do ich pana. Powstania, od stajennego do wielkich mistrzów. Zniweczą każdą próbę podjęcia walki przez carladyjczyków. I nawet uciekinierzy sprzed setek lat nie pokonają ich, zostali i oni omamieni przez głupców. Bratobójcza walka sprzed setek lat, dziś znowu miała na nowo rozgorzeć, finał był bliski. Wiedział o tym każdy kto pamiętał stare wydarzenia, tylko nie każdy przeczuwał jaki miał być jego koniec.
Dzień przemijał niczym upadający z drzewa suchy liść, z czasem obracał sie w proch, który porwany podmuchem mógł nieść podwaliny pod nowe drzewa. Cesarscy synowie nazywają siebie wybawicielami, z dniem gdy tak się nazwali sprawili wiele cierpienia temu kto jest prawdziwym wybawcą. Dawne dni zdawały się dla ludzi czymś czego być może nie było. Co mogło być legendą, ignorując jawne oznaki nadchodzącego wydarzenia. Tajemny kult mędrców zgłębiał tą wiedzę od czasów upadku silnego królestwa. Z czasem na powrót chcieli przywrucić nowy ład, pilnując kamienie strażnicze. Wiedzieli co należy robić. Jednak ich plany poszły w rozsypkę wraz z nastaniem nowego ładu. Gdy pierwsze królestwa i plemiona zaczęły na nowo zasiedlać Carladię. Ich królowie bestialsko wymordowali niemal wszystkich którzy znali prawdę, przywłaszczyli sobie większość kamieni. Od tego momentu zaczął się początek końca, to był moment gdy dobrowolnie podpisali wyrok śmierci na siebie, swych ludzi. Teraz błagają tych którzy są kopią synów prawdziwego cesarza. Kłamstwo goni kłamstwo, i żadna ze stron nie może znać tej prawdy która przez wieki leżała pogrzebana pod ziemia. Znają ją tylko nieliczni, a ci z obawy przed skrytobójczym atakiem nie mogą nic zrobić, chociaż ich serca pragną pomóc. Ale czy powinni, po tym w jaki sposób królowie starali się zabić prawdę? Kajdany które spętały ongiś Nurvela zaczęły rdzewieć. On nie jest człowiekiem,ale i tez nie jest od niego w niczym lepszy...jego jestestwo jest nieznane nawet mędrcom. Śmierć była pewna, niepewnym jest tylko początek nowej ery ,czy ta w ogóle miała szanse powstać?..."
Autor Nieznany - Fragment na wpół spalonego pergaminu znaleziony przez łowców głów w byłej kryjówce bandytów nieopodal Tulgi.Na miejscu jak donoszą strażnicy znaleźli tuzin martwych ciał bandytów, oraz dziwny miecz wbity w ziemię. Twierdzą też że ostrze nieznacznie się żarzy ,jakby emanowało swoim światłem. Żaden kowal w Carladii nie byłby w stanie wykonać takiej broni...a więc do kogo ona należała?.
*ciąg dalszy rozdziału 8 tak jak wspomniałem,w tygodniu...
-
Bardzo fajne ale jest maly blad, mianowicie "istoty ktora
-
Całkiem niezłe, opis jak jakiegoś średniowiecznego Fallouta (rozpad cywilizacji i budowa nowej). W sumie, to z takim tematem to się jeszcze nie spotkałem. Naprawdę dobre.
Zdarzają się przypadki, że ktoś pisze książkę na podstawie gry (głównie tej bardziej znanej, typu Warcraft II albo Starcraft). Poszerzenie tego mega opowiadania i opublikowanie go nawet na zagranicznych forach...
-
Oj,moje umiejętności na książkę są dość...mizerne.Koniec opowiadania kiedyś nastąpi.I już teraz myślę o czym napisać kolejne opowiadanie;)
-
Można na podstawie tego opowiadania napisać książkę. Myślę że nawet fajna by była.
-
No fajne, fajne, choć pomysł o zagranicznych forach jest wzięty z kosmosu :) Musiałby to przetłumaczyć obcokrajowiec, inaczej wychodzi tekst napisany obcymi słowami, ale nigdy do końca w obcym języku.
Adamkur <- aleś czepialski :P Btw w tekście jest bardzo dużo błędów interpunkcyjnych, strasznie trudno to kontrolować samemu(no i niepotrzebnie zajmuje czas).
-
Co z odcinkiem?
-
kiedy pojawi się następna część? nie moge się doczekać :P
-
Rozdział.8.
Minął miesiąc od czasu opuszczenia ruin, jeśli wierzyć słowom Livmera. W tym czasie mała kompania Tervila pokonała kawał drogi .Po drodze nie napotkali jak dotąd żadnej przeszkody, nie licząc małego ...incydentu w jakiejś bezimiennej wsi. Chłopstwo pod wodzą starego najemnika przeganiała kilku żołnierzy swadi którzy najwidoczniej szukali schronienia od ulewy. Widzieli nawet z tak daleka jak jeden ze swadiańczyków uklęknął przed bandą wyjących parobków, by ostatecznie zostać przebitym widłami. Jego towarzysze uszli pokonując rwący nurt, słyszeli krzyki ,kilku penie porwała woda sprowadzając nań śmierć.
Główne trakty omijali z daleka aby nie przyciągać niepotrzebnej uwagi, oraz by nie wpaść w niepotrzebną walkę. Po czasie Tervil stwierdził że należy uzupełnić zapasy. Na jakieś dwadzieścia mil od ich celu natrafili na mały ufortyfikowany zajazd. Otaczał go drewniany ostrokół, pośrodku górowała karczma i inny mniejszy budynek, zapewne stajnia. Gdy pojechali do bramy u góry pojawił sie strażnik. Nikogo nie zdziwiło ze celował z kuszy w ich stronę, a właściwie w stone Vorda...
- Kto wy? I czego szukacie?
Człowiek silił sie na groźny ton, ale niedostatecznie ukrywał poddenerwowanie. Mógł mieć dopiero z dwadzieścia lat, coraz młodsi zostawali zmuszani do służby. Tervil rozłożył ręce aby dać tamtemu do zrozumienia że nie ma złych intencji.
- Jesteśmy podróżnymi, szukamy strawy i noclegu. Z rana opuścimy zajazd.
Młody strażnik na moment sie zamyślił, odwrócił się i wykrzyczał aby posłać po kapitana. Po dłuższej chwili obok niego pojawił sie starszy mężczyzna z kapitańskim medalem na piersi. Jego wzrok zlustrował każdego z nich. Uśmiechnął się i odparł.
- Nie mamy już wolnych miejsc, chyba że możecie zapłacić potrójną cenę za nocleg, w tedy...coś sie wymyśli. Żebraków nam tu nie potrzeba.
Vord szybko poszedł za przykładem innych, zaczął przetrząsać każdą kieszeń i sakwę. Po chwili westchnął z rozpaczy. Miał tylko trzy denary. Zapewne to było za mało nawet aby ktoś chciał z nim gadać. Tervil uśmiechnął sie do reszty i z juk wyciągnął małą skrzyneczkę. Uniósł ją wysoko aby żołnierze ujrzeli jego zawartość. W środku połyskiwał brylanty i rubiny, miniaturowy skarbiec można by rzec.
Twarze strażników od razu sie rozpromieniły ,nawet kapitan stał się zadziwiająco uprzejmy. No tak, przecież złoto rozwiązuje większość spraw.
- Wybaczcie moi panowie, po prostu muszę rutynowo sprawdzać kto chce wejść do środka. Przezorności nigdy za wiele - spojrzał na młodego i krzyknął do niego, równie dobrze mógł tylko spokojnie powiedzieć bo stał metr od niego - Otwierać bramę, posłania i strawę szykować do cholery!.
Młody gdyby umiał latać to zapewne by to zrobił by jak najszybciej wykonać polecenie. Za nimi rozległ sie trzask i głośne ostrzegawcze krzyki. Wszyscy obrócili sie dobywając broni. Olbrzymi dąb runął przy kakofonii skrzeczenia ptactwa. Runął łamiąc kilka mniejszych drzew. Z zarośli wynurzyło sie troje drwali, kapitan zmielił przekleństwo i po raz kolejny udowodnił że potrafi mieć donośny głos.
- Idioci! Nie widzicie że mamy podróżnych? Nie będzie przerwy, macie mi to przerobić na nowe deski! Bo jak mamusie kocham, dokopie wam tak do zadów że popamiętacie aż do grobu, wa jego mać!
Parobki uwijając się jak w ukropie zaczęli prace, tymczasem brama otwarła się. W środku stało kilku swadiańskich żołnierzy. Bacznie obserwowali każdego z nich. Vord mógłby przysiąc że szeptano o nich jakby byli im znani. Kapirtan poprowadził kompanie do stajni i wskazał miejsca gdzie ich wierzchowce mogą zostać. Oczywiście za drobną opłatą stajenny starannie się nimi zajmie.
- Tylko mi tu kłopotów nie sprawiajcie, moi chłopcy dawno już nie uczestniczyli w walce - powiedział kapitan po czym szybko dodał - Jestem kapitanem swadiańskiej kompani szermierzy z Ryibelt, Gaus Meier. Gdybyście mieli pytania ,szukajcie mnie w koszarach.
Wskazał przycupnięty przy murze mały budynek, niedawno mógł służyć za magazyn. No ale cóż, trwała wojna i każdą rzecz można było dobrze wykorzystać.
Gdy zostali w stajni sami Kerwin konspiracyjnie trącił łokciem Vorda, mówił przy tym tak że i reszta mogła doskonale usłyszeć.
- Coś mi sie tu nie podoba, nie wiem co ale mam takie przeczucie. Może lepiej kupić prowiant i gdzieś w lesie rozbijemy obóz?
- Dość już przemokliśmy przez ten czas, dobry sen byłby wskazany. Poza tym, gdy coś będzie nie tak pierwszy dam wam znać. Bez obaw.
-Tervil...-powiedział Hreth - A co cie tak do łoża ciągnie co? W tej kompani każdy może znieść dwakroć więcej niewygód bez narzekania. Skoro mój człowiek mówi że coś jest nie tak...to kurwa chyba tak jest co?
Kapitan zignorował krzykacza i wyszedł z przybocznym, reszta po chwili także ruszyła. Na zewnątrz było już niemal ciemno, za murami pojawiła się mgła, czyniąc otoczenie jeszcze bardziej ponure.
Gdy weszli do środka zajazdu uderzyło ich jak mało osób tu było. Nawet jednego kupca, po prawdzie był karczmarz, chłopiec który szorował podłogę i kilku swadiańskich żołnierzy. Ci momentalnie przerwali żywą dyskusję gdy zobaczyli obce twarze. Szybko jednak przestali się nimi interesować i wrócili do gry w kości i picia piwa.
Livmer wraz z Kertebą poszli zamawiać nocleg i strawę, reszta usiadła przy jednym stoliku. Z wyjątkiem Hretha, który bezceremonialnie porwał krzesło i usadowił sie nieco dalej od reszty. Zawadiacko spoglądał na Tervila jakby chciał go zabić samym głupim patrzeniem.
Vord nie mógł dalej go zrozumieć, skąd w nim nagle tyle agresji i złości. Dlaczego tak bardzo gardził tymi dwoma. Wykorzystując okazje która być może nigdy już mogła się nie nadarzyć zagaił cicho Kerwina.
- Nie wiem młody...Vordzie. Znaczy...no trudno, możesz coś wiedzieć. I tak nie mam pewności że i mnie wówczas nie okłamano. To stało się podczas założenia naszej bandy. Hreth wraz z Livmerem przedstawili nam swój plan, przygarnęli skazańców lub zwyczajnych banitów. Hreth mówił że nie pochodzi stąd, ale swej ojczyzny nie chciał nam zdradzić. Mówił tylko że to zakłamana i samolubna kraina. Wiem że Livmer wiedział o nim wszystko, i w tedy musiał złożyć jakąś wybujałą przysięgę że nikomu tego nie zdradzi. Ale ja zdołałem usłyszeć fragment .Wracałem z Elissą...
- Przepraszam Kerwin, te wspomnienia są dla ciebie bolesne...
- Bolesne to jest uderzenie młotem, nie ważne. Hreth powiedział że należy do jakiegoś kręgu...mędrców? Lub coś podobnego, i że jego zadaniem jest ochrona ciała oraz przywrócenie cesarstwa. Rozumiesz coś z tego?
Vord nie mógł szybko przyswoić sobie wiedzy którą właśnie nabył. Kim tak naprawdę był Hreth? Do czego zmierzał? Czy wszystko co do tej pory wydarzyło się w kompani było efektem zamierzonym przez niego. Teraz rozumiał też co miał na myśli Tervil gdy pierwszy raz spotkał Hretha, mówił że mąci tutejszym w głowach. Czy i on sam był manipulowany przez tego człowieka?
Spojrzał ukradkiem na Hretha, ten właśnie wlepiał wzrok w niego. Vord wzdrygnął się i udał że jego wzrok nagle interesują powieszone na ścianie trofea. On naprawdę mógł to robić? A co jeśli czytał w myślach i o wszystkim wiedział? Co chciał przez to osiągnąć? Tyle pytań i ani jednej odpowiedzi. Niezręczną ciszę przerwał Livmer i Kerteba. Ten drugi przyniósł na tacy jedzenie i wino dla siebie i swojego pana. Z kolei staruszek ledwie postawił na stole tace z prosiakiem i kuflami. Livmer wyłapał wzrokiem siedzącego na uboczu Hretha. On jednak szybko poderwał się z miejsca, wziął dzban piwa i kawał mięsa i ruszył po drewnianych schodach na górę.
Tervil obserwował całe to niemal teatralne przedstawienie i uśmiechnął się.
- Uparty jest i zawzięty...to dobrze.
Cisza jaka panowała przy stole sprawiała że Vord mimo głodu nie mógł zrobić kęsa. I zaczynał nawet żałować że nie zrobił tak jak Hreth. Szybko porwał za kufel i szybko go opróżnił. Od długiego czasu nie maił okazji dobrze zjeść i wypić. Będzie lepiej jak w końcu jednak coś zje...
Baron Plais smarknął po raz kolejny w chustę, od paru dni trawiła go choroba. Modlił sie aby to nie było nic groźnego. Siedział w przytulnym polowym namiocie ogrzewając ręce nad koksownikiem. Na zewnątrz dalej padało, wiatr smagał płachtą jak oszalały. Do środka wpadł Hektor wraz z Robem. Obaj przemoknięci i trzęsący się z zimna zaczęli sie ogrzewać. Dopiero gdy Plais wymownie chrząknął Hektor zaczął mówić.
- Jutro dotrzemy do tego miejsca, mam informacje o naszych wrogach. Cała grupa zatrzymała się kawałek drogi stąd w zajeździe. Posłaniec zajechał konia byle nam to jak najszybciej przekazać. Powiedział także że ich kapitan Gaus Meier dołoży wszelkich starań aby ich tam jak najdłużej przetrzymać. Mamy szanse Plais.
- Barobie Plais! - szybko go poprawił baron - Posłać tam kilkunastu ludzi. Niech tam idą najlepsi strzelcy, wybić ich do nogi, przy życiu zostawić tego blondaska.
Hektor stęknął znowu z bólu, jak prawie cały czas. Po walce z baronem na arenie był cały poobijany, cud że w ogóle udało mu sie przeżyć cios morgenszterna w pierś...
Narzuciwszy płaszcz na siebie, Plais wyszedł z dwoma podwładnymi na zewnątrz. Dwudziestka żołnierzy juz odjeżdżała w stronę zajazdu, każdy z nich złożył przysięgę wierności dla tej sprawy. Plais był niemal pewny że uda im sie wykonać dobrze zadanie. W zajeździe mieli jeszcze sporo ludzi, tamta mała banda nie mogła z tego ujść cało. Gestem kazał Robowi podać sobie zwój z listą ludzi. Ogarnął szybko wzrokiem imiona i nazwiska, pozycje i preferencje. Musiał przyznać że te parę tysięcy denarów zrobiło użytek. Miał jakieś dwie setki ludzi. Większość zwerbowano z okolicznych mniejszych fortów, miasto zostawił z niechęcią gildyjnym idiotom. Był przekonany że z chwilą gdy opuścił mury miasta ,tamci zaczęli spiskować przeciw niemu. Inni baronowie już dawno mobilizowali swoje siły do kampanii. Pytanie co było teraz celem Swadii, bez władcy i dawnej pozycji mogli jedynie sie bronić.
Grzmot rozległ sie nagle sprawiając że konie zbrojnych zaczęły dziko wierzgać niemal nie wyrywając się z uwięzi. Czekał teraz na kolejne wytyczne od zabójców. Coraz bardziej wszystko wymykało mu się spod kontroli. Czuł się manipulowany, miał też przeczucie że wkrótce będzie tylko marionetką. Pytanie dlaczego tak bardzo zależy zwykłym zabójcom na tym miejscu. Co ich to obchodziło co tam jest. Nie zależało im tylko na swoich kontraktach? Dałby sobie rękę uciąć że oni są kimś innym niż zwykłymi mordercami. Działają przemyślanie, mają asa na każdy pat. Jak niegdyś i Plais, teraz to on wpadł w intrygę której nie mógł rozgryźć. Ale czy na pewno? Miał teraz sporo ludzi przy sobie, a co jeśli by tak przy zajęciu tamtego miejsca ich...Nie, to nie mogło aż tak łatwo pójść, skubańce pewnie i na to byli przygotowani. Dobrowolnie nie dali by mu takiej władzy i siły. Plaisie, ty musisz po porostu pozwolić im ze sobą współpracować. Zrobisz ostatnie zadanie i na tym zakończy się to partnerstwo.
Kichnął po raz kolejny, głowa wyła niemal od bólu, uporczywego i pulsującego. Zaraził się jakąś chorobą, niech to szlag. Bo akurat teraz to było najbardziej potrzebne. Szybko zagaił Roba.
- Gdzie ten medyk do cholery? Zaraz się wykończę, czekam w namiocie.
Plais widział jak Rob się ociąga, sprawiało mu nieukrywaną radość że jego pan cierpi katusze. Po tym wszystkim inaczej z nim porozmawia. Oboje błaznów skończy w rzece .Wyciągnął z kufra lustro, przyjrzał się sobie. Za lewym uchem dojrzał małą czarną plamkę. Co to do diaska było?? Przeraził się i odrzucił precz lusterko.
- Medyka!!!
Pomieszczenie było małe, w środku wilgoć i smród pleśni był niemal nie do zniesienia. Odgłosy jęczących z bólu oraz płacz zagłuszał tumult na zewnątrz. Dwójka agentów leżała na prowizorycznych pryczach z ulgą witając wchodzącego do środka medyka. Ten spojrzał na chorych ,zmielił jakieś przekleństwo i podszedł do nich. Habbe dobrze wiedział że ten facet miał w dupie to czy jego pacjenci umrą czy nie. Miał umowę z grabarzem więc śmierć była dla niego bardziej dochodowa niż postawienie kogoś na nogi. Jednak tym razem musiał sie postarać, starszyzna opłaciła całe leczenie jego i Gartana.
- Jak nogi?- Jeśli znachor chciał być uprzejmy to mówiąc szczerze,nie wychodziło mu to.
- Już nie boli, ale czy mogę już chodzić?
- Nie...znaczy teoretycznie tak ale nie wolno nadwyrężać zanadto ścięgien. I codziennie trzeba łykać "Alwe". Kuracja trwa miesiąc, macie szczęście że ktoś bogaty wam to zamówił. Wiecie ilu ludzi zginęło aby to sprowadzić z północnej części vaegirskich lasów?
Jakiś chory strażnik który jęczał całą wczorajszą noc znowu wpadł w amok. Skórzane pasy którymi go przywiązano do łoża skutecznie go jednak powstrzymały od pewnego ataku. Klął jak napruty marynarz w czasie portowej libacji. Znachor bezceremonialnie wyjął pałkę i uderzył delikwenta. Strażnik na nowo spał.
- Mam sporo pracy, jeśli chcecie to możecie już wyjść, na zewnątrz czekają na was strażnicy. Mam nadzieje że wy nie jacyś agenci sił wroga. Nie w smak mi ratować życia wrogowi...
Zapewne nie w smak mu ratować kogokolwiek dodał w myślach pospiesznie Habbe. Gartan wstał i zaczął się ubierać. Od ostatniego incydentu jego młodzieńczy zapał jakby zgasł. Być może miał poczucie winy że nie udało im sie powstrzymać intruza. Być może także teraz docierało do niego że zginął jeden z nich. Habbe nie miał zamiaru go pocieszać czy coś w tym stylu. Niech młody obezna się z tym fachem. Niech w końcu się dowie że staż jest ważniejszy niż teoria.
Po chwili oboje opuścili budynek medyka, Habbe musiał podpierać się laską, każdy krok był trudny i wolny. Uśmiechnął sie pod nosem, prawdopodobnie tym samym jego dni jako agenta są policzone. Jego rodzina straci jedynego żywiciela. Starci zaufanie żony, a tyle razy mu mówiła żeby uważał na to co robi, i jak robi. Cholera, w sumie zawsze musiała mieć racje.
Odział straży w barwach Halmar wyszedł im naprzeciw. Ich kapitan zdjął hełm i wykonał ukłon.
- Jesteście wzywani do zamku, mamy was eskortować.
Gartan popatrzył na starszego kolegę. Był dalej przybity, a wyraz twarzy nie wyrażał żadnych emocji. Oprócz, oczu...Habbe dostrzegł w nich strach, jeśli nie panikę. Co się z nim stało do diaska. Odkąd znaleźli się u znachora był innym człowiekiem. Lata spędzone na śledztwach nauczyły go że z oczu można odczytać znacznie więcej niż ze słów. Coś go trapiło, tylko co? Nie zadał mu pytania gdy strażnicy chwycili go pod ramiona i ruszyli pośpiesznie.
- Panowie - warknął Habbe - uważajcie nieco. Każdy zły ruch grozi tym że stracę władze w nogach!
Kapitan obejrzał sie i uśmiechnął.
- Taki weteran jak ty nie takie rzeczy znosił. Pobyt w łóżku nieco was rozleniwił widzę.
Byli już na placu Chana "Gromiącego skały"Surtunna, na placu było mało ludzi. Natomiast patrole straży i naprędce sformowanej milicji były w każdym miejscu. Halmar stawało się z dnia na dzień coraz bardziej niebezpieczne. Z lewej tłum ludzi szamotał się ze strażą. Ci drudzy wyrwali im z rąk kobietę, jej karnacja mówiła że nie pochodziła ze stepowych terenów. Niewiasta błagała o pomoc.
- Kapitanie, co tam się do cholery dzieje??
Kapitan spojrzał w lewo i zatrzymał cały odział. Po chwili wymruczał.
- Nie słyszeliście??
- Jakim sposobem? Ciągle leżałem u tego psychopaty!
- To suka nordyckiego lorda Alerica. Straż miała ją na oku od przeszło roku. Przybyła tu nagle, zaczęła uczęszczać do akademii...phi, po co to człowiekowi? Co córka lorda robiła by na obcych ziemiach swojego wroga? Dlaczego jest tu sama. Pomagał jej tutejszy kowal, i tu ciekawostka. Też obcokrajowiec. Tyle że on akurat przybył tu lata temu, za czasów gdy był pokój między każdym królestwem. Nazywa się bodaj...Reiner. Oboje zostaną przesłuchani.
To było podejrzane, po co nordycki lord ryzykował by życie własnej córki ? Co ona mogła się dowiedzieć skoro jak widać nikomu nie dała do zrozumienia że jest z lordowskiej krwi. Plebsu nie wpuszczono by do zamku. W grę wchodziło raczej coś innego. Może ucieczka z domu? Może ojciec co rusz podsyłał jej kandydatów na męża? Dość człowiek usłyszał o zwyczajach nordów. A ten Reiner, znał go trochę. Był nieszkodliwy, czytał raz jego rysopis. Wiedział o nim wszystko. Zwykły kowal, który pisał czasem do niejakiego Vorda. Do syna? Tego akurat nie wiedział.
Kobieta po raz kolejny zawołała o pomoc, w końcu widać całkowicie się poddała swemu losowi. Strażnicy bezceremonialnie związali jej ręce i ruszyli w stronę zamku. Habbe wyrwał się z rąk żołnierzy i zaczął iść w stronę tej farsy.
- Ej wy! Macie nakaz na pochwycenie cywila tego miasta??
Strażnicy stanęli niepewni, kilku na pewno wiedziało kim on jest. W tej samej chwili jednak ochroniarze pochwycili go spowrotem. Kapitan stanął przed nim i zwęził oczy.
- Nie zapominaj Habbe że nie to jest teraz waszym obowiązkiem, to zwykła łapanka jakich wiele przez ostatni czas. Wy macie ważniejsze rzeczy do roboty. Bez głupich manewrów!
Wiele się zmieniło ostatnimi czasy,z wykli żołnierze czuli coraz mniej respektu przed agentami chana. Jednak sprawa tej kobiety nie dawała mu spokoju. Na miejscu pogada ze starszyzną. Taką sprawę rozwiążą w mig. Tylko skąd ten pośpiech aby ich wezwać? Czyżby wpadli w jeszcze gorsze gówno niz ostatnio?
CDN...
-
Kurczę, byłem przekonany, że ten wątek padł, więc tu nie wchodziłem. Widzę ,że jednak ma się dobrze. :)
-
A ja myślałem, że to na wieczór Aldred wstawił nowy rozdział pff. No nic no, czekamy!
-
Ciąg dalszy rozdziału.8.
"Nawet gwiazdy płaczą razem z tym,kto płacze w nocy"(Talmud)
Kolejna katapulta posłała ogromny głaz w górę. Ten z niesamowitą szybkością uderzył w blanki posyłając wielu jej strażników na tamten świat. Za przykładem poszły kolejne, rozpoczęło się dosłownie zasypywanie miasta Uxhal.
Lord Aleric przywdział tego dnia nordycką bojową zbroje, niemal całkowicie zakrywając jego ciało grubym metalem. Obejrzał się za siebie. Z lasu miarowym krokiem wychodziły kolejne odziały rhodockiej armii. Szereg za szeregiem, bataliony weteranów śpiewając dziękczynne pieśni zmierzały z drabinami na ramionach w dół. W dole miasto w wielu miejscach zaczeło płonąć, połowa pocisków które były wysyłane na Uxhal były pokryte łatwopalną substancją, która była ciężka, wręcz niemożliwa do zagaszenia. Odezwały się rogi po prawej.
Kolejna armia odbijała właśnie w lewo całkowicie omijając miasto. Jej zadaniem było zabezpieczyć flanki i stopniowo spychać wroga w stronę ziem chanatu. W powietrzu było czuć teraz uniesienie i determinacje każdego aby ostatecznie podbić i zniszczyć swadie. Która teraz była słaba i praktycznie bezbronna. W dodatku ich pierwsze miasto było pozbawione wielu żołnierzy, Plais, swoim geniuszem....dobrowolnie osłabił garnizon. To prawie tak,jakby mówił "zapraszam, zajmijcie moje miasto".
Vordemor zdjął hełm i westchnął, młodzieniec pewnie pierwszy raz był uczestnikiem wojny. Gdyby Aleric mógł czytać w myślach zapewne wyczytałby masę pytań i wątpliwości jego przybocznego. Dotąd milczący lord vaegirski odezwał się.
- Moje odziały są gotowe uderzyć na swadie od gór...jak wiecie nie mam pokaźnej siły bo mój...król nie myśli o wojnie. Założył sojusz z nordami przeciw bestiom. Ale plwam na to, chce zemsty, chce widzieć tu Plaisa kajającego sie u moich stóp!
Rozległy się okrzyki radości, które niosły się coraz głębiej i dalej w szeregach rhodoków. Lord dostrzegł wielki wyłom w murach oraz zauważył że brama właśnie padła pod naporem tarana. Teraz wszystkie siły rzucono aby ostatecznie wybić każdego w środku. Gdy wcześniej Vordemor zapytał co z cywilami ,otrzymał jedną odpowiedz, którą Aleric dla pewności po raz kolejny rzekł na głos. Aby każdy żołnierz nie miał wątpliwości.
- Wybić wszystkich w środku, każdego, wasi dowódcy wiedzą czego macie szukać. Dopóki tego nie znajdziemy miasto ma nie spłonąć!
Obok przejechał odział najemnych kawalerzystów, na ich czele jechali Naelda oraz Turegor. Ich celem było pewne miejsce o którym dowiedzieli się stosunkowo niedawno.
Plan zakładał że swadia padnie w ciągu kilku dni, zostanie uderzona z każdej strony. Ingerencja vaegirów i innych królestw była obecnie mało realna. Zważywszy na to że zakładając pakt przeciw bestiom mają sporo do roboty. Taki układ rzeczy był wręcz wymarzony dla ich sprawy. Już nic nie mogło pokrzyżować im szyków, nic i nikt...
Vord nie mógł spać tej nocy, nie chodziło nawet o to śmierdzące łózko na którym leżał. Nawet nie o pijacką zabawę na dole. Gdy tylko przymykał powieki momentalnie męczyły go liczne obrazy, ogień, postacie bez wyraźnych kształtów. Selena która coraz bardziej oddalała sie od niego. Powoli nie mógł tego znieść, bał się coraz bardziej że popada w szaleństwo. Skończy jak wielu szaleńców gdzieś przycupnięty nieopodal traktu...
Energicznie sie podniósł i usiadł, schował twarz w dłoniach. Ciężko westchnął, nie takiego życia by sobie życzył. To co teraz się działo było po prostu straszne i niepojęte. Wpadł w jakiś wir zdarzeń który go stopniowo porywał, im dalej tym mniej wiedział co się działo wokół. Czyż na samym poczatku nie chodziło tylko o dotarcie do Halmar i odnalezienie Seleny? Następnie pierwszym problemem była przerwa w postaci odsłużenia najemniczej roboty. I tak dalej, więzienie, zabójcy, bitwy, bestie, walka...śmierć i ogień. Ten sam ogień który nie dawał mu już spać. Czy otrzymywał jakieś ostrzeżenia, zupełnie tak jak wielcy wieszczowie? Czy to tylko piętno poprzednich zdarzeń zaczynało mu zajmować umysł. Nie miał pojęcia, nawet nie mógł zgadywać. Nic nie wiedział. Sprawę skomplikowali do tego obcy rycerze i Tervil. Oni twierdzili że niosą pomoc, z kolei Hreth twierdził zgoła co innego. O ile wydawał się być obłąkanym o tyle jego znał dłużnej niż kapitana rycerzy. Czy to miało jednak sens, wierzyć któremukolwiek z nich?
Nagle poczuł gęsią skórę na rekach, odgłosy na dole nagle ucichły. Zrobiło sie cicho. Wstał i na palcach podszedł do okna, na zewnątrz nie widział zbyt wiele. Na murach stało kilku strażników oświetlani pochodniami. Nic jednak nie tłumaczyło dlaczego poczuł uczucie strachu. Wzięło się z znikąd, instynkt podpowiadał mu że jednak coś dzieje sie niedobrego. Usłyszał odgłosy na schodach, ciężki, ktoś wbiegał na górę. Usłyszał energiczne szarpniecie za klamkę. Drzwi jednak sie nie otwarły, zasuwa była na swoim miejscu. I tu punkt dla niego - pomyślał Vord - za przezorność.
Gdy ktoś próbował wyważyć drzwi Vord podniósł miecz i stanął po prawej obok drzwi, zabije z zaskoczenia pierwszego który tu wejdzie. Pewne było że ktokolwiek to jest nie ma dobrych zamiarów, i nie przychodzi na kufel piwa by porozmawiać. Niby czemu miało by tak być? Zawsze ktoś próbuje go zabić lub pobić...
W końcu lichy drewniany rygiel pękł i drzwi z hukiem się rozwarły. Zobaczył pierwszego napastnika, hełm swadiańskiego piechura, to nikt od jego kompanii. Człowiek wchodził z obnażonym mieczem, chciał go zabić. Vord wiedział teraz, albo zaatakuje zaskakując napastników albo wejdzie w walkę z góry skazaną na porażkę. Wykonał zamach od góry, miecz cicho i szybko opadł w dół oddzielając głowę swadiańczyka od reszty ciała. Wypadł na zewnątrz jak wściekły wilk który zagryzie każdego kto spróbuje go niepokoić. W korytarzu dostrzegł znacznie więcej żołnierzy niż na poczatku zakładał, widział jak do innych pokoi próbują się włamać. Kilka drzwi leżało już na podłodze, słychać było charakterystyczne odgłosy towarzyszące walce. Siekł przez pierś pierwszego swadiańczyka. Ten z krzykiem upadł na ziemię, w tedy też większość agresorów zwróciła wzrok na niego. Widział szydercze uśmiechy, Vord wiedział że każdy z nich widział w nim słabego przeciwnika. Szybko jednak starł uśmieszek grubemu mężczyźnie, sparował jego atak i sztychem w gardło położył go na ziemi. Kolejni dwaj uderzyli na niego, na zmianę jeden atakował a drugi parował. Ci byli dobrze wyszkoleni, pomyślał, szybko wykonał krok w tył. Wyczekał i sieknął jednego z nich odcinając prawą dłoń, kolejny otrzymał kopniak w krocze, gdy oboje zwijali się na ziemi Vord doskoczył do kolejnego. To był kapitan tutejszego garnizonu. Ich oczy na moment sie spotkały, kapitan prychnął i wykonał szybkie pchnięcie długim mieczem. Vord zaczął się wycofywać, po drodze zdzielił w twarz podnoszącego się żołnierza. Zamarkował cięcie i uderzył celując w lewe ramie. Kapitan przewidział to i wykonując unik momentalnie zasypał Vorda atakami.
W tedy z tyłu usłyszał krzyki. Przez korytarz niósł się okrzyk bojowy Hretha i Kerwina. Za moment w takim tempie niesienia śmierci dotrą i wspomogą Vorda w walce z tym kapitanem. Ten jakby przeczuwając nieuchronną klęskę przerwał walkę i rzucił się do ucieczki. Vord pobiegł za nim, potknął się o martwego żołnierza. Bezradnie przyglądał się jak uciekinier skacze przez okno w ciemność. Tchórz czy nie, wiadomym było że zechce zebrać ludzi i ponownie uderzyć...
- Vord! - krzyknął Hreth podając mu rękę - Nie mamy czasu, rycerzyny chyba skuliły ogony i uciekły, nie widziałem ich od jakiegoś czasu. Musimy stąd uciekać, to mi wygląda na zasadzkę.
- Ciężko tego nie zauważyć...
- Nie kpij młody, zbieramy się stad!
Livmer szybko związał żyjących żołnierzy i dobił konających. Kerwin wziął zdobyczną kuszę i poszedł przodem na dół. Zachowując wzmożoną ostrożność zeszli po schodach na dół. Nikogo nie było, kilka krzeseł leżało porozrzucanych w nieładzie.
- Gdzie Tervil i jego przyboczny do cholery? - wyszeptał Kerwin.
Hreth zamruczał coś pod nosem o ich zasranym honorze i zniewieściałym uśmieszku. Wyjrzeli przez okna na zewnątrz. Wszędzie leżały ciała, czyżby bestie zaatakowały w tym samym momencie fort? Jeśli tak to gdzie teraz były, powinni słyszeć teraz ryki i ujadanie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Hreth kopniakiem otwarł drzwi i wychodząc krzyknął.
- Jestem! Zabije każdego który wejdzie mi w drogę!
Nierozważne zachowanie, z drugiej strony ktokolwiek był wrogiem tracił pewność siebie. Butne nastawienie najemnika musiało wywrzeć na innych jakiekolwiek wrażenie, nieważne ze może i politowanie....
- Spokojnie Hret - odezwał się znajomy głos, Tervil wraz z Kertebą siedzieli na wieży strażniczej - Zabiliśmy resztę mając nadzieję że poradzicie sobie sami z tymi w środku. Test zdany wybornie, ale nie spoczywajmy na laurach. Lada moment przybędą tu kolejni, też swadianie, w walce z nimi możemy przegrać.
Przywódca najemników splunął.
- A skąd wiesz o jakimkolwiek kolejnym wrogu? To ty wojownik w końcu czy wizjoner??
Tervil zeskoczył w dół i podszedł do nich, wykonując ten sam sztuczny uśmiech rzekł.
- Nie uwierzysz ale...z tej wieży świetnie widać jeźdźców z pochodniami, szacuje że dotrą tu już niebawem. Oraz jest ich ze trzy tuziny.
Gdy Hreth miał coś odpowiedzieć, Kerwin już pokonywał bramę znikając w zaroślach.
- Lepiej idźmy za jego przykładem - odparł Livmer.
Gdy wbiegli w zarośla każdy słyszał marudzenie i złorzeczenia Hretha.
- Ta, lepiej uciekać w krzaki niż stanąć do walki....!
Prawdopodobnie i do tej pory nie docierało do niego że tę walkę na pewno by przegrali, umysł najemniczego kapitana bywa błyskotliwy i nieodgadnięty...nieprawdaż?
Habbe i Gartan stali przed radą. Sześciu starców zezowało to na nich to na papiery leżące przed nimi. Założyciel a zarazem przywódca agentów przerwał w końcu ciszę.
- Nie ukrywam że smutek oblał me serce na wieść o śmierci Jardela. człowiek ten był wielce zasłużonym agentem...Jednak nie mamy czasu na opłakiwanie. Rycerze za morza wszystko nam opisali. Podzielili się z nami ważnymi informacjami. Wy dwaj będziecie kontynuować zadanie. Tym razem nie będzie to obrona krypty pod miastem. Nasi ludzie już ja zabezpieczają...
Jeden ze starców otworzył opasłe tomisko i podsunął go pod nos przywódcy, Hasira.
- Dam wam odręcznie sporządzoną mapę....na niej wasz cel. Macie nie dopuścić do otwarcia pradawnej krypty. Waga tego zadania jest tak ogromna że przegrana oznacza śmierć...śmierć nas wszystkich.
Gartan zaczął w tym momencie kasłać i się krztusić, upadł na kolana. Habbe próbował go uspokoić, ciągle bez skutku. Zapanował zgiełk w środku. Starszyzna w nad podziw szybkim tempie jęła się odsuwać na bok. Strażnicy wołali o medyka. Habbe czuł że to coś poważnego, żyły jego towarzysza przybierały ciemny kolor, szyja nabrzmiała.
- Gartan! Jak mam ci pomóc???
Ten spojrzał na starszego kolegę oczami pełnymi strachu. Mimo śliny wyciekającej z jego ust oraz coraz bardziej dygocącym ciele , rzekł.
- Zabijcie mnie ...na...natychmiast....Nie dopuść...aby obcy zza morza...dobrali sie do czeluści ziemi...w tedy zginie wszystko...
Następnie nastąpiło kilka rzeczy na raz, Gartan wpadł w istny szał i rzucił się na jednego ze strażników, dwójka innych kopniakami próbowało go odciągnąć. Habbe stał i walczył z coraz bardziej kłębiącymi sie w jego głowie myślami. To zachowanie...przypominało aż nad to zachowanie lansjerów w podziemiach. Jego druh jakimś cudem został opętany szaleństwem mordowania. Wiedział, a raczej czuł że nie będzie można mu już pomóc. Wyłapał wzrok Hasira, i już wiedział co powinien zrobić. Drżącą dłonią wyciągnął miecz. "Przykro mi przyjacielu", w duchu pomyślał, potem nastąpiło szybkie ciecie, głowa Gartana oddzieliła się od reszty jego ciała. Bezpowrotnie unieruchamiając go na wieki.
Habbe pochylił się nad zwłokami, zaczął przeszukiwać kieszenie. Znalazł tylko w cholewie buta ten sam lśniący sztylet który uratował im życie nie tak dawno. Obrócił go kilka razy w dłoniach. Ostrze było idealnie ostre, bez żadnego draśnięcia. Subtelnie połyskiwało, pulsowało zupełnie jakby żyło swoim życiem. Musiał chyba tak stać długo wpatrując się w sztylet bo dopiero doszedł do jego uszu głos Hasira.
- Habbe do diaska! Wiesz jak to możliwe ze tego młodzieńca opętał szał?
- Nie mam pojęcia w ogóle jakim sposobem to sie przenosi. Nie przez dotyk to pewne, sam już dawno stałbym sie żywym trupem. Może ugryzienie czy inne zadrapanie? To też chyba odpada, zostałem wszak ranny...
- Więc w jaki sposób??
Habbe przypomniał sobie poprzednie wydarzenia. Układał je w myślach skrupulatnie każde porządkując. Zachowanie Gartana zaczeło sie zmieniać od początku gdy weszli do krypty. Później stopniowo coraz bardziej zaczynał błądzić myślami. Miewał napady strachu, niewytłumaczalnego. Jego oczy były zwierciadłem które opowiadało niemą walkę, z kim? Z czym? Wzdrygnął się momentalnie, czy to oznaczało ze każdy z nich może w każdej chwili zamienić się w potwora? Przejawiając ledwie zauważalne zmiany przed?
- Nie wiem, ale chciałem zapytać o cel misji jaki został powierzony Gartanowi. Oraz co ci...rycerze wam powiedzieli. Dlaczego zaraz przed śmiercią Gartan powiedział aby nie dopuszczać do krypty przybyszów zza morza?
Starcy popatrzyli po sobie, w tym samym czasie strażnicy wynosili zwłoki młodzieńca. Hasir odwrócił się i spojrzał na wielką mapę. Błądził palcem po mapie, odchrząknął i spojrzał na resztę rady z zapytaniem malującym się na twarzy. Ci jednoznacznie pokiwali głowami. Odprawiono straż zza drzwi, a Hasir spojrzał głęboko w jego oczy.
- Gartan miał za zadanie zabezpieczyć wszystkie krypty, miał też zająć i zamknąć główna kryptę w punkcie na mapie który ci nakreśliłem. Rycerze nie powiedzieli nam do końca w jakim celu mamy to zrobić. Powiedzieli tylko że ma to bezpośredni związek z tym co się dzieje w całej Carladii. Że ktoś o niewypowiedzianej mocy właśnie sie przebudza, a za jego cel obrał sobie obrócenie w perzynę całą krainę. Spytasz czy to król czy bóstwo...i oni nie wiedzą kim lub też czym to jest. Jest pradawne i żyło tu na długo przed tym jak pierwszy człowiek postawił stopę na ziemiach Carladii. To on bezpośrednio przyczynił się do zniszczenia Wielkiego Cesarstwa. Wypędził większość ludzi, wielu zamordował. Nim zdołał jednak wszystko zniszczyć ,tamtejsi wielcy wojownicy zdołali go uwięzić gdyż nie możliwe było go zabić. W rożnych zakątkach krainy rozmieszczono krypty ,w każdej użyto kamieni które w jakiś sposób łączyły się z innymi w całej krainie. Niejako pieczętując główną kryptę w której zamknięty jest ten...wytwór. Teraz gdy większość jest otwarta lub osłabiona istnieje spore ryzyko ze ktoś niepowołany zdoła usunąć zabezpieczenia - i tak już słabe - w głównej krypcie...i pozwoli wyjść na wolność temu który pragnie zemsty. Tak przynajmniej opisali nam to przybysze, zaklinając się przy tym że mówią prawdę, wysłano ich tu tylko dlatego aby wspomóc swoich dalekich krewnych.
- To brzmi jak opowieść którą straszy się swoje dzieci przed snem...a pogoda? Stwory? Wszystko to co teraz przeraża każdego żyjącego?
- To zasługa "śpiącego", jakimś cudem przybrał na sile od chwili usunięcia pierwszego kamienia. I w jakiś sposób wskrzesza lub opętuje ludzi. Tworzy bestie...które nie powinny mieć racji bytu w naszym, znanym nam świecie. A może nasz świat nie należy do nas, i nie jest takim jakim do tej pory go postrzegaliśmy? Nurtuje mnie pytanie do czego służą same kamienie jeśli nie tylko do ochrony wrót....Dlaczego wielu ludzi ich szuka, kilku nawet je posiada. Dlaczego tak bardzo im na nich zależy. Ponoć sam król Swadii, stary Charlaus niósł go na piersi zaraz przed wyruszeniem na ziemie Rhodoków.
Habbe usiadł ciężko na krześle, drewno wściekle zaskrzypiało. Pozwolił sobie nalać całą szklanice wina i przechylił ją od razu. Potem kolejny i jeszcze jeden...Kiedy wreszcie stwierdził że alkohol subtelnie zaczyna działać odstawił na bok flaszkę .Zatopił twarz w dłoniach. Myślał, zbierał właściwie każdą usłyszaną historie, próbując ułożyć ją w logiczną całość. Jednak tego nie dało sie logicznie wytłumaczyć. Było to niepojęte i wręcz nierealne.
- Zastanawiam się...czy rozsądnie jest ufać tym przybyszom. Skoro oni zjawili się tu w tym samym momencie gdy wszystko zaczeło się dziać...Równie dobrze mogą kłamać chcąc nam zagrozić lub tez przywłaszczyć sobie Carladie. Może przybyli tu bo stwierdzili że muszą odebrać to co kiedyś należało do nich.
Starcy wlepiali teraz w niego wzrok, jak wilki okrążające ofiarę. Gotowe na sygnał rzucić się nań i rozszarpać go na kawałki. Nic takiego nie nastąpił. Zaskakująco spokojnym i opanowanym głosem przemówił starzec po lewej, Jysta.
- Podobną tezę zasugerowałem Hasirowi gdy rycerze opuścili to miejsce. Byli pewni siebie, zaczynałem momentami odnosić wrażenie że coś celowo zatajają przed nami, że nie mówią całej prawdy. Lata jakie spędziłem na byciu agentem sprawiają że łatwo odgaduje gdy ktoś kłamie lub zataja kilka faktów. Może to tez z drugiej strony zwykłe przewrażliwienie przez te wszystkie lata...
-Jyst - odrzekł Hasir- Ja też nie będę ślepo wykonywał ich poleceń, zdaję sobie sprawę że ci ludzie są bardziej rozwinięci od nas pod każdym względem. Każdy z was tutaj widział ich rynsztunek, ich dziwne przyżądy których przeznaczenia możemy tylko odgadywać. Wysłąłem stosowny list do samego Wielkiego Chana. W ślad za naszymi agentami ruszy spory odział wojskowy. Może nawet sie skuszę i ruszę wraz z nimi...czuję że cokolwiek się stanie, nie będzie to zwłykłe zabespieczanie krypty...
I tak samo pomyślał teraz Habbe, wstał i podszedł do drzwi.
- Wyruszam natychmiast, niech reszta ludzi czeka na mnie przy bramie.
Nie wyszedł jednak w stronę wyjścia, skierował swoje kroki w lewo. Gdy doszedł do schodów prowadzących na dół usłyszał krzyk kobiety. Kat zapewne zaczął..."zbieranie informacji". Musiał się śpieszyć i w porę zaprzestać tego szaleństwa. Osobiście wypyta nordkę o kilka rzeczy. Potem zadba aby ją wypuszczono. Niespodzianie poślizgnął się i runął na dół. Obił sobie czoło, lewe ramie zawyło od bólu. Przez moment zakręciło mu się w głowie grożąc że za moment straci przytomność. Usiadł na moment, dopiero kolejny, głośniejszy krzyk przerwał rozczulanie się nad sobą.
Niech to szlag, pomyślał, tyle miał do załatwienia że musiałby się rozdwoić aby na czas załatwić wszystko. Musiał także odesłać swoja rodzinę do głównej cytadeli by tam na jego nieobecnośc byli bezpieczni...
Dopadł do grubych drzwi i kopniakiem otworzył je. Za mocno, słaba noga przypomniała że jeszcze nie jest gotowa na takie akty heroizmu. Zagryzł wargi i wyłapał wzrokiem zaszokowanego kata. Ten stał nie z narzedziami tortur...był niemal całkowicie rozebrany i lezał na związanej nordce. Ta związana i naga próbowała go z siebie zrzucić, jednak bezskutecznie.
Nim oprawca zdołał zejść samodzielnie otrzymał szybki cios w szczękę. Upadł i próbował wstać.
- Ty kutasie! - wycedził przez zęby Habbe - Może tak się zabawimy?
Zdzielił męzczyzne kilkakrotnie w twarz, gdy uznał że jego twarz przypomina rozbitego pomidora zaprzestał. Szybko podszedł do kobiety i rozciął więzy .Ta błyskawicznie chwyciła za wielki pogrzebacz leżący na ziemi i zawadiacko zaczeła nim wymachiwać w jego stronę. Habbe rozłożył szeroko ręce i najsopkojniej jak mógł powiedział.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię...jestem agentem tego miasta, przybywam by cie wypuścić na wolnośc...
Ta szybko okryła sie podartą suknią ale nie przestała celowac żelastwem w jego stronę. Po chwili opuściła broń i z ulgą odrzekła.
- To ty próbowałeś nie dopuścić do aresztowania mnie, teraz dopiero cie poznałam. Dziwne metody przesłuchań u was panują...
Habbe spojrzał na kwilącego kata i rzekł.
- Na kilku normalnych zawsze znajdzie sie bestia, nie mniej inna od tych które atakują całe wsie. Mam do ciebie parę pytań...ale nie tutaj. Udamy sie do innego miejsca, gdzie nikt nas nie podsłucha.
- Jak wyjdziemy obok straży? I czy mogę ci zaufać mimo twoich zapewnień?.
- Kobieto ja mam dzieci i żonę...
Kobieta na ostatnie zdanie spochmurniała, jedna, samotna łaza spłyneła po jej policzku.
- Wyjdziemy tajnym wyjściem, z przezorności muszę zakryć twoje oczy, sama rozumiesz, już nie było by to tajne przejście, nieprawdaż?
Usłusznie się zgodziła i wyszła trzymana za ręke wraz z nim. Czas naglił, i kazda godzina była dobrowolnym poddaniem się czemuś z krypty..
-
No to trochę przyszło wam czekać na kolejny rozdział który swoją drogą nie jest tak długi jak mi sie wstępnie wydawało. Tawerna chyba celowo "odchudza" mój tekst aby mi pokazać że nadal za mało napisałem;)
Myślę że każdy wyczuwa atmosferę napięcia w opowiadaniu (lub nie, zależy kto czyta to ze zrozumieniem) .Nie trudno zgadnąć że zbliżamy sie do wielkiego finału...No ale właśnie czy aby zdajemy sobie sprawę jak to sie zakończy? Czy w ogolę sie zakończy by definitywnie napisać. Koniec opowiadania? Heh, koniec tych przemyśleń;)Wracam do pisania.
Edit: Niedawno natrafiłem na konkurencje opowiadania o Carladii( na Tawernie), niebawem wezmę sie za lekturę i zobaczę jaka to inną wizje ma autor na losy tej tajemniczej krainy;)
-
Moim zdaniem powinieneś dalej pisać. Nawet jeśli to opowiadanie niedługo skończy swój proces powstania, to pisz następne. Twoją prozę dobrze się czyta, ogólnie dobre obrazowe porównania i zwięzły język. Podziwiam odwagi węstawienia na publicz osąd swojej pracy.
-
Przede wszystkim, taki "średniowieczny świat postapokaliptyczny" jest ciekawym i nieszablonowym rodzajem fantastyki.
-
Rozdział .9.
Zataczał się wokół ciągle walących się budynków i panikujących ludzi na ulicach miasta Uxhal. Czarny i śmierdzący dym drażnił oczy i nos, co chwila musiał przecierać oczy by łzy całkowicie nie zasłaniały widoku. Niemal nie wpadł na Beriena który biegł w stronę bramy .
- Czemu do cholery opuszczasz pozycje?? Kalian! Mamy rozkaz trzymać się ciągle przy bramie, siódma kompania włóczników nie wymięka na widok rhodoków!!!
- Pieprzę już to Berien! Tam już naszych nie ma, wyrżnęli co do jednego! Musimy uciekać do cytadeli!
Rozmowę przerwała im kobieta która potykając się ciągle wrzeszczała i niemal nie zwaliła obu z nóg gdy brutalnie przebiegła obok. Rozległ sie kolejny huk, kawałek ściany karczmy najpierw się skruszył a następnie rozsypał się całkowicie. Jakiś mężczyzna wyleciał jak z procy rozbijając się na miazgę o bruk poniżej. Wśród czarnego i gęstego dymu obaj zobaczyli szybko wyłaniających się rhodockich żołnierzy. Ci nie szczędzili nikogo, czy to dziecko czy kobieta, każdy ginął zarąbany na kawałki. Ten widok wystarczył młodemu Kalianowi, zignorował zawołania towarzysza i wyrzucając z dłoni włócznie zaczął biec w stronę głównej warowni. Po chwili i stary towarzysz zrobił to samo...za późno jednak. Któryś z wrogów posłał go na grunt. Kątem oka młodzieniec zauważył włócznie wystającą z jego pleców, nie był pewien, ale była niemal identyczna do tej którą przed chwilą wyrzucił.
Jeszcze kawałek pomyślał, to jeszcze tylko kila przecznic. Dasz radę, tamci posuwają się wolniej By mieć czas na zabijanie każdego. W tedy przed nim za rogu wyłonił się oficer Pirster wraz z mocno przetrzebionym odziałem. Kaliana oblał zimny pot, jeśli teraz oficer zauważy jak pierzcha...Szybko wpadł do jakiegoś domostwa i zamknął drzwi. Modlił się by tamci go nie zauważyli, szybko wbiegł na górę, zaczął panikować, czuł to. Ale ten strach dodawał mu sił. Szukał teraz jakiegoś wyjścia, nie mógł sie tu przecież ukrywać, wróg na pewno sprawdzi skrupulatnie każdy budynek.A w tedy znajdą i jego. Z ciekawości jak i ze strachu gdzie jest wróg dyskretnie zerknął zza okno. Oficer i jego odział zablokowali całą ulicę. Wyciągając las włóczni w stronę wroga. Pirster poprawiając hełm wykrzyczał te same dyrdymały do podkomendnych jakimi i jego raczono jeszcze wczoraj w koszarach. O tym że honor i godność, że dumą jest umierać za kraj...
Z naprzeciwka spokojnie i miarowo szli rhodocy, glewie, tasaki...każda broń już była cała we krwi. Gdy zauważyli ludzką barykadę ryknęli ze smiechu, poszły inwektywy ze strony ich jak i swadian. Po chwili wzajemnego ubliżania sobie i pokazu swych zdolności...Agresor rzucił się do natarcia. Pierwsza linia włóczni momentalnie zdała egzamin, tylko nieliczni rhodocy w porę zasłaniali się pawężami. Druga i trzecia linia szybko odpowiedziała, posyłając w objęcia śmierci tuzin kolejnych i kolejnych. Z tego co Kalian zdążył zrozumieć szybko pojął że to podstawowa technika swadii walk w wąskich gardłach. Pierwsza linia, w zasadzie jej marny cień szybko wskoczyła na tyły. Tam mieszczanie wręczali im kolejne włócznie. Kilku zza pleców swadian ciskało różnymi przedmiotami.
W tedy nie wiedzieć czemu szyk swadian momentalnie się złamał, na domiar tego natarcie rhodoków także stanęło w miejscu. Obie strony przerwały walkę. Młodzieniec długo wpatrując się nie mógł dojrzeć przyczyny takiego obrotu spraw. Gdy dopiero nieludzki ryk uświadomił go dlaczego. Martwi zaczęli powstawać!!.Nie tylko ci walczący tutaj pod oknem. Głęboko zza oddziałami rhodoków także ustał zgiełk walk. Owszem, słychać było krzyki, ale nie bojowe, były to krzyki zdziwienia i przerażenia. Impas przerwał pierwszy z powstałych ludzi, rzucił się na ciągle zdziwionego rhodoka, jedną ręką rozszarpał mu pierś. Następnie odwracając się ciosem dłoni zgniótł hełm swadiańczyka...łącznie z głową. Dotychczasowi wrogowie desperacko zaczęli bronić siebie samych. Wszędzie walający się polegli żołnierze, cywile...Obie strony były gorzej niż otoczone...były teraz zaszczute.
Kalian odwrócił sie na pięcie i błyskawicznie zaczął szukać drogi ucieczki. Sam na własne życzenie dał sie zamknąć w pułapce. Otworzył drzwi do pokoju. W środku nie było nikogo, przeróżne rzeczy walały się po podłodze. Mieszkańcy musieli w pośpiechu opuszczać dom, wrzawa na zewnątrz przybrała na sile. Istne pandemonium zapanowało w mieście. Nie był pewny ale chyba przed chwilą usłyszał kroki na dole. Stanął w bezruchu i nasłuchiwał. Ale przez te hałasy nie mógł się dobrze wsłuchać. Nie był sam w mieszkaniu, pytanie kto jeszcze zechciał tu wejść. Szybko chwycił za starą komodę i zabarykadował drzwi. Podszedł do okna które wyglądało na drugą stronę budynku, na dole widział tylko licznych mieszczan, panował wszędzie chaos. Już nikt nie koordynował działań. Każdy był skazany tylko na siebie. Pierwotne lęki brały górę nad racjonalnym myśleniem. Wybił szybę w oknie, na dół było parę metrów. Ryzykował że po prostu sie połamie gdy spadnie z takiej wysokości. Usłyszał głośne uderzenie w drzwi. Komoda minimalnie sie przesunęła. Gdy usłyszał dzikie jęki wiedział już że to ożywiony truposz...Chwycił za rynnę i zjechał po niej na dół. Ostre kawałki metalu oraz gwoździe poharatały mu obie dłonie, te zaczęły krwawić z licznych miejsc. Nie miał czasu na to, nawet nie czuł bólu. Strach był silniejszy. Skierował wzrok nad budynki. Nad dachami budynków górowały strzeliste wieże cytadeli. To tam musiał się teraz udać. To było obecnie najbezpieczniejsze miejsce w całym mieście. Wybiegł z alejki i ruszył boczną uliczką. Po drodze mijał ludzi, zignorował nawet samotne dziecko które stało ubrudzone swoimi fekaliami i płakało. Nie miał czasu i ochoty zgrywać bohatera. Gdy dobiegł na rozległy plac przed cytadelą....Ślina zaschła mu w gardle. Momentalnie stracił wszelką nadzieję na to że wejdzie do zamku. Cały plac był zapełniony ludźmi którzy jak zwierzęta parli do wrót, z tej odległości nie widział czy w ogolę kogokolwiek tam wpuszczają. Musiał łokciami i siłą przeć do przodu,l udzie stale napływali do placu. Kątem oka widział zadeptanych na śmierć ludzi, albo starych albo zbyt słabych by walczyć o swoje miejsce. Zajęło mu dłuższą chwilę nim był już w połowie drogi. Mimo lamentów, płaczu i wszechobecnego krzyku Kalian ze zgrozą dosłyszał inny dźwięk. Głęboko za nim rozległy się te same ryki jakie słyszał gdy ukrywał się w budynku. Po chwili zaczęły wtórować im inne, z każdej strony, z każdą chwilą więcej i więcej. Słyszał jak ludzie krzyczą..."zmarli!", "atakują nas potwory!", "wołajcie wojsko, niech przyślą nam kogoś na pomoc!".
Młodzian ruszył jeszcze brutalniej niż przedtem do przodu. Po drodze wybił zęby jakiemuś wyrostkowi, potrącił ciężarną kobietę. Zaklął w myślach, nigdy by nie przypuszczał że może być takim zwyrodnialcem. Nigdy by nie ważył się tknąć bezbronnego. Wszak jako strażnik miejski wielokrotnie ratował takich ludzi z opresji. Czyżby wiedza że jeśli nie zacznie się martwić o swoje życie całkowicie zabijała w nim człowieczeństwo? Pierwszy raz w swoim życiu wiedział że jeśli nie wygłuszy ludzkich odruchów zginie. Zginie albo od rhodockiego ostrza albo zagryziony przez trupy. Cały czas wmawiał sobie że to tylko zły sen. Że obudzi się nagle w koszarach i pójdzie zjeść syty posiłek. Następnie ruszy na miasto z patrolem. Poderwie kilka kobiet...Jakim był idiotą że dał się wciągnąć do siódmej kompanii. Mówili że to tylko zabezpieczenie wrót miasta, a w razie problemów zostaną wycofani na plac...ta...Z tym że nikt nie przypuszczał że ich wróg zbierze taką armie, zdolną na szybkie oblężenie. Które nie trwało nawet dnia, ci szaleńcy po prostu od razu rzucili sie do forsowania murów. Do tego jeszcze te ich przeklęte katapulty i trebusze. To one skutecznie przełamały zewnętrzny pierścień. To one sprawiły że za murami było nie mniej groźnie niż na zewnątrz.
Był już prawie na przodzie ,gwardia lordowska skrupulatnie wpuszczała ludność. W pierwszej kolejności jednak wpuszczano kobiety i dzieci, starców i chorych. Powoli ale jednak wpuszczano każdego, nad bramą kusznicy strzelali daleko zza nich. Odgłosy bestii były coraz głośniejsze i coraz bliżej, Kalian czuł że jeszcze moment i po prostu popuści w spodnie. W końcu znalazł się przy strażnikach, ci bezceremonialnie odepchnęli go.
- Żołnierzu! Co wy do licha wyprawiacie?? Na tyły i bronić cywili do momentu gdy nie będą bezpieczni!
Że co?? A co on niby teraz może, że niby wpadnie tam i ma ich ot tak zabić? A da się zabić coś co potrafiło powstać mimo że umarło? Oglądnął się zza siebie, sam widok zamieszania daleko w tyle skutecznie sprawiał że Kalian nie miał najmniejszej ochoty tam iść.
- Jestem ranny! Wpuście mnie, opatrzę rany i szybko ruszę do walki.
Strażnicy albo go nie usłyszeli albo po prostu całkowicie go zignorowali. Zmagali się teraz z masą ludzi którzy gdyby im pozwolić, stratowali by każdego z nich, byleby tylko znaleźć się za bramą. Zdesperowany i całkowicie pijany mężczyzna wyłonił sie nagle z tłumu i naparł na strażników z widłami, krzycząc przy tym, "Nikt nam nie zabroni być w bezpiecznym miejscu łajdaki!".
Jeden ze strażników za późno go zauważył i został przebity widłami, ostrza wbiły się głęboko w gardło. Gdy pijany mocował się z bronią by ją uwolnić ,inny strażnik bez wahania ciął go w pierś. W tedy zdesperowany tłum, oburzony i od dawna wystraszony naparł na straż. Tylko nie to ,pomyślał Kalian, teraz straż w obawie przed nimi zamknie bramie, i wszyscy zostaną pokarmem dla bestii. Po raz kolejny oglądnął się za siebie, zza pleców ludzi dojrzał jednego z truposzy który bestialsko zaatakował tę samą ciężarną kobietę którą on sam chamsko odtrącił. Trupów tylko przybywało jak i przybywało więcej nienawiści i strachu. Młodzieniec widział co najmniej czterech strażników leżących na ziemi, byli dosłownie żywcem deptani. Doskoczył na przód, w tedy otrzymał bolesny cios łokciem w szczękę. W głowie mu zawirowało, wywróciłby sie teraz gdyby nie oparł się o jakiegoś kupca. Był zgubiony, bramę właśnie zawarto a zrozpaczony tłum walił pięciami o grube wrota.
U góry pojawił się jakiś kapitan i siląc się na jak najgłośniejszy krzyk rzucił w stronę tłumu szybkie zdanie.
- Nie możemy nikogo więcej wpuścić, za duże ryzyko że jest wśród was ktoś zarażony. Szukajcie schronienia i czekajcie do czasu gdy wojsko nie zacznie odbijać miasta. Odwagi ludzie!!
Kalian nie słyszał w tym momencie nic, w głowie szumiało mu niemiłosiernie. Wszystko wydawało się toczyć w ślimaczym tempie. Zauważył jednego z ożywionych, jego ręka z zakrzywionymi i połamanymi pazurami...ślina ,krew i pot. Smród śmierci,i bezgraniczny strach...następnie ciemność i błogi spokój. Czy umarł??
Wstał, oczy zaszły mu mgłą, słyszał słowa w obcym języku. Doskonale rozróżniał żyjących ludzi. Czuł do nich nienawiść, pragnął teraz zanurzyć zęby w ich pulsujących żyłach. Chciał skosztować każdego z nich. Ten mały człowieczek na rękach innego...wyglądał na dobre pożywienie. Odruchowo spojrzał w duł...w kałuży odbijało się jego oblicze. Był inny niż pamiętał....w tedy żył bez celu, teraz pan dał mu nowe, lepsze życie, bez cierpienia. Każdemu darował szanse na zemstę. Cesarcy zdrajcy nadeszli....nowa armia, czas pokuty i skruchy....
Żałosny człowieczek natarł na niego mieczem, odciął mu lewą dłoń...Kalian uśmiechnął się ku przerażeniu napastnika. Uderzył na odlew w twarz nieszczęśnika. Zaskoczył się że pozornie słaby cios potrafił zmiażdżyć mózg człowieka. Wcześniej zaiste był słaby, i służył złym panom. Teraz dotarło do niego, i zrozumiał w jakim celu został obdarowany tak wspaniałą mocą...Jednak teraz nieco zakosztuje tej mocy....Następnie wraz z innymi wiernymi zejdzie w duł, w mrok taki sam jaki teraz zaległ całe jego nowe i silne ciało...
-
Cała powieść powoli zbliża się do końca... myślałeś o jakimś nagłym zwrocie akcji, np inwazja regularnej armii spoza Calradii?
-
Tak i nie, nagły zwrot akcji będzie, jednak stopniowo go buduję i trzymam w niepewności. Wielu pewnie zadaje sobie pytanie :Kim są tak naprawdę rycerze za morza...czy Hreth ma racje co do tego że nie są tak do końca szczerzy. Czy oni chcą obronić znaną Carladie pokonując "Tego Który Śpi" czy na odwrót. Kto wytłumaczył czy ten spod krypty nie przebudził sie aby właściwie...
Ech, zresztą co ja będę pisał, nie mogę odsłaniać wielu kart przed czasem. Tyle co podałem powinno w jakiś sposób podsycić ciekawość i samo w sobie zbudować taką aurę niepewności.
Na koniec, czy nie zauważyliście że najemnicy, Turegor z jeźdźcami, swadianie, i inni...wszyscy świadomie lub nie, zmierzają do "Krwawych Głazów"? Czy na pewno tam odnajdą odpowiedz czy tylko beznadziejną śmierć. Co sie dzieje z Krisem, zabójcą. Wyruszył aby znaleźć wszystkie kamienie, ale czy aby nie wprowadzał sprytnie w błąd Vorda i resztę?
Staram się aby w moim opowiadaniu nie było dobra i zła, przynajmniej jawnego podziału na to. Tylko odcień szarości...nawet cny rycerz może pohańbić kobietę we wsi, potem ratować tą samą wieś przed kilkoma zbirami...Carladia popadła w chaos....i postaram się aby do końca opowiadania czytelnik niczego nie był pewien. Pozdrawiam stałych jak i nowych czytelników;)
-
Kurczę... ja bym to całe przeczytał, ale w takim formacie na forum po prostu nie mogę, linijki mi się gubią i w ogóle...
-
Możesz to sobie zawsze skopiować i przeczytać w jakimś programie od tego. Polecam, jedna z... Trzech? Może czterech lektur które przeczytałem bardzo chętnie, które mnie wciągnęły na maksa.
-
Hmm może jak już będzie skończone, to się zrobi z tego ładnego pdfa...
-
Czemu akurat ładny PDF?
Jak dla mnie jest to dobra rozgrzewka na początek kariery pisarza
-
no bo pdf jest od takich publikacji. Chodzi o to, żeby się ładnie czytało.
Tak jak np. ta nowela wydana w związku z modem Brytenwalda: http://www.novaregula.com/brytenwalda/140/I_fought_in_Haethfelth-Alberto_Fuentevilla.pdf (ładne?)
-
Było by do fajne, sam czytam opowiadania od początku, i zdecydowanie mi się podobają. Jak coś, to mogę być korektorem (xD), bowciąż błędy się wkradają, chodź jest ich mniej niż na początku.
-
Aldred co do tych twoich przypuszczeń jakie pytania sobie zadajemy... To przynajmniej ja nie zadaje sobie takich pytań :P Bardziej mnie ciekawi jak się to skończy ogółem. Oraz skąd np. swadiańscy zbrojni i inni żołnierze w jakimś hotelu zamiast w Uxkhal bronić resztek swojej ojczyzny o_O
-
Ciąg dalszy rozdziału 9
"Nie potrafimy powiedzieć czym jest rzeczywistość, potrafimy jedynie powiedzieć, jaka nam się wydaje"(Bechelard)
Ciemność całkowicie skrywała złowróżbnie wyglądające drzewa. Niczym skamieniałe olbrzymy groteskowo spoglądały na grupkę ludzi poniżej. Gdzieś na zachodzie zawył wilk dodając tym samym nieco od siebie jeszcze więcej grozy. Światło księżyca bojaźliwie przedzierało się przez gałęzie, dając ułudę swojego blasku. Powietrze było przesiąknięte chłodem po niedawnych ulewach, oblepiało wszystko dookoła. Przez to powietrze raz po raz przebijały się odgłosy ludzi, ciche, bojaźliwe i niewyraźne.
- Daleko jeszcze? - zagaił po raz któryś już Kerwin.
Tervil mimo ciężkiej zapewnie zbroi przedzierał się przez las niczym łowca, Kerteba również mu nie ustępował. Prowadzili wszystkich w dość szybkim tempie. Vord miał jednak trudności z podłożem, już parę razy ratował się od upadku podtrzymując sie drzew. Nigdy nie lubił brodzić po lasach, a już na pewno nie w nocy. Szczerze gdyby ktoś go teraz zapytał gdzie są to nie usłyszałby odpowiedzi. Byli w lesie, gdzieś daleko od cywilizacji, zdani na łaskę i niełaskę przewodników. Kątem oka zobaczył Livmera który radził sobie jeszcze gorzej od niego. Nawet z tej odległości słychać było okrutnie ciężkie dyszenie. Podbiegł do niego i z współczuciem wyłapał jego wzrok. Ten uśmiechnął się jakby na siłę, zamruczał że po prostu dawno nie spacerował po lesie. Hreth był z tyłu, co chwilę przystawał i nasłuchiwał. Obawiał sie pewnie pościgu, pytanie czy chciał go uniknąć czy wręcz chciał doprowadzić do walki. Jego chęć walki z dnia na dzień była większa, znacząco sie różnił od momentu ich pierwszego spotkania. A może on taki był od zawsze ,tylko skrzętnie to ukrywał?
- Parę mil - przerwał ciszę Tervil - Wkrótce wybiegniemy na równiny i od tamtej pory musimy jeszcze bardziej być czujni.
- Miejsce do którego zmierzamy to Krwawe Głazy...- wtrącił Kerwin - Alem nigdy nie słyszał by coś oprócz kamieni tam było. Jestescie pewni że tam coś jest?
Jeśli rycerz znał odpowiedz to najwyraźniej nie miał zamiaru jej udzielać. Przyspieszył jeszcze bardziej, wszyscy musieli zdwoić wysiłek by nie stracić go z oczu. Powoli las zaczął się przerzedzać, ukazując tym samym jasną poświatę równin. Vord czuł się teraz całkiem nagi na takim terenie. Jeśli musieliby teraz się schować przed kimś to nie mieliby zbyt dużego pola manewru. Trawa sięgała im do kolan, tutejsza roślinność nie imponowała wysokością. Farmerzy słusznie narzekali na ziemie w tutejszych terenach. Była nieokiełznana od lat. No ale przecież dawniej, ludzie prowadzili tu bujnie gospodarkę. Jak tego dokonali?
Przerwał te myśli które tylko niepotrzebnie zawracały mu umysł, a ten miał być czysty i gotowy na wszystko. Kerwin poprawił kuszę na plecach i smarknął donośnie. Jakby chciał przerwać tę ciszę. Kerteba odwrócił się w biegu i utkwił w nim surowy wzrok. Kerwin tylko sie uśmiechnął do niego.
Młodzian zastanawiał się jak tak bardzo nie zgrana drożyna ma współdziałać. Napięcie na linii Tervil i Hreth było dobrze odczuwalne. Nie sposób było aby mieli wspólne zdanie. Przez tych dwóch i inni nie pałali do siebie szczególną przyjaźnią. Przyboczny kapitana rycerzy sprawiał na każdym kroku wrażenie , że jeśli by mu tylko pozwolić...pozabijał by najemników. Widać było że nie jest zadowolony z ich obecności, ale rozkaz swego pana skutecznie powstrzymywał go przed samowolą. Może gdyby nie buńczuczne nastawienie Hretha, byłby bardziej otwarty na bezkonfliktową współpracę. Trzeba było więc tylko się łudzić i mieć nadzieję że jeśli dojdzie co do czego, wszyscy jak jeden mąż wspólnie będą działać. Czyż nie przyjemnie i pokrzepiająco było tak właśnie myśleć?
Gdy dobiegli na niewielkie wzgórze Tervil zatrzymał wszystkich. Wpatrywał się w ledwo widoczny mały punkt przed nimi. Kerteba rozglądał się dookoła. Oboje niczym sokoły lustrowali otoczenie. Wietrzyli zapewne zasadzkę lub coś równie niepożądanego.
- Dziwne...- z nutą rozczarowania w głosie rzekł Tervil i kontynuował - Myślałem ze "śpiący" postara się nam uniemożliwić dotarcie do głazów. Jednak nie wyczuwam aby w pobliżu znajdowali się jego pachołki. Gdyby był widoczny wróg, mielibyśmy jakiś obraz tego jak działać. Teraz tym niepewnej i niebezpiecznie będzie zbliżać się do celu. Taka niewiadoma...jest dla nas bardzo niekorzystna.
Hreth ku zaskoczeniu Vorda nie skomentował słów kapitana w tak dobrze znany arogancki sposób. Także obserwował odległy punkt. Zupełnie zatracił się w myślach, milczał i miał poważny wyraz twarzy. Można było zauważyć jak jego prawa dłoń kurczowo ściska stylisko toporka, aż tak bardzo że palce miał niemal białe. Vord chciałby teraz wiedzieć jakie myśli przewalają się przez głowę starego. Co planował i najważniejsze jak się zachowa gdy dotrą na miejsce.
Livmer korzystając z chwili postoju opadł ciężko na ziemię, Kerwin w tym czasie sprawdzał kuszę. Tylko on nie wiedział co ze sobą zrobić. Każdy wydawał się odnajdować w swojej roli ,każdy wiedział co robić. A on? Jedyne co potrafił to zalewać siebie masą pytań. Rozmyślać o wszystkim i o niczym. Przeklął siebie za to, nie jest nawet teraz przygotowany do nadchodzących wydarzeń. Mimo tylu wydarzeń nie jest gotowy. Zupełnie jakby te na siłę tylko go porywały.
- Nie jesteśmy sami.
Tervil ze zdziwieniem odwrócił się do Hretha. Ten kontynuował widząc malujące się pytanie na twarzy rycerza. Nawet Kerteba był zupełnie zaskoczony słysząc starego.
- Skoro nie ma w pobliżu głazów poczwar...to w grę wchodzi inny wróg, myślę że Nurvel doskonale o tym wie, i z jakiegoś powodu nie próbuje nas zatrzymać. Pytanie jaki ma w tym interes i z kim przyjdzie nam się zmierzyć.
Odpowiedz przyszła równie szybko. Na prawo wśród morza traw pojawiły sie liczne sylwetki jeźdźców. Z tej odległości nie mogli stwierdzić kto to jest. Było ich kilka tuzinów, może mniej? Mgła nie rzedła a ranek nie nadejdzie jeszcze prędko. Instynktownie wszyscy przykucnęli i obserwowali w nerwowym milczeniu. Konni zmierzali wprost do Krwawych Głazów, co do tego nie było wątpliwości. Czy to nowi strażnicy "śpiącego"?
- Proponuję powoli podchodzić bliżej, idźcie schyleni na tyle na ile to możliwe, roślinność nam dopomoże.
Wszyscy wysłuchali Tervila i ruszyli do przodu, nikt nic nie mówił. Zapewne każdy w duchu przygotowywał się do nadchodzących wydarzeń. Może wspominali rodzinę? By po raz ostatni ujrzeć ich twarze, uśmiech i miłość. Tak bardzo brakującego ciepła ot tak dawna, uczucia bezpieczeństwa. Od długiego czasu żyli w mroku i ciągłym strachu, każdy czuł że musi podjąć to ryzyko. Może ostatnie i decydujące? Vord na moment poczuł się niczym bohater opowiadań. Gdzie rycerz wyrusza w góry i pokonuje pana zła. Ratuje świat, zdobywa bogactwa i ukochaną. By żyć później długo i...szczęśliwie. Ciekawe czy którykolwiek pisarz zadawał sobie pytanie na ile coś takiego jest realne. Czy jeden człowiek lub garstka może zrobić coś by uratować nie siebie, nie królestwo, lecz cały świat?
Po dłuższym czasie musieli znowu się zatrzymać. Tym razem z przeciwnej strony zmierzała spora grupa ludzi. Tych jednak mogli już odgadnąć. Swadianie, w grupie jeszcze większej, kilku konnych, reszta to piechota. Zmierzali także w stronę Głazów. Jednak szybko zatrzymali się widząc innych konnych już przy kamieniach. Nastał impas i obie strony zdawały się zastygnąć w bezruchu.
Ktoś ich uprzedził, najwyraźniej nie oni jedni chcieli sie dostać do tych podziemi. Bo po cóż innego mieli by sie tu pojawić?
- Do jasnej cholery!! - Krzyknął Aleric - Dlaczego żołnierze się wycofują?!
Vordemor podążył wzrokiem w stronę miasta, faktycznie, cała armia biegła na złamanie karku byle tylko jak najdalej od miasta. Czyżby swadianie posiadali więcej żołnierzy niż twierdzili szpiedzy??
Lord nie ukrywał złości, zawołał na jednego z kapitanów oddziału rhodockich "Czarnych Glewii".
- Bierz swój odział, i czym prędzej zawrócić mi tą hołotę, jeśli trzeba będzie zabijcie kilku dla posłuchu! Nie możemy teraz odpuścić!
Kapitan chwile sie zawahał ale szybko wykonał rozkaz, odział runął po zboczu w dół. Z rożnych stron pola bitwy odzywały się trąby, to grały aby zagrzać do walki a jednak większość grała do odwrotu. Lord zastanawiał się co sie stało że ze zwycięzców stali się pokonanymi. Przecież cytadela była już prawie ich. Skąd ci przeklęci swadianie nabrali na tyle sił aby wyprzeć przeważającą liczebnie armie rhodoków. Armia vaegirów i odział Turegora były już daleko w drodze, nie mógł liczyć zatem na odwody. Wsiadł szybko na konia, za jego przykładem poszedł Vordemor.
- Co robimy?- spytał nieśmiało.
- Jak to co?? Musimy szybko przejąć dowodzenie i poprowadzić ludzi, w każdej chwili gotowi są zwiać, cała pieprzona armia!
Ruszyli galopem w dół, teraz więcej żołnierzy biegła na wzgórza, nieliczne odziały nadal nacierały na miasto. W powietrzu czuć było panikę, losy całej armii zawisły na włosku. Morale drastycznie malało, jak do tej pory na wyłomach muru nie zauważyli ani jednego wroga. Gdy dojechali do bramy lord niemal nie krzyknął ze strachu. Wszędzie toczyła się walka, brutalna i zajadła. Ale nie ze samymi swadianami....rhodocy nie dość że walczyli ze swadianami to na dodatek i ze swoimi. W zasadzie walczył każdy z każdym, cóż to za szaleństwo?
Ustąpili oddziałowi Czarnych Glewii, ci wpadli w tłum tłukąc każdego na swej drodze, zmierzali wprost na cytadelę. Za wyłomu pojawił się nagle rhodocki żołnierz, cały w potarganym stroju, trzymał w zębach ludzką dłoń. Gdy zobaczył dwójkę jeźdźców, wypluł dłoń i z rykiem, nieludzkim rykiem rzucił sie na nich. Dopiero teraz dotarło do Alerica co właściwie sie działo, to ożywieńcy, czytał i słyszał o nich. Słudzy pana spod krypty...Lord szybkim cięciem pozbawił poczwarę głowy. Vordemor zmagał sie teraz z kolejnymi dwoma, szarpali go wściekle, gryźli wierzchowca. Szybkim zwrotem wyrwał osłupionemu z przerażenia trębaczowi instrument i zagrał...na odwrót. Zrozumiał teraz że tego w ten sposób nie wygrają, a on nie może sobie pozwolić na utratę armii, była mu potrzebna.
Jednak ożywieni ludzie byli wszędzie, zbyt mało żywym udawało się wydostać poza mury. Obaj jeźdźcy także zaczęli się wycofywać.
- Kusznicy! Kusznicy! Ostrzał,już!!!
Zastępy kuszników posłało w momencie pierwszą salwę, wiele bełtów trafiało w żywych.Ale Aleric nie miał wyboru, musiał poświęcić część ludzi dla dobra całej armii. Minęli mur pikinierów, ci powoli zaczęli się wycofywać, przodem do miasta. Odwrót dopiero teraz wyglądał na taktyczny i zdyscyplinowany. Lata jakie lord spędził na bitwach i potyczkach wyuczyły w nim instynkt przywódcy. Wszak niejednokrotnie pokonywał liczniejszych vaegirów, watażki morskich najeźdźców...
Vordemor obok niego stękał, prawą nogę miał strasznie poszarpaną, na dodatek wypluwał wielkie ilości krwi. Gdy większa część armii była już na wzgórzu, medycy przystępowali do szybkiego leczenia. Lord spoglądał teraz z bezpiecznej odległości w stronę miasta. Truposze o dziwo nie ruszyły za nimi, wykańczali pewnie każdego żyjącego w mieście. Zastanawiał się co doprowadziło do takiego stanu rzeczy, w którym momencie popełnili błąd gdy pierwszy raz odnaleźli kryptę...Czyżby stary Bellen miał racje? Ostrzegał że porywają się na coś co ich przerasta i zagraża całej krainie. Dlatego tez odszedł nie chcąc w tym uczestniczyć. Jedynym wyjściem było jak najszybsze otwarcie ostatniej krypty, i oby Turegor sobie z tym poradził. Ktokolwiek tam jest zamknięty ma władzę aby przywrucić zmarłych. I czy nie będzie czuł się zobowiązany wynagrodzić tego który go uwolni? Tylko ta wersję przyjmował, bał się nawet myśleć że może się mylić. Ale o nie Alericu, pomyślał, sam od poczatku tego chciałeś. Nie pora na wahanie, cel jest już na wyciągniecie ręki, trzeba tylko nieco się wyciągnąć by go dosięgnąć.
Wpatrywał się w pusty kufel od dłuższego czasu, za oknem w dole słychać było słabnące odgłosy walk. Mężczyzna prychnął, otworzył plecak i wysypał całą zawartość na stolik. Oprócz suchego prowiantu i kilku drobiazgów było coś jeszcze. Pięć złotych naszyjników z kamieniem zapewne dość drogim by kupić sobie pałac. W ciągu miesiąca udało mu się zebrać tylko tyle. Niby dobry wynik, jednak miał niedosyt i uczucie rozczarowania. Jakim był głupcem że myślał ze w tak krótkim czasie odnajdzie wszystkie. Drzwi się otwarły i do zaciemnionego pomieszczenia weszła kobieta. Szybko zamknęła za sobą drzwi i stała nieruchomo w przejściu. Oboje wpatrywali sie na siebie bez słowa.
- Kris...mam to co chciałeś - Arisa mówiła tak cicho że ledwie można było ją usłyszeć - Ale proponowała bym ci na razie nie opuszczać tego miejsca. Dalej walczą...
- Nie prosiłem cie o rady tylko o ten jeden papier.
Kris wstał i podszedł do okna ,uchylił nieco kotarę i zerknął w dół. Faktycznie, na dole już mało się działo, nieliczni ludzie biegali w popłochu gonieni przez watahy potworów. Arisa była informatorką zabójców od wielu lat. Tylko przez wzgląd na dawne uczucia do Krisa zgodziła się mu pomóc mimo że ten już nie należał do sekty. Nadal piastowała stanowisko głównej matrony w burdelu "Siedem Róż". Doskonała przykrywka czy utarty schemat?
- To ja już pójdę...zostawiłam ci informacje na stole. Nie proś mnie już o nic więcej i...
Kris szybko sie odwrócił do niej i przeszył ją wzrokiem, była nadal niezgorszej urody. Jednak lata spędzone na takiej a nie innej robocie nieco ja odmieniło. I pomyśleć że dawniej mogli być już małżeństwem. Czy po tym jak się to nie udało ona chciała na złość mu wstąpić do bractwa? I obracać się w tak żenującym towarzystwie kurtyzan?
- I co? - powiedział - Mam po prostu pozwolić im na to wszystko? Jestem jedyną osobą obecnie spoza bractwa która zna tajne wejście. Nie martw się, w końcu zaczniesz pracować na swój rachunek gdy tych...ludzi zabraknie. A teraz zostaw mnie już w spokoju, muszę pomyśleć.
Arisa po chwili - jakby nie chętnie - wyszła z pomieszczenia. Kris zdjął z wieszaka płaszcz z kapturem. Szybko go nałożył. Spod ściany porwał małą kuszę i szybko ją schował. Krótki miecz przymocował przy pasie do którego także przymocował kilka sztyletów. Był gotowy na ostateczne wyrównanie starych porachunków z Cesem i całą resztą. Plecak nałożył na plecy, najpierw musi wysłać całą zawartość do ruin gdzie stacjonowali Tervil i reszta. Gdyby zginął...zafundowałby darmowy prezent bractwu.
Zastanawiał sie teraz czy nie powiadomić dyskretnie któregoś lorda swadiańskiego o tym że on przeżył i wraca upomnieć się o swoje. To by nieźle namieszało w i tak umierającej swadii...
Może jeszcze nie, musi wykonać to co najważniejsze wpierw, na wszystko i wszystkim przyjdzie pora...
Siwiejący mężczyzna siedział w zrujnowanej baszcie, na zewnątrz strażnicy ćwiczyli. Opatulił sie szczelniej płaszczem, pomacał ślad na szyi. Brakowało mu już tam tego przedmiotu. Wiedział że mądrze zrobił przekazując ten przedmiot owemu człowiekowi. Wiedział też że jemu podobni powinni jak najszybciej ruszyć do "Krwawych Głazów".
Skoro on po tylu latach piastowania tak ważnego stanowiska to wyczuł, to tym bardziej i reszta. Zasmuciło go tylko jedno...że nikt go nie szukał, że postawiono na nim krzyżyk. To się zmieni, wszystko sie zmieni, pytanie czy reszta z posiadaczy kamieni zrozumie że należy na nowo zrobić to co ich przodkowie sprzed setek lat.
W kącie zamajaczyła na na moment posępnie wyglądająca korona...pogięta i ubrudzona, nie używana długi czas...nie była już potrzebna?Nad nią tchniona nagłym podmuchem wiatru załopotała zniszczona chorągiew królewska...lew na niej był już ledwo widoczny. Zupełnie jak istnienie niegdyś wielkiej Swadii...
*Mam nadzieję że po takim czasie nadal trzymam stary poziom czy już nie bardzo;/
-
Dawno nic tak nie przykuło mojej uwagi. Mimo że z pozoru dla mnie tekst wydaje się dłuuuugi i nużący, to chętnie do niego zajrzałam. I podoba mi się ostatni rozdział, a najbardziej tytuł: "Nie potrafimy powiedzieć czym jest rzeczywistość, potrafimy jedynie powiedzieć, jaka nam się wydaje." Supertrafne. ;)
-
Okurde to jest świetne, tylko pisz troche częściej bo ostatnio czytałem w lipcu i mi sie wszystkie imiona pomieszały już XD
-
Okurde to jest świetne, tylko pisz troche częściej bo ostatnio czytałem w lipcu i mi sie wszystkie imiona pomieszały już XD
Twórcy nie wolno ponaglać, lepiej żeby dał coś porządnego napisanego niż na szybko odwalony kawałek rozdziału, no i fragi w warbandzie też trzeba nabijać ^
-
Witam, po długiej ( okrutnie ) przerwie zaczynam pisać dalej. Powodem tak długiego przestoju był problem z komputerem oraz chwilowa niemożność zalogowania się na Tawerne (w tym problem ze steamem,okazało się ze ktoś próbował kombinować coś z moim kontem,zgłoszony i kara go nie minęła). Następny rozdział do tygodnia .Kolejne nie dłużej jak co dwa tygodnie. Długo było czekać, a wiec zmierzajmy do końca opowieści.
Sprawa druga, sporo osób gubi się w imionach postaci, co Wy na to aby umieścić co ważniejszych w 1 poście tego tematu? Będzie to taki leksykon imion i ogólny zarys. Myślę że to nieco ułatwi Wam i mnie sprawę .Bo co jak co, ale opowiadanie strasznie się rozwlekło, i nie sadziłem że będzie tak długie;). Co do miejsc to chyba można (mi) sobie odpuścić?;)Czy też było by dobrze aby ważniejsze były opisane?
To tyle, komentować, pytać,i to na co skazuje Was najczęściej....czekać;)Pozdrawiam.
-
Jak masz czas to opisz, bardzo mi sie podoba twoje opowiadanie tylko jak się nie czyta po takich przestojach po prostu robi się mętlik w głowie z postaciami, miejscami i wydarzeniami nawet.
-
Popieram; jakby się dało, to i spis treści (linki do poszczególnych rozdziałów). Kiedyś to trzeba będzie jakoś zebrać do kupy.
-
Jak tam, żyje to jeszcze? Chcesz dokończyć?
-
Czy dalsze epizody ujrzą światło dzienne?
-
Jol jol projekt padł tak? :P
-
"Ruszył na swych braci, pełen obaw i złości. Ci zostawili go by sczeznął w mogile pod górami. W cieniu i mroku, w deszczu i mgle splecione drżące dłonie wyciągały po wolność. Ta od wieków była mu obca i niepojęta, czas zatracił i zmysły jak i jego istnienie...
Wstał w końcu trącając po drodze nic nie znaczące pachołki by te padły w ogień. Mówiono o nim wiele ,wiele złego. Każdy z nich nie wiedział co mówi. Urodzili sie zbyt późno by go oceniać. Carladia nie jest...nie była ich domem. Zatracili swoje przeklęte szanse by spróbować przeciwdziałać swym "stwórcom zza morza " . Teraz gdy osiąga swe cele, pragnienia, krzyczą że to on zabiera im dom??Gdy to sie skończy, zrówna wszystko na powrót. Da podwaliny pod nowe królestwa które może tym razem nie będą przewodzone baranim głową.
Lękajcie się mnie wy którzy kradniecie moje ziemie i swe dziedzictwo...ale nade wszystko. Lękajcie się Wy...którzy aspirujecie na zbawców tej ziemi. Jesteście wygnańcami, nic więcej. Przekreśliliście swe żałosne i wątłe istnienia z chwilą gdy postawiliście tu stope. Zmiażdżę was , waszych potomków, waszych przodków. Ja,Nurvel opanuje na nowo ten świat. "
Nieznana karczma na pustkowiach Królestwa Vaegirów.
Ludzie zamilkli, nawet ogień w kominku który do tej pory wesoło trzaskał tak jakby zamilkł...Karczmarz, stary i chudy człowiek próbował przerwać niezręczną cisze głośno odstawiając kufle na półkach. Splunął w dal i rzekł do wędrowca który własnie skończył jakieś bajanie. Wystarczająco durne by inni z rozdziawionymi gębami nie zdołali wydobyć choćby słowa.
- Skończył pan już straszyć ludzi?
Wędrowiec ściągnął kaptur z siebie i szeroko sie uśmiechnął, obnażając liczne braki w uzębieniu. Poprawił uchwyt na plecaku i rozejrzał się po sali. Mamrotał pod nosem, kręcił drewnianym amuletem w dłoni. Spojrzał w końcu na karczmarza który odkładał kufle w ślimaczym tempie na półki.
- Tak, skończyłem. Ale załuję że nie pozwolisz mi tych ludzi ostrzec. Nie chcesz by znali prawde?
Karczmarz uderzył pięścią w blat rozlewając kilka piw siedzącym przy nich ludziom. Twarz nabrała barwy purpury , włosy zjeżyły sie nieznacznie a jedna ręka powędrowała pod blat.
- Powiedziałem...Nie strasz pan ludzi. Jeśli pan chce straszyć ludzi to zapraszam da Rivacheg. Tam lubia takie bajki, ostrzegam pana ze jeśli nie zaprzestanie pieprzyc tych bzdur to...
Przybysz usiadł ciężko na pośpiesznie opuszczonym krześle prze jakiegoś pijaka. Rozsiadł się i zaczął wpatrywać w oczy oberżysty .
- Wiesz ze tej nocy słudzy pana przyjdą i was wybiją?...
W sali zapadła cisza, gdzieś na zewnątrz słychać było dzikie i nieokiełznane wrzaski. Pochodnie, świece zaczęły jedna po drugiej gasnąć...Tylko jedna osoba wyszła na zewnątrz. Zarzuciła kaptur na głowę i spojrzała na tajemniczy amulet. Mrok zakrył wszystko, gdzieś daleko ,na południe , można było usłyszeć dźwięk trąb...ludzi zza morza oraz śmiech, tak mroczny jak nastająca wokoło noc...
*Tak tak to niejako zapowiedz kontynuacji opowiadania;)
-
Przyznam, że wcześniej nie czytałem tego tematu. Ale skoro masz zamiar wrócić do tworzenia tego, to chyba czas najwyższy nadrobić lekturę :D
-
Naprawdę świetna robota kolego. Nie mogę się doczekać kontynuacji. :)